Kierowca

Tytułowy Kierowca jest facetem, który wozi bandytów po realizacji skoków, gubi radiowozy, pozbywa się śladów i pozostaje nieuchwytny. Próbuje go dopaść brutalny i ostro grający Detektyw. Wszystko zaczyna się, gdy w trakcie roboty Kierowca pokazuje swoja twarz kobiecie, która jest graczem kasyna. Jednak Detektyw postanawia zastawić sidła na Kierowca i ustawia skok.

kierowca1

Walter Hill to jeden z tych reżyserów, którzy w latach 70. i 80. walczyli o tytuł mistrza kina klasy B. Choć jego produkcje nie należały do zbyt drogich, to posiadały klimat i stanowił źródło rozrywki dla fanów tzw. męskiego kina. „Kierowca” to był drugi film tego reżysera, ale wszystkie elementy są dopięte do najdrobniejszego detalu. Reżyser stawia tutaj na klimat samotności, umieszczając akcję głównie w żyjącym nocą mieście. Sama historia jest dość prosta i polega na tym, kto kogo wystawi do wiatru, zgarniając cały łup, ale ogląda się to z dużym napięciem aż do samego finału. Nie brakuje tutaj strzelanin i pościgów samochodowych, których nie ma tutaj zbyt wiele (raptem dwa pościgi), ale za to bardzo długie i świetnie zrealizowane, choć czuć inspiracje klasykami gatunku jak „Bullitt” czy „Francuski łącznik”. Wszystko w sposób bardzo (z dzisiejszej perspektywy staroświecki), bez stosowania efektów komputerowych.

kierowca2

Owszem, nie brakuje kilku stylowych ujęć, klimat buduje świetna muzyka, jednak całość jest mocno minimalistyczna, zarówno jeśli chodzi o dialogi (mało ich, ale są świetnie napisane), ja i o bohaterów, o których nie wiemy zbyt wiele. Pod tym względem czuć tutaj inspirację dla filmu „Drive”, jednak Hill jest bardziej prostszy i nie bawi się tutaj w kino artystyczne. Dla wielu ten minimalistyczny chłód oraz niezbyt wyraźnie zarysowane postacie mogą być problemem, ale więcej o sobie mówią w trakcie działania.

kierowca3

Całość opiera się tutaj na trójce aktorów, którzy nadają życie tym oszczędnym bohaterom. Po pierwsze, świetny Ryan O’Neil w roli Kierowcy, który za kółkiem jest w stanie wyrwać się z każdej opresji, jest bardzo opanowany i trzyma się swoich zasad. Konkurentem jest Detektyw (niezawodny Bruce Dern), który jest ambitny, mocno balansuje na granicy prawa i desperacko sięga po różne tricki, by dorwać Kierowcę za wszelką cenę. I w końcu ta trzecia, czyli Gracz(ka) poprowadzona przez Isabelle Adjani, która wydaje się dość sztywna w tej roli.

W zasadzie jedyną poważną wadą dla mnie jest to, że całość za szybko się kończy. Ale Hill udaje się zbudować film pachnący trochę klimatem noir. I moim skromnym zdaniem, to najlepsza produkcja Waltera Hilla, choć mniej popularna niż „48 godzin”, „Wojownicy” czy „Czerwona gorączka”.

8/10

Radosław Ostrowski

Johnny poszedł na wojnę

Głównym bohaterem jest Joe – młody żołnierz, który walczył podczas I wojny światowej. Podczas walki dostaje pociskiem, który niszczy mu twarz, nogi i ręce, pozbawiając go wszystkich zmysłów. Mężczyzna nie jest w stanie nawiązać kontaktu z otoczeniem, a jego światy przeplatają się.

johnny1

Filmów o wojnie była cała masa. Ale scenarzysta Dalton Trumbo w 1971 roku nakręcił bardzo mocny film antywojenny. Siłą jednak nie jest porażające pokazanie przemocy, tylko atak psychologiczny. Głównego bohatera po tragedii nie widzimy (jest przykryty i zakryty maską), a jak opisać jego perspektywę? Udaje się to zrobić za pomocą dość prostego patentu – podzielenia świata na dwie płaszczyzny. Pierwsza, czarno-biała to świat Joe po tragedii: mamy bohatera samotnego, słyszymy jego myśli dzięki narracji z offu, a on sam traktowany jest jak „warzywo”. Drugi, nakręcony w kolorze to mieszanka wspomnień i koszmarów, które prześladują naszego bohatera. Tam poznajemy jego przeszłość, rodziców, którzy się rozstali, pozostawioną przez niego dziewczynę, wreszcie samego Chrystusa (nietypowa rola Donalda Sutherlanda), u którego bohater próbuje szukać pomocy. Te ujęcia mocno zapadają w pamięć nie tylko dzięki kontrastowi, ale też bardzo sprawnej realizacji oraz świetnym dialogom.

johnny2

Ta perspektywa pozwala twórcy ostro pokazać nie tylko sam bezsens wojny, ale też skrytykować mentalność samych Amerykanów, którzy są wychowywani, by bronić demokracji, bo jak mówi ojciec Johnny’ego „demokracja polega na tym, że młodzi ludzie zabijają się nawzajem”. Także Kościół wspiera wojnę („błogosławieństwo” biskupa w jednej z wizji) i dal tej niezrozumiałej idei chłopak porzuca dziewczynę. Jednocześnie podkreślony jest dualizm miedzy ciałem i duszą człowieka oraz padają trudne pytania o godność, a także (końcówka) o eutanazję. Bo jakim prawem człowiek pozbawiony niemal wszystkiego, może dalej żyć. I czy ma prawo sam zdecydować o swoim losie? Te pytania pozostają na długo.

johnny3

„Dulce et decorum est pro patria mori” – jeszcze nigdy ta sentencja Horacego nie nabrała ironicznego znaczenia. Trumbo razem z fantastycznie grającym Timothym Buttomsem (Joe) pokazują nie tylko bezsens wojny, ale też stawiają mocne pytania o człowieczeństwo. I jednego jestem pewny – po obejrzeniu „Johnny poszedł na wojnę” zostanie w pamięci na długo.

8/10

Radosław Ostrowski

Długie pożegnanie

Philip Marlowe to jedna z ikonicznych postaci czarnego kryminału – typ cynicznego i sprytnego twardziela. Pewnego wieczora jego przyjaciel Terry Lennox prosi go o pomoc w przedostaniu się na granicę do Meksyku. Następnego dnia zostaje zatrzymany przez policję pod zarzutem współudziału w morderstwie żony Lennoxa. Po trzech dniach zostaje wypuszczony, gdyż podejrzany popełnił samobójstwo. Marlowe przechodzi nad tym do porządku dziennego i dostaje nawet zlecenie. Wtedy pojawia się gangster Marty Augustino, któremu Lennox ukradł sporo pieniędzy.

pozegnanie1

Raymond Chandler jest pisarzem dość trudnym do przeniesienia na ekran, gdyż stawia on głównie na klimat. Poza tym jego znakiem rozpoznawczym jest prosta, ale celowo komplikowana intryga z powodu wątków pobocznych. Jednak największy ironista i kontestator lat 70. Robert Altman podjął się próby przeniesienia powieści Chandlera, ale postanowił ją uwspółcześnić do swoich czasów. Efekt wydaje się dość ciekawy (sąsiadki Marlowe’a to hipiski), ale niewiele zmienia, jeśli chodzi o konstrukcję (rozbijająca się na kilka różnych wątków) oraz przebieg całej intrygi. Altmanowi udaje się jednak zachować klimat – osamotnienia oraz nieufności, gdzie zaufanie, lojalność i uczciwość dawno zostały zapomniane. Stylizacja zostaje zachowania, bo motywy kierujące ludźmi pozostają takie same: chciwość. Altman parę razy zgrabnie bawi się formą (rozmowa państwa Wade, a przez szybę ich mieszkania odbija się Marlowe z plaży), okrasza całość jazzową muzyką i nawet trafiamy do różnych spelun czy mieszkań nowobogackich. Tempo oraz rozlazłość może wielu odstraszyć, podobnie jak zakończenie, mogące wydawać się niezrozumiałe.

pozegnanie2

Ale Altman ma dobra rękę do obsady, choć wybór Elliotta Goulda może wydawać się dość dziwny. Okazuje się jednak być strzałem w dziesiątkę, choć mamroczenie pod nosem zamiast narracji z offu może nie wszystkim pasować. Ale charakter pozostał ten sam – to nadal cyniczny, zdystansowany człowiek z ironicznym poczuciem humoru oraz talentem wsadzania nosa w nie swoje sprawy. Także drugi plan jest tutaj naprawdę ciekawy oraz wyrazisty: niezawodny Sterling Hayden (nadużywający alkoholu pisarz Roger Wade), czarująca Nina van Pallandt (żona Wade’a) po kapitalnego Marka Rydella (gangster Marty Augustine – scena rozbierania się to perełka) oraz antypatycznego Henry’ego Gibsona (dr Verringer). Nie można też nie zauważyć debiutującego na ekranie Arnolda Schwarzenneggera w epizodzie jako jeden z ludzi Augustine’a.

pozegnanie3

Altman zrobił dość udany, choć zapomniany kryminał. Myślę, że Raymond Chandler mógłby być z niego dumny. A rozdrobnienie fabuły całkiem nieźle się broni.

8/10

Radosław Ostrowski

Chłopiec w pasiastej piżamie

Rok 1940, wojna trwa. Poznajcie Bruno – 8-letniego chłopca, który nie jest świadomy tego, co się dzieje dookoła. Pewnego dnia z Berlina trafia wraz z całą rodziną na wieś, gdzie jego ojciec – oficer – obejmuje nową posadę. Wbrew zakazowi, chłopak opuszcza dom i poznaje ubranego w „pasiastą piżamę” chłopaka – Szmula, którego dzieli drut kolczasty. Między chłopcami zawiązuje się przyjaźń.

pasiasta_pizama1

Wydawało się, ze o Holocauście już powiedziano wszystko i niczego nowego wymyślić się nie da. Mark Herman poszedł w równie popularny sposób opowieści – przyjęcie perspektywy dziecka. Ale to jest dziecko, które jak większość narodu niemieckiego, nie było świadome otaczającej rzeczywistości. Przy okazji reżyser podpatruje jego rodzinę, dzięki czemu poznajemy indoktrynację całego społeczeństwa (siostra ślepo „wchłania” całą ideologię nazistowską, serwowana przez nauczyciela), co najbardziej widać w postawie mężczyzn – niemal wszystkich. My orientujemy się, co znajduje się za płotem i czemu wszyscy noszą pasiaste piżamy”, bo 8-latek nie zna słowa obóz koncentracyjny. Nawet matka wydaje się odwracać wzrok na samo to słowo i reaguje histerią. Problem w tym, że mnie ta historia pozostawiała przez spora część filmu obojętną – może poza rozmowami dzieci (bardzo wiarygodnie zagranych przez Asę Butterfielda oraz Jacka Scanlona). I jeszcze jedną rzeczą – finałem, który mnie naprawdę zmiażdżył.

pasiasta_pizama2

Poza dzieciakami, grającymi główne role, reszta obsady tak naprawdę robi za tło (choć zdecydowanie należy wyróżnić grających rodziców Davida Thewlisa i Verę Farmigę) – solidnie zbudowane i nie odwracające uwagi od głównych bohaterów, gdyż to na nich spoczywa cały ciężar tego przedsięwzięcia.

pasiasta_pizama3

Markowi Hermanowi wyszedł całkiem niezły film, który jest solidnie zrealizowany, ale najmocniejszym i najlepszym momentem pozostaje zakończenie. Choćby dla niego, warto obejrzeć to smutne kino.

6/10

Radosław Ostrowski

McCabe i pani Miller

Do miasteczka Presbiterian Church przybywa tajemniczy John McCabe – hazardzista o reputacji zabijaki. Mężczyzna postanawia założyć swój własny biznes, czyli dom publiczny i bar z domem gry, w czym pomaga mu energiczna prostytutka Constance Miller, dzięki czemu interes zaczyna prosperować. Nie podoba się to pewnej korporacji, która chce wykupić interes McCabe’a i wznowić działalność kopalni cynku. Ale mężczyzna nie zgadza się na to, co doprowadza do pojawienia się zabójców.

mccabe1

Western jest gatunkiem rdzennie amerykańskim i z góry wiadomo czego się należy spodziewać. Ale jeśli bierze się za niego Robert Altman – ironista, szyderca i człowiek odwrócony plecami do Hollywood, stać się może dosłownie wszystko. Filmowiec wywrócił całą konwencję do góry nogami – nie zobaczymy pojedynków w samo południe, prostytutek o gołębim sercu, wzniosłości, heroizmu i bohaterstwa. Owszem, nadal jesteśmy na Dzikim Zachodzie, ale już w czasach jego przemijania i ucywilizowania. Kowbojów i rewolwerowców zastąpili biznesmeni i kapitaliści. Tutaj nie ma miejsca na romantycznych naiwniaków. Ten melancholijny, lekko nostalgiczny klimat budują świetne zdjęcia Vilmosa Zsigmonda, który poetyckość (piękne ujęcia nocą przy świetle przypominające sepię) miesza z brudem, błotem i śniegiem. Naturalizm najbardziej widoczny jest w finałowej konfrontacji między McCabe’m a zabójcami: tutaj walka przypomina zabawę w kotka i myszkę, a zwycięża sprytniejszy i nie jest to wzniosła walka rozgrywająca się przy pożarze kościoła. I ta bezwzględność uderza najmocniej, a dość luźna konstrukcja fabularna (mocno wybijają się epizody) może działać odpychająco.

mccabe2

Ale siłą tego ironicznego dzieła jest kapitalna obsada. Warren Beatty w roli głównej to dość skomplikowany przypadek – romantyk, próbujący swoich sił jako biznesmen (kompletnie nie znający się na interesach), pewny siebie mitoman. Facet konsekwentnie zmierza do swojego nieprzyjemnego finału. Partneruje mu Julie Christie, która jest jego kompletnym przeciwieństwem: twardą, trzymającą się ziemi kobietą mającą głowę do interesów. Coś, że coś miedzy nimi iskrzy, ale żadne z nich nie pozwala sobie na okazanie uczucia, które się rodzi między nimi. Oboje ciągną ten film i dzięki nim, ogląda się go z niekłamaną przyjemnością.

Dla wielu western Altmana może znużyć spokojnym tempem, brakiem dynamicznej akcji. Ale jeśli przyjmiecie konwencję reżysera, możecie dać się oczarować. Bo to naprawdę piękny film jest.

8/10

Radosław Ostrowski

Prawdziwe kłamstwa

Harry Tasker wydaje się dość nudnym jegomościem zajmującym się komputerami, a dokładniej ich sprzedażą. Przynajmniej tyle wiedza o nim żona i córka. Tak naprawdę jest tajnym agentem, który za zadanie schwytanie islamskiego terrorysty – Salim Abu Aziza. Ale przy okazji Harry dowiaduje się, że żona go zdradza i – trochę przy okazji – będzie musiał ratować małżeństwo.

prawdziwe_klamstwa1

James Cameron zanim zaczął robić najbardziej kasowe filmy wszech czasów („Titanic” i „Avatar”) był specjalista od kina akcji z wysokiej półki. Ostatnim filmem z tego gatunku są nakręcone 20 lat temu „Prawdziwe kłamstwa”. W zasadzie jest to, co w tego typu produkcjach być powinno: strzelaniny, pościgi i eksplozje (włącznie z bronią nuklearną), ale fantazja reżysera jest iście ułańska. Próba zabicia naszego bohatera w kiblu kończy się brawurowym pościgiem za terrorystą na motorze, gdy nasz heros używa… konia. A dalej jest jeszcze ciekawiej – pirotechnicy i kaskaderzy mieli wielkie pole do popisu, a finałowa walka z terrorystami za pomocą myśliwca typu Harrier nadal budzi uznanie. Bo dzisiaj chyba nikt by sobie na to nie pozwolił. Jednocześnie jest to przedni pastisz, w którym naładowano tyle humoru, że głowa jest mała. I chodzi tutaj tylko o cięte one-linery Harry’ego, ale tez ze… szpiegowaniem swojej żony czy drwina z islamskich terrorystów, którzy – zawsze – chcą mieć przy sobie media, a ich przemówienia pełno są drwin wobec Ameryki. Wszystko ogląda się świetnie: zdjęcia są bardzo stonowane, dynamicznie zmontowane (w scenach akcji wszystko wyraźnie widać), efekty specjalne są, ale bardzo dyskretne (poza popisami pirotechników), także muzyka współgra z ekranem. W zasadzie nie ma się do czego przyczepić.

prawdziwe_klamstwa2

Wszyscy wiemy, że Arnold Schwarzenegger na ekranie to jednoosobowa armia. W tym filmie to tylko potwierdza, a przy okazji bywa naprawdę zabawnym kolesiem. Ale tak naprawdę cały film skradła mu kapitalna Jamie Lee Curtis jako trochę znużona kura domowa, która chce poczuć odrobinę adrenaliny. Nawet ona nie spodziewa się tego, co ją może spotkać. Chemia między tą dwójka jest bardzo wyrazista (zwłaszcza odkąd oboje muszą walczyć z Azizem i jego ludźmi) i wierzymy im na słowo. Poza nimi jest przerysowany Art Malik (Salam Abu Aziz – marnie skończy), rozbrajający Tom Arnold (Albert Gibson – partner Harry’ego z pracy) oraz niezawodny Bill Paxton (Simon, który podrywa panny na „szpiega”).

prawdziwe_klamstwa3

Dzisiaj nikt nie odważyłby się zrobić „Prawdziwych kłamstw” w takim stylu jak Cameron. Bez efektów komputerowych (mocno wyraźnych), jaj z Arabów (to było grubo przed 11 września) i z taką brawurą w inscenizacji. Szalona jazda po bandzie i jedna z ostatnich (do czasu „Niezniszczalnych”) dobra produkcja z Arnoldem. I przy okazji można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy, np. jak za pomocą UZI i węża podpiętego do cysterny z benzyną zrobić miotacz ognia.

prawdziwe_klamstwa4

8/10

Radosław Ostrowski


Popeye

Do miasteczka Sweetwater przybywa samotny marynarz Popeye. Mężczyzna dość krzepki próbuje odnaleźć swojego ojca, ale spotyka się z niechęcią. I wtedy poznaje miłość swojego życie – Olive Oyl, która jest przeznaczona prymitywnemu kapitanowi Bluto.

popeye2

Sama historia jest tutaj pretekstem do różnych gagów, ewolucji oraz do wplecenia piosenek. Slapstickowa komedia zrobiona przez Roberta Altmana na podstawie komiksu. Szczątkowa konstrukcja oraz musicalowa konwencja (piosenki nie gryzą się z całością) tworzą piękną mieszanka gwarantującą niezłą zabawę. Owszem, jest to głupie, naiwne, wręcz kabaretowe, ale Altman jest tego w pełni świadomy. I jeśli kupimy cała konwencję, to jest spora szansa na przednią zabawę. Piosenki są bardzo melodyjne i nieźle zaśpiewane, choreografia – zarówno tańca jak i scen różnych bójek – jest wręcz kuglarska, a samo miasto sportretowano bardzo interesująco. Zarówno przez galerię wyrazistych i dziwacznych postaci, po same budynki, niemal sypiących się i w każdej chwili mogą one się rozlecieć, zaś ciągłe opodatkowanie wszystkiego sprawia wrażenie obecności w jakimś represyjnym mieście.

popeye1

Jednak cała ta konwencja (mocno przerysowana i świadomie sztuczna) nie chwyciła by mnie za mocno, gdyby nie znakomite główne role. Debiutujący na dużym ekranie Robin Williams wypada bezbłędnie w roli Popeye’a – napakowanego marynarza, który bywa zbyt naiwny (scena z oddaniem dziecka rodzinie Olive, dzięki czemu wygrywają wyścigi), ciągle mamrocze niewyraźnie, ale jednocześnie nie idzie on w groteskę. Równie kapitalna jest będąca na granicy irytacji i czarowania Shelley Duvall, która wygląda jako Olive idealnie. Także Bluto (Paul L. Smith) jest prymitywnym i gburowatym osiłkiem jakiego pamiętam z animacji.

popeye3

Altman konsekwentnie tworzy własną wersję komiksowych opowieści i całkiem nieźle się przy tym bawi. Mnie to wystarczy, a całość jest sympatyczna, choć miejscami nużąca.

7/10

Radosław Ostrowski

Czas wojny

Pierwsza wojna światowa zbliża się wielkimi krokami. A w Devon życie toczy się dość spokojnie. Na małej farmie Narracotów, stary Ted wykupuje (za dość spora sumę) konia, który ma pomóc w gospodarstwie, choć nie wygląda na takiego. Jednak dzięki nauce i determinacji syna Teda, Alberta udaje się na ugorze zasadzić buraki. Jednak burza niszczy zbiory, co zmusza starszego Narracota do sprzedania konia armii. Tak zaczyna się odyseja zwierzaka zwanego Joey.

czas_wojny1

Steven Spielberg kręcąc „Przygody Tintina” zrobił wszystkim wielka niespodziankę. „Czas wojny” to jednak powrót reżysera do sprawdzonych elementów, gdzie miesza pełnokrwisty dramat z elementami kina obyczajowego i wojennego. Przychodzi do głowy określenie „epicki fresk”, gdyż rozmach jest ogromny, sceneria bardzo plastyczna (nawet pole bitwy i okopy wyglądają pięknie). Końska odyseja potrafi poruszyć, choć jest trochę mocno sentymentalna. Po drodze koń będzie trafiał z różnych stron konfliktu (od Anglików do Niemców i francuskich cywili), by mógł powrócić do swojego pana. Nie brakuje tu odrobiny humoru (próby zaorania ziemi), wiary w człowieczeństwo mimo okoliczności (Niemiec z Anglikiem na ziemi niczyjej wyciągają wspólnie konia z drutu) oraz pokazywania wojny przedstawiającej ludzi pokazujących się z najlepszej strony mimo nie najlepszych okoliczności. Należy też docenić fakt, że sceny batalistyczne zostały zrobione w klasycznym stylu, bez efektów komputerowych, a zwierzęta grają tak naturalnie dzięki pomocy swojego talentu oraz treserów.

czas_wojny2

Głównymi aktorami są tutaj naprawdę zwierzęta, ze szczególnym uwzględnieniem Joeya (elegancki i bardzo pięknie się porusza) oraz epizod gąsiora. Reszta to tak naprawdę element dekoracji nie pozbawiony bardzo znanych twarzy jak Emily Watson, Peter Mullan, David Thewlis, Tom Hiddleston czy Benedict Cumberbatch. Wszyscy poradzili sobie naprawdę przyzwoicie, tworząc bardzo wyraziste postacie mając do dyspozycji kilka lub nawet kilkanaście minut. To naprawdę wyczyn potwierdzający ich umiejętności.

czas_wojny3

Może to nie jest najlepszy film Spielberga i na pewno nie jest to najlepszy film wojenny, ale Spielberg poniżej pewnego poziomu po prostu nie schodzi. Taki jest ten amerykański reżyser.

7/10

Radosław Ostrowski

Czerwona gorączka

Ivan Denko jest kapitanem radzieckiej milicji, który tropi gruzińskiego handlarza narkotyków Viktora Rostę. Niestety, obława kończy się niepowodzeniem, a kolega Denki zostaje zastrzelony. Rosta ucieka do Chicago, gdzie pojawia się Ivan, którym ma się zaopiekować sierżant Art Ridzik. Sprawa deportacyjna wydaje się prosta, ale Rosta zostaje odbity przez swoich czarnoskórych wspólników. Dla obu panów dorwanie Rosty staje się sprawą osobistą.

czerwona_goraczka1

Był taki czas, że kimkolwiek byś nie był – nie mogłeś drażnić Arnolda Schwarzeneggera. Tą zasadę bardzo dobrze zna Walter Hill, który od lat 70. kręcił dość proste, ale bardzo klimatyczne i solidnie zrobione kino akcji. „Czerwona gorączka” wydaje się nie odbiegać od tego standardu. Jednak tutaj nie brakuje też humoru, bazującego na kulturowych, społecznych i politycznych kontrastach między sztywnym i muskularnym Denko a bardziej wyluzowanym, choć mocno ograniczonym papierami Ridzikiem. Wszystko jest tutaj zrobione w sposób dość prosty, ale i z mocnym nerwem. Wystarczy zobaczyć pierwszą scenę, gdzie Arnold w łaźni próbuje zdobyć informacje o ściganym Denko, strzelaninę w motelu czy finałowy pościg autobusowy, gdzie pokazana jest destrukcyjna siła tych pojazdów. Klimat też jest potęgowany przez realizm w pokazywaniu przemocy – pada tu masa strzałów, krew leci w dość sporej ilości, a wiele miejsc jest tak mrocznych, że można zacząć się bać. Największą wadą film jest jego schematyczność i przewidywalność, gdyż takich produkcji w latach 80. powstawało na pęczki. Na szczęście dostajemy kilka niezłych dialogów i żartów, a surowość realizacji działa tylko na plus.

czerwona_goraczka2

Od strony aktorskiej – umówmy się, takich filmów dla aktorstwa się nie ogląda, ale dobrze jest, jeśli osoby mają coś do pokazania. Arnold Schwarzenegger jest po prostu Arnoldem – małomównym, inteligentnym, muskularnym Ruskiem. Można wręcz śmiało stwierdzić, że jest jak prawo – bezkompromisowy, bezwzględny i skuteczny. Partnerujący mu James Belushi to jego przeciwieństwo – nie trzymający się mocno prawa, nerwowy i porywczy. Obaj panowie, choć nie łatwo, ale zaczynają się dogadywać ze sobą. No i w końcu świetny Ed O’Ross w roli łotra Rosty – jest bezwzględnym, wyrachowanym bandziorem, który nie cofnie się przed niczym.

czerwona_goraczka3

Mocne, męskie kino – tak się zazwyczaj określa takie filmy jak „Czerwona gorączka”. Dobre kino z czasów świetności Arnolda.

7/10

Radosław Ostrowski

Przygody Tintina

Dziennikarz Tintin to jeden z najbardziej znanych postaci francuskiego komiksu (obok Asterixa, Lucky Luke’a i Mikołajka). Tym razem niestrudzony detektyw i poszukiwacz przygód stanie przez kolejną tajemnicą. Wszystko zaczyna się od kupna modelu statku „Jednorożec”, który zostanie skradziony.

tintin1

Każdy reżyser – nawet z największym doświadczeniem – jest w stanie zaskoczyć. Steven Spielberg tym razem postanowił nakręcić film animowany, który jest stricte przygodową propozycją. I mamy to, czego zabrakło w ostatniej części Indy’ego: dynamiczną akcję zmieszana z humorem i brawurą, pomysłową oraz precyzyjnie budowaną intrygę, obietnicę wielkiej przygody. I wszystkie te obietnice zostają dotrzymane. Sama animacja, z wykorzystaniem techniki motion capture jest po prostu cudowna i niemal realistyczna. Mówię niemal, bo postacie wyglądają trochę sztucznie, natomiast cała reszta – scenografia, kostiumy, morze, pustynia – są wręcz zachwycające i dopieszczone na maksa. Poezja po prostu. Same sceny akcji po popis nieskrępowanej wyobraźni twórców – pościg za Sacharyną po mieście, gdzie dochodzi do nieprawdopodobnych popisów akrobatycznych, pojedynek na żurawie w finale – to tylko drobne atrakcje serwowane przez Spielberga oraz szalonych scenarzystów: Joe Cornisha (reżyser „Ataku na dzielnicę”, gdzie kosmici walczyli z… blokowiskiem), Edgara Wrighta („Hot Fuzz”) i Stevena Moffatta („Sherlock” i „Doktor Who”). Czuć wielką formę oraz energię, a także techniczny popis (fantastycznie zmontowane sceny wspomnień kapitana Baryłki), co w przypadku Spielberga jest standardem.

tintin2

Swoje też zrobili aktorzy dubbingowi. W przypadku oryginału zatrudniony takich aktorów jak Jamie Bell, Andy Serkis czy Daniela Craiga. Ale polski dubbing też wypada dobrze, co jest zasługą reżyserii Bartka Wierzbięty oraz dobrego tłumaczenia (zwłaszcza wyzwiska Baryłki – małe perełki). Przyzwoicie sobie z rola dziarskiego Tintina poradził sobie Grzegorz Drojewski, jednak tak naprawdę cały film skradł brawurowo poprowadzony Baryłka przez Andrzeja Chudego. Walczący z klątwą oraz swoją słabością do picia Baryłka jest postacią tragikomiczną, która stopniowo odzyskuje swoją godność. Siła komiczna jest niezdarny duet policjantów: Tajniak i Jawniak (Krzysztof Dracz i Sławomir Pacek), a najsłabiej wypada Grzegorz Wons jako Sacharyn, który nie do końca pasuje i nie wywołuje przerażenia.

tintin3

Niemniej muszę stwierdzić jedno: „Przygody Tintina” to wielki powrót Spielberga do kina gatunkowego i to z najwyższej półki. Świetna animacja, perfekcyjna reżyseria oraz wielka zabawa niepozbawiona odrobiny moralizatorstwa (jednak nie robionego na siłę). Znakomita robota i chcemy więcej takich cudownych filmów. Zakończenie sugeruje ciąg dalszy, na który czekam z niecierpliwością.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski