Spirala

Wszystko zaczyna się banalnie prosto. Do schroniska w górach przybywa mężczyzna zbliżający się do wieku średniego. Wygląda troszkę niechlujnie (długa broda), zupełnie nieprzygotowany do żadnej górskiej wyprawy. Na miejscu zaczyna popadać w konflikty, zadaje bardzo bezpośrednie pytania wszystkim, nawet nie melduje się, a wieczorem pożycza śpiwór od studenta. Następnego dnia znika bez śladu, zaś przebywający w ośrodku wyruszają na poszukiwania. Znaleziony w stanie zamrożenia oraz braku przytomności, trafia do szpitala. A wtedy poznajemy kim ten mężczyzna jest.

spirala1

Krzysztof Zanussi dzisiaj kojarzy się z bardzo archaicznym kinem, nie do końca rozumiejącym obecną rzeczywistość. Zupełnie inaczej niż w czasach swojej młodości, co pokazał choćby w „Iluminacji”. Ale „Spirala” to film znacznie cięższego kalibru, bo i temat jest o wiele poważniejszy. W końcu mamy bohatera zderzonego ze śmiertelną chorobą, powolnie umierający. Na co? To nie ma znaczenia, bo reżyser przygląda się temu jak bohater (Tomasz Piątek) próbuje się z tym zmierzyć. Człowiek wykształcony, oczytany, na wysokim stanowisku, ateista. W dodatku choruje od roku i to na coś tak poważnego, że widzi dla siebie tylko jedno wyjście – samobójstwo. Stąd cała ta opryskliwość, cynizm, złośliwości, bunt, ale też rozgoryczenie, poczucie bezsensu i bezsilności. A były to czasy, kiedy dopiero zaczynały działać hospicja. Tylko, czy one są w stanie pomóc naszemu bohaterowi?

spirala2

Całość można niejako podzielić na dwie części, a kulminacją jest znalezienie Tomasza w górach. Pierwsza to niejako samo życie, czyli Piątek w schronisku oraz obserwujący całe otoczenie. Młodych ludzi goniących za pieniędzmi, starego prominenta ze sporymi znajomościami, co potrafi załatwić wszystko, jego mniej charakterny syn, wreszcie malarka Teresa – bardzo uduchowiona osoba. Ale druga część to pobyt w szpitalu. Czas się dłuży, miejsce jest bardzo chłodne, zaś lekarze trzymają pacjentów na dystans. Próbują im pomóc za pomocą lekarstw, tylko czy aby to wystarczy? Na wszystko nie ma przecież tabletek, więc co robić? Próbować żyć dalej, czerpać z pozostawionego czasu czy może zdecydować się na ostateczne wyjście? Zanussi prezentuje różne postawy i nie daje jednoznacznej odpowiedzi, bez wskazania palcem, że trzeba tak albo tak. Chociaż wyczuwam pewną sympatię reżysera do postawy wierzącej Teresy.

spirala3

„Spirala” byłaby jeszcze bardziej przygnębiającym i nieprzyjemnym filmem, gdyby nie fenomenalny Jan Nowicki. Piątek w jego wykonaniu to człowiek pełen sprzecznych emocji, które są pokazywane czasem bardzo drobnym spojrzeniem czy niewypowiedzianym słowem. Samą obecnością magnetyzuje i skupia uwagę, choć jego problemy są sygnalizowane od początku (wyrzucenie kluczy do auta czy odpowiedź na pytanie o linę), nawet głos ma jakiś inny. Poza Nowickim aktorsko wybijają się trzy postacie, które są absolutnie świetne: Teresa (niesamowita Maja Komorowska), prominent Henryk po przejściach (stonowany, mówiący spokojnym głosem Jan Świderski) oraz ordynator szpitala (pewny Aleksander Bardini).

spirala4

„Spirala” nie jest filmem łatwym, lekkim i przyjemnym, ale tego się po Zanussim należało spodziewać. Niemniej to bardzo intrygujące, refleksyjne kino z mocnymi dialogami oraz magnetyzującym aktorstwem. Wielu może zmęczyć ten ciężki klimat, jednak warto zrobić sobie taką odskocznię.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Diuna

Wielu przez lata próbowało przenieść na ekran powieść Franka Herberta z 1965 roku. najpierw w 1971 przymierzał się meksykański wizjoner Alejandro Jodorovsky, jednak nie udało mu się zebrać funduszy na realizację swojego szalonego pomysłu (film miał trwać 12 godzin!!!). W końcu prawa do ekranizacji nabył włoski producent Dino De Laurentiis i po odrzuceniu propozycji wyreżyserowania przez Ridleya Scotta na stołku reżyserskim trafił David Lynch. Z dzisiejszej perspektywy wybór ten może wydawać się absurdalny, a efekt… no, cóż. Powiedzmy, że dla fanów książek filmowa adaptacja nie spełniła ich oczekiwań, a w box office też poszedł na dno. Czy słusznie?

diuna1

Jest rok 10191. Wszechświatem rządzi Imperator Shaddam IV, a najcenniejszą substancją jest przyprawa zwana melanżem. I nie daje ona odporności na poimprezowego kaca, ani nie zmienia w króla parkietu. 😉 Narkotyk ten poszerza świadomość, przedłuża życie i jest jedynym sposobem na podróżowanie po kosmosie. Wydobywana na zlecenie Gildii Planetarnej znajduje się tylko na planecie Arrakis zwanej Diuną. Planetę dostaje w lenno książę Leto Atryda, jednak władca tak naprawdę chce wykorzystać sytuację do usunięcia lennika, który zaczyna stanowić dla niego zagrożenie. Wykorzystuje do tego celu pełniących dotychczasową rolę nadzorców ród Harkonnenów.

Osoby spodziewającego się klasycznego SF mogą poczuć się zdezorientowani zawiłą, polityczną intrygą oraz bardzo intrygującym światem. Wprowadzenie do tego świata trwa godzinę, zaś rzucane terminy (memtaci, zakon Bene Gennesit, Kwisatz Haderach, Fremeni, Czerwie) oraz galeria postaci jeszcze bardziej mieszają w głowie. I to powoduje, że całość należy oglądać w ogromnym skupieniu, by wiedzieć kto jest kim dla kogo, kto jest zdrajcą, kto komu służy. Bez znajomości powieści Herberta można bardzo łatwo się pogubić. Sytuację troszkę ratuje narracja z offu od księżniczki Irulany (śliczna Virginia Madsen) oraz dialogi wypowiadane spoza kadru przez bohaterów. Niemniej jednak od momentu przybycia Atrydów na Arrakis sprawa zaczyna się komplikować, by w połowie filmu (ucieczka Paula i lady Jessiki) sytuacja zaczynała nabierać jasności. Widać tutaj bardzo interesujące wątki jak kwestia przeznaczenia czy prób wejścia w konkretną rolę (motyw Mesjasza planety/nadnaturalnej istoty Kwisatz Haderacha) lub sterowania losami ludzi przez rodzenie dzieci konkretnej płci, ale to wszystko tylko nadbudowa do tego świata.

diuna3

Ale mimo tego chaosu oraz niezbyt jasnej narracji, „Diuna” potrafi zafascynować oraz intrygować. Sama wizja świata ma w sobie coś unikatowego oraz politycznych knowań, gdzie mamy walkę o władzę. Bo melanż jest tak cenny, że osoba posiadająca ją jest w stanie w zasadzie być istotnym graczem i wykorzystać do zmiany układu sił. Nadal wrażenie robi niesamowita strona wizualna z bardzo szczegółową scenografią oraz kostiumami. Pałac Imperatora, stroje Fremenów czy bardzo niepokojąca siedziba Harkonnenów zostają w pamięci na długo, budząc skojarzenia troszkę z pracami H.R. Gigera. Nie brakuje też onirycznych scen snów Paula, które mogą budzić skojarzenia z późniejszymi filmami Lyncha. Nawet efekty specjalne godnie znoszą próbę czasu, chociaż nie wszystkie (kuleją sceny z użyciem blue screenu czy niszczenia statków są tandetne). Także zakończenie wydaje się strasznie niedorzeczne, przez co wywołuje ono śmiech.

diuna4

Za to dobrze dobrano aktorów, którzy wywiązują się ze swoich zadań, bez względu na swoją ekranową obecność. W główną rolę, czyli Paula Atrydy wcielił się debiutujący na ekranie Kyle MacLachlan. I trzeba przyznać, że podołał zadaniu, niemal od początku kupując sympatię, z czasem nabierając sporej dawki charyzmy. Oprócz niego najbardziej wybija się przerysowany, lecz przerażający Kenneth McMillan w roli barona Harkonnena oraz bardzo eteryczna Francesca Annis (lady Jessica, matka Paula), tworząca bardzo opanowaną, ale i władczą kobietę z nieprzeciętnymi mocami. Nie brakuje też bardzo znajomych twarzy (m.in. Max von Sydow, Jurgen Prochnow, Brad Dourif czy Sean Young), ładnie uzupełniających pierwszy plan.

diuna2

„Diuna” była bardzo ambitnym projektem SF, do którego jeszcze próbowano wrócić w formie miniserialu. Teraz z dziełem Herberta zmierzy się Denis Villeneuve i czy podoła zadaniu? W międzyczasie warto wrócić do najdroższego filmu Lyncha, który – mimo niedoskonałości – intryguje i wygląda nadal zjawiskowo.

7/10

Radosław Ostrowski

Rodzinny dom wariatów

Jak wszyscy wiemy, z rodziną najlepiej wychodzi na zdjęciach. Nie inaczej jest z bardzo liberalną rodziną Stone’ów, która mieszka w Nowej Anglii. Jest to rodzina wielopokoleniowa, ze sporą grupą braci i sióstr, a wnuków jeszcze nie ma. To się może zmienić, kiedy do rodziny przybywa najstarszy syn. Ze swoją dziewczyną, która jest strasznie sztywna i – dzięki jednej z sióstr – cała rodzina jest do niej uprzedzona. Czyżby Święta miały skończyć się totalną katastrofą? Zwłaszcza, że przyszła synowa wzywa jako wsparcie siostrę.

rodzinny dom wariatow1

Takich komediodramatów o rodzinie, gdzie jej członkowie nie są zbyt idealni było setki, jeśli nie tysiące. Czy dzieło Thomasa Bezuchy z 2005 roku ma coś, co wyróżnia go z tłumu (oprócz obsady)? Bo nie jest to stricte komedia, mimo miejscami dość ironicznego humoru, pokazuje znajome relacje. Relacje ludzi, którzy znają się dość dobrze, ale o wielu rzeczach sobie nie opowiadają i mają swoje tajemnice. Nie brakuje zarówno „czarnej owcy” (pijący i ćpiący Ben – tego drugiego nie widać), parę gejów, z czego jeden jest niesłyszący, złośliwą siostrzyczkę trzymającą się na dystans czy skrywającą swoją ciężką chorobę matkę. Niby są to poważne momenty i sytuacje, ale reżyser próbuje to ugrać w komediowy sposób, co nie zawsze działa. Podobać się może scena, gdzie Meredith doprowadza do awantury czy moment przed śniadaniem świątecznym, spowodowany pewnym nieporozumieniem. Ale to są tylko krótkie chwile, momenty budzące z dość przewidywalnej opowieści. Nawet sceny slapstikowe wydają się mało zabawne i przewidywalne, co wydaje się bardzo trudne do spieprzenia.

rodzinny dom wariatow2

Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, ze zebrano naprawdę dobrych aktorów, którzy starają się wyciągnąć całość na wyższy poziom. I to się częściowo udaje, choć nie wszystkim. Dla mnie najbardziej nieciekawy był Everett grany przez Delmota Mulraneya, który sprawia wrażenie niby zdecydowanego, ale jakoś nie wspierającego swojej partnerki (dość zaskakująca Sarah Jessica Parker). Dla mnie najciekawsza była w roli złośliwej siostry Rachel McAdams oraz chyba najbardziej normalny z grona Luke Wilson (Ben), chociaż także Diane Keaton i Craig T. Nelson w rolach głowy rodziny mają swoje pięć minut.

rodzinny om wariatow3

„Rodzinny dom wariatów” okazuje się całkiem niezłą tragikomedią, chociaż dla mnie niezbyt wyróżniającą się od podobnych opowieści o rodzinie spotykającej się podczas uroczystości. Nie brakuje solidnego aktorstwa oraz paru scen rozluźniających, lecz nic ponad to.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Święta Last Minute

Państwo Krank mieszkają gdzieś na przedmieściach, a ich jedyny córka wyrusza do Ameryki Południowej jako wolontariuszka Korpusu Pokoju. Dla pana Kranka spędzenie Świąt w deszczu, w domu wydaje się niezbyt przyjemną perspektywą. Więc namawia swoją żonę, by zamiast spędzić Święta w domu, wyjechać na wycieczkę do tropików. Problem w tym, że otoczenie nie jest w stanie zaakceptować tej decyzji. Ale cały plan może trafić szlag, kiedy dzwoni Blair z informacją, iż… wraca w te Święta do domu. Z chłopakiem.

swieta last minute1

Ten film z 2003 roku to adaptacja (dość luźna) powieści Johna Grishama. Tak, tego Grishama specjalizującego się w dramatach sądowych, co mogło wywołać pewną konsternację. Sam pomysł na krytyczne spojrzenie na Boże Narodzenie, gdzie bardziej skupiamy się na zakupach oraz samych wydatkach, miała ogromny potencjał. I mogło być bardzo ostrą satyrą na konsumpcjonizm czy próba wyrwania się z tradycji. Problem jednak w tym, że reżyser Joe Roth ze scenarzystą Chrisem Columbusem idą ku banalnym zestawom gagów w rodzaju tworzenie oblodzenia na podwórku, desperackie poszukiwanie zakupów, ochlapanie przez kałużę. Ten poziom humoru jest prostacki, intryga jest bardzo mało wiarygodna, a zachowanie naszych bohaterów – zwłaszcza pana Kranka – jest kompletnie niezrozumiałe. Niby chce oszczędzić pieniądze na wycieczkę, a kupuje sobie zastrzyk z botoksu oraz wizytę w solarium. Poza tym jest strasznie wrednym egoistą, zmuszającym żonę do działania wbrew swojej woli, a jego przemiana wypada bardzo sztucznie i niewiarygodnie.

swieta last minute2

Same watki poboczne, czyli nacisk otoczenia na zmianę zdania (żądanie wyjęcia jednej ozdoby, śpiew kolędników) sam w sobie jest nienajgorszy. Tylko, że to służy wyłącznie tylko jako źródło humoru, bez czegoś głębszego i poważniejszego wydźwięku. Przez co morał wydaje się strasznie banalny oraz przewidywalny, że w Święta chodzi o coś innego niż swoje pragnienia, tylko wsparcie dla innych. A jeszcze bardziej przerażający jest fakt, że mimo udziału znanych aktorów (Tim Allen, Jamie Lee Curtis, Dan Aykroyd, M. Emmett Walsh) żaden z nich nie tworzy nawet przyzwoitej kreacji. Jak to możliwe, nie mam pojęcia.

swieta last minute3

Nawet Netflix nie był w stanie zrobić tak rozczarowującego, nudnego, pozbawionego klimatu filmu świątecznego. Jeszcze bardziej zadziwia fakt, że nawet udział utalentowanych twórców wydaje się nie mieć żadnego znaczenia dla słabej jakości. Omijajcie szerokim łukiem.

3/10

Radosław Ostrowski

Długi pocałunek na dobranoc

Shane Black to ten typ twórcy filmowego, który ma bardzo określony i wyrazisty styl. Robi kryminały okraszone czarnym humorem, z niedopasowanym duetem protagonistów i zawsze dziejące się w okolicy Świąt Bożego Narodzenia. Jednak Black to przede wszystkim scenarzysta, a ta formuła najbardziej rozwinęła się w kultowej „Zabójczej broni” Richarda Donnera. A w 1997 roku napisał scenariusz, za który dostał aż 3 mln dolarów, film okazał się klapą, zaś Black… zniknął z branży na bardzo długie lata. Ale po kolei.

Kiedy poznajemy Samanthę jest zwykłą kurą domową. Pracuje jako nauczycielka w jakimś małym miasteczku, pracuje jako nauczycielka, ma męża i córkę. Tylko, że kompletnie nic nie pamięta. Ani skąd się tu wzięła, ani skąd ma te blizny na ciele, ani czym się zajmowała przed pojawieniem się w okolicy 8 lat temu. Wynajęcie prywatnego detektywa, Mitcha Hennessey’a, nie bardzo pomaga w rozwiązaniu sprawy, która tkwi w martwym punkcie. Wszystko się zmienia w momencie, gdy z więzienia ucieka mężczyzna i próbuje zabić kobietę. Bezskutecznie. Przy okazji detektyw odnajduje dawne mieszkanie oraz kilka przedmiotów. Oboje pakują się w potężną aferę.

dlugi pocalunek1

Tym razem za kamerą stanął fiński reżyser Renny Harlin, który tuż przed realizacją filmu poniósł sromotną porażkę awanturniczo-przygodową „Wyspą piratów”. I muszę przyznać, że reżyser nie stracił pazura, a intryga jest odpowiednio pogmatwana, naznaczona krwią, seksem oraz trupami. W dość sporej ilości, co jest standardem świątecznych dzieł Blacka. Ciężko się w tym wszystkim połapać, powoli odkrywanie są kolejne sznurki oraz postacie. Dialogi są przesiąknięte ciętym oraz czarnym humorem, akcja jest odpowiednio widowiskowa, szalona (pościg między autami a Samantha ściga i kasuje pojazd złoli jadąc na łyżwach) oraz świetnie zmontowana. Jest parę momentów mocno naciąganych jak ucieczka z zamrażarki czy ostatnie pół godziny, ale to wszystko wydaje się być żartem, parodią gatunku kina akcji.

dlugi pocalunek2

Sam duet głównych bohaterów jest też dość nietypowy. Nie tylko dlatego, że jest damsko-męski, ale to kobieta tutaj dowodzi. Choć początkowo Samantha wydaje się cichą myszką, zaś jej niejasna przeszłość nawiedza w snach, z czasem zaczyna dochodzi do pewnego zderzenia osobowości: delikatnej i wrażliwej matki oraz bezwzględnej, chłodnej zabójczyni. Początkowo te przejścia osobowości wydają się mieć charakter komediowy (krojenie nożem) i mogą wydawać się niekonsekwentne, ale udaje się twórcom wygrać konflikt tych sprzecznych osobowości. Choć przemiana z szarej myszki w twardą, bezwzględną dominę może się wydawać zbyt gwałtowna, a Geena Davis balansuje między powagą a zgrywą.

dlugi pocalunek3

Partneruje jej za to kradnący film Samuel L. Jackson w roli troszkę niezbyt rozgarniętego detektywa Hennessey’a. Może nie jest skończonym idiotą, ale pakuje się w poważniejszą kabałę oraz o wiele groźniejszych przeciwników od siebie. Próbuje ratować sytuację sprytem, ciętym humorem i cojones, a jego tło przypomina cynicznych twardzieli w rodzaju Hallenbacka z „Ostatniego skauta”. Równie wyraziste są role antagonistów w wykonaniu wyluzowanych, ale i odpowiednio ostrych Craiga Bierko oraz Davida Morse’a.

„Długi pocałunek…” jak na kino akcji jest niepoważnym dziełem, zrealizowanym bardzo serio. Dla Harlina i Davis to był ostatni duży tytuł w ich karierach, zaś sama historia – mimo wielu bzdur oraz miejscami szwankującej logiki – jest satysfakcjonującym, pełnym adrenaliny akcyjniakiem w starym stylu. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

Cud na 34. ulicy

Czy wierzycie w cuda? Że zdarzają się rzeczy, których nie da się wytłumaczyć w żaden sensowny, racjonalny sposób? Dzisiaj, kiedy wszystko przyjmujemy w sposób racjonalny, wręcz naukowy, siła wyobraźni czy pewnego rodzaju naiwności wydaje się balastem. Zwłaszcza gdy dotyczy to postaci tak znanej jak św. Mikołaj. Taki prawdziwy, a nie żaden przebieraniec. Co by było, gdyby ta postać pojawiła się w prawdziwym świecie?

O tym postanowił opowiedzieć w 1947 roku George Seaton. Bardziej znana jest u nas wersja z 1994 roku, gdzie główną rolę zagrał Richard Attenborough, choć jest troszkę słabszy. Bohaterem obu jest niejaki Kris Kringle – starszy pan, z bardzo długą brodą oraz laską. Taki człowiek, którego mija się na ulicy i nie rzuca się mocno w oczy. Ale kiedy go poznajemy, chodzi na ulicy przed świąteczną paradą, organizowaną przez jeden z większych sklepów. Kiedy zwraca uwagę, że mający wystąpić w niej Mikołaj jest mocno podchmielony, organizatorka – pani Walker – prosi Kringle’a o zastępstwo. Efekt jest tak imponujący, że mężczyzna zostaje zatrudniony jako Mikołaj w sklepie. I to zaczyna wywoływać zamieszanie u samej pani Walker, jej córce oraz samym Kringle’u, który naprawdę uważa się za św. Mikołaja.

cud na 34 ulicy1

Oglądając film Seatona łatwo można dostrzec kilka rzeczy. i nie chodzi tylko o czarno-białą kolorystykę, ale o wręcz śladową ilość świątecznych dekoracji. Nie ma w ogóle śniegu, jest parada, choinki, zaś w tle jako muzykę wykorzystano „Jingle Bells”. Więc pozornie trudno mówić o świątecznym klimacie, zdominowany przez komercjalizację, szał zakupów oraz troszkę gonieniem za kasą. A czy to powinno się w tym okresie liczyć? Do tego mamy zderzenie Kringle’a z panią Walker oraz jej córką, które bardzo twardo stąpają po ziemi. Dziewczynka jest tak poważna, że wydaje się znać odpowiedzi na wszelkie pytania, a gry oparte na udawaniu uważa za niepoważne i głupie. Wiarę zastępują fakty, a rozum wydaje się panować nad emocjami.

cud na 34 ulicy2

Jeszcze bardziej ten motyw wybrzmiewa w momencie, kiedy Kringle staje przed sądem. Kwestia tego, czy mężczyzna naprawdę jest św. Mikołajem czy nie, ale reprezentowane przez niego wartości. Dbanie o dobro dziecka, empatia, dar wyobraźni – coś, co w dzisiejszym świecie jest rzadkością. Jak się zachowywać w tym zwariowanym świecie? Może odpowiedź wydaje się troszkę naiwna, ale reżyser jest w tej naiwności szczery. Troszkę pod tym względem przypomina Franka Caprę, tworzącego w zbliżonym tonie.

cud na 34 ulicy3

Co sprawia, że mogę uwierzyć w tą historię? Poza dobrze napisanym scenariuszem z paroma ciętymi dialogami oraz bardzo dobrą reżyserią jest to zdecydowanie aktorstwo. Absolutnie rewelacyjny jest Edmund Gwenn w roli Kringle’a, który dobroć ma niejako wypisaną na twarzy. Widać jak ma duży ma wpływ w scenach rozmów z dziećmi czy w duecie z Natalie Wood (Susan). Nie umiem opisać zachwytu nad tą kreacją, bez której ten film rozleciałby się w szwach. Równie udane występy zalicza skontrastowany duet Maureen O’Hara (racjonalna, szczera do bólu Doris Walker)/John Payne (mecenas Fred Gailey) czy dość antypatyczny psychiatra w wykonaniu Portera Halla.

Najbardziej zaskakujący jest fakt, że mimo lat ten „Cud” trzyma się po prostu świetnie. Jest troszkę naiwny, ale jednocześnie ciepły, bez nachalnego serwowania banałów. Jak udało się zachować magię po tylu latach? Sami się przekonajcie i sprawdźcie.

8/10

Radosław Ostrowski

Szklana pułapka 2

Wszyscy pamiętamy jak w 1988 roku porucznik John McClane w Święta spuścił łomot niemieckim terrorystom w Nakatomi Plaza. Wydawałoby się, że już będzie miał święty spokój i kolejne Boże Narodzenie spędzi tak, jak tradycja nakazuje. W domu, z żoną, dziećmi, choinką oraz prezentami. Tylko trzeba odebrać żonę z lotniska w Waszyngtonie. Problem w tym, że lotnisko zostaje opanowane przez grupę byłych wojskowych, a ich celem jest przewożony wojskowym samolotem generał Esperanza.

szklana pulapka2-1

Do realizacji tej części nie pojawił się John McTiernan, który w tym czasie realizował „Polowanie na Czerwony Październik”. Zamiast niego wskoczył fiński twórca Renny Harlin, dla którego był to pierwszy duży projekt. Muszę przyznać, że bardzo lubiłem oglądać dwójkę, choć nie byłem świadomy znajomości całej serii. Ale z dzisiejszej perspektywy muszę przyznać, iż ta część z każdym seansem zacząłem dostrzegać więcej wad. Sama historia to w zasadzie powtórka z rozrywki, tylko na większą skalę. Zamiast dużego budynku jest lotnisko, zamiast jednego głównego przeciwnika jest go aż trzech i żaden nie nazywa się Gruber. Nie mają tej charyzmy, a ich motywacja jest tak nudna, że zapomina się o niej od razu.

szklana pulapka2-2

Do tego wraca największy problem poprzedniej części, czyli niekompetentni, pozbawieni inteligencji policjanci. Zwłaszcza dowódca policji lotniskowej (Dennis Franz), który jest tak przekonany o swojej nieomylności, że staje się prawdziwym wrzodem na dupie. Sama akcja jest tutaj bardziej widowiskowa, nie pościgów (scenka ze skuterami), strzelaniny mają swoje tempo, a finałowa bijatyka na skrzydle samolotu dalej angażuje. Ale dla mnie największym problem w realizacji jest słabnące w połowie filmu napięcie. Nie pomaga także przeskakiwanie z lotniska w samolot z żoną Johna na pokładzie, co zwyczajnie dezorientuje.

szklana pulapka2-3

Nadal sytuację ratuje Bruce Willis, który jest wręcz nie do zdarcia. To nadal cyniczny twardziel, który pojawił się w złym miejscu i złym czasie, co nie przeszkadza mu walczyć do samego końca. Ciągle mu kibicowałem, choć próbuje dokonywać wyczynów godnych herosa (próba uratowania samolotu przez zniszczeniem), pozostaje szarym gościem i chce wykonać swoją robotę jak najlepiej. Reszta postaci prezentuje się solidnie, zarówno William Sadler (pułkownik Stuart), Franco Nero (generał Esperanza) czy Fred Dalton Thompson (Thudeau). Niemniej nie ma tutaj kogoś na tyle wyrazistego, by skupić na sobie uwagę.

Druga część „Szklanej pułapki” to solidne kino akcji, które jest dobrze wykonane i ma parę imponujących scen. Jest mocno wtórny i troszkę brakuje mu paru własnych pomysłów, jednak nadal stoi na własnych nogach oraz dostarcza wiele frajdy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

To właśnie miłość

Jaki jest Richard Curtis, każdy wie. Ten ceniony scenarzysta z Wysp Brytyjskich stał się znany dzięki stworzeniu postaci Jasia Fasoli oraz w pisaniu komedii romantycznych okraszonych takim słodko-gorzkim spojrzeniem na relacje międzyludzkie. Zawsze zachowując balans między humorem (nawet miejscami wulgarnym – tylko słownie) a dramatem, co pokazał m.in. w „Czterech weselach i pogrzebie”, „Notting Hill” czy „Dzienniku Bridget Jones”. W końcu zdecydował, że poza pisaniem skryptów będzie też je reżyserował i tak powstało zrealizowane w 2003 roku „To właśnie miłość”.

to wlasnie milosc1

Debiut reżyserski Curtisa to taka mozaika, gdzie nie skupiamy się na jednym wątku opartym na klasycznym szablonie on/ona poznaje ją/jego, zakochują się i muszą pokonać pewne przeszkody. Tutaj tych wątków jest aż dziesięć i pokazują bardzo różne oblicza miłości. Nie tylko między kobietą a mężczyzną, ale też braterską, rodzeństwa czy rodzica wobec dziecka. Bo miłość jest w stanie dotknąć każdego, bez względu na pozycję społeczną, wiek czy miejsce pracy. Kogóż w tej galerii nie mamy: nowo wybranego premiera, porzuconego pisarza, małżeństwo w średnik wieku, gdzie mężem zainteresowana jest pracownica firmy, nieśmiała kobieta podkochująca się w koledze, Anglik wyruszający do USA wyrwać laski czy para pracująca przy… filmie porno.

to wlasnie milosc2

Czuć tutaj styl scenarzysty, gdzie nawet najbardziej dramatyczny moment zostaje przekłuty jakąś zabawną kwestią (scena pogrzebu czy moment, gdy kartki z powieści wpadają do jeziora). Najbardziej zaskakujący był fakt, że pojawia się wiele scen z żartami mocno po bandzie (cały wątek Billy’ego Macka), ale bez przekraczania granicy dobrego smaku. Nie wszystkie wątki są tak samo angażujące i zdarza się parę słabszych (para z pornosa czy nasz napalony Colin) głównie ze względu na dość mało czasu. Sama narracja jest skokowa i toczy się w ciągu pięciu tygodni, przez co przenosimy się z wątku na wątek. Na początku może to wywoływać dezorientację, jednak nie trwa ona zbyt długo. I jest tu kilka niezapomnianych momentów jak wyznanie za pomocą plansz, oświadczyny Jamiego przy niemal całej społeczności, cały wątek między ojczymem a pasierbem i próby pomocy w rozwiązaniu problemów sercowych tego drugiego czy dość zgrabny taniec pana premiera. Wszystko z odpowiednio dobraną muzyką oraz bardzo czarującym klimatem.

to wlasnie milosc3

A obsada jest bardzo imponująca i tak brytyjska, że już chyba bardziej się dało. Skoro jest to kom-rom z UK, to obowiązkowo musi się pojawić uroczy jak zwykle Hugh Grant i bardzo melancholijny Colin Firth czy odpowiednio sarkastyczna Emma Thompson. Z wysokiej półki jest równie świetny Alan Rickman (szef Harry), bardzo delikatna Laura Linney (nieśmiała Sarah) czy dość zaskakujący Liam Neeson (mocno wrażliwy Daniel). Ale film dla siebie kradnie absolutnie błyszczący Bill Nighy w roli podstarzałego rockmana Billy’ego Macka. Odpowiednio złośliwy, bezpośredni, szczery, magnetyzuje samą obecnością, a jego przeróbka „Love Is All Around” to petarda i nowy świąteczny hit. Na drugim planie zaś mamy aktorów, którzy dopiero zaczynali swoją drogę artystyczną (m.in. Keira Knightley, Chiwetel Ejiofor, Andrew Lincoln czy Martin Freeman) i prezentują bardzo solidny poziom.

to wlasnie milosc4

Nie dziwię się, że debiut reżyserski Curtisa stał się świątecznym klasykiem oraz inspiracją m.in. dla twórców „Listów do M.”. To bardzo sprawnie zrealizowane, odpowiednio dowcipne i wzruszające kino, choć nie pozbawione drobnych potknięć i paru zbędnych wątków.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Małe kobietki

Zawsze pojawiają się takie filmy, które wydają się bardzo kameralne, spokojnie, gdzie praktycznie nic się nie dzieje. Ale tak naprawdę dzieje się wszystko, choć nie zawsze można to zauważyć od razu. Takie były dla mnie „Małe kobietki” według powieści Louisy May Alcott. Zanim jednak rzucę się na nową wersję, którą przygotowała Greta Gerwig, przypomnę adaptację dokonaną przez Gillian Armstrong w Roku Pańskim 1994.

male kobietki (1994)1

Sama historia osadzona jest w latach 60. XIX wieku i skupia się na rodzinie Marchów ze stanu Massachusetts. Nadal trwa wojna secesyjna, przez co w domostwie znajdują się same kobiety: matka z czterema córkami. Każda z nich powoli zaczyna wchodzić w dorosłe życie, przeżywać pierwsze miłości i zacząć znajdować swoje miejsce na ziemi. Matka wydaje się być – jak na tamte czasy – bardzo nowoczesna, ucząca swoje córki niezależności i wolności, ale każda z córek jest różna od siebie jak pory roku. Najstarsza Meg ma przekonania bardzo konserwatywne, Jo zaś posiada talenty artystyczne (pisanie, teatr) i ani myśli o ożenku, Beth skupia się na pomaganiu innym ludziom, zaś najmłodsza z grona Amy to niepoprawna romantyczka. Lecz mimo tych różnić, więź między nimi jest bardzo silna.

Można w zasadzie odnieść wrażenie, że historia tutaj po prostu płynie, skupiając się na uchwyceniu drobnych zdarzeń oraz losów tytułowych kobietek. A wszystko w czasach, gdy przedstawicielki płci pięknej nie mogły głosować, ich naukę w szkole traktowano za niepotrzebną (chyba że uczysz się samemu), zaś one same nie mogły do końca o sobie decydować. Reżyserce, mimo pozornie luźnej konstrukcji, udaje się zbalansować między bardziej dramatycznymi momentami (wątek Beth oraz jej choroby) a tymi lżejszymi, pełnymi ciepła (wspólne „spektakle” i zabawy).

male kobietki (1994)2

I to wszystko tworzy taki bardzo wyjątkowy klimat, mieszając powagę z radością życia, wręcz pozytywną energią. Mimo bardzo dramatycznych wydarzeń, poczucia samotności, smutki i zagubienia. O takich filmach ciężko się mówi, bo powinno się je zwyczajnie obejrzeć. Ta magia, atmosfera oraz powoli jest nie do opisania. Wrażenie robi absolutnie przepiękna muzyka Thomasa Newmana, wiernie odtworzone kostiumy z epoki oraz cudna scenografia, podnosząc całość na wyższy poziom.

male kobietki (1994)3

I jest jeszcze coś, czyli absolutnie fantastyczne aktorstwo. Film absolutnie kradnie i czyni swoim kapitalna Winona Ryder w roli Josephine. Jak sama się określa jest „dzikusem”, który sam chce być sobie statkiem, żaglem i okrętem. Wydaje się twardo dążyć do jasno określonego celu, a jednocześnie jest bardzo delikatna, zagubiona. Sprzeczności te są pokazane przez aktorkę bezbłędnie. Z panów największe wrażenie robi Christian Bale, czyli sąsiad Laurie. Pełen empatii, początkowo traktujący nasze bohaterki jak siostry i czuć chemię między nim a Jo oraz resztą rodziny. Swoje pięć minut ma także debiutująca Claire Danes (Beth), bardzo subtelna Trini Alverado (Meg) oraz wcielające się w postać Amy Kirsten Dunst i Samantha Mathis. Chemia między siostrami dosłownie kipi z ekranu i można nią obdzielić kilka filmów. Jest też Susan Sarandon, czyli matka – bardzo stonowana, spokojna, sprawiająca wrażenie niezłomnego monolitu.

male kobietki (1994)4

„Małe kobietki” to jest ten typ kina, który idealnie się sprawdza, kiedy ma się chandrę albo ogólnie jest się w dołku. Krzepi i poprawia samopoczucie, ale nie jest pustym poprawiaczem nastroju, po obejrzeniu którego wymazujemy go z pamięci. To poruszający, bardzo ciepły film o rodzinnych więziach, które są silniejsze niż cokolwiek innego i pozwalają przeżyć najtrudniejsze chwile.

8/10

Radosław Ostrowski

As w potrzasku

Chuck Tatum to dziennikarz z wielkiego miasta, który nigdzie nie może się utrzymać na stałe. A to artykuł doprowadził do procesu o zniesławienie, a to romans z żoną wydawcy, a to lubił troszkę za bardzo wypić. Teraz trafia do Alboquerque w Nowym Meksyku, gdzie nie ma tutaj zbyt wiele do roboty, a rzeczywistość jest bardzo nudna. Poza tym jeszcze na świecie nie było Waltera White’a ani Saula Goodmana, by o nich napisać. 😉 Próbuje znaleźć wielkie temat, dzięki któremu może wrócić do gry, lecz nie dzieje się nic. Kiedy ma wyruszyć poza miasto, by opisać polowanie na grzechotniki obserwuje pozornie prosta sytuację. Na stacji benzynowej modli się kobieta, do pobliskiego rezerwatu przybywa policja, a po drodze reporter razem z oddelegowanym Herbiem podwożą kobietę. Okazuje się, że w leżącej na terenie Indian kopalni jest uwięziony mężczyzna, który kradł tamtejsze garnki i inne artefakty. Dla Tatuma jest to okazja, której tak długo szukał.

as w potrzasku1

Z dzisiejszej perspektywy film Billy’ego Wildera wydaje się dość anachroniczny, bo media dzisiaj działają inaczej. Wszystko byłoby relacjonowane przez smartfony, a nasz uwięziony pewnie pisałbym bloga przez komórkę albo laptop. Jednak w roku 1951 rzeczywistość była zupełnie inna. Wszystko pisano na maszynie, wysyłano telegramem, a popularne była prasa, radio i telewizja. W tamtych czasach dziennikarze byli raczej idealizowani, traktowani jako posłannicy prawdy, którzy mają pokazywać świat takim jaki jest. Ale Wilder staje się bardzo demaskatorski i piętnuje hipokryzję mediów. Tatum dla odzyskania swojej pozycji jest w stanie posunąć się do wszystkiego. Pokazuje sposoby manipulacji, kiedy owija wokół palca szeryfa, szefa ekipy, a nawet żonę uwięzionego. Kusi ich sławą, zbudowaniem reputacji oraz możliwości osiągnięcia kariery. Chce opóźnienia misji ratunkowej, byleby tylko przyciągnąć uwagę ludzi. W końcu nic tak nie angażuje niż tragedia jednego człowieka.

as w potrzasku2

I właśnie ta bezwzględność w dążeniu do tematu, który może być opowiadany przez kilka dni, nadal potrafi przerazić. Ostatni taki atak na media był obecny w „Wolnym strzelcu” Dana Gilroya, jednak tutaj wpływ działań bohatera jest ogromny. Do małego miasteczka zaczynają przyjeżdżać tłumy, zjazd prowadzony przez żonę uwięzionego staje się bardzo dochodowy, a góra staje się atrakcją turystyczną. I oczywiście zjeżdżają się przedstawiciele mediów, co nakręcą całą sytuację. Przypomina to żerowanie na tragedii, która może się skończyć tylko w jeden sposób. I to gorzkie spojrzenie na świat mediów nadal pozostaje aktualne, okraszone mocnymi dialogami, niepozbawionymi ciętego poczucia humoru. Wilder absolutnie tutaj błyszczy i angażuje do samego finału.

as w potrzasku3

Do tego mamy fantastycznego Kirka Douglasa w roli głównej. Tatum w jego wykonaniu to cyniczny karierowicz, skupiony na sobie oraz temacie, dążąc do jego wyeksplorowania za wszelką cenę. Jedynie w momentach, gdy jest sam z uwięzionym Leo pozwala sobie na bycie szczerym oraz zaangażowanym. Ale mimo dokonywanych kantów i oszustw, potrafi zaintrygować, a nawet wzbudzić sympatię, co nie było takie łatwe. Równie świetna jest Jan Sterling, czyli żona uwięzionego Leo Manosy. Kobieta miastowa, uwięziona w małym miasteczku, też pragnąca się stamtąd wyrwać, nawet za cenę swojego małżeństwa. I jest niemal tak samo cyniczna jak Tatum, zmuszona do grania zrozpaczonej, wyczekującej na męża. Jest jeszcze Robert Arthur w roli Herbie’ego – idealistycznego, małomiasteczkowego dziennikarza, który zaczyna uczyć się sztuczek Tatuma. Ale co z nim się stanie dalej, pozostaje kwestią otwartą.

Zderzenie „wielkomiejskiego”, zgniłego dziennikarstwa z małomiasteczkowym etosem, trzymającym się starych sposobów. „As w potrzasku” to bardzo gorzkie spojrzenie na tą profesję, co w czasach Złotej Ery Hollywood jest bardzo zaskakujące i nadal aktualne. Wilder piętnuje, choć nie pokazuje palcem wprost, porażając wnikliwym spojrzeniem na bezwzględność ludzkiej natury.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski