Manic Street Preachers – Resistance Is Futile

Resistance_Is_Futile

Ta walijska formacja działa już ponad 30 lat I łączy rock’n’rollową muzykę z socjalistycznymi poglądami ukrytymi w tekstach (w końcu są nawiedzonymi kaznodziejami). Trio pod wodzą Jamesa Deana Bradforda wróciło po czterech i w 2018 pokazali następcę dobrze przyjętego “Futurology”. Już sam tytuł zapowiadał zmianę (“Opór jest daremny”) oraz pewien pesymizm.

Sam początek to całkiem niezły “People Give In” z równo grającą sekcję oraz delikatnym tłem smyczkowo-klawiszowym. Refrenu brak, ale ma w sobie coś. Tak jak dynamiczniejszy pierwszy singiel “International Blue” z bardziej pobrudzonymi gitarami w tle. I wtedy pojawia się bardziej popowy oraz spokojniejszy (w zwrotkach) “Distant Colours”, by zaatakować “Vivian”. Pozornie zaczyna się delikatnymi dźwiękami fortepianu, ale wtedy wchodzą smyczki oraz gitara w refrenie, doprowadzając do przyspieszenia I ten rollercoaster trwa przez 4 minuty. Troszkę dziwnie prezentuje się nagrany z The Anchoress “Dylan & Caitlin”, gdzie dominują przez sporą część smyczki, by wrócić do perkusyjnych strzałów oraz szybkich solówek w “Liverpool Revisited”, a także “Sequels of Forgotten Wars”, gdzie pojawiają się elektroniczne wstawki. Klawisze delikatnie odzywają się w kojącym “Hold Me Like a Heaven”, zaś fanom mocniejszych brzmień najbardziej spodoba się niemal punkowy “Broken Algorithms” z pokręconą perkusją oraz nakładającymi się wokalami pod koniec.

Problem jednak w tym, że te utwory niespecjalnie zostają w głowie po odsłuchaniu. Nawet pewna próba urozmaicenia nie jest w stanie zostać na dłużej tak jak “Futurology”. Ale fani zespołu powinni nabyć wersję deluxe z dodatkową płytą. Tam są wersje demo z podstawowej wersji oraz dwa nowe kawałki – pachnący Morrisseyem “Concrete Fields” oraz “A Soundtrack to Complete Withdrawal”, ale nie wybijają się z poziomu podstawki. Fani będą oczarowani, lecz dla mnie miejscami brakowało jakiegoś mocniejszego kopa oraz uderzenia. Można poszukać paru ciekawych tekstów, tylko że dla tekstów można wziąć tomik wierszy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cat Power – Wanderer

d2FjPTQ1MHgx_src_6186-Cat-Power_1

Na nowy album tej amerykańskiej wokalistki alternatywnej sceny bluesowej trzeba było czekać aż 6 lat. „Sun” było pierwszym albumem Cat Power, jaki trafił w moje ręce i zrobił na mnie spore wrażenie. Dodatkowo jest to pierwsza płyta nagrana poza dotychczasową wytwórnią Matador Records. Tytuł niby zwiastuje cuda, ale czy naprawdę warto ich się spodziewać?

Początek ba bardzo krótkie tytułowe intro śpiewane a capella oraz pełne głosów w tle. A potem wchodzi dość zaskakujący „In Your Face”, czyli blues grany na fortepianie oraz oszczędnych, egzotycznych bębenkach. Spokojnie, delikatny, wręcz nostalgiczny. Troszkę żywszy wydaje się „You Get” z bardzo chwytliwym refrenem, ale klimat nadal pozostaje zachowany. A jeszcze większym zaskoczeniem było singlowe „Woman”, gdzie gościnnie pojawiła się Lana Del Rey. I to połączenie plus Hammondy w tle zmieszane z akustyczną gitarą tworzą jeden z żywszych utworów na tym albumie. Zaś zderzenie rozmarzonego głosu Lany z bardziej „zużytym” Cat wypada bardzo dobrze. Drugą niespodzianką jest cover utworu Rihanny „Stay”, z inaczej grającym fortepianem oraz wolniejszym tempem. Warto też wspomnieć o pianistycznym „Horizon”, gdzie pod koniec wokal zostaje obrobiony komputerowo.

Trudno jednak nie zauważyć, że „Wanderer” jest bardzo spokojnym, wręcz lekko monotonnym albumem, gdzie pozornie nie dzieje się zbyt wiele. Cat Power stawia na klimat i choć poprzednik był bardziej przebojowy, to trudno odmówić „Wanderer” tego bardzo intymnego nastroju, jakiego nie da się opisać słowami. Także to słychać w tekstach, gdzie nie brakuje wspomnień rodziny („Horizon”) czy kwestii kobiecości („Woman”). Warto dać szansę tej jesienno-zimowej płycie.

7/10

Radosław Ostrowski

Hooverphonic – Looking for Stars

looking-for-stars-b-iext53648635

Belgijski duet Hooverphonic postanowił o sobie przypomnieć. Minęły dwa lata od poprzedniego albumu, gdzie występowała masa wokalistów (niczym w Massive Attack), ale już przy pracy nad nowym materiałem udało się znaleźć nowy głos (po odejściu charyzmatycznej Geiki Arnaert oraz Noemie Wolfs) w postaci 17-letniej Luki Cruysberghs. Czy podołała zadaniu i jak w ogóle brzmi dziesiąte dzieło duet Alex Callier/Raymond Geerts?

Grupa była znana ze swojego triphopowego stylu, mieszając także pop i rock. Nie inaczej jest w „Looking for Stars”, które zaczynają się od niemal rozmarzonego „Lethal Skies”, gdzie prowadzony jest dialog gitarowo-pianistyczny w bardzo spokojnym tempie. Klimat od razu zmienia się w bardziej mroczny, gdy odzywa się elektronika w „Paranoid Affair” (bardzo kołysankowy wstęp) czy bardziej rozpędzony „Romantic” z partią smyczków, dodających atmosfery retro oraz – nomen omen – romantycznym fortepianem pod koniec. Od tej piosenki można się uzależnić. Jest jeszcze bardzo taneczny „Uptight” z funkową gitarą czy idący ku triphopowym korzeniom „Concrete Skin”. Twórcy cały czas próbują zaskakiwać, czasami tworząc dziwaczne mieszanki niczym w tytułowym utworze, gdzie gitara, elektronika i dyskotekowa perkusja przypominają popowe numery z lat 90. Albo wręcz rockowy „Horrible Person”, polany Hammondami czy melancholijny „On and On” ze smyczkami w tle lub stonowany „Feathers and Tar”, do którego dochodzą dziwaczne wejścia perkusji oraz wokalizy. Tylko jeden utwór mi nie podszedł, czyli niemal transowy „Slepless”, zdominowany przez niemal psychodeliczną elektronikę.

Jak sobie radzi nowa wokalistka? Luka ma bardzo eteryczny, wręcz dziewczęcy głos, który jednak potrafi przyciągnąć do siebie niczym magnes. Mimo, że wyczuwałem pewne podobieństwo w barwie do Birdy, potrafi być zarówno bardziej ekspresyjna (ale bez popadania w przesadę), jak i bardzo delikatniutka, kontrastująca z żywszymi dźwiękami muzyki. Mam nadzieję, że zostaje z duetem na dłużej – wydaje się pasować do nich.

Hooverphonic nadal wydaje się coraz bardziej zaskakującym składem, gdzie każdy utwór to inna układanka, bez poczucia powtarzalności. Godny następna „In Wonderland” i przykład, że można stworzyć coś nowego ze starych składników.

8/10

Radosław Ostrowski

Mark Knopfler – Down the Road Wherever

MarkKnopflerDownTheRoadWherever

Tego brytyjskiego gitarzysty przedstawiać nie trzeba. Frontman legendarnego Dire Straits nikomu niczego nie musi udowadniać czy nagrywać pod wpływem zakładu, długów czy innych tego typu rzeczy.regularnie co trzy lata serwuje nowy materiał w duchu folkowo-bluesowym. Jeśli ktoś spodziewał się zmian przy “Down the Road Whenever”, to musiał się przeliczyć.

Producencko Marka wsparł kumpel z macierzystej formacji, czyli klawiszowiec Guy Fletcher. Utwory są długie (ponad 5 minut), zaś całość trwa ponad godzinę (troszkę mocno). I w zasadzie jest bardzo spokojnie, wręcz jesienno-zimowo, gdzie gitarka gra bardzo delikatnie. Nie oznacza to, że nie potrafi przyłożyć jak perkusja w pozornie sielskim „Trapper Man”, dodając jeszcze fajny chórek czy fortepian z Hammondem. Najbardziej mnie jednak chwycił „Back on the Dance Floor”, który brzmieniowo troszkę przypominał najlepsze lata Carlosa Santany (nawet gitara troszkę „santanowa”), okraszone Hammondem z lat 70. oraz śpiewającą w chórku Imeldę May. Prawda jest taka, że dominują tutaj spokojniejsze utwory pokroju „Nobody’s Child”, idący ku bluesowi bujający „Just a Boy Away from Home” z dęciakami. Jest nawet jazzowy „When You Leave”, gdzie więcej do powiedzenia mają trąbka z fortepianem oraz folkowy „Drovers’ Road” z duetem gitarowo-skrzypcowym. Nie oznacza to, że gospodarz nie próbuje pobujać, co pokazuje singlowy ”Good on You Son”, gdzie wbija się partia saksofonu czy okraszony Hammondem „Nobody Does That”.

Choć niektóre instrumenty wybijają się na drugim planie, to jednak sama gitara mistrza pojawia się bardzo krótko i rzadko pozwala sobie na szaleństwo. Do tego same utwory trwają ponad 5 minut, co może odstraszyć i same kompozycje delikatnie mówiąc, nie urywają tyłka. Maestro nie wymyśla prochu od nowa, potrafi zbudować klimatyczne piosenki, a i sam głos ma masę uroku (melancholijny, jazzowy „Slow Lerner”). Niemniej czułem lekkie zmęczenie i znużenie, czego się absolutne nie spodziewałem. Tak jak zaskoczyło mnie tyle piosenek okraszonych dęciakami (lekko wakacyjny „Heavy Up”).

Nie zrozumcie mnie źle – Knopfler nie schodzi tutaj poniżej swojego przyzwoitego poziomu, serwując kolejną, solidną płytę. Fanom pewnie tyle do szczęście wystarczy, ale pozostałych raczej nie porwie, choć jest parę zgrabnych numerów.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tęskno – Mi

mi-b-iext53330085

Gdyby mnie ktoś zapytał o debiut muzyczny roku 2018, który zrobił na mnie największe wrażenie, wskazałbym na duet Tęskno. Pianistka Hania Raniszewska oraz wokalistka Joanna Longić wydają się kompletnie nieznanymi twarzami na naszym rynku, zaś tytuł “Mi” dość intrygująco. A jak wypada samo brzmienie, umieszczone na półce jako “pop”?

Bliżej tutaj duetowi do dokonań niejakiego Olafura Arnaldsa czy Agnes Obel niż konwencjonalnie rozumianego popu. Fortepian razem z kwartetem smyczkowym są jedynymi instrumentami na tej płycie, a wszystko zależy od sposobu wykorzystania go. Czasem dźwięki fortepianu się nasilają, a skrzypce płyną niczym w horrorze („Wymówka”), by rozpędzić się niczym u Reginy Spektor (łagodny „Łeb”, chociaż wokal wydaje się tutaj zagłuszany przez muzykę). Gość jest tylko jeden i jest nim specjalizujący się w elektronice Duit, dokonując ciekawego kolażu w poruszającym „Razem” (ten refren robi robotę). Reszta to jest taka mieszanka spokojniejszych, choć angażujących numerów jak „Kombinacje” ze snującymi się smyczkami, „Z chaosu” z tymi bardziej żwawszymi jak lekko zapętlona „Mapa”, gwałtowny „Galop”. Żaden z utworów (na szczęście) nie brzmi tak samo i pojawiają się pewne drobiażdżki w postaci drobnej elektroniki („Lawina”) czy odgłosów natury („Uszy”).

Samo brzmienie – bardzo szlachetne i klasyczne to nic, w porównaniu ze śpiewem Longić, który jest delikatny, wręcz eteryczny, ale czaruje. jednak najciekawiej się robi, gdy do głosu dochodzi także Raniszewska, dając pole do wspólnego śpiewania czy to na zasadzie przeplatanki („Uszy”, „Łeb”), czy nakładania się głosów („Mapa”). Plus miejscami dość poetyckie teksty, nie ocierające się o grafomanię.

Pozornie „Mi” może się wydawać spokojną, bardzo niepozorną płytą, jaką można bardzo łatwo przeoczyć. Niemniej po jej przesłuchaniu, zrobi wam się bardzo tęskno. Na szczęście będziecie mogli posłuchać jej jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze. Ja czekam na kolejne dzieła od tego duetu.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Jeff Goldblum & The Mildred Snitzer Orchestra – The Capitol Studio Session

the-capitol-studios-sessions-b-iext53596124

Być może to wielu wkurza fakt, że osoby ze świata aktorskiego zaczynają flirtować z muzyką. Przykłady Hugh Lauriego czy Setha MacFarlaine’a pokazują, że nie wywołuje to poczucia przerażenia. Teraz do tego gronia postanowił dołączyć fantastyczny Jeff Goldblum. Aktor znany z takich filmów jak “Mucha”, “Park Jurajski”, “Dzień Niepodległości” czy “Thor: Ragnarok” potrafi także grać na fortepianie (uczył się odkąd skończył 15 lat), działając już w latach 90. jako frontman założonego razem z Johnem Maestro The Mildred Snitzer Orchestra, gdzie grali po klubach jazzowe standardy. Ale dopiero w 2018 roku postanowił razem z grupą wydać album – i to koncertowy, będącym zapisem popisów w Capitol Records.

I muszę przyznać, że efekt jest więcej niż przyzwoity. O dziwo, nie zabrakło też instrumentalnych kompozycji jak otwierający całość “Cantaloupe Island” z cudownie szalejącym saksofonem, by w połowie się uspokoić oraz dać pole innym (klawisze, gitara elektryczna, perkusja). Popisem umiejętności trębacza Tilla Bronnera jest pozornie spokojny “Don’t Mess with Mister T”, a także nieśmiertelny “Caravan” oraz nostalgiczny “It Never Entered My Mind”. Pojawiają się także popisy innych instrumentów jak choćby klawisze (“Nostalgia in Times Square”).

Nie oznacza to jednak, że nie pojawiają się osoby śpiewające. Tutaj są aż trzy, same panie, zaś każda z nich zaskakuje. Na pierwszy ogień idzie Haley Reinhart, zaczynająca od uwodzącego “My Baby Just Cares for Me” zakończonego uroczym droczeniem się wokalistki z Goldblumem, by wskoczyć na spokojne tory w “Gee Baby”, gdzie udziela się saksofon bardziej zadziorny niż zwykle. Druga w kolejce jest Imelda May, którą bardziej znam z bluesowego grania. Ale i w jazzie jej głos sprawdza się naprawdę dobrze – zarówno w zwiewnym, eleganckim “Straighten Up and Fly Right”, dosłownie bawiąc się ozdobnikami,  by przejść do wyciszonego “Bitter Earth” oraz wręcz uwodzącego “Come On-A-My House”. No i trzecia panna to Sarah Silverman, gdzie pojawia się najpierw w dość długiej zapowiedzi (szkoda, że nie ma wersji DVD z zapisem video tego koncertu), by wskoczyć w jeden numer: “Me and My Shadow”, gdzie Jeff także śpiewa, tworząc dowcipny kawałek.

Bardzo sceptycznie byłem przekonany do płyty Goldbluma, ale jako muzyk sprawdza się solidnie, choć pozostaje troszkę w cieniu swoich kolegów. Nie mniej udało się grupie stworzyć bardzo intrygujące, energetyczne oraz piekielnie dobry materiał, choć reakcje publiczności nie są zbyt częste. Czy to będzie nowy etap w karierze aktora? Czas pokaże, ale jestem strasznie ciekawy.

8/10

Radosław Ostrowski

Grzegorz Turnau – Bedford School

bedford-school-b-iext53454583

Jaki Grzegorz Turnau jest, każdy słyszy oraz widzi. Pianista i wokalista ma swój wypracowany styl, którego trzyma się konsekwentnie, czasem pozwalając na drobne modyfikacje. Na swojej najnowszej płycie zrobił dwie rzeczy, jakich nigdy nie robił. Po pierwsze, nagrał płytę w całości śpiewaną po angielsku. Po drugie, jest to zbiór coverów z czasów młodości artysty, gdy uczył się w tytułowym Bedford School w centralnej Anglii.

Jest jeden wyjątek od normy, czyli piosenka tytułowa (to nie jest cover), idąca ku łagodniejszej odmianie jazzu (trąbka oraz perkusyjne werble robią robotę). Reszta to piosenki takich wykonawców jak Billy Joel, The Beatles, Paul McCartney, Sting czy Queen. I o dziwo, niekoniecznie są to głośne hity, co jest pewną zaletą (są pewne wyjątki, ale o nich jeszcze opowiem). Bo mamy zarówno bardziej melancholijnego “The Fool on the Hill” z bardzo skocznym środkiem (perkusjonalia, smyczki), jak i zwiewny, chociaż krótki “Souvenir” czy okraszona folkiem w formie “Vienna” (duet z Marią Rumińską z zespołu Shannon). Zaskakuje dynamiką rozpędzające się “Miami 2017 (Seen The Lights Go Out On Broadway)”, gdzie w środku szaleje saksofon z perkusją, z kolei “Waterfalls” wsparte na delikatnej elektronice brzmi bardzo delikatnie. Turnau robi wszystko, by nie przynudzać i parę razy zaskakuje (lekko stonowany duet “All Dead, All Dead” z folkowymi naleciałościami czy wyjątkowo mroczne “My Valentine”).

Bardziej znanymi utworami w tym zbiorku są “Until” Stinga, “Sorry Seems to Be the Hardest World” Eltona Johna oraz “Imagine” Johna Lennona. Pierwszy pozostaje walczykiem, zdominowanym przez fortepiano, choć im dalej, pojawia się coraz więcej kolorów. Drugi wydaje się dość zachowawczy, ale Turnau potrafi wykrzesać z siebie większe emocje. Z kolei trzeci zostaje ubrany w formę duetu, przez co nabiera nowego blasku.

Turnau nadal gra na fortepianie, jak na prawdziwego zawodowca przystało, potrafi oczarować swoim głosem, a angielszczyznę ma naprawdę bez zarzutu. Przyjemnie się słucha tego cover albumu, zwłaszcza duetów z Rumińską, ale i sam gospodarz potrafi zaskoczyć, choć nadal pozostaje w swoim stylu. Czy to będzie ciekawostka, czy nowy etap w drodze Krakusa – will see.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Abradab – 048

abradab_048

Polski rap coraz bardziej potrafi zaintrygować, serwując kolejne ciekawe postacie. Nie oznacza to jednak, że starzy wyjadacze nie mają niczego do powiedzenia czy zwykle sobie odpuścili. Jednym z filarów tego nurtu muzyki jest Marcin Marten, bardziej znany jako Abradab. Twórca legendarnego składu Kaliber 44 (dwa lata temu reaktywowany) tym razem postanowił nagrać solową płytę po 6 latach przerwy. Sam tytuł to numer kierunkowy do Polski, zaś produkcją zajął się DJ Eprom. Co z tego mogło wyjść?

Pod względem brzmienia to niemal oldskul pełną gębą, ale jednocześnie jest to bardzo bujający, wręcz imprezowy. Taki jest choćby otwierający całość “Pio” z mocno przemielonym wstępem, który skręca w retro elektronikę, zaś raper nawija dość szybko, przez co można nie wyłapać wielu słów. Równie klasyczne jest singlowe “powietrze”, pełne cykaczy oraz pomysłowo wplecionego tła. Do tego w refrenie gościnnie wchodzi Joka, który nie psuje efektów. Troszkę oszczędny, ale i mroczny “tańcz” w bardzo dyskotekowym tempie oraz naleciałościami lat 80. czy utrzymany w stylistyce r’n’b “czeszę Cię”, poszatkowany odrobiną syntezatorowych eksperymentów oraz skreczami. Rozpędzone, choć skromne “horyzonty” wydają się bardzo mrocznym kawałkiem muzyki, zaś sam gospodarz serwuje słowa z prędkością karabinu maszynowego, skontrastowane z lekko “orientalną” “ciapą”, by przejść do futurystycznego w formie “odpalam” oraz “złe oko”. W ogóle trudno się produkcyjnie się do czegokolwiek przyczepić (nawet mocno staroświecki “blask”, pachnący latami 90. – nomen omen – błyszczy).

Jedynym gościem na albumie jest Joka, który wypada całkiem nieźle I nie drażni bardzo (“yee boy”). Sam gospodarz prezentuje się dobrze, a swoim tekstami, gdzie nie brakuje ironii, sarkazmu oraz kombinowania. A o czym mówi? O pieniądzach, przeszłości, działalności Kalibra, zapierdalającym i ogłupiającym świecie (także o technologii), a nawet bragowania.

“048” to brzmieniowy powrót do przeszłości oraz odpowiednio wyważona mieszanka powagi, luzu oraz dobrej zabawy. Czyli stary, dobry Abradab nadal zachowuje formę, co bardzo mnie cieszy. Niby lżejszy rap, ale nie głupi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Various Artists – T.Cover

1543061610NgfveGO5Vh8DnvwkyKehFQTqRenvWy

Czy ktoś spodziewał się, że zespół T. Love działa już ponad 35 lat? Ta rocznica przypadła rok temu i ktoś wpadł na pomysł, by artyści szeroko pojętej sceny muzycznej postanowili w formie hołdu nagrać własne wersje swoich ulubionych piosenek tej kapeli. Najpierw krążyły one na YouTube, by dopiero jesienią tego roku zostać wydane na płycie. Niestety, nie ma tu wszystkich, co wynika z pewnych problemów natury prawno-biznesowej, ale zestaw jest dość imponujący.

Rapową scenę reprezentuje Mioush dość mocno eksperymentujący z “Wychowaniem”, gdzie wysamplowany fragment staje się pretekstem do własnych refleksji na temat okresu dojrzewania. Swoje zrobił też Sokół z “Warszawą” serwując niemal oszczędną aranżację, niemal melorecytując tekst. Fani psychodelicznych eksperymentów rozsmakują się w tym, co Łąki Łan zrobiło z “I Love You”, idąc ku tanecznemu techno oraz rave (tytuł “I Love Rave” zobowiązuje), by potem przerobić go na modłę… country, a także Tekno z “Potrzebuje wczoraj” (bardziej skocznie i mające mniej warstw, z lekko punkowym wokalem). Szukacie czegoś na ostro? To macie Acid Drinkers z koncertową wersją “Nie nie nie”, gdzie zgrabnie wpleciono klasyka eurodance’u “No Limits” od 2 Unlimited oraz bardziej garażową wersję “Gnijącego świata” od Mietalla Wallusia. Fani reggae (i przede wszystkim Kamila Bednarka) pobujają się przy niezłej “Stokrotce”, zaś osoby lubiące elektronikę zanurzą się w eterycznym popisie duetu Xxanaxx (“nie nie nie”) czy bardzo oszczędnej “Jeździe” od Poli Rise.

Żeby jednak nie było tak słodko, jest kilka drobnych kiksów jak zrobiony na indie rocka “1996” z bardzo manierycznym (i irytującym) głosem Piotra Roguckiego, smęcący “Gnijący świat” w quasi-orientalnej wersji Jordany Reyne, dziwaczny “Lucy Phere” od Bovskiej czy tandetnie folkowy “Ajrisz” od Sidneya Polaka. Za to zwieńczeniem albumu jest nagrany wspólnie przez Muńka oraz Kryzys “Armageddon 2014” ku pamięci zmarłego Roberta Brylewskiego. I jest w tym moc, brud, pazur.

Podoba mi się ta inicjatywa, choć brakuje chyba najlepszego z coverów “Boga” od Dawida Podsiadły, ale tu pojawiły się kwestie pozaartystyczne. Niemniej jest to bardzo intrygująca kompilacja, gdzie każdy stara się naznaczyć każdy utwór swoim własnym piętnem, a nie tylko odśpiewać. I to jest fajny ruch.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Paweł Domagała – 1984

1984-b-iext52589041

Czy wiecie, co to jest “syndrom drugiej płyty”? jest to jedna z bardziej zaraźliwych chorób w świecie muzycznym (i nie tylko, choć ma inne nazwy), który dotyczy osób po debiucie. Wyróżnia ją jeden poważny objaw, którego przy tworzeniu debiutu nie pojawia się: oczekiwania oraz presja, a jednocześnie próba pozostania sobą. I pojawia się dylemat: czy zachować klimat poprzedniego dzieła, czy spróbować czegoś nowego? I ta choroba dotknęła znanego aktora Pawła Domagały, który dwa lata temu zadebiutował jako wokalista, współkompozytor oraz autor tekstów. Płyta “Opowiem Ci o mnie” była bardzo liryczną płytą, pokazującą troszkę wrażliwsze oblicze aktora znanego głównie z ról komediowych. A teraz pojawiła się druga płyta “1984”, gdzie znów artystę wsparł Łukasz Borowiecki. Co wyszło tym razem?

Początek, czyli “Radom” to bardzo pogodna, o dziwo zwiewna piosenka w lekko folkowym stylu. Bardzo podobały mi się wplecione skrzypce w środku oraz lekko nostalgiczny klimat. W podobnym tonie jest niemal wyciszone “W połowie drogi” z ciekawą perkusją oraz wyciszoną gitarą w tle. A wtedy wskakuje jeden z najbardziej katowanych utworów przez stacje radiowe, co przyniosło mu więcej szkody niż pożytku. Czyli “Weź nie pytaj” – prosty, lekko bluesowy numer o miłości, którego refren był i będzie cytowany multum razy, co mnie absolutnie nie dziwi. Drugi singiel, czyli mocno poszatkowane “Wystarczę ja” było jak dla mnie zbyt popowe (“klaskana” perkusja oraz zbyt prosty tekst). O dziwo większe wrażenie robiły na mnie troszkę ożywione numery jak bardziej gitarowe “Czasami”, okraszona solem skrzypiec “Obietnica”,  reagge’owy “Człowiek, który był czwartkiem” czy  okraszony smyczkami “Najgrubszy anioł stróż”.

Tekstowo już tak dobrze nie jest i nie mogłem pozbyć się wrażenia, że już słyszałem wiele takich słów. Do tego jakoś nie do końca wierzyłem Domagale, choć jego wokal wypada bardzo przyzwoicie. Czegoś mi tutaj zabrakło pod tym względem, przez co miejscami zwyczajnie się nudziłem.

Chciałbym powiedzieć, że “1984” to bardzo udana płyta, którą poleciłbym z całego serca. Ale byłaby to tylko półprawda, bo tylko częściowo spełnia swoje oczekiwania. Lepiej wrócić do debiutu.

6/10

Radosław Ostrowski