W paszczy szaleństwa

Czy jesteście w stanie odróżnić prawdę od rzeczywistości? Przecież wystarczy zaufać naszym zmysłom, które są przecież niekwestionowalne – widzimy swoimi oczami, słyszymy uszami, dotykami różne przedmioty itd. Tylko, że to wszystko jest przefiltrowane za pomocą naszego mózgu i co jeśli on zrobi nam figla? O tym w swojej ostatniej części trylogii apokaliptycznej postanowił opowiedzieć w 1994 roku John Carpenter.

Zanim zacznie się cała opowieść widzimy, jak zostaje wydrukowana powieść niejakiego Suttera Cane’a „W paszczy szaleństwa”. Następnie trafiamy do szpitala psychiatrycznego, gdzie zostaje wysłany niejaki John Trent. Kim był ten człowiek, który w swojej celi narysował masę krzyży? Był detektywem ubezpieczeniowym, który badał sprawy różnych kantów mających na celu wyłudzić ubezpieczenie. Tym razem jednak dostaje bardzo trudne zadanie – chodzi o odszukanie bardzo poczytnego pisarza, Suttera Cane’a, pracującego nad swoim nowym dziełem, którego nikt nie czytał. Autor jest tak popularny, że jego czytelnicy dostają lekkiego kociokwiku. Detektywowi towarzyszy Linda – redaktorka oraz wielka fanka pisarza.

w_paszczy_szalenstwa1

Cokolwiek by nie mówić o Johnie Carpenterze, to jest to fachura w tworzeniu bardzo klimatycznych filmów grozy, nawet jeśli dzisiaj nie straszą aż tak mocno. Podobnie jest z tym filmem, którego sam początek jest bardzo tajemniczy, gdzie powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy pokręconej układanki, zaczynając od próby zabójstwa za pomocą… siekiery (scena w restauracji) aż po odkryciu fikcyjnego (aby na pewno?) miasteczka Hobb’s End. I tutaj zaczynają się niezłe jaja, gdzie fikcja z rzeczywistością mieszają się ze sobą. Przy okazji pokazuje, jak wielką siłę może mieć słowo pisane, doprowadzając do szaleństwa. Pisarz zaś zaczyna powoli pełnić rolę kapłana czy proroka, który staje się otoczony kultem. W ten sposób apokalipsa wydaje się jeszcze bardziej niebezpieczna, a zło nie do powstrzymania, ponieważ każdy twój ruch już wcześniej został zaplanowany, nawet zanim zdążysz o tym pomyśleć. I to budzi prawdziwe przerażenie, bo czym tak naprawdę jest rzeczywistość?

w_paszczy_szalenstwa2

Choć muszę przyznać, że klimat jest budowany pierwszorzędnie, to sam scenariusz jest dla mnie dość problematyczny. Odkąd trafiamy do miasta z książek Cane’a napięcie zaczyna się sypać i pojawia się wiele niejasności. Skąd Cane posiada moc tworzenia rzeczywistości? Skąd pochodzą te bestie, w które transformują się mieszkańcy? Nie ma też interakcji ze społecznością, która jest sterowana i pozbawiona swojej woli. Same te dziury wywołują niejasności w całej intrydze, której finał – nadal mocny oraz najbardziej gorzki ze wszystkich – był do przewidzenia. Z drugiej strony wrażenie robi świetna scenografia, ze szczególnym wskazaniem na kościół oraz całkiem przyzwoite efekty specjalne, muzyka buduje klimat (nawet ten zadziorny szarpidrut z czołówki), a montaż – zwłaszcza te krótkie zbitki – jest świetny. Same bestie wyglądają jakby żywcem wzięte z książek Clive’a Barkera czy obłąkanego umysłu Davida Cronenberga.

w_paszczy_szalenstwa3

Carpenter całkiem nieźle prowadzi swoją opowieść, w czym pomagają mu świetni aktorzy. Najbardziej błyszczy rewelacyjny Sam Neill w roli coraz bardziej zagubionego detektywa, balansując między obłędem, przerażeniem i cynizmem. Trent wydaje się niemal klasycznym detektywem z książek noir, który widział już wiele i świat nie jest w stanie go niczym rozczarować. Jednak im dalej w las, tym bardziej bohater zostaje wystawiony bardzo ciężkiej próbie, zmuszony do pogodzenia się z pewnymi wydarzeniami. Świetna jest Julie Carmen w roli zafascynowanej pisarzem redaktorki Lindy, powoli zatracającej się w szalonych tworach autora. Nie do końca wykorzystano Jurgena „Das Boot” Prochnowa jako Cane’a, ale za każdym razem jego obecność podnosi adrenalinę. Tej postaci jest zwyczajnie za mało i aż się prosi o bliższe poznanie.

Przyjęło się mówić o filmie „W paszczy szaleństwa”, że to ostatni udany film Johna Carpentera. Trudno mi się z tym nie zgodzić, na pewno jest lepiej wyreżyserowany niż napisany, chociaż sam pomysł był świetny. Nadal to klimatyczny horror, idący w innym kierunku niż typowi reprezentanci tego gatunku, ale czegoś zabrakło do pełni satysfakcji.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Książę ciemności

Ile razy słyszeliście o końcu świata – dniu, w którym Szatan przejmie władzę nad światem, a ludzkość umrze ewentualnie stanie się jego niewolnikami. Filmowcy swoich wizji zagłady prezentowali mnóstwo, także John Carpenter odpowiedzialny za trylogię apokaliptyczną. W jej skład wchodzą niezapomniane „Coś”, finałowe „W paszczy szaleństwa” oraz część środkowa, czyli „Książę ciemności”.

Fabuła wydaje się być prosta – lokalny proboszcz, ojciec Loomis otrzymuje w posiadaniu małą skrzynkę oraz pamiętnik od umierającego zakonnika. W skrzynce jest klucz do bardzo starego, wręcz zapomnianego kościoła, gdzie znajduje się dziwna, zielona substancja w dużej kapsule. Prosi o pomoc fizyka, profesora Biracka, żeby zbadać tą materię oraz przetłumaczyć dziwną księgę pisaną różnymi językami. Naukowiec razem ze studentami przybywają do kościoła, a tam zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

ksiaze_ciemnosci2

Carpenter znany był z pewnej ręki przy tworzeniu kina grozy wszelkimi metodami. I już w pierwszych 10 minutach, serwuje napięcie obrazami niemal pozbawionymi dialogów, za to z pulsującą, mroczną muzyką – ciekawe, że sakralny charakter zbudowano tylko za pomocą syntezatorów – zapowiadających złe wydarzenia. A reżyser nie tylko nie spieszy się z serwowaniem kolejnych informacji, stawiając bardziej na klimat oraz poczucie zagrożenia niż na sensowny scenariusz. Samo wnętrze kościoła (w szczególności pomieszczenie z płynem otoczone krzyżami oraz świecami) robi piorunujące wrażenie, zaś atmosfera robi się coraz bardziej niepokojąca. Z jednej strony działa sam zły, stosując niemal klasyczny trick z opętaniem (tym razem przenosząc się poprzez… płyn) i przechodząc z postaci na postać, z drugiej swoje robi grupa bezdomnych otaczająca budynek.

ksiaze_ciemnosci1

Dalej już mamy rzucane różne sposoby straszenia: od powoli budowanej atmosfery niepokoju, przez sporą obecność mrówek po odrobinę krwawej jatki (śmierć za pomocą roweru), przemianę w zombie (mocna scena rozpadu ciała, z którego wyłażą robaki) aż po niebezpieczny moment związany z powrotem Szatana – końcówka jest wręcz rewelacyjna aż do niejednoznacznego finału. Reżyser przy okazji dorzuca swoje trzy grosze w kwestii Kościoła, który ukrywał tajemnicę związaną z prawdziwym Złem, zastępując ją swoimi dogmatami działającymi niczym dobry produkt. Złem, z którym nie można negocjować, przekonać, ale zwalczać. Tylko, czy nauka i wiara jest w stanie pokonać Antychrysta? Zakończenie – jak to u reżysera przystało – nie daje wcale pozytywnej odpowiedzi, o czym lepiej się samemu przekonać.

ksiaze_ciemnosci3

Aktorstwo jest typowe dla kina klasy B, czyli jest przyzwoicie. A film kradnie fantastyczny Donald Pleasence w roli księdza Loomisa (zbieżność nazwiska z lekarzem z „Halloween” nie jest przypadkowe) – zmęczonego życiem duchownego, który wydaje się bardzo niepokojącym bohaterem. Równie świetny jest Victor Wong w roli profesora Biracka – naukowca, z zacięciem filozoficznym, prowokującego do bardziej samodzielnego myślenia. Młodzi studenci, choć mają po około 30 lat, wypadają całkiem nieźle.

„Książę ciemności” zaskakująco dobrze się trzyma, choć to jeden z mniej znanych filmów Carpentera. Strasznie klimatyczny (troszkę przypominał mi „Linię życia” zmieszaną z „Egzorcystą” oraz „Coś”), chociaż czasami fabuła nie zawsze jest sensowna, a poczucie grozy nie zawsze się utrzymuje przez cały film. Niemniej pewna realizacja, świetne zdjęcia oraz niepokojąca muzyka nadal robią bardzo silne wrażenie.

7/10

Radosław Ostrowski

Circus of Fear

Wyobraźcie sobie, że organizujecie wielki skok, zgarniacie kupę forsy i trzeba ją gdzieś ukryć. Jakie może być ostatnie miejsce do ukrycia forsy, gdzie na bank nie będzie jej szukać policja? Oczywiście, że jest to cyrk. Policja prowadzi śledztwo, lecz sprawa utyka w martwym punkcie. Dochodzi jednak do przełomu, kiedy w cyrku Berberiniego dochodzi do morderstwa.

cyrk_strachu1

Dziwaczny to kryminał z Wysp, któremu troszkę bliżej do włoskich giallo czy niemieckich produkcji niż stricte kryminału. Muszę jednak przyznać, że początek (scena napadu) wygląda nadal dobrze. Jest wyczuwalnie napięcie, dobry montaż, kompletny brak muzyki oraz gwałtowna przemoc. Przez dłuższy czas jest aura tajemnicy, bo nie wiemy kto jest szefem grupy oraz mózgiem całej operacji. I po pierwszych 30 minutach akcja toczy się dwutorowo: mamy inspektora Elliotta, a także środowisko cyrkowców. Tam mamy pewne konflikty, spięcia oraz tajemnice. Tylko problem w tym, że historia kompletnie nie angażuje. Niby są próby mylenia tropów, wiele poszlak, jednak kompletnie brakuje napięcia, wątki kompletnie nieciekawe (zemsta za śmierć członka rodziny, tajemniczy Gregor, co zawsze nosi maskę oraz jego córka, pewien szantaż), zaś postacie – może poza Gregorem – są zwyczajnymi szablonami, pozbawionymi ducha oraz charakteru. Wizualnie też wydaje się taki sobie, zaś klimat kompletnie znika, a nawet muzyka wydaje się zwyczajnie sztampowa.

cyrk_strachu2

I nawet te bardziej cyrkowe fragmenty (tresowanie lwów, rzucanie nożem do tarczy – dwa razy) wydają się bardzo mechanicznie sfilmowane. A sam cyrk sprawia wrażenie niewykorzystanego potencjału. Żeby było mało, to i aktorstwo wydaje się dość sztuczne, teatralne (sceny umierania), zaś bardzo znane twarze (Christopher Lee, Klaus Kinski) nie mają tutaj zbyt wiele pola manewru, bo albo pojawiają się bardzo krótko (Kinski) albo są „pozbawieni” twarzy (Lee). Pozostali członkowie ekipy z Leo Gennem w roli inspektora policji jest zwyczajnie przeciętna, nie zapadająca w pamięć.

Niby jest cyrk, niby jest strach w tytule, ale kompletnie tego nie czuć strachu, napięcia, niepokoju. Zamiast tego jest nuda, poczucie senności oraz brak czegokolwiek ciekawego. Za takie marnotrawstwo, twórców nie powinno się dopuszczać do pracy w jakimkolwiek charakterze.

4/10

Radosław Ostrowski

Mgła

Antonio Bay – małe miasteczko nad morzem, które zaraz będzie obchodzić 100-lecie istnienia. I już w pierwszej godzinie rocznicy, nad miastem zaczyna pojawiać się mgła tak gęsta, że wręcz można zrobić z niej wiele ciast. I podczas jej obecności dzieją się coraz dziwaczniejsze rzeczy: telefony same dzwonią, włączają się alarmy w samochodach oraz telewizory, tak same z siebie. Oprócz tego kryje się za nią grupa ktosiów, którzy dawno opuścili ludzki żywot.

mgla_19802

Kolejny wygrzebany z mroków przeszłości film Johna Carpentera, który tym razem serwuje opowieść o duchach. Impulsem prowokującym całe wydarzenie jest wygrzebany ze ściany kościoła dziennik prowadzony przez proboszcza 100 lat temu, który pokazuje prawdę na temat powstania miasta. Bo jest to miejscowość zbudowania na krwi, chciwości oraz okrucieństwie mieszkańców, którzy wymordowali, a następnie okradli szukających schronienia trędowatych pod wodzą Blake’a. Jednak reżyser szuka swojego sposobu na strasznie i prowadzi narrację w dość nieoczywisty sposób. Dość szybko poznajemy genezę samej mgły, a sama historia toczy się wokół grupy osób, które niemal do końca nie spotykają się ze sobą. Mamy radiową prezenterkę, miejscowego księdza, autostopowiczkę, właściciela zaginionego okrętu oraz panią Williams – bardzo istotną personę w mieście.

mgla_19801

I te przeskoki między postaciami dają wiele świeżego do tego gatunku, chociaż sama historia potrafi intrygować. Klimat budowany głównie dzięki nocnym zdjęciom oraz bardzo pulsującej muzyce, jednak sam sposób straszenia dziś już nie robi tak silnego wrażenia (może z wyjątkiem finałowego oblężenia kościoła, gdzie jest bardzo przewrotne zakończenie). I nie chodzi o użycie jump-scare’ów, ale sposobu działania mgły (nawet rozwala generatory), potrafiącej się poruszyć niczym człowiek.

mgla_19803

Także aktorstwo jest tutaj strasznie nierówne, albo inaczej, nie wszyscy zostali w pełni wykorzystani. Największą robotę wykonuje tutaj Adrienne Barbeau (Stevie Wayne) oraz Hal Holbrook (opanowany ojciec Malone), który dość szybko odkrywa prawdę na temat założenia miasta. Prosto zarysowane postacie, zmuszone do działania pod wpływem okoliczności. Zdecydowanie zmarnowano Jamie Lee Curtis (Elizabeth), która w zasadzie nie ma tu zbyt wiele do roboty, podobnie jak Janet Leigh (pani Williams), którzy zwyczajnie się snują na ekranie.

„Mgła” ma dość prostą fabułę o duchach, ale ma dość obiecujący początek oraz ogromny potencjał na coś więcej. Dziś całkiem nieźle się sprawdza jako klasyczny w duchu film grozy z aurą tajemnicy, przenikającą przez cały seans, chociaż samo źródło strachu nie robi takiego wrażenia jak w dniu premiery.

6/10

Radosław Ostrowski

Wielka draka w chińskiej dzielnicy

Często zdarza się tak, że zwykły człowiek pakuje się w historię tak nieprawdopodobną, że nie może być prawdziwa. Bo jak na chłopski rozum wyjaśnić udział sił magicznych w naszej rzeczywistości – zwłaszcza, jeśli jest to chińska czarna magia. Tego nie spodziewał się spotkać Jack Burton. Kim on jest? Zwykłym kierowcą ciężarówki, który przyjazdem trafił do San Francisco, by odwiedzić kumpla – Wang Chi. Czeka on na swoją dziewczynę z Chin, jednak odbiór dziewczyny z lotniska mocno się komplikuje, w czym ma udział drobne gangi oraz pradawny demon ukryty pod postacią Lo Pana.

wielka_draka1

John Carpenter kojarzy się głównie z mrocznymi filmami grozy, jednak „Wielka draka w chińskiej dzielnicy” to kino tak inne, że nie można było się tego spodziewać po twórcy „Halloween”. I znowu jest to mix różnych elementów: niepozbawionej elementów fantastyki baśni, połączonej z kinem akcji oraz polanej komediowym sosem. Mrok tutaj pojawia się bardzo rzadko (kanały, podziemia), chociaż czuć mocno stawkę. Jest bardzo zabawnie, wręcz kolorowo, choć nie brakuje scen przemocy. Dynamicznie zmontowane bijatyki niczym z jakiegoś karate czy pojedynek na broń białą ze skokami oraz lataniem niczym z „Przyczajonego tygrysa…” do dziś potrafią zrobić wrażenie. Tak samo jak niemal wystawna scenografia, pełna wschodnich motywów, strojów, dekoracji oraz polana „orientalnym” wschodem muzyka. I ku mojemu zdumieniu naprawdę dobrze się bawiłem, mimo że główny bohater jest troszkę pierdołowaty, ale do tego jeszcze dojdę.

wielka_draka2

Sama intryga poprowadzona jest bardzo zgrabnie, a humor z akcją idą ręka w rękę. Nawet efekty specjalne prezentują się całkiem nieźle (pioruny, pirotechnika), choć dziś wydają się archaiczne. Carpenter bardzo sprawnie miesza konwencję, nie wywołując dużych zgrzytów (co się nie udało w późniejszym „Oni żyją”) oraz dostarczając masę frajdy.

wielka_draka3

A największym nośnikiem jest kompletnie odjechany Kurt Russell, który tutaj troszkę parodiuje typowego amerykańskiego twardziela. Burton wydaje się twardym facetem, z silnymi pięściami, chodzący niemal non stop w podkoszulku, rzucający bon motami. Ale na chińskie moce może to nie wystarczyć, bo Jack nie jest typowym zbawcą świata i wiele razy dostaje łupnia, wkracza jak jest po wszystkim, co dodaje wiele świeżości. Tworzy on bardzo ciekawy duet z Dennisem Dunem (Wang Chi), który robi na ekranie cuda niewidy. Pięści, nogi, miecze idą w ruch, co daje prawdziwego kopa. Tak samo świetny jest James Hong w roli Lo Pana – taki czarny charakter, który bywa przerysowany, ale w granicy konwencji. Troszkę bladziej prezentują się panie, ograniczone do roli damy w opałach, chociaż Kim Cattrall (Gracie Law) bywa bardziej zadziorna i charakterna.

To jeden z bardziej nieoczywistych filmów Johna Carpentera, który postanowił się zwyczajnie zabawić. „Wielka draka…” ma w sobie coś z kina nowej przygody, niepozbawiona mroku, lecz zaskakująco lekka. Bardzo barwne, dynamiczne kino akcji z bardzo jajcarskim Kurtem Russellem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Oni żyją

Wszystko zaczyna się jak w klasycznym westernie: pojawia się przybysz znikąd do wielkiego miasta. Nie chodzi mu o wiele: szuka pracy, która została mu odebrana, a całe życie ma w dość sporym plecaku, jaki nosi ze sobą. Wszystko przebiega bardzo spokojnie, nawet znajduje lokum w dużym obozie. Ale wszystko się zmienia z powodu pewnego nawiedzonego kaznodziei oraz dziwnym informacjom z telewizji, które są zagłuszane. Jeszcze są te tajemnicze okulary, po założeniu których świat wygląda jakoś dziwacznie.

oni_zyja1

To był jeden z pierwszych filmów Johna Carpentera jakie zobaczyłem. Jest to dziwne kino SF, w którym element fantastyczny jest tylko pretekstem do bardziej satyrycznego spojrzenia na ówczesną rzeczywistość. Czasy prezydenta Reagana, mające być czasem wielkiej prosperity (to wtedy powstał „Wall Street” Olivera Stone’a, gdzie padło hasło: „Chciwość jest dobra”), niby rozpędziły gospodarkę, tylko że – jak zawsze – skorzystali na tym nieliczni. Reszta albo znajdowała się na marginesie społeczeństwa, albo byli robolami do wynajęcia. Reżyser mocno drwi z konsumpcyjnego stylu życia (czarno-biały świat po założeniu okularów, gdzie zamiast reklam są hasła typu: „Bądź posłuszny”, „Żeń się i rozmnażaj”, „Śpij”), który okazuje się być tak naprawdę pułapką i zmienia ludzi w niewolników. A jak widzimy naszych rządzących, możemy odnieść wrażenie, że nie pochodzą z tego świata, prawda? Jeśli tak uważacie, to Carpenter potwierdzi wasze obawy, zaś policja jest tu podporządkowana prawdziwym mocodawcom i dlatego nie przebiera w środkach.

oni_zyja2

Ale „Oni żyją” nie są poważnym, głębokim dramatem z filozoficznym zacięciem. To kolejny niskobudżetowy film, mieszający westernowy szablon z pięknymi widokami miasta, wątkiem SF, odrobiną humoru oraz akcji. I ta hybryda tworzy całkiem niezły koktajl. Chociaż sama fabuła toczy się początkowo dość ospale, by troszkę przyspieszyć, polać sosem niedorzeczności (Nada po założeniu okularów jest w takim szoku, że zaczyna obcych zabijać – zamiast znaleźć kogoś, kto objaśni ten cały bajzel) oraz dziwacznych zachowań postaci (bijatyka między Nadą a Frankiem – to tylko pretekst, by pokazać kilka sztuczek wrestlerowskich), dorzucić popisami strzeleckimi, by zakończyć bardzo śmieszno-gorzkim finałem. By jeszcze bardziej namieszać we łbie, w tle słyszymy westernową muzykę (harmonijka ustna z gitarą robią robotę).

oni_zyja3

Aktorsko jest całkiem nieźle, choć szału nie ma. Naszego protagonistę, który jest prosty jak konstrukcja cepa zagrał wrestler Roddy Pipper i daje sobie radę. To prosty chłop z twardym kręgosłupem oraz sucharami w zapasie. Lepiej wypada Keith David (Frank), który staje się mimowolnym wspólnikiem naszego bohatera, a moment poznania prawdy poprzedzony jest solidnym łomotem. Ale ten duet zgrabnie się uzupełnia. Drugi plan dominuje Meg Foster (bardzo chłodna Holly) oraz zdystansowany George „Buck” Flower (przewodnik w finale).

Jak dla mnie, „Oni żyją” to dziwaczna hybryda w bardzo komiksowym sosie, gdzie Carpenter miesza satyryczne spojrzenie, otoczkę SF oraz kino akcji. Miejscami bywa mocno ciosane, tempo jest mocno niestabilne, a aktorstwo wręcz śladowe, to można się na nim całkiem przyjemnie bawić, jak się wyłączy myślenie.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Halloween

Każdy ma swoje ulubione gatunki, jeśli chodzi o horror und groza. Jednym z podgatunków jest slasher, czyli konfrontacja zazwyczaj młodych, nieodpowiedzialnych nastolatków z bardzo niebezpiecznym psycholem, co ma siłę w mięśniach i nic nie jest go w stanie powstrzymać (symbol czystego zła). Takich filmów powstało w ilościach hurtowych, że coraz bardziej ten schemat zaczyna drażnić. I rodzi się pytanie, czy z perspektywy współczesnego widza, filmy tego gatunku z przełomu lat 70. oraz 80. nadal potrafią wywołać strach, przerażenie i grozę? Jednym z tych śmiałków, którzy zbudowali tą konwencję był John Carpenter ze swoim „Halloween” z 1978 roku.

Punktem wyjścia jest popełniona w 1962 roku morderstwo, które popełnił niejaki Michael Myers. Trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie po piętnastu latach ucieka i wraca do rodzinnego miasteczka, by znów zasiać grozę. W ślad za nim wyrusza dr Sam Loomis, tylko czy nie będzie za późno. A w tym samym czasie trzy małolaty planują zrobienie wspólnej imprezy, co może się źle skończyć.

halloween_19781

Reżyser bardzo spokojnie buduje atmosferę strachu i szokuje już na dzień dobry. Sama scena pierwszego zabójstwa pokazana z oczu bohatera potrafi zbudować napięcie, a samo odkrycie tożsamości zabójcy nadal wywołuje szok. Historia toczy się tutaj bardzo powoli, wręcz dwutorowo: bo mamy zarówno tajemniczego Myersa, który straszy tutaj w bardzo prosty sposób (wejście serwowane pamiętnym tematem przewodnim): Myers pojawia się albo gdzieś w tle, by w następnym ujęciu zniknąć albo widzimy częściowo sylwetkę antagonisty, co troszkę przypomina taktykę pierwszych filmów Stevena Spielberga. Nawet jak widzimy pełną sylwetkę, to jest ona na tyle daleko, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć wyraźnie jego twarzy. I to potrafi zadziałać, zwłaszcza z powodu wykorzystywania mroku, z którego nasz zły potrafi wyskoczyć w każdej chwili.

halloween_19782

Z drugiej strony mamy grupkę nastolatków, którzy tego dnia chcą pójść na żywioł i stracić dziewictwo. Kontrastem dla nich jest Laurie Strode, która reprezentuje wszelkie konserwatywne wartości, dając jej (zgodnie z panującym szablonem tego gatunku) największe szanse na przetrwanie. Jeśli spodziewacie się wiader krwi, hurtowo zarzynanych małolatów oraz głupawych zachowań naszych bohaterów, to… będziecie mieli tylko to ostatnie (moment, gdy małolata po stosunku czeka na faceta i gdy pojawia się Myers w prześcieradle, nie odpowiadając na jej słowa). Carpenter – być może z powodu cenzury czy za małego budżetu – serwuje śladowo krew oraz sceny erotyczne, co działa tutaj na plus. Nawet jump-scare’y (ale bez typowego dla chwytu podbudowania odpowiednią ilustracją) miejscami nadal potrafią działać, włącznie z otwartym finałem, co kompletnie mnie zaskoczyło.

halloween_19783

Aktorsko jest to poziom kina klasy B, czyli niskobudżetowej produkcji, bez znanych twarzy. Wyjątkiem jest tutaj Donald Pleasence w roli dr Loomisa, który jest tutaj odpowiednikiem profesora van Helsinga w tym świecie. Wie o swoim przeciwniku zadziwiająco dużo, wygląda bardzo tajemniczo, nosi broń, serwując bardzo niepokojące słowa. Z młodych aktorek największe wrażenie robi Jamie Lee Curtis w roli sympatycznej Laurie, która zostaje zmuszona do fizycznej konfrontacji i wychodzi dość poturbowana. Cała reszta postaci po prostu jest i albo potrafi wkurzyć (Nancy Kyes), albo jest mi kompletnie obojętna.

Powiem szczerze, że spodziewałem się, iż „Halloween” będzie raczej śmieszył niż budził przerażenie. A jednak Carpenterowi udało się klimat zagrożenia, mimo pewnych głupotek oraz stosowania dość prostych tricków (operowanie dźwiękiem, wszechobecny mrok), dając podstawę kolejnym (bardziej lub mniej brutalnym) popisom kolejnych rzeźników kina grozy pokroju Jasona czy Freddy’ego Krugera. A to spore osiągnięcie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kobieta w kapeluszu

Poznajcie Ewę – to bardzo młoda dziewczyna, pracująca jako aktorka w teatrze w dużym mieście. Choć ma talent oraz spore predyspozycje, to jednak nie zdarzyła się jakaś poważniejsza, duża rola, dająca jej szansę na przebicie. Ale pojawia się szansa, związana z reżyserem Lewickim, które chce wystawić samego „Króla Leara” i chciałby obsadzić Ewę jako Kordelię.

kobieta_w_kapeluszu1

Kolejne spotkanie ze Stanisławem Różewiczem, czyli mamy psychologiczny dramat, będący także obserwacją środowiska artystycznego. Czyli świata teatru, które już reżyser obserwował w filmu „Drzwi w murze”. Ale zamiast dramaturga, mamy niespełnioną aktorkę, która chce się przebić. Problem jednak w tym, że sam talent nie wystarcza – potrzebne są znajomości (najlepiej z dyrektorem), przyjaźnie oraz wszelkiego rodzaju układy. Ewentualnie trzeba zwyczajnie czekać, aż los da szansę. O ile w ogóle zamierza to zrobić, bo może zdarzyć się wszystko. Różewicz przygląda się teatrowi jako miejscu nie tyle skostniałemu, co nierentownemu, przegrywającego rywalizację z telewizją czy filmem. Jednocześnie jest pewna tajemnica związana z przeszłością naszej bohaterki, a konkretnie jej ojcem, ale tego nie zamierzam wam zdradzić. Konstrukcją bardzo przypomina „Anioła z szafy”, czyli mamy zbiór scenek związanych z pracą Ewy, odwiedzanymi postaciami (starszą panią, którą się opiekuje, rozmów z koleżanką Magdą, siostrą czy swoją nauczycielką) ewentualnie w domu, gdzie jest sama.

kobieta_w_kapeluszu2

Reżyser w tej swojej obserwacji zadaje jedno, bardzo ważne pytanie o sens pracy, gdzie nie ma się szansy na rozwinięcie skrzydeł, gdzie dostajesz najwyżej epizody (tytułowa kobieta w kapeluszu), choć pragniesz sięgnąć gwiazd. I ta rutyna, zawierzenie losowi zaczyna naprawdę uwierać. I co zrobić? Dostosować się do panujących reguł, lekko niszcząc swoją wrażliwość? Wpychać się łokciami? A może zwyczajnie zrezygnować i poszukać innej pracy? Pytania zostają bez odpowiedzi, ale samo zadanie może skłonić do zastanowienia. Jest tu kilka magicznych scen (powtarzany „taniec marionetek” w połączeniu z dość pokręconą muzyką Jerzego Satanowskiego działa wręcz piorunująco czy finał na plaży), które zostaną na długo, choć wielu może się strasznie wynudzić. Ale realizacyjnie trudno się do czegokolwiek przyczepić, bo dobrze to wygląda, wyraźnie wszystko słychać, choć nie ma tutaj zabawy formą.

kobieta_w_kapeluszu3

Do tego jeszcze naprawdę świetne aktorstwo, gdzie mamy bardzo rozpoznawalne twarze takich osób jak Henryk Machalica (aktor Jan), Paweł Wawrzecki (Zbyszek) czy Krzysztof Gosztyła (fotograf). Ale drugi plan dominuje w drobnej rólce Marek Kondrat w roli reżysera, który nie potrafi się odnaleźć w sztuce ani nie posiada jakiejś konkretnej wizji. Jednak wszystko trzyma na swoich barkach Hanna Mikuć. Pozornie nie rzucająca się w oczy, ale nie można oderwać od niej oczu – mieszanka wrażliwości, lęku, pasji oraz tajemnicy. Potrafi zaskoczyć lekkością („wywiad” z Magdą), by wejść w poważniejsze tony, co jest nieprawdopodobne. Piorunująca mieszanka.

„Kobietę w kapeluszu” można potraktować jako film, który mógłby spokojnie wejść do kina moralnego niepokoju, ale Różewicz bardziej skupia się na portrecie psychologicznym niż dylematach moralnych. Mimo dość epizodycznej konstrukcji, potrafi zaintrygować, wciągnąć i wydaje się uniwersalny, mimo realiów PRL-u.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bob Roberts

Wybory – jak wszyscy wiemy – to czas, kiedy pewni nieznani ludzie starają się o naszą uwagę, by móc dalej nic nie robić. Ci ludzie chcą dołączyć do pewnego kręgu zwanego politykami, czyli kompletnych nierobów udających, że chcą nam zrobić dobrze, a tak naprawdę dbają tylko o swój dobrobyt. Ale co innego jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie światli oraz odpowiedzialni obywatele wybierają najmądrzejszych, najbardziej rozsądnych oraz uczciwych polityków. I to tam w 1990 roku o urząd senatora postanowił powalczyć Bob Roberts. Kim on jest? To bardzo młody muzyk folkowy, który jest także biznesmenem o bardzo prawicowych poglądach. Kieruje fundacją wspierającą szpitale w walce z narkotykami, w swoich utworach mocno krytykuje bardziej liberalną politykę swojego przeciwnika, senatora Brickleya Paiste’a. A cała ta walkę poznajemy w formie… dokumentu, kręconego przez Terry’ego Manchestera, przyglądającemu się kampanii.

bob_roberts1

Nakręcony w 1992 roku film w reżyserii Tima Robbinsa jest polityczną satyrą – gatunkiem bardzo trudnym i ryzykownym, bo mogącym bardzo łatwo się zestarzeć. Chyba, że zamiast przyglądać się ówczesnej sytuacji politycznej, będziemy próbowali pokazać mechanizmy działania kampanii wyborczych, ze stosowaniem różnych nieczystych zagrań. W tle niemal ciągle pojawia się telewizja (a w niej zawsze włączony serwis informacyjny, gdzie dziennikarze komentują wydarzenia), wycinki z prasy, wrzucone fakty z życia muzyka-polityka (praca maklera w Wall Street, trenowanie szermierki). Reżyser wykorzystuje paradokumentalny styl, by pokazać jak bardzo łatwo można manipulować tłumem. Nie tylko chodzi o rzucanie prostych sloganów, ale chociażby teledyskami utworów, stosowaniem czarnego PR-u czy nawet… zamachem na samego siebie. Robbins niby żartuje w kilku miejscach (występ w programie telewizyjnym, brutalnie przerwanym przez jedną z pracownic czy nasz bohater jeżdżący w stroju szermierczym na motorze), jednak jest to śmiech przez łzy.

bob_roberts2

Bo pokazywany tutaj tłum fanów Roberta zderzony zostaje z pojedynczymi momentami, gdzie pewni ludzie nie godzą się na jego poglądy. Przeciwnicy Robertsa to ludzi inteligentni, sprawiający wrażenie oczytanych, dziennikarze czy lepiej wyedukowani, zaś stronę fanów reprezentują ludzie niekoniecznie wykształceni, mądrzy, tylko lekko prymitywni, prości ludzie, pragnący łatwych rozwiązań oraz szukających przyczyny swojej porażki u innych. Bo zawsze ktoś musi być winny. A jeśli znajdziesz jakąś skazę w tym niemal kryształowym wizerunku, koniec może być tylko jeden, gdyż każdy ma swoje za uszami. Tylko, co jest gorsze: oskarżenie o posiadanie kochanki czy współpraca z agentem CIA, zamieszanym w tworzenie lipnej firmy budowlanej jako przykrywki do zagranicznego handlu narkotykami? Nawet wytropienie wielkiej afery (odniesienia do sprawy Iran-Contras bardzo czytelne) nie może ujść ci płazem.

bob_roberts3

Aktorsko jest tu znakomicie, bo Robbinsowi udało się zebrać bardzo mocny skład. Tytułową rolę Robbins powierzył najlepszemu z najlepszych, czyli… samemu sobie. Robbins gra znakomicie charyzmatycznego polityka z bardzo konserwatywnym programem, mocno krytycznie oceniający przełom lat 60., uważając go za źródło wszelkiego zła. Ale kiedy wejdzie na scenę, zacznie przemawiać, a zwłaszcza śpiewać (głos to taki mocniejszy Dylan), nie można od niego oderwać oczu. Poza nim najbardziej zapada w pamięć bardzo Giancarlo Esposito (dziennikarz Bugs Raplin), który mimo wyglądu menela okazuje się być najbardziej rozsądnym oraz szczerym facetem. Nie można też nie wspomnieć o Alanie Rickmanie (tajemniczy Lukas Hall III) czy trzymającym fason Rayu Wise (Chet MacGregor – szef sztabu), zaś w epizodach dziennikarzy wiadomości pojawiają się takie znane twarze jak James Spader, Helen Hunt czy Susan Sarandon.

Choć można zaśmiać się parokrotnie (choćby z teledysków), to „Bob Roberts” pozostaje gorzką komedią o wydźwięku satyrycznym na politykę w ogóle. A to podsumowuje zarówno ostatnie słowa dziennikarza, jak i ostatnia scena przy pomniku Jeffersona oraz podane wyniki sondażu w sprawie interwencji w Iraku poddają w wątpliwość myślenie ludzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Nadzieja

Nie znam zbyt wielu kinomanów w Polsce, którzy nie kojarzyliby nazwiska Krzysztofa Piesiewicza. Mecenas, polityk, scenarzysta znany ze współpracy z Krzysztofem Kieślowskim, z którym działał aż do śmierci tego drugiego w 1996 roku. nie oznacza to jednak, że mecenas Piesiewicz nie pisał kolejnych fabuł i nie były ekranizowane przez innych twórców („Niebo” Toma Tykwera, „Piekło” Danisa Tanovicia), a w 2006 roku zmierzył się z kolejnym scenariuszem Stanisław Mucha.

nadzieja_20061

Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu, kiedy nasz bohater był jeszcze dzieckiem. Razem z bratem oraz kilkoma innymi osobami grali sobie spokojnie w piłkę przy domu. Ale jedno zbyt mocne uderzenie doprowadza do tragedii – matka, chcąc ratować syna wpada pod koła ciężarówki, zaś ojciec dyrygent dostaje udaru. Teraz Franciszek ma 20 lat, chce zostać prawnikiem i skacze ze spadochronu. Poza tym obserwuje Benedykta Webera – właściciela galerii sztuki, który zajmuje się też kradzieżami obrazów. Chłopakowi udaje się sfilmować, jak Weber uczestniczy przy kradzieży obrazu z kościoła. Jednak zamiast zgłosić ten fakt na policji, szantażuje biznesmena, chcąc w zamian… zwrócenia obrazu na miejsce.

nadzieja_20062

Trzeba przyznać, że punkt wyjścia był dość intrygujący. Niejasna motywacja protagonisty jednak działa jak broń obusieczna, bo z czasem zaczyna być tylko irytująca. Nie byłem w stanie uwierzyć temu bohaterowi, w czym jeszcze bardziej przeszkadzają dość nachalne dialogi, pełne pretensjonalności (coś o aniołach) – dodatkowo niewyraźnie słyszalne – i nie wyjaśniające zbyt wiele. Sama intryga jest pełna nielogicznych bzdur (determinacja bohatera, który potrafił przewidzieć zachowanie np. dziewczyny, która niszczy sfilmowaną kasetę) oraz sposobów działania głównych złych, którzy uginają się groźbie. Wcześniej próbują pokazać, że są groźni – wysadzenie auta, wypchnięcia Franka ze skutera podczas jazdy – ale nie próbują go bardziej poturbować, grożąc śmiercią najbliższym czy ostatecznie zabijając go. To jest czysty idiotyzm, jakby rzeczywistość została podporządkowana pod wizję twórcy, a kilka scen (skoki ze spadochronu) wydaje się tylko zbędnym zapychaczem czasu.

nadzieja_20063

No i muszą pojawić się sceny, gdzie postacie stoją, dumają, milczą. Ewentualnie słuchają podniosłej muzyki poważnej, niby nadając pewnej głębi (wlatujący gołąb podczas napadu czy puste ramy po kradzieży). Jest parę ciekawych kadrów (sceny rozmów Webera z paserem Gustawem), zaś muzyka Richtera potrafi uderzyć (zwłaszcza na początku). Tylko, że to wszystko tworzy dziwaczny, niezrozumiały film, pozbawiony sensu. Nawet aktorzy nie mają co tu grać, zwłaszcza grający główną rolę Rafał Fudalej jest tak irytujący, że ma się ochotę go sprać. Weterani robią, co mogą, jednak nie dają rady ożywić swoich postaci. Najbardziej wybija się tutaj Zbigniew Zapasiewicz (ojciec Franka) oraz Zbigniew Zamachowski (inspektor Sopel), ale nawet oni nie byli w stanie udźwignąć tej historii.

„Nadzieja jest matką głupich i swoich dzieci nie lubi” – śpiewał Kazik. Mucha nie podołał przeniesieniu fabule Piesiewicza, która sama w sobie mocno rozczarowywała. To miała być część trylogii, która jednak – na szczęście – nigdy nie powstała, bo jeśli pozostałe filmy miały być na poziomie „Nadziei”, zasypiałbym częściej niż kiedykolwiek. Totalna porażka.

3/10

Radosław Ostrowski