Life

Gdzieś w kosmosie znajduje się stacja kosmiczna, mająca za zadanie badać próbki z Marsa. A jedna z próbek zawiera tajemniczego przybysza z planeta, którym zaczynają się interesować naukowcy. Badać go, sprawdzić i w końcu ożywić. To ostatnie będzie dla wszystkich błędem, gdyż Calvin (jak zostaje nazwana istota) zaczyna działać oraz bawić się w mordercę. Załoga kombinuje, żeby nie dopuścić stwora na Ziemię.

life1

Brzmi jak „Obcy”? Nowy film szwedzkiego reżysera Daniela Espinosy zrobiony na amerykańskiej ziemi to sklejka klasyka Ridleya Scotta z „Coś” Johna Carpentera, polane lekkim sosem „Grawitacji”. Początek obiecuje takie klasyczne SF, gdzie mamy element zabawy w Pana Boga, istotę nie z tego świata, mordującą wszystkich dookoła, jednocześnie stając się coraz bardziej inteligentną i próbującą złamać szyki naszym bohaterom. Problem w tym, że te postacie nie są zbyt mocno wyraziste oraz ciekawe, by ich los mógłby mnie całkowicie poruszyć. Jeden jest biologiem, drugi to spec od komputerów, trzeci lekarz, czwarty hydraulik itp. Nie znamy ich charakterów – poza lekarzem, który ma traumę spowodowaną wydarzeniami z wojny. Scenografia wygląda dość sterylnie, co ma budować realizmu tej opowieści, by po 30 minutach mocno skręcić w krwawy horror SF. Muzyka buduje napięcie, a zamknięta przestrzeń nawet sprawdza się w budowaniu klaustrofobicznego klimatu. Tylko jak bać się takiego monstrum jak Calvin, który wygląda jak… cyfrowo zrobiona macka ośmiornicy, z czasem nabierającego coraz większych gabarytów, lecz był mi kompletnie obojętny. Jedynie zakończenie mocno wywróciło wszystko do góry nogami, budząc autentyczne przerażenie.

life2

Parę razy udaje się zbudować napięcie oraz podkręcić adrenalinę, ale sceny między jednym a drugim trupem, gdzie mamy okazję poznać bliżej naszych astronautów, wywoływały we mnie znużenie. Wrażenie na mnie zrobiła za to praca kamery i to już na samym początku, gdzie płynnie przechodzimy z miejsca na miejsce w jednym ujęciu (scena przechwycenia sondy).

Mamy też całkiem nieźle grających aktorów, z których najbardziej wybija się Jake Gyllenhaal jako bardzo wycofany medyk z traumą w tle. Troszkę humoru dodaje Ryan Reynolds, ale szkoda, że pojawia się tak krótko (aktor w tym czasie pracował nad „Bodyguardem Zawodowcem”), a najwięcej sympatii wzbudził grający Sho Hiroyuki Sanada.

life3

„Life” miało być w założeniu nowym klonem legendarnego „Obcego”, tylko że oryginał Scotta jest nie do przeskoczenia. Niezłe, rozluźniające kino rozrywkowe, gdzie pojawiają się pewne bzdury oraz suspens, mimo schematyczności oraz sporej ilości klisz. Paradoksalne połączenie.

6/10

Radosław Ostrowski

Bright

Pomysł na ten film był po prostu kozacki, bo połączyć film sensacyjno-policyjny z elementami fantasy, dziejący się współcześnie. Coś takiego postanowił skleić Netflix, a dokładniej David Ayer, opromieniony „sukcesem” głośnego „Legionu samobójców”.

Bohaterami tej wariackiej historii jest para policjantów. Daryl Ward jest już niemłodym, czarnoskórym facetem z żoną, córką oraz długami. Nick Jacoby jest orkiem nie czystej krwi, który zawsze chciał być gliniarzem. Panowie delikatnie mówiąc, nie przepadając za sobą, ale są skazani na siebie, zwłaszcza że z Wardem nikt nie chce pracować, odkąd został postrzelony. Ale obaj panowie pakują się w kompletną kabałę z powodu pewnego cacka – Magicznej Różdżki oraz pilnującej jej elfki. Każdy, kto ją zdobędzie, będzie mógł spełnić swoje życzenia. Tylko jest jeden mały szkopuł: dotknąć jej mogą tylko nieliczni zwani Świetlistymi, bo inaczej może się to skończyć śmiercią. Cacuszka chcą wszyscy, dosłownie wszyscy – gliniarze, gangsterzy, orkowie oraz elficka wersja Iluminatich, która chce sprowadzić Władcę Ciemności i doprowadzić do potężnej rozpierduchy.

bright1

Sam początek jest typowy dla policyjnych filmów Ayera, czyli mamy widok na ulice, graffiti, orkowe gangusy w dresach z łańcuchami oraz bandanami. Są jeszcze elfy – piękne, inteligentne, bogate oraz rządzące światem. No i w tym wszystkim jeszcze ludzie ze swoimi rasistowskimi problemami. I ten tygiel żyje, dodając sporo kolorytu oraz świeżości w tym dziwacznym miksie. Nawet te graffiti oraz wyciągane z dialogów dawne wydarzenia pomagają zbudować tło. Aż chciałoby się głębiej wejść w ten świat. Po drodze strzelaniny, ucieczki, knajpa ze striptizem, gangsterów, orków – dzieje się, oj dzieje. Choć wszystko kręcone jest w dość statyczny sposób, to kilka scen jest pomysłowo wykonanych jak strzelanina w slow-motion czy podczas każdego wejścia antagonistów, którzy akrobatykę oraz kung-fu mają w małym paluszku.

bright2

Problemem dla mnie jest w wielu miejscach obecny patos, szczególnie w scenach, gdy nasi protagoniści zaczynają mówić o sobie, swoich problemach oraz trudnej przeszłości. Wtedy robi się lekko nudnawo, zaś przewidywalne zakończenie (mimo spektakularnych popisów gości od efektów specjalnych) troszkę osłabia siłę. Za to należy pochwalić zarówno charakteryzację orków, dobrą muzykę oraz trzymającą fason pracę kamery. Czuć rozmach, ale czułem ogromny niedosyt – chciałoby się lepiej poznać tą wizję świata, który jest ledwo liźnięty (może to poprawi część druga, zamówiona przez Netflixa).

bright3

Aktorsko jest dość nierówno, chociaż jest kilka mocnych punktów. Takim atutem jest zdecydowanie Will Smith, wnoszący sporo luzu, dystansu i humoru, co zawsze jest największą frajdę. Ale to wszystko nie było tak mocno zgrane, gdyby nie partner. Tutaj jest Joel Edgerton w roli orka Jakoby’ego, który jest świetny – bardzo stanowczy, uparty, konsekwentnie dążący do celu gliniarz. Powoli zaczyna się tworzyć chemia między tym duetem oraz respekt między sobą nawzajem. Dla mnie słabym punktem jest Noomi Rapace w roli antagonistki, której rola jest ograniczona do groźnych min, mówienia nieprzyjemnych słów oraz siania spustoszenia. Brakuje charakteru oraz charyzmy, a to jest błąd niewybaczalny, co boli.

bright4

„Bright” ma ogromny potencjał na bardzo bogate uniwersum oraz ogromny potencjał, który by się sprawdził w formie serialu. Bo dwie godziny to troszkę mało, by wejść głębiej w ten pokręcony świat, gdzie ludzie, orkowie i elfy żyją ze sobą obok siebie. To brzmiało superfajnie, ale nie wszystko tutaj zagrało.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Najgorsze filmy roku 2017

Była beczka miodu, teraz pora na bardzo ostrą łyżkę dziegciu. Zejdziemy na samo dno piekła kinematografii, gdzie znajdują się filmy nieudane, rozczarowujące, nudne czy – jakby to powiedział Boguś L. – ze scenariuszem, co był chujowy. Albo miały ogromny potencjał, który został brutalnie zniszczony. Niektóre były tak koszmarne, że nawet nie chciało mi się o nich pisać. Chciałbym je wymazać, ale czasami aż za mocno weszły w głowę. Oto, moim skromnym zdaniem, piekło roku 2017, w kolejności chronologicznej, bez komentarzy oraz zbędnych tekstów:

1. Baby bump, reż. Kuba Czekaj (2015)
2. Kebab i horoskop, reż. Grzegorz Jaroszuk (2014)
3. Sekrety i grzeszki, reż. Ron Howard (2011)
4. Czterdzieści rewolwerów, reż. Samuel Fuller (1957)
5. W spirali, reż. Konrad Aksinowicz (2015)
6. Wszystkie nieprzespane noce, reż. Michał Marczak (2016)
7. Pitbull: Nowe porządki, reż. Patryk Vega (2016)
8. Jackie, reż. Pablo Larrain (2016)
9. Amerykańska sielanka, reż. Ewan McGregor (2016)
10. Ludojad, reż. Samuel Fuller (1969)
11. Dwaj panowie „N”, reż. Tadeusz Chmielewski (1961)
12. Dom, reż. Tim Johnson (2015)
13. Minionki, reż. Kyla Barda, Pierre Coffin
14. Ostatni smok świata, reż. Depoyan Mamuk (2016)
15. Dobry dinozaur, reż. Peter Sohn (2015)
16. Sekretne życie zwierząt domowych, reż. Chris Renaud, Yarrow Cheney (2015)
17. The Meanest Man in the West, reż. Samuel Fuller (1978)
18. Zdarzenie, reż. M. Night Shyamalan (2008)
19. Kobieta w błękitnej wodzie, reż. M. Night Shyamalan (2006)
20. Ostatni Władca Wiatru, reż. M. Night Shyamalan (2010)
21. Rejs w nieznane, reż. Guy Ritchie (2002)
22. Obcy: Przymierze, reż. Ridley Scott (2017)
23. Pitbull: Niebezpieczne kobiety, reż. Patryk Vega (2016)
24. Zaćma, reż. Ryszard Bugajski (2016)
25. Las, 4 rano, reż. Jan Jakub Kolski (2016)
26. Git, reż. Kamil Szymański (2015)
27. Ojciec, reż. Artur Urbański (2016)
28. Sługi boże, reż. Mariusz Gawryś (2016)
29. Historia Roja, reż. Jerzy Zalewski (2016)
30. Bikini Blue, reż. Jarosław Marszewski (2017)
31. Kolekcja sukienek, reż. Marzena Więcek (2016)
32. Szatan kazał tańczyć, reż. Katarzyna Rosłaniec (2017)
33. Gwiazdy, reż. Jan Kidawa-Błoński (2017)
34. PolandJa, reż. Cyprian T. Olendzki (2017)
35. Wyklęty, reż. Konrad Łęcki (2017)
36. The Circle. Krąg, reż. James Ponsoldt (2017)
37. Kryptonim HHhH, reż. Cedric Jimenez (2017)
38. Bez snu, reż. Baran bo Odar (2017)
39. Jak dogryźć mafii, reż. Mark Cullen (2017)
40. Na pokuszenie, reż. Sofia Coppola (2017)
41. Volta, reż. Juliusz Machulski (2017)
42. M jak morderca, reż. Johnny Martin (2017)

Jak widać, także w zeszłym roku zdarzały się niewypały. Co bardziej przerażające w tym zestawieniu, większość to filmy polskie. To tylko pokazuje dwoistość naszej krajowej kinematografii i mogę mieć tylko nadzieję, że takich gniotów będzie mniej niż w 2017. A co was doprowadziło do szału, zawiodło, wkurzyło i zdenerwowało? Piszcie chętnie w komentarzach i oby 2018 rok był lepszy.

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy roku 2017

Jak sama nazwa wskazuje są to filmy, które zrobiły na mnie największe wrażenie w mijającym roku. Filmy, które poruszyły, wzruszyły, rozbawiły, stymulowały moje komórki mózgowe. Większość obejrzana po raz pierwszy, inne to powtórki po wielu latach, ale każdy z nich okazał się godzien uwagi. I każdy z nich został oceniony minimum na 8 punktów w dziesięciostopniowej skali. Sam spis, bez opisów, komentarzy, ale z odnośnikiem do recenzji (jeśli takie były) w kolejności chronologicznej. Jeśli nie ma tutaj filmu, który – waszym zdaniem  – powinien trafić, to albo nie widziałem, albo nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia jak wam. To zaczynamy:

1. Błękitny Max, reż. John Guillermin (1966)
2. Ciężkie czasy, reż. Walter Hill (1975)
3. Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca (2016)
4. Kubo i dwie strony, reż. Travis Knight (2016)
5. Księga dżungli, reż. Jon Favreau (2016)
6. Manchester by the Sea, reż. Kenneth Lonergan (2016)
7. Młodzi przebojowi, reż. John Carney (2016)
8. Blizny przeszłości, reż. Billy Bob Thornton (1996)
9. Nowy początek, reż. Denis Villeneuve (2016)
10. Wołyń, reż. Wojciech Smarzowski (2016)
11. Okup, reż. Ron Howard (1996)
12. Kradzież na South Street, reż. Samuel Fuller (1953)
13. Pogromcy duchów, reż. Ivan Reitman (1984)
14. Za horyzontem, reż. Ron Howard (1992)
15. Olej Lorenza, reż. George Miller (1992)
16. Bezpłodna kukułka, reż. Alan J. Pakula (1969)
17. Wszyscy ludzie prezydenta, reż. Alan J. Pakula (1976)
18. Zacznijmy od nowa, reż. Alan J. Pakula (1978)
19. Logan: Wolverine, reż. James Mangold (2017)
20. Uznany za niewinnego, reż. Alan J. Pakula (1990)
21. Mały Wielki Człowiek, reż. Arthur Penn (1970)
22. Verboten!, reż. Samuel Fuller (1959)
23. Wśród nocnej ciszy, reż. Tadeusz Chmielewski (1978)
24. Ewa chce spać, reż. Tadeusz Chmielewski (1957)
25. W głowie się nie mieści, reż. Pete Docter (2015)
26. Jak ukraść Księżyc, reż. Chris Renaud, Pierre Coffin (2010)
27. Gdzie jest Nemo?, reż. Andrew Stanton, Lee Unkrich (2003)
28. Droga na drugą stronę, reż. Anca Damian (2011)
29. Kung Fu Panda, reż. Mark Osborne, John Stevenson (2008)
30. Marnie. Przyjaciółka ze snów, reż. Hiromasa Yonebayashi (2014)
31. Król Artur: Legenda miecza, reż. Guy Ritchie (2017)
32. Jeremiah Johnson, reż. Sydney Pollack (1972)
33. LEGO Batman. Film, reż. Chris McKay (2017)
34. White Dog, reż. Samuel Fuller (1982)
35. Wielka Czerwona Jedynka, reż. Samuel Fuller (1980)
36. Niezniszczalny, reż. M. Night Shyamalan (2000)
37. Okja, reż. Joon-ho Bong (2017)
38. Sing, reż. Garth Jennings (2016)
39. Dobrze się kłamie w dobrym towarzystwie, reż. Paolo Genovese (2016)
40. Nazywam się Cukinia, reż. Claude Barras (2016)
41. Kurt Cobain: Montage of Heck, reż. Brett Morgan (2015)
42. Dziadek i ja, reż. M. Night Shyamalan (1998)
43. Rain Man, reż. Barry Levinson (1988)
44. Obcy – decydujące starcie, reż. James Cameron (1986)
45. Chłopcy z ferajny, reż. Martin Scorsese (1990)
46. Porachunki, reż. Guy Ritchie (1998)
47. Ja, Daniel Blake, reż. Ken Loach (2016)
48. Twój Vincent, reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman (2017)
49. Dzień patriotów, reż. Peter Berg (2016)
50. Dzikie łowy, reż. Taita Waititi (2016)
51. Duch, reż. Tobe Hooper (1982)
52. Służąca, reż. Chan-wook Park (2016)
53. Peter Sellers – Życie & Śmierć, reż. Stephen Hopkins (2004)
54. Cube, reż. Vincenzo Natali (1997)
55. Spider-Man: Homecoming, reż. Jon Watts (2017)
56. Beasts of No Nation, reż. Cary Fukunaga (2015)
57. Brawl in Cell Block 99, reż. S. Scott Zahler (2017)
58. Czarownica miłości, reż. Anna Biller (2016)
59. Maudie, reż. Aisling Walsh (2016)
60. To wspaniałe życie, reż. Frank Capra (1946)
61. Cicha noc, reż. Piotr Domalewski (2017)

WYRÓŻNIENIA:

1. 13 godzin: Tajna misja w Benghazi, reż. Michael Bay (2016)
2. Captain Fantastic, reż. Matt Ross (2016)
3. Człowiek z bieguna, reż. Maya Forbes (2014)
4. Christine, reż. Antonio Campos (2016)
5. Doctor Strange, reż. Scott Derrickson (2016)
6. To właśnie seks, reż. Josh Lawson (2014)
7. Atomic Blonde, reż. David Leitch (2017)
8. Zło we mnie, reż. Oz Perkins (2015)
9. Człowiek z magicznym pudełkiem, reż. Bodo Kox (2017)
10. Najlepszy, reż. Łukasz Palkowski (2017)

Jak widać, rok 2017 był dla mnie bardzo bogaty w filmowe doświadczenia. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że są tutaj aż DWIE dziesiątki, czyli „Chłopcy z ferajny” oraz „Twój Vincent” oraz CZTERY dziewiątki, czyli filmy ocierające się o wielkość: „Kubo i dwie struny”, „Wołyń”, „W głowie się nie mieści” i „Droga na drugą stronę”. A tyle jeszcze przede mną, co daje bardzo duży impuls do tworzenia. A jakie filmy obejrzane w 2017 roku zrobiły na Was największe wrażenie? Piszcie śmiało w komentarzach. Oby rok 2018 okazał się równie imponujący lub lepszy pod względem obejrzanych filmów.

Radosław Ostrowski

mother!

UWAGA!!!!!!

Tekst może zawierać spojlery. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Sam początek filmu Darrena Aronofsky’ego wprawia w konsternację. Spalony dom zaczyna się powoli odnawiać (tak sam z siebie) i wtedy budzi się Ona. Młoda, atrakcyjna, dbająca o dom. On jest poetą, który przeżywa kryzys twórczy. Do tego spokojnego domostwa nagra wprasza się mężczyzna – już niemłody, lekarz lubiący papierosy. Trafia do pokoju gościnnego, a to doprowadza do pojawienia się kolejnych osób.

mother1

Cała historię reżyser pokazuje z perspektywy kobiety, granej przez Jennifer Lawrence, do której kamera wręcz się przykleja niczym rzep do psiego ogona. Wszystko to służy jednemu celowi: wejścia w jej skórę. Dzięki temu powinniśmy poczuć dezorientację, przytłoczenie i lęk. Kobieta nie rozumie zachowania swojego męża, który bardziej interesuje się przybyszami niż jej potrzebami, poczuciem potrzebną, docenianą. A wtedy reżyser zaczyna atakować swoimi inspiracjami, z której najmocniejsza to Biblia (od Adama i Ewy przez Kaina i Abla aż po Nowy Testament do Apokalipsy). Wszystko ma wymiar metafory, gdzie każda postać, zdarzenie jest symbolem czegoś. Krew na podłodze po bójce braci, otwór w piwnicy czy druga część filmu, gdzie On już tworzy swoje dzieło i daje je ludziom.

mother2

Tylko, ze chyba nie są na to gotowi, nie rozumieją do końca. W tym momencie zaczynają się dziać wręcz dantejskie sceny, a Aronofsky zaczyna piętnować całą ludzkość: że jesteśmy chciwi, podli, nieodpowiedzialni, bezmyślni, skłonni do przemocy, zaś dom zmienia się w plac wojny, fanatyzmu, walki z policją i wojskiem. Wszystko jest tak mocno podkręcone, że aż się naprawdę przeraziłem. Jednak kiedy zacząłem się zastanawiać nad wszystkim, nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż Aronofsky serwuje mi efekciarską wydmuszkę. Kamera robi świetna robotę, tak samo jak miejscami bardziej intensywny dźwięk. Tylko, ze ta cała symbolika miejscami była dla mnie za bardzo czytelna (kłótnia braci zakończona zabójstwem czy finał ze śmiercią nowonarodzonego dziecka i… zjadaniem jego ciała), chociaż nie wszystko jest dla mnie jasne (żaba wyskakująca z rozbitego pomieszczenia w piwnicy).

mother3

Aktorstwo też służy tutaj wizji Aronofsky’ego, przez co nie ma postaci z krwi i kości. Jennifer Lawrence i Javier Bardem próbują stworzyć portret związku Mąż/Żona, Mężczyzna/Kobieta. Bardziej przekonało mnie przerażone oblicze Matki, chociaż ta postać przez niemal większość filmu pozostaje bierna, stłamszona, nieporadna. On bardziej interesuje się innymi ludźmi, tak ufny wobec nich niczym dziecko, że aż naiwny. Dziwna ta para, a w ich miłość trzeba wierzyć na słowo.

„mother!” to zachłyśnięcie się Aronofsky’ego swoim talentem i wielkością, że bardzo mocno podzielił widownię. Inni uznają ten film za ogromny, pretensjonalny bełkot, gdzie liczą się symbole niż postacie oraz fabuła, inni za genialne dzieło, pokazujące bezwzględną prawdę o człowieku. Ja jestem gdzieś po środku tego bałaganu, szanując wizję reżysera, ale bez sympatii i podziwu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Maudie

Sztuka dzisiaj wydaje się i kojarzy się głównie z galeriami, muzeami czy kolekcjonerami. Ale czy są jakieś kryteria osoby, mającej tworzyć coś, co może być uznane za dzieło sztuki? Jedną z takich osób jest skromna, wyglądająca na troszkę upośledzoną Maud. Mieszka z ciotką w jej domu, bo jej rodzinne gniazdo zostało sprzedane przez brata. Próbuje być samodzielna oraz pokazać, że jest w stanie zadbać o siebie. I to właśnie plus pewne ogłoszenie sprowadziło ją do Everetta Lewisa – mieszkającego samotnie na odludziu handlarza ryb. Staje się gosposią i – przy okazji – zaczyna malować.

maudie1

Biograficzny film Aisling Walsh zaskakuje swoją prostotą oraz brakiem kombinowania. Pozornie może się to wydawać brakiem ciągu przyczynowo-skutkowego. Widzimy jak nasza bohaterka próbuje się zaaklimatyzować u boku bardzo szorstkiego, nieufnego mężczyzny oraz jego rutyny codziennego dnia. Sprzątanie, rąbanie drewna, sprzedawanie ryb oraz bardzo powolne docieranie się tej dwójki odmieńców, skrywających pewne tajemnice. A wszystko rozgrywa się w pięknych krajobrazach kanadyjskich prowincji. Przyroda idealnie wpasuje się w nastrój tego niespiesznego filmu, bardziej skupionego na relacji bohaterów niż na sile tworzenia oraz kreacji.

maudie2

Wrażenie robią też same obrazy, które są pozornie proste, wręcz z dziecięcej perspektywy. Mogą one wydawać się zbyt proste, wręcz prymitywne (właściciel sklepu twierdzi: „Mój syn by to lepiej namalował”). Ale jest w nich coś pozytywnego, ciepłego, wręcz łagodnego. Wszystko wynika ze swoich wspomnień, delikatnych obserwacji (portret Maud i Everetta) dnia codziennego. Wszystko to pokazane z prawdziwą delikatnością oraz sympatią wobec bohaterów, co jest bardzo trudne do osiągnięcia. Wszystko spójnie poprowadzone, bez robienia laurki oraz prostych, jednowymiarowych postaci.

maudie3

I to właśnie postacie nakręcają ten film, a właściwie dwie. Tytułową Maudie odtwarza Sally Hawkins i jest rewelacyjna. Pozornie troszkę dziwna (ten chód), ale jest pełna energii, empatii, wręcz nieopisanej radości, takiego wewnętrznego ciepła. Kontrastem dla niej jest znakomity Ethan Hawke, który tworzy jedną z bardziej skomplikowanych postaci. Everett wydaje się początkowo szorstkim, chłodnym człowiekiem. Jego twarz pełna jest grymasów, z ust słychać mruknięcia, chrząknięć, zacięć. Facet skrywa pewną tajemnicę i widać, że przeszedł wiele. Ale pod tym wszystkim skrywa się coś więcej, a aktor pokazuje to znakomicie. Duet pozornie nie pasujący do siebie, lecz nie takie sytuacje widzieliśmy na ekranie.

„Maudie” nie jest klasyczną biografią skupioną na trzymaniu się faktów, lecz bardzo poruszająca historia miłosna dwójki outsiderów. Zaskakuje bardzo delikatną realizacją oraz bardzo pogłębionymi portretami postaci, które z czasem nie potrafią bez siebie żyć.

8/10

Radosław Ostrowski

Atomic Blonde

Rok 1989, Berlin jeszcze jest podzielony na dwie części, ale w powietrzu czuć wrzenie. I to właśnie tam dochodzi do zabójstwa. Ofiarą jest brytyjski szpieg, James Gascoigne, zaś cała intryga skupia się wokół tzw. listy. To spis wszystkich działających agentów wywiadu świata, znajdujący się w zegarku. Właśnie tam zostaje wysłana agenta MI6 Lorraine Broughton. Tylko, że od samego początku podążają Ruscy.

atomic_blonde1

Reżyser filmu David Leitch znany stał się dzięki współrealizacji „Johna Wicka”. Więc nie byłoby zdziwieniem, że wiele osób spodziewało się, iż samodzielny debiut reżysera też będzie prostym, nieskomplikowanym kinem akcji w starym, retro stylu. Ale tak naprawdę jest to rasowy film szpiegowski, troszkę inspirowany Jamesem Bondem. Poszukiwania „listy” – będącej obiektem zainteresowania wszystkich służb – łączą się z wytropieniem podwójnego agenta, Satchela. Zabawa w podchody, brak zaufania, zdrady w szeregach wywiadu Królowej: tutaj gra jest ostra, stawką jest własne życie. Tylko, że tutaj nie wiadomo komu do końca możemy zaufać, tak jak Lorraine.

atomic_blonde2

Scen akcji nie ma tutaj zbyt wiele, ale kiedy dochodzi do niej, to jest krwawo, ostro i z mięchem. Jak wszyscy wiemy, dobrze wyszkolony szpieg, potrafi wykorzystać jako broń wszystko. Nie tylko spluwy i pięści. Widać to mocno zarówno w bijatyce z niemiecką polizei, jak i fenomenalnie zrealizowanej scenie walki z małym oddziałem KGB, zrobionej w jednym ujęciu (przynajmniej tak wygląda). Pomysłowa choreografia, niemal tańcząca kamera oraz pewien mały detal – bardzo mocno widoczne ciosy oraz zmęczenie przeciwników. Lorraine to nie jest Neo czy inny superbohater, który wychodzi ze wszystkiego bez zadrapania. To dodaje realizmu tej stylowej historii. Trzeba pochwalić realizację, gdzie czuć klimat lat 80. – neony w spelunach, mocne kolory, zaś w tle największe hity epoki z New Order, Neną i Davidem Bowie na czele.

atomic_blonde3

Dla wielu problemem może być dość nierówne tempo, gdzie trzeba było balansować miedzy skomplikowaną szpiegowską intrygą, a ostrą, krwawą naparzanką. Przez co zdarzają się pewne przestoje, wplecione repetycje, ale nie brakuje tutaj suspensu (wszystko, co związane z przerzutem Spyglassa), ironicznego humoru oraz walącej po oczach oprawie audio-wizualnej.

atomic_blonde4

Jednak film ma jednego mocnego asa – Charlize Theron w roli głównej. Jej ciosy mają siłę bomby atomowej, pozornie sprawia wrażenie chłodnej, wypalonej specjalistki, jednak nie rezygnuje ze swojego seksapilu (te buty na wysokim obcasie, ciuchy, fryzury), przez co nie da się oderwać od niej oczu. Idealnie pasuje do tej kreacji chłodnej, opanowanej, ostrej twardzielki. Jednak film bezczelnie kradnie James McAvoy w roli łącznika Percivala. Wyglądający jak anarchista, w rzeczywistości jest wypalony, zgorzkniały, wręcz cyniczny szpieg, ciągle lawirujący i dbający o własny interes. Poza tym duetem na drugim planie fason trzyma Toby Jones (Eric Gray) oraz John Goodman (Kurzfeld), także Eddie Marsan (Spyglass) potrafi skupić uwagę swoim bezbłędnym akcentem. Nie można też nie wspomnieć równie pociągającej Sofii Boutelli (Lasalle) oraz drobnym epizodzie Tila Schweigera (zegarmistrz).

„Atomic Blonde” to miks krwawego akcyjniaka ze szpiegowskim thrillerem, balansującym między powagą a humorem. Może bywa podkręcony, tempo bywa dość nierówne, ale intryga wciąga, nie brakuje kilku wolt, zaś wizualnie robi niesamowite wrażenie. To dobry prognostyk dla kolejnego filmu Leitcha, czyli drugiego „Deadpoola”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czerwony żółw

Wszystko zaczyna się bardzo mocnym hukiem, gdyż widzimy mężczyznę gdzieś podczas sztormu. W końcu trafia do wyspy pełnej drzew, krabów oraz wód. Ale nasz śmiałek próbuje zrobić wszystko, by się stąd wydostać. Kolejne tratwy są jednak coraz bardziej brutalnie niszczone, a każda próba ucieczki kończy się klęską i kolejną, kolejną. A wszystko przez tytułowego czerwonego żółwia.

czerwony_zolw2

Dziwnie brzmi historia w animacji Michaela Dudoka de Wita. Holenderski filmowiec wsparty przez japońskie studio Ghibli, stworzył pod względem technicznym prostą, wręcz ręcznie rysowaną historię, w której nie pada ani jedno słowo. Opowieść pełna tajemnicy, minimalizmu w formie (całość była rysowana na… tablecie) oraz pewnej wolty, która wywraca wszystko do góry nogami. Emocje, poza chrząknięciami są przedstawione za pomocą cudownej muzyki, podkreślającej niezwykłe doświadczenie. Nie ważne czy mówimy o sennych marach bohatera (lot nad drewnianym mostem), próbie ujarzmienia natury (tsunami), będącej obojętnej wobec naszego losu. Reżyser pokazuje losy naszego bohatera, który – wskutek pewnego wydarzenia – zostaje na tej wyspie, pokazując jego drogę aż do śmierci oraz jego relacje z przyrodą. Nawet pojawia się lekki humor w postaci sympatycznych małych krabów.

czerwony_zolw3

Dla mnie największą zagadką pozostaje znaczenie tytułowego żółwia. Czy jest on symbolem Matki Natury, kobiety, partnerki? Nie wiem, a brak jednej odpowiedzi na to pytanie, jest najważniejszym kluczem. Każdy na swój własny sposób może zinterpretować całą historię, co jest zdecydowanie ogromna zaletą.

czerwony_zolw1

Nie jest to jednak film dla dzieci, chociaż tak wygląda, a wszystko zostaje bardzo mocno w głowie. Ten film jest jak tomik wierszy, do którego za jakiś czas się sięgnie, poczyta, a potem zastanowić się nad tekstem. To dzieło daje wiele do myślenia, a każdy sam wyciągnie to, co chce.

Radosław Ostrowski

Opiekunka

Cole jest młodym chłopcem, lat 12. Mieszka z rodzicami, jest ogólnie pojmowanym loserem, który ma bardzo duże kompleksy: boi się praktycznie wszystkiego, jest szykanowany, nieśmiały, chociaż ma szeroką wiedzę. Że nie jest dojrzały może wskazywać fakt, że ma… opiekunkę. Bee jest taką laską, z którą udaje mu się nawiązać silną więź (poza koleżanką ze szkoły, która jest jego sąsiadką). Pewnego wieczora, gdy jego rodzice jadą za miasto, chce z ciekawości zobaczyć, co robi jego opiekunka, gdy śpi. To, co zobaczy przejdzie jego najśmielsze oczekiwania.

opiekunka1

McG – Joseph McGinty Niccol – reżyser, który filmy robił albo złe, albo ch***we, więc nie spodziewałem się po jego nowym filmie niczego specjalnego. Muszę jednak przyznać, ze ten horror na wesoło bardzo mnie zaskoczył. Sama historia nie jest jakaś super skomplikowana oraz pełna klisz, tylko że wszystko zostało wzięty w duży nawias. Mamy tutaj grupkę ludzi potrzebujących krwi do zawarcia paktu z diabłem, ścieżkę dźwiękową inspirowaną klasycznymi horrorami i elektroniką oraz sporą dawkę kiczu zmieszaną z humorem. Żartem są pojawiające się napisy w trakcie, nadmiar (celowy) krwi oraz makabrycznych zgonów (akcja z policjantami), czyniąc ten film bardziej podkręconą wersją „Kevina samego w domu” w reżyserii Sama Raimi w latach 80.

opiekunka2

Pojawiają się ograne chwyty w postaci pojawienia się znikąd przeciwnika, ukrywanie się przed uzbrojoną opiekunką w przedpokoju, ale to wszystko zostaje ograne czy to za pomocą dowcipnej gatki (starcie z ranną cheerleaderką, którą może da się słowem przekonać) albo wykorzystaniem piosenki (wjazd na chatę w rytm nieśmiertelnego „We Are The Champions”) czy pomysłową inscenizacją (ucieczka pokazana z perspektywy twarzy bohatera czy konfrontacja na fundamentach). I to wszystko działa aż do samego końca, gdy bohater zyskuje szacunek dawnych wrogów, poznaje fajną dziewuchę i – mówiąc najprościej – staje się dorosły.

opiekunka3

Poza zaskakującym wyczuciem konwencji, reżyser też pewnie prowadzi aktorów, choć tak naprawdę liczy się tylko dwoje z nich: Judah Lewis oraz bardzo apetyczna Samara Weaving. Pierwszy bardzo dobrze przedstawia typowego zakompleksionego, niepewnego siebie chłopaka. Niby takich było na ekranie wielu, ale i temu kibicowałem do końca. Z kolei Weaving to diaboliczna mieszanka uroku, seksapilu oraz bezwzględnej determinacji. Wodzi za nos swoim niewinnym spojrzeniem, by później wbić noże w łeb. I jak tu przejść obok niej obojętnie? Drugi plan też jest zaskakująco bogaty, a aktorzy wczuli się w tą poważną-niepoważną historię.

opiekunka4

Nie spodziewałem się, że kiedyś to powiem, ale McG zrobił naprawdę dobry film. „Opiekunka” to kolejny przykład udanych, ostrych i krwawych jaj z horroru. Przyspieszony kurs dojrzewania oraz zgrywa z gatunku, dodatkowo z klimatem oraz napięciem, dodatkowo zrobione w bezpretensjonalny, lekki sposób. Panie McG, zwracam honor i mam nadzieję, ze następne filmy będą przynajmniej na tym poziomie.

7/10

Radosław Ostrowski

Barry Seal: Król przemytu

Słyszeliście o Barrym Sealu? Pozornie zwykły pilot linii lotniczych, który jest znudzony swoją rutyną dnia codziennego. Więc na boku zajmuje się przemytem cygar, ale zostaje przyłapany przez pewnego rudzielca. Facet okazuje się agentem CIA i składa Barry’emu propozycję nie do odrzucenia. Chodzi o zrobienie fotek komunistom. Ale potem nasz pilot dostaje propozycję od handlarzy narkotyków z Kolumbii. I zaczyna się szalona, wręcz nieprawdopodobna historia.

barry_seal1

O Barrym Sealu wspomniano w jednym z odcinków „Narcos”, więc fani serialu mogą poznać całą tą historię z perspektywy naszego pilota, który nagrywa swoją historię na VHS-ie. A tą szaloną historię postanowił opowiedzieć Doug Liman, czyli twórca „Na skraju jutra” oraz „Tożsamości Bourne’a”. i tak jak w „Narcos” wygląda to wręcz nieprawdopodobnie. Akcja czasami pędzi na złamanie karku, nasz pilot lawiruje między wywiadem, kartelem narkotykowym, pomaga przerzucać broń i… bojówki Contras, mające przejąć władze w Nikaragui, dostarcza informacje od Noriegi, przy okazji zgarniając tyle kasy, że nawet nie ma specjalnie miejsca do jej trzymania. Ogląda się to niczym teledysk: szybki montaż (pierwsze loty Seala), chwytliwa muzyka z epoki, mocne kolory niczym z kaset video, ucieczki przed Strażą Graniczną, a w tle ciągle zmieniająca się sytuacja polityczna (pokazana za pomocą archiwalnych zdjęć oraz animacji).

barry_seal2

Tylko mam jeden poważny problem: to wszystko jest takie powierzchowne, o bohaterach wiemy bardzo niewiele, są ledwo zarysowani, wręcz papierowi. Wszystko to służy podkręceniu akcji, zaserwowaniu kilku zgrabnych gagów (pierwszy kontakt z Contras) oraz poczuciu dobrej zabawy. To może wystarczyć, ale sama historia była na tyle fascynująca, że można (wręcz należało) ją pogłębić, bo kompletnie na Sealu mi nie zależało.

barry_seal3

Chociaż Tom Cruise w roli takiego chciwego cwaniaczka, wykorzystującego każdą nadarzająca się okazję do zebrania własnych profitów sprawdza się dobrze. Ma odpowiednio białe zęby, zręcznie lawiruje między kolejnymi stronami, a jednocześnie nie jest do końca serio („część z tych wydarzeń miała miejsce”), co pozwoli wzbudzić sympatię. Poza Cruisem wybija się tylko Domhall Gleason jako Schafer, czyli agent CIA – pewny siebie, opanowany oraz twardy. Cała reszta (włącznie z kartelem z Medellin) robi tutaj tylko za tło mające uwiarygodnić całą tą szaloną opowieść.

barry_seal4

„Barry Seal” to kolejny przykład kina od zera do bohatera, pokazując przy okazji cenę, jaką trzeba zapłacić za swój wielki sukces. Można odnieść wrażenie, że to klon „Wilka z Wall Street” czy „Rekinów wojny” z powodu realizacji. Ale film Limana jest znacznie lżejszego kalibru, mający na celu dostarczyć rozrywki, nie do końca wykorzystując swój potencjał.

6,5/10 

Radosław Ostrowski