Mały Budda

Wiecie, co to jest reinkarnacja? Według wyznawców hinduizmu to fakt polegający na powtórnym urodzeniu zmarłych, pod inną postacią. Jednym z wyznawców tej wiary jest przebywający w Bhutanie lama Norbu, który od 9 lat czeka na nowe wcielenie swojego mentora, lamy Dorje. W końcu dostaje telegram o potencjalnym „odrodzonym” – ma nim być Amerykanin Jesse, syn nauczycielki i architekta. By jednak mieć pewność, chłopiec musi pojechać do Bhutanu, ale rodzice mają wątpliwości.

budda2

Ostatnia część orientalnej trylogii Bertolucciego, kieruje nas w stronę hinduizmu, próbując pokazać Wschód w sposób zrozumiały dla Zachodu. Dlatego poza pokazaniem procesu poszukiwań potencjalnych wcieleń, twórcy mieszają ten wątek z historią Siddharthy (tak się zwał Budda zanim został guru). I trzeba przyznać, że ta opowieść jest zrobiona z rozmachem, przypominającym „Ostatniego cesarza”. Kostiumy i scenografia robią piorunujące wrażenie, zarówno w scenach z „pałacowego” życia przyszłego Buddy czy kuszenia (niezłe efekty specjalne – szczególnie w scenie ataku wojska na medytującego bohatera) jak i we współcześnie wyglądającym Oriencie, pełnym słońca i kolorów.

budda3

Obydwa te wątki zgrabnie się przeplatają, historia robi się coraz ciekawsza (jest jeszcze dwójka kandydatów), doprowadzając do zaskakującego finału, a także dając do zastanowienia się nad życiem i jego sensem. Kolejny raz nie zawodzi Vittorio Storaro, tworząc znakomite zdjęcia, a pomysł wizualnego oddzielenia Zachodu (Seattle filmowane w melancholijnym, błękitnym filtrze) z pełnym słonecznego ciepła Wschodem, silnie oddziałuje na zmysły. Szkoda, że to ostatni film tego operatora zrobiony z Bertoluccim.

budda1

Kolejny raz jest to dobrze, nawet bardzo dobrze zagrane. O dziwo, najlepiej zaprezentował się Keanu Reeves wcielający się w Buddę (taki miks Jezusa ze św. Franciszkiem), uwiarygodniając jego motywację, by porzucić dostatnie życie. Równie świetny jest też Roucheng Ying, czyli lama Norbu oraz młody Alex Wiesendanger, czyli Jesse – potencjalne wcielenie Dorje. Ale nie mogę nie wspomnieć o Chrisie Isaaku. Ten znany i dość popularny w latach 80. piosenkarz gra ojca Jesse’ego, z którym ostatecznie wyrusza w drogę. Kreacja niezła oraz bardzo stonowana, tym bardziej dziwi fakt, że Isaak otrzymał nominację do Złotej Maliny za najgorszy debiut.

„Mały Budda” po powrót Bertolucciego do dobrego kina po ciężkim „Pod osłoną nieba”. Sprawnie opowiedziany, dobrze zagrany i z kilkoma kapitalnymi scenami. Nie jest to na szczęście kiczowata opowiastka o Buddzie, a mogło do tego dojść. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Pod osłoną nieba

Lata 50. Do północnej Afryki przyjeżdża młode małżeństwo – Kit i Port Moresby oraz towarzyszący im niejaki Tunner. Małżonkowie po 10 latach chcą na nowo rozbudzić dawno zgaszone uczucie, co tylko teoretycznie wydaje się takie proste. Bohaterowie przenoszą się z miejsca na miejsce, nie zostając zbyt długo w jednej lokalizacji.

Bernardo Bertolucci opowiada w swoim filmie o poszukiwaniu straconego czasu oraz szansie na odzyskanie dawnego uczucia, które jeszcze się tak tliło. Wielu parom wydaje się, że taką okazją może być zmiana klimatu – tutaj afrykańska pustynia, z dala od cywilizacji. Jednak dla filmowców pustynia jest stosowana jako symbol pustki, samotności. Poza tym szansę na naprawę tego związku zostają zmarnowane już pierwszego dnia pobytu, gdy małżonkowie dopuszczają się niewierności. Dodatkowo jeszcze przenoszą się z miasto do miasta, zostają przy nim najwyżej dzień, więc jaka może być szansa na naprawę? Być może na jakiś dramatyczny moment, który ich zbliży. Jednak klimat nie sprzyja, podobnie jak seans tego filmu.

oslona_nieba2

Reżyser nie ułatwia nam pokazania relacji między tą dwójką – wiadomo, jest to dramat psychologiczny, ale bardzo pomogłoby wejście w umysł naszych bohaterów. A im dalej oglądamy, tym trudniej wytrwać do samego końca, próbując rozgryźć, co znaczą gesty oraz co tak naprawdę chcieli sobie powiedzieć Kit i Port.

oslona_nieba1

Na pewno największym plusem tego filmu są genialne zdjęcia Vittorio Storaro. Wizualna przestrzeń robi tu monumentalne wrażenie, przepięknie plastycznie (noc nad miastem, próba zbliżenia na pustyni) i czułem się jakbym tam dosłownie trafił. Melancholijny nastrój potęguje muzyka niezawodnego Ryuichi Sakamoto. Jednak nawet one nie są w stanie przełamać hermetyczności tego dzieła.

oslona_nieba3

Swoje próbują zrobić aktorzy, ale nie mają łatwego zadania. Mimo to John Malkovich i Debra Winger trzymają fason, pokazując dość skomplikowaną relację małżonków, którzy niby chcą być ze sobą, ale nie potrafią. Poza tą dwójką moja uwagę zwrócił Timothy Spall w roli śliskiego Erica, przebywającego pod kuratelą mamuśki oraz Campbell Scott jako towarzyszący pan Tanner.

Żaden film ostatnio mnie tak nie zmęczył jak „Pod osłoną nieba”. Nie jest to zła produkcja, tylko strasznie trudna w odbiorze, niemal nie dająca niczego w zamian za czas wspólnie z nią spędzony. Hermetycznego kino dla bardzo wymagającego odbiorcy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Idol

Lata 70. to okres glam rocka – muzyki gitarowej pełnej blichtru i przepychu. To w tym okresie gwiazdą stał się niejaki Brian Slade. Jego kariera zaczęła się szybko i skończyła się jeszcze szybciej, gdy został zastrzelony na scenie w 1974 roku. Z okazji 10 rocznicy tej tragedii brytyjski dziennikarza Heralda, Arthur Stuart zostaje poproszony o napisanie tekstu o Brianie Sladzie. Tylko jak to było z tym zabójstwem?

idol1

Todd Haynes w 1998 roku nakręcił film, którego chyba się nikt nie spodziewał. Niby fikcyjnych biografii było bardzo wiele, jednak „Idol” wyróżnia się z tego grona tłem. Gdyż ten tytuł pokazuje jak silny wpływ na muzykę miały lata 70. I nie tylko na muzykę, ale też modę i obyczaje. Haynes czerpie schemat swojej opowieści z „Obywatela Kane’a”, czyli mamy śledztwo oraz niejednoznaczny portret Slade’a. Dodatkowo reżyser miesza wątki opowieści z osobistymi wspomnieniami Stuarta, który był w wielu kluczowych momentach tego dramatu. Budzi to pewien chaos i dezorientację, a nawet poczucie niespójności, ale tak jak główny bohater, „Idol” tworzy przez to aurę tajemniczości. Z jednej strony to niby klasyczna opowieść o sławie, jej ciemnej stronie, upadku i brudnych grach szołbiznesu, ale też o fascynacji drugim człowiekiem. To jak osoba uważana za „idola”, może mieć wpływ na życie innych, kształtując go na zawsze. Symbolem tej zmiany staje się zielona spinka, którą miał pierwszy dostać Oscar Wilde (co widać na początku filmu) i otrzymują inni, „wyjątkowi” ludzie.

idol5

Reżyserowi udaje się w pełni odtworzyć klimat lat 70. I nie chodzi tylko o elementy scenografii (okładki płyt, gazety), ale też te kostiumy – przesadzone, kiczowate i pstrokate. Panowie w damskich ciuszkach, butach z wysokim obcasem oraz obcisłych spodniach. Nic dziwnego, że to wśród starszego pokolenia wywoływało to szok, a nawet obrzydzenie, choćby w ujawnianiu swojej orientacji seksualnej (bi lub homo), doprowadzając do złamania kwestii tabu. Ale dla Arthura (dobry Christian Bale) śledztwo jest też szansą do przypomnienia sobie rzeczy, które ostatecznie ukształtowały jego osobowość i pożegnaniem się z tą epoką.

idol4

Poza pokręconą realizacją i niesamowitą oprawą audio-wizualną, Haynes ma dwóch kapitalnych aktorów, zawłaszczających ekran swoją obecnością. Ewan McGregor i Jonathan Rhys-Meyers znakomicie odnaleźli się w rolach bohaterów swojej epoki. Pierwszy jako Curt Wild to dosłownie dziki zwierz sceniczny (jego pierwszy koncert i zachowanie niemal żywcem wzięte od Iggy’ego Popa), który wpada w nałogi, a silna więź ze Sladem, naznacza także i jego, ten drugi jest świadomym swojej wartości kreacjonistą, dla którego najważniejsza wydaje się sława i sztuka (chociaż co do tego ostatniego nie jestem pewny). Jednak w ich spojrzeniach i gestach tworzy się cała paleta emocji, które nie zostają powiedziane.

idol3

„Idol” to jeden z dziwniejszych filmów o muzyce. Tak wiarygodnego portretu epoki nie widziałem od czasu „24 Hour Party People”, a nieszablonowość formy realizacji jest naprawdę godna podziwu. Haynes nie idzie pod publiczkę, co może utrudnić odbiór i przyjemność z seansu. Ale może być tak, że po tym filmie, będziecie chcieli poznać nowego idola.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Opowieści niesamowite

Filmy nowelowe mają to do siebie, że są zbiorem niekoniecznie powiązanych ze sobą opowieści, które łączy zazwyczaj temat. Film, o którym chcę opowiedzieć to wyprodukowany i zrealizowany przez mistrza kina klasy B – Rogera Cormana. „Opowieści niesamowite” są oparte na trzech opowiadaniach Edgara Allana Poe, jednego z największych autorów grozy. I wydawałoby się – sądząc po nazwisku twórcy, że będzie to tanie, tandetne i kiczowate kino, które nie przetrwało próby czasu.

opowiesci1

Ale tu jest spora niespodzianka. Żeby nie było niejasności, widać iż to rok 1962, jednak „Opowieści…” trzymają się zaskakująco dobrze. Może jednak po kolei, gdyż poziom każdej z fabuł jest inny.

opowiesci2

„Morella” to pierwsza opowieść. Rozgrywa się w opuszczonym domu niejakiego Locke’a, którego odwiedza po latach córka. Kontakt między nimi uległ ochłodzeniu po śmierci żony mężczyzny, przechowującego w sypialni jej ciało, a w zasadzie to, co z niego zostało. Wrażenie robi scenografia – gotyckie, ale i mocno zakurzone domostwo wygląda imponująco, historia toczy się dość wolno i szybko zostają odsłonięte karty, jednak finał przewrotny. Niestety, efekty specjalne (nie mogę zdradzić, bo musiałbym spojlerować) z dzisiejszej perspektywy są mocno archaiczne.

opowiesci3

Drugi (i najdłuższy) jest „Czarny kot” – najbardziej komiczna opowiastka z całej trójki. Bohaterem jest niejaki Montresor Henningbone – pijaczek, który zaniedbuje swoją żonę. Ich życie zmienia się, gdy mężczyzna pewnego wieczoru odwiedza lokal, gdzie odbywa się degustacja wina z udziałem prawdziwego mistrza – Fortunato Lukresi. Tu jest najwięcej humoru, zwłaszcza w scenach „żebrania” pieniędzy czy winowego pojedynku. Ale największe wrażenie zrobił kolejny przewrotny finał oraz scena pijackiego koszmaru z zaburzoną perspektywą. Do tego genialny Peter Lorre w roli Montresora, pijusa i pasożyta, który nie znosi kotów jak i zdrady małżeńskiej.

opowiesci4

Na sam koniec jest mroczna „Sprawa pana Waldemara”, której bohaterem jest umierający arystokrata korzystający z usług hipnotyzera, pana Carmichaela (doskonały i niepokojący Basil Rathborne). Szarlatan chce utrzymać podczas transu żywot pana Waldemara, by położyć łapę na pieniądzach oraz na pięknej wdowie. Dobrze wyglądają sceny hipnozy oraz finałowa wolta, której się nie spodziewałem.

opowiesci5

Drugim mocnym atutem „Opowieści…” jest stylowa scenografia, dobrze oddająca realia XIX wieku, podobnie jak kostiumy oraz klimat, budowany także przez budującą napięcie muzykę – typowo horrorową z nerwowymi smyczkami. I największy skarb fabuł – wyborny Vincent Price wcielający się aż w 3 postacie – zgorzkniałego i samotnego Locke’a, czarującego dżentelmena Lukresi oraz zmęczonego starca Waldemara. W każdej z tych postaci jest inny, a to świadczy o klasie weterana kina grozy.

opowiesci6

Chociaż dzisiaj „Opowieści…” nie robią aż tak wielkiego wrażenia jak w dniu premiery, pozostają one eleganckim i stylowym kinem grozy, stawiającym na atmosferę niż brutalność i makabrę. I ten klimat, jakiego dzisiaj próżno szukać. Zaiste, niesamowite to było.

7/10

Radosław Ostrowski

Ostatni cesarz

Jest rok 1950 i jesteśmy na pograniczu chińsko-radzieckim w Mandżurii. Do kraju wracają schwytani jeńcy, którzy mają zostać osądzeni przez nową, komunistyczną władzę i poddani reedukacji zgodnie z obecnie panującą ideologią. Wśród jeńców znajduje się też niejaki Pu Yi – ostatni cesarz Chin, którego losy potoczyły się w zaskakujący i niezwykły sposób.

06-el_ultimo_emperador_1987_1-851x510

Początek lat 80. dla Bernardo Bertolucciego był delikatnie mówiąc niezbyt przyjazny, bo zrealizowane w tym okresie filmy spotkały się z chłodnym odbiorem krytyki jak i publiczności. Tym większym zdumieniem był fakt, że Włoch postanowił wyruszyć do Chin, by zrealizować historię losów ostatniego cesarza tego kraju. Władze, o dziwo, zgodziły się od razu, dając wszelkie dostępne środki i pozwalając Bertolucciemu, jako pierwszemu filmowcowi spoza Chin pokazać Zakazane Miasto.

343298_full

Sam film to epicki fresk, w którym historia Pu Yi zostaje wpleciona w ruch przemian dokonanych w Chinach – Pu zostaje cesarzem w wieku zaledwie 3 lat, jednak tak naprawdę nie miał żadnej kontroli nad tym, co się działo dookoła niego. Skorumpowani eunuchy, dwór nie pozwalający na zmiany, wprowadzenie republiki, wejście do władzy komunistów i wtargnięcie Japończyków, wreszcie sprawowanie rządów w marionetkowym kraju i schwytanie przez Rosjan. Dzieje się tutaj naprawdę wiele, pokazując bezsilność każdej jednostki (nawet tej sprawującej władzę) wobec losów Historii – bezwzględnego i brutalnego gracza, nie liczącego się z nikim i niczym. Wszelkie plany Pu Yi wzięły w łeb – wprowadzenia reform, podążania za Zachodem czy wyjazdu do Oxfordu na studia. Ostatecznie skończył jako zreformowany ogrodnik, pełniąc tą funkcję do śmierci w 1967 roku.

343288_full

Zachwyca rozmach, zwłaszcza na początku filmu, gdy jeszcze widzimy stojące na glinianych nogach cesarstwo.  Przepych scenografii, jak i barwnych kostiumów robi imponujące wrażenie – wydawałoby się, ze ta potęga pozostaje niezmieniona, ale dla Pu Yi dwór jest więzieniem, z którego nie można wyjść. Izolowany od reszty świata (lud nie mógł cesarzowi spojrzeć w oczy, a drzwi do Miasta pilnowali strażnicy), Pu nigdy nie był w stanie osiągnąć tego, co zamierzał, a reżyser – nie wiem czy do końca świadomie – postawił znak równości między czasami cesarstwa a komunistycznym więzieniem, gdzie cesarza traktowano dość łagodnie.

Swoją klasę potwierdził też genialny operator Vittorio Storaro, tworząc wysmakowaną stronę wizualną oraz świetnie współgrającą z wydarzeniami ekranowymi muzykę autorstwa Ryuichiego Sakamoto oraz Davida Byrne’a z zespołu Talking Heads. I te trzy godziny mijają naprawdę szybko (ja oglądałem wersję reżyserską, która trwała prawie 4), ale jednocześnie jest też bardzo przystępny w odbiorze i nie wywołujący dezorientacji film, zaczynający „trylogię orientalną”.

Reżyser skupia pełną uwagę i znakomicie prowadzi aktorów. Kapitalni są odtwórcy Pu Yi (kolejno: Richard Vuu, Tao Wu i John Chen) – władzy bez władzy, do którego po latach dociera jak wiele szkód dokonano za czasów jego rządów i powoli odsuwa się w cień. Świadomość dokonanych zdarzeń zmusza go do gorzkich refleksji. Poza cesarzem, drugą wyrazistą postacią jest nauczyciel cesarza, Reginald Johnston w wykonaniu wspaniałego Petera O’Toole’a, który staje się jego bliskim przyjacielem i otwiera Pu Yi na zachodnie trendy. To Reginald otwiera cesarzowi oczy na to, co dzieje się w jego dworze, próbując pomóc Pu Yi  tym, co dzieje się na zewnątrz. Reszta aktorów (z przepiękną Joan Chn w roli żony cesarza) jest również bardzo przekonująca w swoich rolach, dorównując poziomem odtwórcom głównych ról.

343286_full

Bertolucci tym filmem wraca do swoje najwyższej formy i przy okazji, rozbija bank podczas ceremonii wręczenia Oscarów za rok 1987, zgarniając wszystkie 9 Oscarów, w tym za najlepszy film i reżyserię. Dodatkowo reżyser, być może wbrew sobie przypomina, że Historia jest bezwzględna i wchodzi w życie ludzi z butami, bez pytania o zgodę. I ta refleksja pozostaje w pamięci na długo.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Żebro Adama

Adam Bonner jest asystentem prokuratora w Nowym Jorku, a jego żona Amanda pracuje jako prawniczka. Wydają się zgodnym i udanym małżeństwem. Jednak to wszystko może runąć, z powodu pracy. Oboje dostają sprawę kobiety oskarżonej o próbę zabicia swojego męża z powodu nakrycia in flagranti u boku innej kobiety.

zebro_adama1

Starsze komedie, czyli te sprzed lat 40, 50 lat z dzisiejszej perspektywy mogą wydawać się niestrawną ramotką, nie wytrzymującą próby czasu. Na szczęście, od każdej reguły są wyjątki jak ta produkcja George’a Cukora. Choć od jej premiery minęło ponad 55 lat, ma ona swój bezpretensjonalny urok dawnych lat. Może i oparta jest na stereotypowych bohaterach, ale jest to największa siła napędzająca cała akcję i silne źródło humoru, eleganckiego oraz przyjemnego dla ucha. Jednak poza dialogami oraz kilkoma niezłymi gagami (prokurator podniesiony przez siłaczkę w sądzie), reżyser stawia dość ważne pytania w sprawie relacji kobiety i mężczyzny. A dokładniej ich równości, chociaż twórcy skupiają się na kwestii małżeństwa – jak powinna działać ta relacja, kto powinien „nosić spodnie”, kto „być szyją” i czy jest możliwa zgodność, mimo różnic światopoglądowych? I czy w ogóle równość między płciami tak naprawdę istnieje?

zebro_adama2

Drugim mocnym punktem jest duet Katherine Hepburn-Spencer Tracy, który cudownie ogrywa wszelkie stereotypy damsko-męskie. Ona jest twardą, postępową feministką, on staroświeckim mężem, wracającym po pracy do domu. Oboje się kłócą, walczą na sali sądowej, jednak oboje kochają się i żyć bez siebie po prostu nie potrafią. Cała reszta obsady, aczkolwiek bardzo dobra – ze szczególnym wskazaniem Judy Holliday w roli oskarżonej (jej rozmowa z obrończynią – rewelacja) oraz inteligentnym Davidem Waynem (kompozytor Kip) – jest tak naprawdę tylko tłem dla tej zabójczej pary.

zebro_adama3

Chociaż realizacyjnie jest to już troszkę archaiczne kino, to jednak „Żebro Adama” pozostaje bezpretensjonalną i uroczą (to jest odpowiednie słowo) komedią zrealizowaną w starym stylu. I mimo lat, daje ciągle do myślenia.

7/10

Radosław Ostrowski

Na moich ustach

Carla jest młodą i dość atrakcyjną kobietą. Pracuje jako sekretarka w firmie, ale jest niesłysząca, o czym nikt z firmy nie wie. Dlatego kobieta czuje się osamotniona, nie ma nikogo i jest zawalona pracą. Dlatego przychodzi do urzędu pracy, by zatrudnić asystenta. Tak poznaje Paula – mężczyznę, który niedawno opuścił więzienie, nie ma mieszkania, pracy, niczego. Między tą dwójką powoli tworzy się więź, jednak mężczyzna ma kłopoty, a dokładniej długi od pewnego gangstera.

na_ustach1

Jacques Audiard to reżyser, który zawsze prowadzi grę z widzem i miesza różne gatunki w jednym filmie. Tutaj mamy mieszankę dramatu z thrillerem i wątkiem kryminalnym, co muszę przyznać – robi dobre wrażenie. Reżyser rozgrywa wszystko bardzo powoli, kamera nie do końca jest stabilna, co ma spowodować wrażenie autentyzmu, jakbyśmy oglądali reportaż. Dodatkowo narracja jest prowadzona z perspektywy obojga bohaterów – jego wizyty u kuratora oraz w drugiej pracy u gangstera i jej po pracy, gdy stoi przed lustrem (tylko czemu się przy nim rozbiera?). Wszystko rozgrywane jest spokojnie i powoli, jednak atmosfera staje się coraz gęstsza, a finał w domu gangstera trzyma w napięciu. Wielu może to tempo znużyć i ta realistyczna konwencja, a całość wymaga odrobiny (nawet więcej skupienia), jednak Audiard opowiada tą historię z zainteresowaniem, przez co czekałem na dalszy rozwój wypadków oraz tego, jak się ułoży naszym bohaterom. Jedyne, co mi się nie podobało to zbędny (przynajmniej dla mnie) wątek związany z zaginięciem żony kuratora, a za sposób przedstawienia odbieranych informacji od otoczenia z perspektywy Carli (zniekształcony dźwięk) – świetne.

na_ustach2

Plusem jest zdecydowanie bardzo dobre aktorstwo. Błyszczy znakomity Vincent Cassel oraz Emmanuelle Devos. Oboje skryci, troszkę nieśmiali i tajemniczy, przyciągający oraz odpychający siebie nawzajem. Nie boją się wykorzystywać i manipulować nawzajem, ale szukają też bliskości, swojego miejsca i to czasami motywuje ich działania. Ale czy będzie z tego coś więcej?

na_ustach3

Kolejny przykład na to, że we Francji nadal powstają ciekawe filmy, idące w innym kierunku niż standardowe produkcje made in Hollywood. I chyba o to chodzi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tragedia człowieka śmiesznego

Primo Spagharri jest właścicielem fabryki sera, która przynosi całkiem niezły dochód. W urodziny od swojego syna dostaje czapkę kapitana oraz lornetkę. Podczas obserwowania okolicy, widzi jak auto jego syna jest ścigane przez drugi samochód i po krótkim pościgu, chłopak zostaje porwany. Policja zaczyna prowadzić śledztwo, jednak podejrzewa, że porwanie mogło być sfingowane. Dlaczego? Bo firma przeżywa kryzys i okup mógłby pomóc załatać dziurę finansową. Primo dostaje list z żądaniem okupu.

smieszny1

Bernardo Bertolucci lata 80. zaczyna od dziwnego miksu kryminału (właściwie thrillera) z dramatem psychologicznym, próbującym wejść w umysł człowieka śmiesznego, jakim jest nazywany Primo. Jednak samo rozwiązanie intrygi związanej z porwaniem schodzi na dalszy plan, jak w „Kostusze” i jest tylko pretekstem do portretu głównego bohatera. A kim on jest? Kapitalistą, który przywiązał się do przedmiotów, syn się go wstydzi i coraz bardziej oddala się od innych ludzi. Jego próby dojścia do prawdy są problematyczne i narracja z offu, gdzie poznajemy jego myśli, domysły wywołuje mętlik i zaczyna nużyć, doprowadzając do kompletnego pogubienia się w dalszej części filmu. Spotkanie z osobami mającymi kontakt z porywaczami (Laura – dziewczyna Giovanniego oraz jego przyjaciel Adolfo), próba oszustwa, zbieranie pieniędzy przez żonę – pozornie dzieje się wiele, jednak brakuje napięcia i mimo dobrych zdjęć, za które odpowiadał Carlo Di Palma oraz montażu, było mi obojętne to, czy było porwanie czy nie.

smieszny2

Scenariusz nie wciąga, reżyseria średnia, a z aktorów najbardziej błyszczy Ugo Tognazzi w roli głównej. Owszem jest to film lepszy od „Kostuchy” czy poprzedniego „Księżyca”, ale to Bertolucci w co najwyżej niezłej dyspozycji.  Jednak to miało się wkrótce zmienić.

 

smieszny3

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Księżyc

Caterina Silveri jest cenioną śpiewaczką operową. Mieszka w Stanach z mężem i jej agentem Douglasem oraz nastoletnim synem Joe. Spokojne i w miarę szczęśliwe życie kończy się, gdy Douglas dostaje zawału podczas jazdy samochodem. Matka razem z synem, wbrew jego woli przenosi się do Włoch. Ona dalej śpiewa, on razem z kolegami z towarzystwa zaczyna ćpać, co musi doprowadzić do poważnych decyzji.

ksiezyc_1

Tym razem Bertolucci nakręcił dramat za amerykańskie dolary i przez to czuć, że nie jest to w pełni jego dzieło. Pojawiają się pewne stałe elementy – włoska opera w tle, brak ojca, rodzinne tajemnice – jednak całość nie porywa. Wątek narkotykowy zwyczajnie śmieszy – nie widać specjalnie różnicy w charakterze Joego (syna Cataliny), a „głód” ogranicza się do stękania i mówienia o bólu. Rezygnacja z kariery scenicznej, by zająć się synem też nie przekonuje, bo kobieta niby chce próbuje ogarnąć problem, jednak sobie odpuszcza i daje wejść chłopakowi na głowę, a nawet wchodzi w relację kazirodczą (że co?), co jeszcze bardziej drażni. Logika zachowań bohaterów dziwi (matka idzie do dilera i dostaje od niego narkotyki), fabuła jest dziurawa i pomieszana, przez co kompletnie nie obchodzą losy bohaterów. Broni się tak naprawdę tylko strona wizualna – Vittorio Storaro potwierdza swoją klasę jako operator (zwłaszcza widoki księżyca robią ogromne wrażenie) i dobrze próbująca sobie radzić Jill Clayburgh w roli Cataliny.

ksiezyc_2

Wiadomo było, że po latach tłustych, muszą pojawić się lata chude. I to dotyczy każdego reżysera, nawet Bertolucciego, który tutaj próbuje operować nastrojem i symboliką, ale robi to nieudolnie. „Księżyc” jest artystyczną porażką, która próbuje wiele wcisnąć do jednego worka, ale efekt może być tylko rozczarowujący. Jedynie debiut zawodził bardziej.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Wiek XX

Akcja tego epickiego fresku zaczyna się w roku 1901, gdzie na wsi żyły dwa rody – panów (Berlinghieri) i chłopów (Dalco). Otóż w obydwu tych rodzinach, tego samego dnia rodzą się chłopcy, Alfredo i Olmo. Jako dzieci zaczynają spędzać ze sobą wiele czasu, jednak jako dorośli ludzie muszą wejść w narzucone im role społeczne – Pana i chłopa.

wiek_XX_1

Bernardo Bertolucci bardzo zaskakuje, gdyż tym razem zrobił film historyczny z niespotykanym w swoim dorobku rozmachem, przedstawiając pierwszą połowę XX wieku we Włoszech. Opowiada to z perspektywy klas społecznych oraz ich konfrontacji – arystokratów, ziemian i bogatych (Panów), co posiadają ogromne połacie ziemi, zajmując się rozrywką, sztuką czy nic nie robieniem oraz chłopów, pracujących dla dobrobytu swoich Panów. Po drodze dostajemy różne perturbacje – miłość, seks, zdrada, ucieczka, zbrodnia, I wojna światowa, kryzys gospodarczy, władza faszystowska, II wojna światowa. Historia wchodzi w życie naszych bohaterów z buciorami, nie pytając się o nic, wypluwając wszystkich dookoła. Mimo tego, że film trwa 5 godzin i jest rozbita na dwie części, historia wciąga, angażując do samego finału, jakim spotyka każdego człowieka.

wiek_XX_2

Reżyser bardzo wnikliwie obserwuje rzeczywistość, w czym pomaga mu kamera Vittorio Storaro. Z jednej strony jest to bardzo plastyczna, z pięknymi plenerami, ale z drugiej strony bardzo precyzyjnie odtwarza realia epoki. Znajomość realiów wynika ze wspomnień samego reżysera, który spędził swoją młodość na wsi. Dlatego skupiony jest na detalach, które dla wielu mogą one zszokować – wyjmowanie wnętrzności ze świni, bezpardonowy seks czy atak za pomocą… końskiego łajna, prosto z – domyślcie się. To naturalistyczne podejście działa tutaj na plus, chociaż co wrażliwszych może odstraszyć.

wiek_XX_3

Dzięki takim drobiazgów film staje się portretem czasów odchodzących w zapomnienie, na co ma wpływ zarówno postęp techniczny, jak i konfrontacja klasowa. I jeśli coś może drażnić w tym film, to pewna stronniczość Bertolucciego. Niby opowieść dotyczy dwóch klas, ale tak naprawdę reżyser opowiada się tylko po jednej stronie – chłopów i socjalizmu. Mimo tego, „Wiek XX” ogląda się znakomicie, nie przynudza i ma jedyny w swoim rodzaju klimat.

wiek_XX_4

Ten ambitny projekt epoki, nie udałby się, gdyby Bertolucci precyzyjnie nie zrealizował swojej wizji, ale też dzięki zaproszonym aktorom, którzy mówią tylko po włosku. A że niektórzy robią to nieswoim głosem, to już inna kwestia. Klasę potwierdza Robert De Niro, nie schodzący poniżej swojego poziomu jako pan Alfredo, próbujący zmierzyć się ze swoimi czasami, ale popełniający wady całej klasy społecznej – egoizmu, skupianiu się na przyjemnościach oraz trudnej relacji z poznaną żona Adą (kapitalna Dominique Sanda). Znacznie lepszy jest Gerard Depardieu w roli chłoporobotnika Olmo – upartego, twardego, charyzmatycznego wyznawcę socjalizmu, który pozostaje do końca człowiekiem z krwi i kości, a nie tylko nośnikiem idei. Ale w pamięci najbardziej utkwił groźny Donald Sutherland. Już wtedy Kanadyjczyk miał wszelkie predyspozycje do grania psychopatów. Jego Attila – faszysta, chcący samemu zostać Panem to odrażający typ, symbolizujący władzę Mussoliniego, tzn. bezwzględną, zwyrodniałą i krwawą, nie liczącą się z nikim oraz niczym.

wiek_XX_5

Trudno odmówić Bertolucciemu ambicji oraz rozmachu, by stworzyć taki historyczny fresk – fresk ludu. Po prostu wielkie kino i – na chwilę obecną – najlepszy film Włocha.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego