Elita zabójców

Mike Locken i George Hansen są agentami prywatnej agencji wywiadowczej ComTech, która współpracuje z CIA. Panowie zajmują się ochroną klientów, którzy są ścigani przez swoich wrogów ze swojego kraju. Podczas jednej z takich akcji, Hansen zdradza, zabijając „towar” i ciężko raniąc Lockena. Mężczyzna powoli wraca do zdrowia, jednak nie ma szansy powrotu do firmy. Do czasu, kiedy CIA daje zadanie ochrony japońskiego polityka do momentu wyjazdu z kraju. Zamachu ma dokonać Hansen razem z japońską mafią, co daje Lockenowi szansę do wyrównania rachunków.

elita_zabjcw1

Fabuła brzmi jak typowy film sensacyjny, jednak gdy za taką historię odpowiada „Krwawy Sam” Peckinpah należy liczyć się z czymś mocnym, ostrym i z najwyższej półki. Jednak film z 1975 roku nie wytrzymał próby czasu. Początek nie zapowiada katastrofy – szybki montaż, ujęcia w półmroku, eksplozja i ucieczka samochodem. Napięcie budowane jest stopniowo, a dynamiczny montaż z przeplatającymi się czasowo wydarzeniami powoduje, że to się świetnie. Wszystko się jednak sypie w momencie, gdy nasz bohater wraca do zdrowia. Niby porusza się o lasce i – na początku – kuleje, jednak potem tego nie widać zbyt mocno. Zwłaszcza, gdy lekarze mówią, że zostanie kaleką do końca życia. Tutaj widać pewną niekonsekwencję.

elita_zabjcw2

Nie to jednak jest problemem, ale brak kompletnego zaangażowania. Niby są próby budowania suspensu (pierwszy zamach na lotnisku, strzelanina na ulicy czy finałowa konfrontacja na statku), ale to nie działa. Dodatkowo jeszcze te starcia z ninja oraz sceny kung-fu, zrobione jakoś bez finezji i wyglądające po prostu śmiesznie. A pojedynek Lockena z Hansenem czy motywy zdrady i lojalności w cynicznym, brudnym świecie nie wybrzmiewają zbyt mocno. Sytuację częściowo próbują ratować niezłe dialogi, pełne ciętego humoru oraz świetny montaż.

elita_zabjcw3

Mimo że reżysersko i scenariuszowo „Elita zabójców” jest rozczarowująca, to aktorsko nadal się broni. Jest to zasługa bezbłędnego Jamesa Caana oraz Roberta Duvalla. Pierwszy w roli uczciwego i lojalnego najemnika jest przekonujący, zarówno w scenach akcji, jak i w momentach pokazujących jego rehabilitację, a drugi jako jego przeciwieństwo – bezwzględny, cyniczny gracz, nie patyczkujący się z nikim. Obydwaj świetnie się uzupełniają, a z drugiego planu warto wyróżnić Burta Younga (cwany kurdupel Mac) i Bo Hopkinsa (lekko psychopatyczny Miller).

elita_zabjcw4

„Elita” powszechnie jest uznawana za jeden z najsłabszych filmów Peckinpaha, który rzadko rozczarowywał swoich widzów. Pomysł był interesujący, jednak pewne elementy (kung-fu) delikatnie mówiąc, gryzą się ze sobą, a reżyseria zawodzi. Jest kilka perełek, jednak to za mało, by mówić o w pełni udanym kinie sensacyjnym. Obejrzeć można, ale „Krwawy Sam” bywał w lepszej formie.

6/10

Radosław Ostrowski

Szarże

John Winger to typowy facet, który jest typowym looserem. Pracuje jako taksiarz na pół etatu, niby robi fotografie, niby ma dziewczynę, ale wszystko się sypie. Auto zostaje mu skradzione, rzuca pracę, dziewczyna rzuca jego i nie płaci za lokum. Mieszka tam ze swoim kumplem i współlokatorem – nauczycielem angielskiego dla cudzoziemców, Russellem Ziskeya. Namawia kumpla, żeby razem poszli do wojska, gdyż tam jest super i laski lecą na wojaków. Na miejscu okazuje się, że nie jest to tak fajnie, jak pokazały reklamy tv. Sadystyczny i twardy sierżant Hulka, banda nieudaczników jak oni, ale są za to dwie fajne dziewuchy z żandarmerii, więc może chłopaki dadzą sobie radę?

szarze1

Komedia z wojskiem w tle to zawsze interesujący pomysł, pod warunkiem, że lubi się koszarowy humor. A najbardziej armia padała ofiarą żartów w latach 80., co widać w takich filmach jak „Szpiedzy tacy jak my” czy opisywanej tutaj komedii Ivana Reitmana z 1981 roku. Niby jest to standardowy zestaw gagów i schematyczna opowieść w stylu: od dupy wołowej do najlepszego wojaka. Nie zabrakło wojskowego drylu, robienia pompek, niekompetentnych dowódców w postaci kapitana Stillmana, marzącym o zrobieniu kariery czy twardego sierżanta, niedającego sobie w kaszę dmuchać. Humor jest odrobinę ironiczny (dialogi Wingera i Ziskeya), niepozbawiony pieprznych fragmentów (walka z laskami w kisielu czy odwiedzenie mieszkania generała przez naszych bohaterów i dziewuszki z żandarmerii – prawie jak w „Seksmisji” 😉 ). I to działa nadal.

szarze2

Jednak prawdziwą perłą jest tutaj scena, gdy nasi wojacy podśpiewują „Do Wah Diddy Diddy” czy niesamowity pokaz podczas apelu przed generałem. Można to oglądać w nieskończoność i to nadal będzie śmieszyć. Jednak wtedy Reitman zmienia ton, wysyłając naszych chłopaków do Niemiec, gdzie mają przetestować wojskowy superpojazd. Wtedy pojawiają się strzelaniny, pościgi – kradzież sprzętu – i stereotypowe pokazanie rosyjskich wojaków jako gupich, tępych gierojów, a nasi cwani amerykańscy ciapacze, przebijają ich sprytem oraz sprzętem (co potem okazało się prawdą).

szarze3

Na szczęście to jedyna wada tej miejscami wariackiej komedii, której najmocniejszą kartą jest Bill Murray. To jeden z tych aktorów, których vis comica ma siłę elektrowni atomowej. Pyskaty, krnąbrny, napalony ciapak – wszystko, co tu robi Murray jest bombowe, a jego zblazowane spojrzenie jest nie do podrobienia. Aktora wspiera nieodżałowany Harold Ramis – tutaj jako ten spokojniejszy, mądrzejszy i zaradniejszy, a i tak zgadza się na różne pomysły Johna. I jeszcze to afro na głowie – 🙂 Dodatkowo jest ciekawy drugi plan, gdzie błyszczy Warren Oates jako twardy niczym stal sierżant Hulka – nie do zdarcia, nie do zniszczenia. Nawet pocisk moździerza to pikuś. Poza nim pojawia się kilka znajomych twarzy z tego okresu – John Candy (misiowaty Ox), Judge Reinhold (Elmo), John Diehl (Cruiser) czy ładniutka Sean Young (żandarm Louise).

szarze4

„Szarże” to nie jest może tak ostre i szydercze kino w rodzaju „MASH”, ale nie o to tu chodziło. Mimo lat, nadal śmieszy i to bez znajomości kontekstu epoki. Porządny scenariusz, rozbrajające gagi oraz fenomenalny duet Murray-Ramis to rękojmia dobrej zabawy, gdzie śmiech będzie nam bardzo towarzyszył.

7/10

Radosław Ostrowski

Skutki miłości

Titta Di Girolamo jest pozornym, niewyróżniającym się panem w średnim wieku, mieszkającym w szwajcarskim hotelu. Rozwiódł się z żoną, ma troje dzieci, które nie chcą mieć z nim niczego do czynienia. Prowadzi dość spokojne, monotonne życie jako posłaniec mafii, dostarczający ich pieniądze do banku i oddając się narkotykom (wstrzykuje je sobie raz na tydzień). I tak już od kilku lat, aż przyjeżdża do niego brat. Wtedy spokojne życie zostaje wywrócone do góry nogami.

skutki_mioci1

Z Paolo Sorrentino jest mi troszkę pod górkę – na pewno to ciekawy reżyser, który nie zawsze jest w stanie skupić moją uwagę do samego końca. Wie, jak posługiwać się montażem, by nadać odpowiednie tempo, ale nawet to nie zawsze jest w stanie zamaskować nudy. Dopiero przy „Boskim” doszło do przełomu, co skłoniło mnie do uważniejszego przejrzenia się dorobku Włocha. „Skutki miłości” z 2004 roku to mieszanka dramatu psychologicznego z kryminałem. Najważniejszy jest tutaj Titta – skryty, tajemniczy, małomówny, ale zawsze obecny. Pozornie nudny i nieciekawy, okazuje się niepozbawionym sprytu i wrażliwości bandytą, schowanym w pancerzu obojętności. I wszystko to znakomicie pokazuje Toni Servillo, grający tą rolę.

skutki_mioci2

Wielu jednak może odstraszyć dość wolne tempo, które jednak zostaje w paru miejscach podkręcone szybkim montażem oraz niemal oniryczną elektroniczną muzyką. Dodatkowo jeszcze akcję w finale, gdzie poznajemy przyczyny dramatycznej decyzji Titty, zmieniającą nasze nastawienie do tej postaci. Dodatkowo w wielu scenach montaż działa na korzyść – czy to w scenach w banku, zwykłym kładzeniu się spać (kamera wtedy jest niejako na głowie Titty) czy podczas oczyszczania krwi. To tworzy dość odrealnioną aurę, której nie jestem w stanie opisać słowami.

skutki_mioci3

„Skutki miłości” to dziwaczne kino dla tych, którzy liczą na czystą sensację czy produkcję stricte artystyczną. Połączenie tych estetyk skupiło uwagę podczas festiwalu w Cannes, chociaż jest to dzieło wymagające skupienia. Wtedy odpłaca się z nawiązką, dając ogromną satysfakcję – jakby sama gra Servillo nie była wystarczającą rekomendacją. I ten finał, który mnie chwycił za gardło. Dla poszukiwaczy nieoczywistości.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatnie uwiedzenie

Bridget Gregory to jedyna w swoim rodzaju kobieta, która ma wszystko – jest szefową telemarketerów w korporacji, jej mąż jest lekarzem i jest zabójczym połączeniem piękna oraz inteligencji. Właśnie z mężem dokonała sporej transakcji lekarstw. Jednak gdy mąż ją bije po akcji, kobieta decyduje się okraść go i uciec od niego. Trafia w końcu do małego miasteczka, gdzie zaczyna nowe życie jako dyrektor firmy ubezpieczeniowej. Wtedy pojawia się redneck Mike, który się w niej zakochuje, co zostaje wykorzystane przeciwko niemu.

ostatnie_uwiedzenie1

John Dahl przykuł uwagę widzów filmami, czerpiącymi garściami ze stylistyki czarnego kryminału. Ta telewizyjna produkcja nie jest wyjątkiem od tego nurtu. „Ostatnie uwiedzenie” jest zamotaną mieszanką thrillera, kryminału i erotyki. Cała intryga toczy się dość powoli, a każdy z bohaterów tego trójkąta ma swoje tajemnice, pada ofiarą intryg, manipulacji. Wszelkie drobiazgi i detale, fabularne wolty, trzymają w zainteresowaniu do samego końca (dość oczywistego, chociaż w trakcie seansu nie jest to takie pewne), a dodatkowo w tle gra lekka, jazzowa muzyka. Skojarzenia z „Podwójnym ubezpieczeniem” Wildera narzuca się od razu, a pieprzne dialogi (rozmowa o koniu) dodają tylko smaczku. Dahl uwodzi, zwodzi, parę razy zaskakuje.

ostatnie_uwiedzenie2

A najważniejsza jest tutaj Bridget – klasyczna femme fatale, która wodzi facetów za nos i zawsze, ale to ZAWSZE postawi na swoim. Stosuje różne proste sztuczki manipulacji, fałszerstwa, grania na emocjach, z gracją grając różne role. Linda Fiorentino w tej roli jest fenomenalna i to ona trzyma film do samego końca, sprawiając ogromną przyjemność. Partneruje jej dwóch facetów, którzy różnią się całkowicie. Bill Pulman jako lekarz to sadystyczny, ale tak naprawdę tchórzliwy cwaniak – można powiedzieć, że trafiła kosa na kamień, gdyż nie jest pozbawiony sprytu („lipna” rozmowa w budce). Przeciwieństwem jest wcielający się w prostodusznego Mike’a Peter Berg, który później będzie zajmował się reżyserią niż aktorstwem. I radzi sobie naprawdę przyzwoicie w role faceta marzącego o wyrwaniu się ze swojego miasteczka. Ta trójka to najważniejszy zestaw, choć nie można zapomnieć małej rólki J.T. Walsha (prawnik Frank) i Billa Nunna (detektyw Harlan).

ostatnie_uwiedzenie3

Muszę przyznać, że to udany następca kina noir. Mimo tego, że czuć telewizyjny rodowód (kameralne sceny, oszczędna scenografia), to wcale nie było to wadą. Świetnie zrobione, stylowe kino z fenomenalną główną rolą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Słodko-gorzki

Mateusz Hertz zwany Matem jest jednym z licealistów. Takich, co błyszczą inteligencją, ale poza tym niespecjalnie mu idzie. Właśnie wraca z olimpiady szkolnej z Budapesztu, gdy dowiaduje się o samobójstwie kolegi, Bąbla – nie do końca normalnego. Chłopak powiesił się na boisku szkolnym, a reszta (uczniowie, nauczyciele) zachowują się jakby nigdy nic. Mat postanawia na własną rękę wyjaśnić co się stało.

slodkogorzki1

Władysław Pasikowski po realizacji obydwu części „Psów” postanowił chyba zaskoczyć. Gdyby ktoś pomyślał, że jego następnym dziełem będzie film o nastolatkach, osobnik ten padłby ze śmiechu. Jednak to są tylko pozorne żarty, gdyż reżyser opowiada podobną historię, co zawsze, tylko w innym entourage’u – czy nie może być lepsze miejsce do pokazania podłości tego świata, jak nie szkoła? Cynizm, arogancja, bezczelność, chamstwo, kierowanie się tylko wartościami materialnymi oraz biologią, z drugiej strony miłość, przyjaźń i potrzeba bliskości. Tą dwutorowość znamy z większości filmów Pasikowskiego, a sama intryga kryminalna jest tylko tłem do obserwacji życia jeszcze nie dorosłych, ale już nie dzieci. I tutaj dochodzi do inicjacji – pierwsza miłość, pierwszy seks, pierwszy papieros, pierwsze rozczarowania.

slodkogorzki2

Samo śledztwo toczy się niejako przy okazji, a konstrukcja niemal przypomina czarny kryminał. Poza detektywem, jest jego najlepszy kumpel, namawiający go do odpuszczenia, zmowa milczenia, tajemnica. Znalazło się też miejsce dla femme fatale (Paulina), skrywającą mroczny sekret.  Pozornie spokojne tempo może zmylić, podobnie jak muzyczne wstawki Tomka Lipińskiego, niejako komentujące to, co się stało na ekranie. I jest kilka scen znakomitych jak początek (senny koszmar, gdzie kamera jednym płynnym ruchem przenosi z klasy szkolnej do wisielca czy sprawdzian z matematyki), jednak problemem są dialogi – dla mnie troszkę zbyt dojrzałe jak na nastolatków. Ponieważ nie jestem jednym z nich, więc chyba nie jestem obiektywny w tej kwestii, jednak czasami gorzki humor ratował sytuację.

slodkogorzki3

Na szczęście Pasikowski ma dobrą rękę do obsady, tym razem stawiając na młode twarze w głównych rolach. Tutaj tak naprawdę błyszczy Rafał Mohr jako Mateusz – inteligentny, przesiąknięty, uważnie obserwujący cały ten syf. Klasyczny wrażliwiec ukrywający się pod maską cynika, ale i tak wszystkich zgasił fenomenalny Rafał Olbrychski. Marlon to facet, który mógłby być prawdziwym kumplem – brutalnie szczery, czasami złośliwy, nihilista, ale lojalny. Samą obecnością magnetyzuje i skupia uwagę do samego końca. W podobnym tonie gra Michał Dworczyk, czyli Igor. I tak pamiętało się także Anitę Werner, czyli piekielnie apetyczna Paulina – za taką każdy by się uganiał.

slodkogorzki4

Na drugim planie są sprawdzeni znajomi Pasikowskiego, czyli Marek Kondrat (dyrektor), Cezary Pazura (wuefista) i Bogusław Linda (brat samobójcy, informatyk), którzy zaprezentowali solidny poziom. Ja najbardziej zapamiętałem Jadwigę Jankowską-Cieślak, czyli niemal sadystyczną i agresywną psychicznie matematyczkę, która samą obecnością budziła grozę. Sadyzm w najczystszym wydaniu i nie chciałbym z nią mieć żadnej lekcji.

slodkogorzki5

„Słodko-gorzki” idealnie wpisuje się w nurt kina Pasikowskiego, tylko w wersji – nazwijmy to – młodzieżowej. Radość miesza się z goryczą, tajemnice potrafią mocno zranić, a męska przyjaźń jest jedyną wartością w tym świecie. Nie jest to największe osiągnięcie reżysera, ale intryguje i nie daje o sobie zapomnieć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Control

Filmowe biografie zazwyczaj polegają na krótkim odhaczeniu najistotniejszych momentów z życia artysty. Nieważne czy to aktor, reżyser, muzyk czy sportowiec. Choć każdy bohater wydawał się wybitną jednostką, to jednak biografie tych ludzi były do bólu schematyczne. Próbę przełamania tego schematu podjął w 2007 roku debiutujący reżyser Anton Corbijn, a bohaterem stał się Ian Curtis – wokalista zespołu Joy Division.

control1

Kim był Ian Curtis? Gdy go poznajemy, jest nastolatkiem, kochającym muzykę Davida Bowie i mieszka w Manchesterze. Zwykły chłopak, który jak każdy, szuka swojego miejsca. Przełom następuje w 1976, gdy dochodzi do dwóch wydarzeń: poznania Deborah oraz pójście na koncert Sex Pistols. Poza nim było jeszcze trzech chłopaków, tworzących kapelę (Bernard Summer, Peter Hook, Stephen Morris) i szukających wokalisty. Tak rodzi się Joy Division, a Corbijn zaczyna tworzyć portret nadwrażliwego faceta, który nie potrafi się odnaleźć w świecie, tracąc kontrolę nad swoim losem. Rozdarty między nudną pracą w agencji pracy, karierą muzyka, żoną, dzieckiem (ślub odbył się bardzo szybko) a kochanką Aniką. Żeby było jeszcze trudniej szybka popularność Joy Division przeraża go, dochodzi do ataków padaczki.

control2

Film sprawia wrażenie troszkę chaotycznego zbioru scen z życia Curtisa: prywatnego, jak i świetnie sfilmowanych koncertów (aktorzy naprawdę grali i śpiewali piosenki Joy Division – szacun). Można odnieść dziwne wrażenie, że się przyglądamy Ianowi z boku, a każda próba wejścia w umysł tego człowieka daje więcej pytań niż odpowiedzi. Dlaczego Curtis odebrał sobie życie? Jest kilka poszlak, ale jednego decydującego momentu trudno dostrzec. Jakby zbieg okoliczności zdecydował i nawarstwiały się wszystkie problemy. Atmosferę bezsilności i szarzyzny potęgują jeszcze czarno-białe kadry, a w tle grają piosenki macierzystego zespołu Curtisa. Mimo poczucia pewnego chłodu, czuć emocje postaci – ból, samotność i bezradność.

control3

Dodatkowo reżyser postawił wtedy na mało znanych aktorów, z Samem Rileyem na czele. Jego Curtis to pozornie cichy, małomówny facet. Ale kiedy wchodzi na scenę, zmienia się totalnie, jakby weszła w niego kosmiczna energia. Także sceny ataków epilepsji przerażają. Dla mnie jednak cały film skradła Samantha Morton – delikatna, ciepła Deborah, która dźwiga na sobie cały ciężar sytuacji. I w końcu mówi stop, bo kto by nie powiedział w takiej sytuacji. Pozostali aktorzy solidnie stworzyli swoje postaci, a wyróżnić warto Alexandrę Marię Larę (Anika) i Craiga Parkinsona (Tony Wilson, szef Factory).

control4

„Control” to cholernie mocny debiut, świetna wizualnie opowieść o nadwrażliwcu, który nie uniósł roli męża, ojca, frontmana. Z drugiej dzięki temu potrafił stworzyć kilka ponadczasowych przebojów, więc coś za coś, prawda? Trudna diagnoza.

8/10

Radosław Ostrowski

Ja i ty

Lorenzo jest młodym, pryszczatym nastolatkiem, który uwielbia jedną rzecz – samotność i brak kontaktu z innymi ludźmi. Kiedy jego klasa ma uczestniczyć w wycieczce szkolnej w góry, on jako jedyny nie wpłaca pieniędzy. Zamiast tego, ukrywa się w piwnicy domu, gdzie mieszka, planując spędzić tam czas. Wtedy pojawia się przed drzwiami kuzynka Olivia, która wprasza się nieproszona. I tak wbrew woli musi z nią spędzić tydzień.

ja_i_ty1

Ostatni film Bernardo Bertolucciego, który nie trafił do polskich kin, powstał w 2012 roku i jest bardzo współczesną historią z dojrzewaniem w tle. Dwoje outsiderów, którzy niby są rodziną, ale nie znają się zbyt dobrze to ciekawy materiał, dający pole do popisu, a zamknięta przestrzeń zmusza ich do otworzenia się. Narcystycznego chłopaka i dziewczynę-ćpunkę łączy więcej niż się wydaje na pierwszy rzut oka – samotność, słabe relacje z rodzicami i ukrywanie się. Zderzenie tej dwójki musi wywołać silną reakcję, który zmusi ich do weryfikacji swoich postaw. Kompletnie zaskakuje realizacja tego filmu, bardziej przypominająca kino niezależne niż dzieło doświadczonego reżysera – trzęsąca się kamera, nieostre zbliżenia na twarze (scena, gdy Lorenzo przygląda się śniącej Olivii), skupienie się na detalach, pojawiających się na chwile (zniszczenie siedliska mrówek), wplecione piosenki (m.in. The Cure i David Bowie). Nie brakuje mocnych scen, związanych m.in. z głodem narkotycznym czy bójki miedzy naszymi bohaterami, jednak muszę przyznać, iż trudno polubić naszych bohaterów od razu.

ja_i_ty2

Jednak z każdą sceną i rozmową, oboje zaczynają zyskiwać w oczach. Zaczyna się tworzyć nic porozumienia, a nawet sympatii (scena tańca w rytm piosenki Davida Bowie). Grający swoje role Jacopo Olmi Antinori oraz Tea Falco radzą sobie cholernie dobrze, odsłaniając kolejne twarze – od narwanych samotników po szukających bliskości ludzi, trzymając ten film na swoich barkach.

ja_i_ty3

Zgoda, „Ja i ty” to nie jest nic nowego w tematyce kina inicjacyjnego, jednak sposób realizacji nie jest typowy dla Bertolucciego, co daje odrobinę świeżości. Szkoda, że sparaliżowany włoski mistrz raczej nie zrobi już niczego nowego, bo poniżej pewnego pułapu nie schodzi. Solidna robota i tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego


Marzyciele

Paryż 1968 roku był bardzo gorącym okresem i to nie tylko dlatego, że zbliżało się lato. Odejście dyrektora Paryskiej Filmoteki doprowadziło do zamieszek. To właśnie podczas tych wydarzeń w Paryżu pojawia się amerykański student Matthew. I w tym mieście ucząc się francuskiego i oglądając filmy poznaje rodzeństwo – Theo i Isabelle. Gdy ich rodzice wyjeżdżają na wieś, troje nastolatków zaczyna spędzać coraz więcej czasu ze sobą. Także w sypialni.

marzyciele2

Powracający po kilkuletniej przerwie Bernardo Bertolucci wraca do swoich ulubionych tematów: wchodzenia w dorosłość oraz polityczne tło. To pierwsze interesuje go nawet bardziej, gdyż polityka zostaje zepchnięta na dalszy plan – wspominana jest wojna w Wietnamie i działalność Mao, jednak najważniejsza staje się inicjacja, kinofilia oraz… seksualny trójkąt, który – prędzej czy później – musi się rozpaść. Wszystko toczy się dość spokojnym rytmem, wplecione zostają fragmenty filmów (brawo dla montażysty), które są cytowane i przypominane przez bohaterów, a w tle przygrywa muzyka z lat 60. (Joplin, Hendrix, The Doors – i to niekoniecznie największe przeboje). A co robią nasi bohaterowie? Dyskutują na wszelkie tematy – od kina do polityki, po drodze prowadząc grę, w której odkrywają seks. Nie brakuje odważnych scen erotycznych, jednak wszystko zostało zrobione ze smakiem i bez wulgarności, chociaż nie brakuje nieprzyjemnej atmosfery, gdy nasz trójkąt nie opuszcza domu, jedząc resztki ze śmietnika.

marzyciele1

Finał może wydawać się oczywisty i przewidywalny, jednak „Marzycieli” dobrze się ogląda, co jest zasługą naprawdę dobrych kreacji aktorskich, ze szczególnym wskazaniem na dwójkę: Michael Pitt oraz Eva Green. Oboje młodzi, poszukujący i uwodzący na ekranie swoimi osobowościami, mieszanką niewinności z odrobiną perwersji, nie mogąc oderwać od nich oderwać wzroku. Troszkę blado przy tej dwójce prezentuje się Louis Garrel, co nie znaczy, że jest zły.

„Marzyciele” potwierdzają, że Bertolucci w realizowaniu filmów z zabarwieniem erotycznym nie ma sobie równych. Może nie szokuje tak jak „Ostatnie tango w Paryżu” i ma tej zmysłowości z „Ukrytych pragnień”, jednak pozostaje kawałkiem interesującego, ciekawego kina. Zwłaszcza dla młodego, jednak dorosłego odbiorcy.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Rzymska opowieść

Shandurai jest afrykańską młodą kobietą, której mąż zostaje zgarnięty przez władze w Kenii. Teraz przeniosła się do Rzymu, gdzie studiuje medycynę oraz pracuje jako sprzątaczka w domu bogatego pianistę, pana Kinseya. Mężczyzna podkochuje się w kobiecie i – bez jej wiedzy – decyduje się pomóc jej.

rzymska_opowiesc1

Bernardo Bertolucci znowu o ludziach w ulubionej formie dramatu psychologicznego. Niestety, mimo krótkiego czasu trwania (niecałe półtorej godziny), robi to w sposób dość mało przystępny. Troszkę przypomniał mi się film „Pod osłoną nieba”, gdzie też cała historia była podana w dość hermetyczny sposób, gdzie emocje postaci są tłumione, ale tutaj jest dość dziwaczne i niezrozumiałe, a widz jest ograniczony do roli obserwatora zdarzeń. A w zasadzie skutków podjętych działań. Wszystko widzimy z perspektywy Afrykanki, co wywołuje jeszcze większą dezorientację. Obserwujemy ją w pracy, w uczelni aż do finału, gdy decyduje się na zaskakujący krok. Poczucie dezorientacji potęguje jeszcze oszczędność dialogów, wolna praca kamery oraz wpleciona muzyka klasyczna. I jak na melodramat, tych emocji jest tutaj tyle co kot napłakał, a retrospekcje z Afryki są zaledwie wskazówkami. Wydaje się, że reżyser chciał opowiedzieć o potrzebie bliskości, jednak nie uwierzyłem w tą historię.

rzymska_opowiesc2

Aktorzy próbowali zrobić swoje, jednak w przypadku tak wąskiego materiału, nie mogli tego udźwignąć. Irytuje najbardziej David Thewlis ze swoim obojętnym spojrzeniem oraz nadekspresyjnym sposobem mówienia. Kontrastem jest dla niego wyciszona Thandie Newton i jej jestem w stanie uwierzyć – jej motywacji, strachu zagubienia. Przynajmniej do zakończenia filmu, gdy – nie, tego wam nie zdradzę.

Powiem krótko, dawno tak się nie wynudziłem jak w trakcie oglądania „Rzymskiej opowieści”. Nieangażująca, nieciekawa, średnio zagrana i wyreżyserowana bez jakiegokolwiek pomysłu. Absolutnie odradzam.

4/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego

Ukryte pragnienia

19-letnia Lucy przyjeżdża ze Stanów do małego miasteczka we włoskiej Toskanii. Mieszkała tam wcześniej jej matka – bardzo ceniona poetka, która niedawno zmarła. Dziewczyna wraca po 4 latach z dwoma celami. Po pierwsze, odnaleźć swojego biologicznego ojca, w czym ma pomóc książka od matki ze wskazówkami. A drugim celem jest ponowne spotkanie dawnej miłości, z którą utrzymywała korespondencyjny kontakt oraz stracenie dziewictwa z tą osobą.

ukryte_pragnienia1

Im starszy jest Bernardo Bertolucci, tym bardziej zaczyna wracać do tematu młodości oraz wchodzenia w dorosłość. Jednak tak naprawdę jest to film o miłości, jej poszukiwaniach, odnajdywaniu oraz trwaniu. Przyjazd młodej Amerykanki działa na starszych mieszkańców willi niczym balsam, budząc wspomnienia oraz do przyjęcia pewnych rozliczeń z samym sobą. Śledztwo i poszukiwania toczą się w przepięknie sfotografowanej Toskanii – tak pełnej nasyconych kolorów, działając na wszelkie zmysły, okraszając całość świetnymi piosenkami (m.in. Aretha Franklin, Portishead), więc dzieje się tutaj wiele.

Bohema artystyczna w willi jest tutaj bogata w różnorodne postacie – rzeźbiarzy, specjalistów od biżuterii, aktorów czy pisarzy. Wszyscy ci pamiętają palenie skrętów, uganianie się za spódniczkami. Teraz jednak przyszedł czas stabilizacji, uczestnictwa w eleganckich imprezach oraz rozmów o tym, co było i se ne vrati. Wiele może zrazić niespieszne tempo, jednak klimat Toskanii wylewa się tutaj ogromnymi garściami, wodząc delikatnym erotyzmem, co jest sporym udziałem grającej główną rolę Liv Tyler.

ukryte_pragnienia2

Aktorka bardzo dobrze odnajduje się w niewinnej, poszukującej Lucy, a jeszcze nigdy niewinność nie wyglądała tak seksownie jak tutaj. Kamera uważnie fotografuje ją i jej ciało w kusych sukienkach (czy tylko ja nie mogłem oderwać od niej wzroku?). Pozostali aktorzy dobrze się wywiązali z powierzonych zadań, jednak najbardziej zapamiętałem tutaj wybornego Jeremy’ego Ironsa. Tutaj jako pisarz Alex z jedną nogą w grobie świetnie wygrywa portret człowieka uparcie trzymającego się życia, stając się dla naszej bohaterki kimś w postaci mentora, przyjaciela, a może i kochanka, chociaż tego ostatniego nie jestem pewny.

ukryte_pragnienia3

Powrót Bertolucciego do macierzystych Włoch zaowocował ciekawym, klimatycznym filmem, jaki powinno obejrzeć się z drugą połówką. Jest bardziej przystępny od produkcji z początku lat 90. i pełen młodego ducha, którego nie powinno zabraknąć.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Bertolucciego