Informator

Media to potężna siła – o tym przekonał się każdy kto oglądał „Wszystkich ludzi prezydenta”. Jednak każde narzędzie ma dwie strony, o czym bardzo mocno przekonuje się tytułowy „Informator” z filmu Michaela Manna.

Tytułowym bohaterem jest dr Jeffrey Wigand, były wiceprezes firmy tytoniowej, gdzie odpowiadał za prace naukowców. Zostaje zwolniony, ale firma nadal chce, by dotrzymał umowę o poufności, zmuszając go do podpisania aneksu. Kiedy nie wykonuje tego ruchu, zaczyna się zastraszanie. I wtedy mężczyzna postanawia (choć nie od razu) opowiedzieć o koncernach tytoniowych telewizji CBS. A dokładnie o tym, że papierosy uzależniają.

informator1

Michael Mann troszkę zmienił tło, ale tak naprawdę opowiada o tym samym – lojalności i honorze, tylko tym razem zamiast policjantów oraz złodziei, tutaj tłem są media oraz działania korporacji. Tutaj reżyser, dzięki swojemu charakterystycznemu stylowi wizualnemu oraz elektronicznej muzyce, bardzo sugestywnie buduje atmosferę paranoi, która jest odczuwalna oraz uczucia zastraszania. W zasadzie film można podzielić na dwie części, których punktem kulminacyjnym jest wywiad oraz zeznanie w sądzie. Pierwsza część to zarówno ekspozycja obydwu bohaterów (przygotowania do wywiadu z przywódcą Hezbollahu i zwolnienie Wiganda) oraz okoliczności doprowadzające do spotkania. Wszystko zaczęło się od materiałów dostarczonych przez anonimowe źródło w/s papierosów. I już tutaj udaje się wykreować atmosferę psychozy oraz wszechwładzy. Noc jest tak mroczna, że za nią może czaić się ktoś, a pewne zdarzenia (tajemniczy mężczyzna na polu golfowym, włamanie do mieszkania, zastraszanie mailami) mogą być albo zbiegiem okoliczności albo celową zagrywką mającą złamać Wiganda, a jednocześnie jest to „kuszenie” przez Lowella Bergmana, by opowiedział o całej sytuacji.

informator2

Po tym wydarzeniu zaczyna się druga część – chyba gęstsza i poważniejsza, gdyż gra toczy się nie tylko o życie oraz rodzinę Wiganda (żona nie jest w stanie wytrzymać presji), ale też o reputację telewizji, której próbuje się zakneblować usta (duży pozew oraz groźba przejęcia CBS przez korporację tytoniową) i zdyskredytować Wiganda za pomocą oczernień, mieszając prawdę z kłamstwem. A tej walce prawda, która dla wielu staje się niewygodna, by ją upublicznić. I wtedy zaczynają dziać się decyzje ponad głową Bergmana, który jako jedyny wierzy w sens swojej pracy oraz walczy do samego końca. Poniekąd obydwaj bohaterowie odnoszą zwycięstwo, ale cena jest naprawdę wysoka. Choć czas trwania jest dość długi, a dialogów jest cała masa, to jednak udaje się przykuć uwagę oraz trzymać w napięciu do samego końca – pozornie tylko hollywoodzkiego i szczęśliwego.

informator3

Największą siłą filmu są dwie znakomite kreacje Ala Pacino i Russella Crowe’a. Ten pierwszy gra producenta TV, który stawia etykę swojego zawodu i prawdę ponad wszystko, ponad oglądalność, ponad swój status. Jest bardzo impulsywny, walczy do upadłego i nawet w najtrudniejsze sytuacji działa sprytem, czasami paląc za sobą wszystkie mosty. Crowe jest bardziej wyciszony, stonowany, choć w jego oczach widać mieszankę strachu, poczucie obowiązku oraz bardzo silną presję. W wywiadzie na pytanie, czy żałuje swojej decyzji odpowiada: „Czasami tak” i sumienie wygrywa nad posłuszeństwem i lojalnością, chociaż stawka jest wysoka – bezpieczeństwo swojej rodziny. Ten duet świetnie się uzupełnia i obaj panowie przy okazji przeżyją rozczarowanie. Obydwu panom sekunduje dzielnie bardzo bogaty drugi plan ze znakomitym Christopherem Plummerem (Mike Wallace) na czele, a drobne epizody m.in. Bruce’a McGilla (adwokat Ron Motley) czy Colma Feore’a (Richard Scruggs) ubarwiają całą historię.

informator4

Mimo znajomości finału, „Informator” trzyma w napięciu, a jednocześnie jest bardzo ważnym głosem w sprawie mediów, etyki czy nieczystych gierek korporacji, która wydaje się niczym nie powstrzymana. I kolejny dowód na to, że ten reżyser wychodzi zwycięska ręką z każdej konfrontacji. Mocne kino, dające wiele do myślenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Absolwent

Benjamin Braddock jest młodym, 20-letnim absolwentem college’u, który nie bardzo wie co zrobić ze swoim życiem. Podczas świętowania poznaje starą znajomą, panią Robinson, która go uwodzi. I przez dłuższy czas są kochankami. Do momentu, gdy Ben nie poznaje i nie zakochuje się w córce pani Robinson.

absolwent1

Głośny film Mike’a Nicholsa z 1967 roku jest uważany za klasykę kina obyczajowego, które obnażało hipokryzję oraz sztuczność dorosłego życia. To tak w skrócie, bo chłopak nie chce prowadzić nudnego i spokojnego życia, być może dlatego wplątuje się w romans. Pływanie w basenie, potajemne schadzki w hotelu – pustka i spokój. Sztuczność ta jest mocno sygnalizowana zarówno w potajemnych schadzkach z panią Robinson, jak też w wypowiedzi jednej z postaci: „Plastik jest dzisiaj w cenie”. I co wtedy zrobić? Sama historia jest dość prościutka, wręcz banalna, ale Nichols podchodzi do tego w zaskakująco delikatny sposób – same sceny romansowe są bardzo spokojnie, wręcz w niemal ciemności, z bardzo sprytnym montażem. W dodatku epoka, czyli początek hipisowskiej rewolucji obyczajowej, seksualnej i mentalnej. Czy w tym świecie są jeszcze miejsca na prawdziwe uczucia, bycie sobą? Pozornie wydaje się, ze finał daje pozytywną odpowiedź – radość młodych, którzy uciekają ze ślubu w autobus, ale po pewnym czasie ten uśmiech znika. I co dalej?

absolwent2

No właśnie, Nichols potęguje atmosferę niepokoju za pomocą pracy kamery, która skupia się głównie na twarzach, zbliżeniach oraz dopełniając klimatu nastrojowymi piosenkami duetu Simon and Garfunkel (trafnie komentując wydarzenia). I jeszcze jak to jest zagrane – Nichols ma dobra rękę do aktorów, co było wiadome od dawna. „Absolwent” to pierwsza duża rola Dustina Hoffmana, który udźwignął rolę samotnego i zagubionego chłopaka, który bywa czasem niezdarny gdy udaje doświadczonego (scena w hotelowym pokoju). Ale nawet on musiał ustąpić pola wybornej Anne Bancroft. Jej pani Robinson to znużona kobieta po nałogach, znużona swoim życiem, dla której romans staje się szansa na zmianę życia. Ale tak naprawdę jest to kobieta z jednej strony bezwzględna i twarda, z drugiej samotna i bardzo delikatna (scena po wydaniu się romansu). W zasadzie reszta obsady robi tu za tło, ale wybija się debiutująca Katherine Ross jako Elaine Robinson.

absolwent3

Można spodziewać się było trochę lekkiej komedyjki, ale okazuje się gorzkim i ponurym dramatem o samotności swojego pokolenia. I to nie tylko pokolenia Nicholsa, ale chyba każdego pokolenia. Dla mnie jednak to tylko dobry film, który mnie nie do końca porwał.

7/10

Radosław Ostrowski

Gorączka

Nazwisko Michaela Manna jednoznacznie kojarzy się z kinem sensacyjnym, które posiada kilka bardzo charakterystycznych elementów. Po pierwsze, jest bardzo realistyczne od strony inscenizacji oraz pracy zarówno gliniarzy jak i bandytów. Po drugie, mroczny klimat budowany zarówno przez mocno elektroniczną muzykę, jak i przez pokazanie nocnego życia miasta. I po trzecie, wiarygodne psychologicznie postaci bohaterów, którzy posiadają własny kodeks moralny. Wszystkie te elementy skrystalizowano w „Gorączce” – najbardziej epickim ze wszystkich filmów Manna.

goraczka1

Film jest konfrontacją dwóch ludzi, którzy znają się na swojej robocie jak mało kto. Pierwszy to doświadczony złodziej Neil McCauley, który zawsze bierze tylko szmal i nie wiąże się z żadną kobietą. Po przeciwnej stronie stoi porucznik Vincent Hanna, dwukrotnie rozwiedziony, trzeci związek też się rozpada. Wszystko zaczyna się z powodu napada na konwój z pieniędzmi, podczas którego jeden z nowych członków grupy nie wytrzymuje napięcie i zabija jednego z konwojentów, co doprowadza do śmierci pozostałych dwóch. Łupem staja się obligacje należące do Rogera Van Zanta. I tak zaczyna się bardzo długo budowana intryga, gdzie jest masa pionków, dużo trupów oraz melancholijny klimat.

goraczka2

Efekt? Mieszanka kameralnych i stonowanych scen z realistycznym, stylowymi i dynamicznymi scenami akcji. Napad na konwój, zemsta na nielojalnym wspólniku, wyciąganie informacji od informatorów, zasadzki – dzieje się tu dużo. A gdy nie ma akcji, widzimy samych bohaterów oraz ich prywatne życie, które staje się balastem dla nich samych. I już tutaj widać spore różnicę: ekipa Neila przypomina silnie zwartą rodzinę, która nawzajem się wspiera, pomagając sobie w różnych sprawach. Z kolei gliniarze nie są ze sobą aż tak silnie związani, po części z powodu nagłych wezwań na akcję. I w zasadzie trudno kibicować jednej stronie. Przy okazji tez pokazuje się życie po odsiadce (wątek Donalda, który dostaje parszywą robotę w kuchni, za co musi jeszcze znosić upokorzenia oraz „odpalanie” działki z pracy).

Wizualnie porywa (zwłaszcza nocne ujęcia), kamera czasami biegnie za bohaterami, a przywiązanie do detalu imponuje. Do dzisiaj wrażenie robi ikoniczna sekwencja włamania na bank zakończona uliczną strzelaniną (TEN DŹWIĘK KARABINU) sprawiającą wrażenie niemal wojennej rozpierduchy, co nadal inspiruje twórców kina akcji.

goraczka3

Także od strony aktorskiej jest to potężny kaliber. Ale czy może być inaczej jeśli po obu stronach barykady mamy Ala Pacino i Roberta De Niro? Trzeba było być mistrzem, żeby nie wykorzystać talentu obu dżentelmenów, którzy fantastycznie wczuli się w swoje role prawdziwych mistrzów w swoim fachu. U obydwu nie ma raczej miejsca na związek (Neil zaczyna się spotykać z rysowniczką Eady, co może go przekonać do zerwania z przeszłością) i tak naprawdę są dobrzy tylko w swoim fachu. Jednak drugi plan jest tutaj tak bogaty, że nie starczyłoby miejsca na wszystkie. Najbardziej zapadł mi w pamięć fantastyczny Val Kilmer (Chris, mający problem z hazardem oraz nie najlepszymi relacjami z żoną, którą bardzo mocno kocha), niezawodny Tom Sizemore (Michael „Piękny” Cheritto), opanowany Jon Voight (paser Nate) oraz chciwy William Fichtner (Roger Van Zant). Panie wydaja się tylko tłem dla męskich konfrontacji, ale nie sposób nie zauważyć zarówno Amy Brenneman (Eady), zmęczoną Ashley Judd (Caroline, żona Chrisa) oraz Diane Venorę (żona Hanny).

goraczka4

„Gorączka” to film, o którym można użyć jednego słowa: kompletna i zwarta całość, pozbawiona poważniejszych wad. Wielu może zniechęcić sinusoidalne tempo oraz wątki obyczajowe, które mają uspokoić akcję. Ale jak się dacie oczarować, nie ma mowy o jakimkolwiek rozczarowaniu. Wielkie kino po prostu (i nie chodzi tu o czas trwania).

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ostatni Mohikanin

Rok 1751. Na amerykańskim kontynencie trwa wojna między Wielką Brytanią a Francją. Wbrew swojej woli w tą walkę zostają wplątani trzej Indianie z plemienia Mohikanów: białoskóry Nathaniel Poe zwany Sokolim Okiem, Unkas zwany „Rączym Jeleniem” oraz ich ojciec Chingachook. Ich neutralność oraz plany zostają zerwane, gdy wyciągają z zasadzki eskortowane przez majora Duncana Heywarda córki pułkownika Munro – Corę i Alice.

mohikanin1

Pozornie ten film nie pasuje do całego dorobku Michaela Manna, który w latach 80. zasłynął stylowymi oraz klimatycznymi kryminałami. Tym razem jednak mamy kino przygodowe bazujące na powieści Jamesa F. Coopera, dziejące się w czasach, kiedy jeszcze nie istniały Stany Zjednoczone (kilkanaście lat przed wojna o niepodległość), choć już powoli czuć, że koloniści mogą wszcząć bunt. Jednak tak naprawdę jest to pretekst do pokazania porywającego widowiska o honorze, lojalności, uczciwości, walce oraz… miłości. I chyba ze wszystkich filmów Manna, ten jest najbardziej liryczny ze wszystkich. Co nie znaczy, że zrezygnowano z krwi i przemocy. Imponuje rozmach (scena oblężenia fortu przez Francuzów w nocy – wizualne cudo oraz popis pirotechników), piękne plenery oraz – po raz pierwszy w przypadku tego kompozytora – pełno orkiestrowa muzyka Trevora Jonesa i Randy’ego Edelmana z nieśmiertelnym tematem przewodnim. To wszystko trzyma w napięciu, chwyta emocjonalnie za gardło i jest to na tak wysokim poziomie, że nic nie jest w stanie tego przebić. Drugim istotnym wątkiem jest pokazanie losów Indian, którzy zostają wplątani i przejmują najgorsze cechy białych ludzi – zaślepienie, zemsta, podwójna moralność, co doprowadza do pozbawienia/osłabienia ich relacji z naturą i przyrodą. To doprowadza później do wymarcia plemion indiańskich.

mohikanin2

Jednak cała ta pasja oraz perfekcja Manna nie zdałaby się na wiele, gdyby nie charyzmatyczny Daniel Day-Lewis. Sokole Oko to w jego wykonaniu człowiek biały, którego wychowali Indianie, przez co przejął ich zwyczaje oraz przekonania. Nie jest on pozbawiony własnego rozumu i nawet gdy wyznaje miłość, to mu wierzymy na słowo. Nawet w jego miłość z twardo trzymającą się ziemi Corą Munro (wyrazista Madeleine Stowe), która jest zarówno silna jak i bardzo delikatna. Takie kobiety zapadają w pamięć dość mocno. Poza tą dwójką najbardziej zapada w pamieć etatowy Indianin Hollywoodu – Wes Studi jako mściwy i okrutny Magua, pragnący zemsty za swoje krzywdy. To on dominuje, gdy pojawia się na ekranie. Cała reszta obsady prezentuje równie wysoki poziom.

mohikanin3

Czyżby „Ostatni Mohikanin” to opus magnum Michaela Manna? Na pewno to najbardziej wyjątkowy film w dorobku tego reżysera, pełen emocji, liryzmu, ale bez popadania w patos. Wszystko jest tu odmierzone w idealnych proporcjach. Ocierające się o arcydzieło wielkie kino.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Łowca

Czy widziałeś kiedyś krew w pełni księżyca? Wydaje się całkiem czarna.

Will Graham po ostatniej akcji w FBI przeszedł załamanie nerwowe i teraz mieszka razem z żoną I synkiem na Florydzie z dala od akcji. Jednak jego dawny szef Jack Crawford prosi go o pomoc. W mieście szaleje seryjny morderca, który już zabił dwie rodziny, a następna zbrodnia ma nastąpić podczas najbliższej pełni księżyca. Graham miałby się skupić tylko na analizowaniu materiału dowodowego.

lowca_mann1

Thomas Harris najbardziej znany stał się dzięki serii książek o Hannibalu Lecterze. Do dzisiaj jego twarz ma jednoznaczne skojarzenia z genialnym Anthonym Hopkinsem. Ale pięć lat przed „Milczeniem owiec” z pierwszą częścią serii zmierzył się Michael Mann. I tak narodził się „Łowca” – zapomniany thriller, który jeszcze bardziej zniknął ze świadomości kinomanów, gdy powstał jego remake z Hopkinsem w roli głównej. Niesłusznie, gdyż mann postawił na swój najmocniejszy atut – klimat, pełen mroku, oniryzmu przypominający senne koszmary (choć najokrutniejszych scen – samych zbrodni dokonywanych przez Zębowa Wróżkę, nie pokazano). Dużo krwi, psychologiczna gra i wyścig z czasem, to wszystko trzyma w napięciu, serwując w kluczowych momentach charakterystyczne dla reżysera slow-motion. Przy okazji, bardzo realistycznie pokazane są sceny laboratoryjne, gdzie są analizowane każde elementy. Najbardziej widać to w scenach analizy listu Zębowej Wróżki do Lectera zapisanej na papierze toaletowym – tutaj widać fundamenty serii „CSI”. Mann buduje tez klimat osaczenia i samotności za pomocą świetnych zdjęć (błękitne filtry, wyraźniejsze kolory) oraz bardzo nastrojowej muzyki, która zdradza wiek produkcji. Ogląda się to świetnie, może poza skopanym zakończeniem (obława na mordercę), gdzie zaczyna szwankować montaż. No i samo zakończenie, mocno odbiegające od pierwowzoru (tam lepiej zostało rozegrane), też wydawało mi się niezbyt satysfakcjonujące.

lowca_mann2

Na szczęście film nie tylko świetnie wygląda, trzymając w napięciu, ale też jest ona bardzo dobrze zagrana. Ale jest jeden warunek – jeśli nie oglądaliście remake’u Bretta Ratnera, gdzie znacznie ciekawsze są postacie drugoplanowe. Asem w talii Manna jest William L. Petersen, dla które rola Willa Grahama stała się klątwą. Sugestywnie aktor pokazuje wypalonego i pokiereszowanego psychicznie profilera, który posiadał talent wchodzenia w skórę sprawcy. Ale w terenie okazuje się bardzo wnikliwym i dociekliwym agent, analizującym dowody, świadomie angażującym się, ale nie jest to harcerzyk. Potrafi ostro ochrzanić Crawforda (solidny Dennis Farina), gdy ten chce odpuścić. Nieźle radzą sobie też Tom Noonan (Francis Dolarhyde, „Zębowa Wróżka”) oraz Joan Allen (niewidoma Reba, koleżanka Dolarhyde’a z pracy), jednak obie te postaci zostały głębiej zarysowane w remake’u.

lowca_mann3

I – last but not least – Hannibal Lecter (dla niepoznaki nazwany tutaj Lecktorem). Grający go Brian Cox nawet nie spodziewał się, że będzie musiał zmierzyć się później z legenda Hopkinsa. W zasadzie ta postać (zarówno w filmie, jak i w książce Harrisa) jest tak naprawdę epizodem, pojawiającym się raptem w trzech scenach. Muszę przyznać, że Cox bardzo przyzwoicie poradził sobie z tą postacią, jest mroczny i bardzo tajemniczy, ale to Hopkins uczynił z niej legendę.

lowca_mann4

Mann w mrocznym klimatach czuje się wybornie i „Łowca” tylko to potwierdza. Choć trafił ten film do krainy zapomnienia, dzięki następnym filmom z serii, pozostaje świetnym filmem, broniącym się nawet dzisiaj. Fantastyczny klimat, świetne zdjęcia i aktorstwo, a także duża dawka realizmu (poza końcówką) tworzy nieprzeciętne kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Piorun i Lekka Stopa

Lekka Stopa to złodziej, którego poznajemy podczas kradzieży auta. Podczas jazdy trafia na księdza, którego ktoś próbuje zabić. Okazuje się, że ksiądz to tak naprawdę John „Piorun” Dogerty, ścigany przez dawnych kumpli z gangu po ostatnim skoku. W końcu obaj wpadają w ręce Reda i Goody’ego, chcących odnaleźć kasę z ostatniego napadu. W końcu Lekka Stopa wpada na pomysł, by jeszcze raz dokonać napadu w to samo miejsce.

lekka_stopa1

Michaela Cimino wszyscy kojarzą głównie jako twórcę „Łowcy jeleni”. Dlatego jego debiutancka fabuła „Piorun i Lekka Stopa” popadła w zapomnienie. Szkoda, bo to naprawdę udana i ciekawie poprowadzona komedia kryminalna. Pierwsza część jest bardziej zabawna przedstawiająca powoli rodząca się przyjaźń między dwoma skrajnymi charakterami. Piorun jest bardziej opanowany i spokojny, a Lekka Stopa to trochę rozkręcony łobuziak, pełen energii i luzu. Ta dziwna mieszanka sprawdza się, nadając lekkości całej fabuły. Do momentu realizacji skoku – wtedy mamy pełnokrwisty kryminał, z precyzyjnie budowanym planem oraz jego realizacją. Zabawne jest zbieranie funduszy na akcję, przez co wszyscy członkowie – nie mający wiele gotówki – podejmują się… pracy. Wtedy napięcie jest budowanie bardzo dokładnie, intryga zazębia się i dochodzi do przewrotnego finału. Film może i ma swoje lata, ale zrealizowany jest naprawdę nieźle. Plenery są piękne (niemal westernowe), w tle słyszymy piosenki country, a humor bazuje tutaj głównie na dialogach (naprawdę dobrych i zabawnych).

lekka_stopa2

Siłą napędową są tutaj role czterech facetów. Clint Eastwood jako Piorun sprawdza się dobrze, konsekwentnie budując wizerunek sympatycznego twardziela, choć zobaczenie go w sutannie może wielu wprawić w konsternację. I jest wyczuwalna chemia między nim a świetnym Jeffem Bridgesem. Zanim stał się rozpoznawalny dzięki roli El Dudinho Lebowskiego, Bridges zbudował tutaj rolę gadatliwego, sympatycznego luzaka-hippisa. Przyjaźń między nimi jest szczera i stopniowo budowana. Poza nimi całość dopełniają niezły Geoffrey Lewis (Goody) oraz bardzo solidny George Kennedy (nerwowy i bardzo agresywny Red).

Cimino pokazuje tutaj pewną rękę w prowadzeniu fabuły. Lekka, sympatyczna komedia z dobrze prowadzonym wątkiem kryminalnym, który trzyma w napięciu. Może realizacja lekko ramotna, ale nie ma tutaj specjalnie co wybrzydzać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wywiad z wampirem

Louis jest wampirem, który żyje od ponad 200 lat. Swoją historię postanowił opowiedzieć dziennikarzowi Danielowi Malloyowi. Cała opowieść zaczyna się w momencie, gdy Louis po śmierci żony zmierza ku autodestrukcji i bardzo pragnie śmierci. W końcu jego prośba zostaje wysłuchana, ale nie do końca w taki sposób, jaki sobie wyobrażał mężczyzna. Na jego drodze pojawia się tajemniczy Lestat, który okazuje się być wampirem.

wampir1

Adaptacja jednej z części cyklu Anne Rice to najpopularniejszy film Neila Jordana, który nie nakręcił typowego horroru. Nie jest tu najważniejsza krwawa jatka czy pokazywanie kolejnych ofiar, Jordan próbuje opowiedzieć o… egzystencji i pokazuje wampiry nie tak jak w serii „Zmierzch”. Tutaj wampir oznacza samotnika skazanego na nudę, na zabijanie (inaczej sam umrze), krew jest jego jedynym motorem napędzającym jego życie. Sama historia opowiedziana jest dość spokojnym tonem. Owszem, nie brakuje tutaj krwi (czymś żywić w końcu się trzeba), a klimat jest tutaj iście gotycki. Imponuje tutaj zarówno scenografia oraz kostiumy (od końcówki XVIII wieku aż do dnia dzisiejszego) oraz wyrafinowanie plastycznie. Kilka miejsc na bank zostanie w pamięci (slumsy Nowego Orleanu, rezydencja podziemna w Paryżu), podkręconych świetnie grającą muzyką Goldenthala. Po obejrzeniu pewnie wielu z was będzie się zastanawiało, czy nadal chcą pozostać krwiopijcami oraz jaka jest cena za nieśmiertelność, przy okazji szukając odpowiedzi na temat sensu życia (niekoniecznie według Monty Pythona).

wampir2

Wielu z was może znudzić tempo, brak przemocy (poza podpaleniem domu Lestata i krwawej jatki w Paryżu), mała ilość krwi i w ogóle. Ale Jordan trzyma rękę na pulsie i magnetyzuje do samego końca, nawet u niego noc nie była nigdy tak mroczna, że można byłoby ją kroić na kawałki. No i jeszcze ta obsada. Jeśli ktoś kiedyś wątpił w talent Brada Pitta, po tym filmie zmieni zdanie na pewno. Bardzo przekonująco pokazał Louisa – „wampira z ludzka duszą” oraz wątpliwościami. Wszystkie swoje rozterki rozgrywa jednym spojrzeniem, niedopowiedzeniem i robi to świetnie. Ale i tak ekran skradł mu znienawidzony przeze mnie Tom Cruise, który tutaj pokazuje swoje wielkie umiejętności. Kim jest Lestat w jego wykonaniu? To hedonista, który ma w sobie tyle uroku, by wykorzystać go do zdobywania nowych ofiar. Dla niego życie ludzkie jest nic nie warte. Z bogatego drugiego planu najbardziej zapada w pamięć równie bezwzględny Antonio Banderas (Armand, próbujący uwieść Louisa), niezaspokojona Kirsten Dunst (wiecznie głodna Claudia, która nie kontroluje do końca swoich potrzeb) oraz przeprowadzający cały wywiad Christian Slater (Daniel Malloy).

wampir3

Jordan pokazuje, że w każdym gatunku są rzeczy, które można zmodyfikować lub wywrócić do góry nogami. To nie jest konwencjonalny horror, ale opowieść pełna poważnych pytań i zmuszająca do refleksji. A przy okazji bardzo przystępnie opowiedziana całość.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

 

Twierdza

Rok 1941. Do rumuńskiej przełęczy Dinu przybywa niemiecki oddział kierowany przez kapitana Woermana. Ich kwatera znajduje się w tajemniczej twierdzy pełnej krzyży przymocowanych do ściany. Choć kapitan pilnuje porządku, dwóch żołnierzy z chciwości próbują kraść srebrny krzyż. Doprowadza to do przebudzenia starego zła, które zaczyna mordować żołnierzy.

twierdza1

Mieszanie horroru z II wojną światową wydaje się interesującą propozycją. Zadania podjął się opromieniony sukcesem „Złodzieja” Michael Mann. I nawet wychodzi to nieźle: gotycki klimat, pradawne zło, świetny reżyser i dość ciekawa obsada powinny być rękojmią sukcesu. Problem polega na tym, że Mann planował zrobić film trwający ponad trzy godziny, ale producenci – tacy mądrzy kolesie z kupą szmalu – uznali, że nikt nie chodzi na tak długie filmy i postanowili się pobawić w montażowni. Efekt był katastrofalny. Początek sporo obiecuje, kilka ujęć jest naprawdę świetnych (wjazd żołnierzy do wioski czy próba kradzieży srebrnego krzyża), a surowa scenografia w połączeniu z bezbłędną muzyką Tangerine Dream budowała klimat. Problem polega na tym, że widać ślady cięć, fabuła dziurawa jak sito pełna niedopowiedzeń i tajemnicy – jednak ona zamiast intrygować wynudza. Za takie partactwo producenci powinni pójść do piekła, bo klimat szlak trafia i powraca on dopiero na samym końcu (ta mgła naprawdę działa).

twierdza2

Aktorstwo też jest to co najwyżej stan średni. Najbardziej wybija się Jurgen Prochnow w roli Woermana – cynicznego, zgorzkniałego Niemca, który zawiesił ideały nazizmu. Jako jedyny z grona walecznych Germanów zachowuje zdrowy rozsądek w przeciwieństwie do bezwzględnego SS-mana Kaempfera (Gabriel Byrne). Drugim jest Ian McKellen jako doktor Cuza, który zostaje zmanipulowany przez demona, by zemścić się na hitlerowcach. Cała reszta niespecjalnie się wyróżnia robiąc tylko za tło.twierdza3

„Twierdza” miała wielki potencjał, ale w przypadku Michaela Manna sprawdza się jedna teza: im dłuższy film, tym lepiej. Pozostaje tylko nadzieja, że może powstanie wersja reżyserka, ale wątpię w to. Może jednak się mylę.

5/10

Radosław Ostrowski

Złodziej

Poznajcie Franka. Pozornie sprawia wrażenie biznesmena, który prowadzi warsztat samochodowy, ale nocą staje się zawodowym złodziejem. Kradnie tylko biżuterię oraz pieniądze – inne rzeczy go nie interesują, jednak powoli zaczyna się zastanawiać nad emeryturą i wycofaniem się z branży, u boku nowej kobiety Jessie. Ale kiedy po ostatnim skoku ginie jego paser, sprawy zaczynają się komplikować. I pojawia się gangster Leo, który proponuje mu robotę.

zlodziej_mann1

Nazwisko Michael Mann wielu kojarzy się z kryminalnymi opowieściami o twardych facetach, którzy są wierni swoim zasadom, choć nie zawsze działają zgodnie z prawem. I widać to w jego debiucie. Sama historia wydaje się być wzięta z szablonów kina klasy B czy imitacji czarnego kryminału. Ostatni skok, złodziej próbujący zerwać z przeszłością – skąd my to znamy? Mimo znajomości schematu, Mann gra innymi kartami i stawia na realizm, nie zapominając o stylowej wizualizacji. Większość akcji toczy się nocą, gdy „miasto” śpi, co dodatkowo buduje specyficzny klimat, nie pozbawiony melancholii. Sama akcja też budowania na szczególe, włamy są konstruowane bardzo precyzyjnie i bez niepotrzebnej gadaniny (początek filmu, gdzie pierwsze 10-minut to prucie sejfu), choć nie zabrakło strzelanin w slow-motion, tak naprawdę są tylko zwieńczeniem finałowej konfrontacji. I jakby przy okazji, reżyser podpatruje bohatera próbującego powrócić do społeczeństwa, jednak nie jest mu dane z powodu przeszłości (próba adopcji dziecka) i dlatego zawsze będzie żył w nawiasie, w odcieniach szarości.

zlodziej_mann2

Poza stylowymi zdjęciami oraz bardzo klimatyczną muzyką Tangerine Dream, „Złodziej” pozostaje opowieścią o człowieku, który chce pozostać niezależny od nikogo. Nie daje się zarówno skorumpowanym gliniarzom, ani nie chce podporządkować się mafii kierować przez Leo, symbolizującego bezwzględną korporację, która zjada konkurencję i bezwzględnie ją podporządkowuje zastraszaniem oraz przemocą. Brawurowo wcielający się w główną rolę James Caan fantastycznie sprawdza się w roli Franka. Pewny siebie, opanowany i twardo negocjujący – facet z zasadami. Gdy bierze się do roboty, widzimy profesjonalistę. Ale to człowiek marzący o stabilizacji, co widać w bardziej subtelnych scenach rozmów z Jessie (pięknie wyglądająca Tuesday Weld), gdzie oboje próbują walczyć ze swoimi lękami oraz obawami, co do przeszłości. Poza tym duetem, należy wyróżnić trzy postacie: oddanego i lojalnego kumpla Barry’ego (James Belushi), bezwzględnego Leo (świetny Robert Prosky), nie uznającego słowa sprzeciwu oraz Oklę – mentora Franka (piosenkarz country Willie Nelson w zupełnie innej roli).

zlodziej_mann3

„Złodziej” wsparty przez producenta Jerry’ego Bruckheimera nie został doceniony w czasie premiery. Ale to norma w przypadku filmów Manna, który dopiero po latach zostaje doceniony (film). Tak się kiedyś debiutowało – mocne wejście, zrobione bez kompleksów i wpadek.

8/10

Radosław Ostrowski

Narzeczona dla księcia

Do chorego wnuczka przybywa dziadek, który czyta mu książkę, która była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Choć wnuczek bardziej woli gry komputerowe, dziadek bardzo go namawia, serwując masę atrakcji. O czym jest ta opowieść? Dawno temu, było sobie dwoje ludzi – oboje z nizin społecznych. Ona zwała się Buttercup i lubiła rozkazywać parobkowi, czyli Westleyowi. Kiedy uświadamia sobie, ze go kocha, młodzian wyrusza w wędrówkę, ale zostaje zabity przez pirata Robertsa. Dziewczyna z rozpaczy decyduje się zostać narzeczoną księcia Humpertinga i wtedy odkrywa, że…

narzeczona1

Więcej wam nie zdradzę, bo sama historia jest jednym z najmocniejszych atutów filmu Roba Reinera. Pozornie mamy typowa produkcje fantasy z lat 80-tych, gdzie mamy piękne plenery, imponującą scenografią (ogniste piaski nadal robią wrażenie), w dodatku okraszoną naprawdę nastrojową muzyką Marka Knopflera. Jednocześnie reżyser mocno trzyma się konwencji kina przygodowego/fantasy, a z drugiej całość wyśmiewa tworząc świetny pastisz tego gatunku. Obśmiana jest cała konwencja, gdzie nie brakuje odrobiny czarów (największym jest jednak miłość), pojedynków na śmierć i życie (starcie Inigo Montoyi z piratem Robertsem), gdzie choreografia i powaga miesza się z humorem (panowie nawzajem chwalą się swoimi umiejętnościami), a czasami humor mocno idzie w stronę absurdu (wizyta u Cudotwórcy Maxa). Cała ta kombinacja i postmodernistyczna zabawa może (i powinna) budzić skojarzenia ze „Shrekiem”, gdzie w podobny sposób konstruowano całą zabawę.

narzeczona2

Jednak ta cała zabawa konwencją nie udałaby się, gdyby nie świetny scenariusz napisany przez Williama Goldmana (który był też autorem literackiego pierwowzoru), okraszony błyskotliwymi dialogami oraz bardzo pewna ręka reżysera. Dodatkowo aktorzy wspierają reżysera w tej walce. Tutaj pierwsze skrzypce trzyma Cary Elwes, czyli Westley – czarujący i urodziwy mężczyzna, który okazuje się być dzielnym wojownikiem. Patrzenie na pojedynki z tym aktorem to po prostu poezja. Tak samo można powiedzieć o stawiającej swoje pierwsze kroki Robin Wright (jeszcze nie Penn) w roli tytułowej. Piękna, trochę naiwna, ale posiadająca pewien urok. Za to drugi plan jest przepełniony wyrazistymi postaciami, które nawet mając kilka minut zapadają w pamięć. Tak można powiedzieć o mocno ucharakteryzowanym Billym Crystalu (Cudotwórca Max), Melu Smithie (albinos, sługa hrabiego Rugena) czy Wallace Shawnie (przebiegły Vizzini). Ale i tak wybija się z tego grona świetny Mandy Patinkin w ikonicznej już roli Inigo Montoyi – hiszpańskiego mistrza szpady, który poprzysiągł zemstę zabójcy swojego ojca. No i obowiązkowo jeszcze trzeba wspomnieć o Peterze Falku i Fredzie Savage’u, czyli dziadka z wnukiem.

narzeczona3

Pastisz Reinera zadziałał mocno, tworząc jeden z pamiętnych filmów mojego dzieciństwa. I mimo upływu lat, „Narzeczona” pozostaje świetną rozrywką zarówno dla młodego jak i troszkę starszego kinomana. A to jak widać potrafi niewielu.

8/10

Radosław Ostrowski