Akcja pod Arsenałem

Tą historię znamy, bo czytaliśmy o tym, choćby w szkolnej lekturze „Kamienie na szaniec”. Parę lat temu powstała ekranizacja tej książki, ale nie warto o tym wspominać. Na szczęście powstał wcześniej film opowiadający o akcji odbicia Jana Bytnara „Rudego” z ręki gestapo. O tym opowiedział w 1977 roku ceniony dokumentalista Jan Łomnicki.

akcja pod arsenalem1

Całą fabułę można niejako podzielić na dwie części. Pierwsza to pokazanie życia w okupowanych przez Niemców Warszawie roku 1943. Nie chodzi tylko o pokazanie akcji dywersyjnych (podmiana swastyki na polską flagę czy pozbycie się niemieckiego napisu z pomnika Mikołaja Kopernika), ale też na bardziej „codziennej” stronie życia. Najbardziej tutaj chwyta wątek miłości Alka z Basią, pozwalający na chwilę zapomnieć o wojnie, okrucieństwie. Pozornie wydaje się prosty, ale szczery. Kiedy dochodzi do najgorszego (aresztowanie Rudego), całość zaczyna przyspieszać. Reżyser niczym reporter stara się odtworzyć wszelkie przygotowania do akcji. „Rozbrojenie” Niemców, przenoszenie broni do nowych skrytek, kupno samochodu. No i najgorsze: czekanie na zgodę dowództwa, z którym nie można się skontaktować. Przy okazji dowiadujemy się, jak przekazywano informacje o transporcie (sprytnie wykonane rozmowy telefoniczne) oraz gdzie swoje wtyki mieli konspiratorzy. To budzi wrażenie i potrafi zaangażować.

akcja pod arsenalem2

Łomnicki robi wszystko, by nie tworzyć pomnikowych bohaterów (zwłaszcza całej naszej trójki: Rudego, Alka i Zośki). Każdy z nich ma swoje dylematy, momenty zwątpienia czy bezsensowności zabijania Niemców. Ci, którzy znają przebieg wydarzeń, nie będą zaskoczeni. Ale najbardziej zaskakujący jest fakt, że reżyserowi udaje się utrzymać napięcie. Nadal wrażenie robi bardzo dobrze zmontowana scena przeprowadzenia akcji czy oczekiwanie na telefon w barze. Wszystko to w niemal dokumentalnej stylistyce, ze stonowanymi wizualnie zdjęciami oraz dobrymi dialogami.

akcja pod arsenalem3

Dokumentalny sznyt widoczny jest także w doborze aktorów. Większość z nich grających konspiratorów to byli debiutanci, zaczynający swoją przygodę z kinem. Wyjątkiem był Jan Englert w roli Orszy, potwierdzając klasę i łącząc opanowanie z niepokojem. To tutaj pojawili się tacy rozpoznawalni aktorzy jak Adam Ferency (Heniek), Emilian Kamiński („Jur”) czy Paweł Wawrzecki („Jeremi”). Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o odtwórcach głównych ról, czyli Cezarym Morawskim („Rudy”), Ryszardzie Gajewskim („Alek”) oraz Mirosławie Konarowskim („Zośka”). Czuć między nimi zgranie oraz silną więź, która mogła powstać tylko w takich czasach.

Może przemawia za mną sentyment oraz nostalgia, ale mimo lat „Akcja pod Arsenałem” nadal pozostaje jednym z wyrazistych filmów wojennych z naszego podwórka. Nie wiem, czy potrafię powiedzieć coś więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Wrota Europy

Styczeń roku 1918. Wojna światowa jeszcze trwa, choć na Kresach tak mocno tego nie widać. Do małego szpitala umieszczonego w dworku Cichiniczach zostają skierowane trzy siostry z Czerwonego Krzyża. Zosia, Irena i Hala pomagają dr Mroczkowi, prowadzącemu ten szpital. Ale wkrótce w okolicy pojawiają się bolszewicy, co zmusi kobiety oraz cały personel szpitala przed poważnym dylematem.

wrota europy1

Okres I wojny światowej nie jest obecnie eksplorowany przez filmowców, także polskich. Jedną z prób spojrzenia na ten czas podjął się w 1999 roku wybitny operator Jerzy Wójcik. Razem ze scenarzystą Andrzejem Mularczykiem zdecydowali się przenieść na ekran opowiadanie Melchiora Wańkowicza. Ale osoby spodziewające się heroizmu, tysięcy statystów oraz masy scen batalistycznych muszą się rozczarować. Wojna tutaj jest pokazana z perspektywy rannych oraz pielęgniarek i lekarzy, czyli ludzi próbujących ratować życie innych. Ale problem w tym, że wróg tutaj jest bezwzględny, nie zna litości i posunie się do wszystkiego, co dehumanizujące. Czy jednak na pewno?

wrota europy2

Sama historia jest dość prosta, choć jest dodatkowy wątek. Jedna z pielęgniarek szuka swojego brata walczącego gdzieś na froncie. Wszystko jest jednak skondensowane do bardzo krótkiego metrażu (niecałe 80 minut), przez co można odnieść wrażenie chaosu. Tylko, że wojna jest chaosem, a każdy jest jej ofiarą. Nie brakuje dość skromnej, ale intensywnej sceny oblężenia szpitala (nieźle udźwiękowionej oraz sfotografowanej), będącej kulminacją całości. Można odnieść wrażenie, że oglądamy spektakl, bo wszystko toczy się w niemal jednej lokacji. Jednak to spokojne tempo oraz parę bardzo mocnych scen (egzekucja obrońców z perspektywy ich oczu, scena przy studni czy szał dowódcy bolszewików po śmierci przełożonego). Nawet narracja z kadru, gdzie poznajemy słowa z pamiętnika nie wywołuje irytacji. Chociaż tego zazwyczaj się spodziewamy po takich zabiegach. Do tego mamy naprawdę świetne dialogi oraz poruszającą muzykę Zygmunta Koniecznego.

wrota europy3

Jeszcze bardziej mnie zaskoczyło tutaj więcej niż przyzwoite aktorstwo w wykonaniu głównie mniej znanych (wtedy) twarzy. Dzisiaj każdy kojarzy Piotra Adamczyka (porucznik Sztyller), Mariusza Bonaszewskiego (dr Lesiewski) czy Agatę Buzek (Henrietta), ale wtedy jeszcze nie byli tacy rozpoznawalni. Wypadają naprawdę dobrze, jednak dla mnie najlepsze są dwie kreacje. Pierwsza to Zosia, czyli debiutująca na ekranie Alicja Bachleda-Curuś. Młoda, troszkę naiwna (jak pozostałe koleżanki) dziewczyna nieprzygotowana na to, co się wkrótce stanie, ale jednocześnie ma w sobie pewną wewnętrzną siłę. Takie zderzenie siły ze słabością zawsze na mnie działało. Drugą postacią był doktor Mroczek w wykonaniu Henryka Boukołowskiego. Lekarz odpowiedzialny, bardzo doświadczony, a jednocześnie świadomy okrucieństwa bolszewików. Sam ich dowódca (Andriej Jegorow) wydaje się bardziej złożony niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

„Wrota Europy” pozornie wydawać się mogą nudnym, powolnym filmem o wojnie bez nachalnego pokazywania wojny. Plusem zdecydowanie jest rzadko eksplorowane tło historyczne, wiarygodna realizacja (zwłaszcza zdjęcia oraz scenografia) oraz bardzo solidne aktorstwo. Warto odwiedzić te wrota, nawet jeśli to będzie jednorazowa wyprawa.

7/10

Radosław Ostrowski

Niezwyciężeni

Wojna secesyjna dobiega końca, lecz obie strony konfliktu nadal pozostają nieufne wobec siebie. Jednym z tych, którzy nie pogodzili się z wojną jest oficer Konfederacji, pułkownik James Langdon. Razem z rodziną oraz grupą zaufanych żołnierzy wyrusza do Meksyku, wesprzeć cesarza Maksymiliana. W tym samym kierunku zmierza emerytowany oficer Unii, pułkownik John Henry Thomas. On jednak chce sprzedać zebrane konie dla armii cesarza Meksyku.

niezwyciezeni2

Na hasło „western z Johnem Waynem” mniej więcej wiadomo, czego się należy spodziewać. To będzie raczej lekka rozrywka, pokazująca dość wyidealizowany obraz Dzikiego Zachodu. Lata się zmieniały, ale Duke nie zmienia się wcale. Nie inaczej jest zrobiony film Andrew McLaglena z 1969 roku, chociaż jest parę drobnych różnic. Przede wszystkim mamy tutaj zderzenie dwóch przeciwstawnych sił. Byli żołnierze Unii oraz żołnierze Konfederacji są niejako zmuszeni do wspólnego działania, zmierzając do jednego miejsca. Czuć tutaj (zwłaszcza po stronie szarych mundurów) pewne spięcia, mogące doprowadzić do siłowej konfrontacji. Nie liczcie jednak na to, bo dowódcy szybko znajdują wspólny język i zaprzyjaźniają się dość szybko. Od razu czuć klimat lekkiej przygody, gdzie zwaśnione strony łączą siły do wspólnego celu, pokonując wiele przeszkód.

niezwyciezeni1

Ku mojemu zdumieniu, „Niezwyciężeni” potrafią dostarczyć frajdy. Nie brakuje tu humoru, strzelanin, a nawet romansu czy romansów (trójkąt córka szefa Konfederatów/adoptowany syn pułkownika Unii/drobny chłopak lub pułkownik Thomas i wdowa po majorze Langdonie), poprowadzonych bardzo delikatne, z odrobiną ciętego humoru oraz docinków. Sama akcja też prezentuje się dobrze, z szerokimi ujęciami, dynamicznym montażem i napięciem. Nie brakuje paru niespodzianek po drodze (oddział Francuzów czy dowódca zapraszający Konfederatów do siebie) i te twisty nadal potrafią utrzymać uwagę.

niezwyciezeni3

Aktorsko jest solidnie, bez fajerwerków, ale też i bez poczucia wstydu. John Wayne pasuje do twardych, trzymających się zasad twardzieli. Prawych i sprawiedliwych. Jak ktoś lubi ten sposób grania, będzie zadowolony. Porządnie wypada też Rock Hudson jako niby antagonista, ale też mający pewne zasady oraz większe ryzyko na swoim koncie. Czuć tutaj chemię między tymi bohaterami oraz wzajemny respekt, który doprowadza do przełamania obaw i niechęci. Zaskakujący i nieoczywisty duet.

„Niezwyciężeni” to bardziej przygodowy film akcji czy klasyczny western niż dokonania w stylu Leone lub Peckinpaha. Ale czy każda taka opowieść musi być rozsadzeniem gatunku od środka? Lekka oraz przyjemna rozrywka w staroświeckim stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Na granicy

Pogranicze amerykańsko-meksykańskie to miejsce, gdzie przemyt innych ludzi to codzienność. Policjanci i szmuglerzy prowadzą między sobą wojnę, która wydaje się nie mieć końca. To tego posterunku trafia Charlie Smith. Przeprowadził się tu razem z żoną z Los Angeles, która marzyła o przeprowadzce w ten rejon. Już pierwsza akcja pokazuje, że łatwo nie będzie, bo ginie partner. Ale sąsiad Cat pomaga mu się zaadoptować i proponuje dodatkowy dorobek.

na granicy (1982)1

Brytyjski reżyser Tony Richardson najbardziej znany stał się dzięki swoim produkcjom z czasów tzw. „młodych gniewnych”. Późniejsze lata nie obfitowały w wielkie sukcesy, ale nie można powiedzieć, że powstawały filmy nieudane. Pozornie „Na granicy” wydaje się typowym kryminałem osadzonym na pograniczu. Ale reżyser unika prostego, czarno-białego podziału na dobrych, złych, ofiary i katów. Ważna jest tutaj chęć przejścia na drugą stronę oraz przymykający oko, biorący swoją dolę gliniarze. Intrygi jako takiej nie ma, bo widzimy Charliego ganiającego za „kojotami” (przewodnicy ludzi nielegalnie przechodzących przez granicę), obserwującego imigrantów czy męczącego się z żoną-zakupoholiczką. Tam ma wyglądać ten amerykański sen, do którego wszyscy dążą? Tylko przedmioty i pieniądze, a jak coś jest nie tak, to przymykamy oko? Ale jest pewien punkt zapalny, zmuszający Smitha do podjęcia trudnej decyzji. Dziecko jednej z Meksykanek zostaje porwane i ma zostać sprzedane innej rodzinie.

na granicy (1982)2

Ten dramatyczny wątek może i jest poprowadzony niespiesznie oraz schematycznie, ale potrafi zaangażować. Choć scen akcji (pościgi, strzelaniny) jest tu zaskakująco niewiele, reżyser potrafi poprowadzić je z odpowiednim wyczuciem oraz napięciem (finałowa konfrontacja podczas burzy piaskowej). Zderzenie pewnej przyzwoitości ze zgniłym, skorumpowanym światem ma w sobie coś z westernu. Wielu może przeszkadzać fakt, że wszystko widzimy tylko z jednej strony (resztę słyszymy w dialogach), ale ten obrazek potrafi uderzyć. Klimat potęgują także naturalistyczne zdjęcia oraz gitarowa muzyka Ry Coodera. Jedynym problemem dla mnie były niezrozumiałe cięcia montażowe, sprawiające wrażenie, iż pewne sceny nagle się urywają, zaś ich przebieg pozostaje tajemnicą. Wydaje mi się, że studio wpieprzyło się reżyserowi w robotę, bo wygląda to słabiutko.

na granicy (1982)3

Także złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o aktorach. Kompletnie zaskakuje Jack Nicholson, który bardziej pamiętany jest z energicznych, nadekspresyjnych występów. Smith w jego wykonaniu jest bardzo stonowany, bardziej przyglądający, niemal ciągle żujący gumę. Niemniej sprawia wrażenie twardego monolitu, którego sytuacja zmusza do balansowania ku ciemnej stronie. Bardzo dobrze partneruje mu Harvey Keitel, sprawiający wrażenie sympatycznego oraz porządnego gościa. Ale tak naprawdę jest śliski, podstępny i nie bojący się posunąć do morderstwa. Z drugiego planu najbardziej wybija się Valerie Perrine jako troszkę głupawa żona, wnosząc odrobinę humoru do tego ciężkiego filmu oraz Elpidia Carrillo w roli imigrantki Marii.

„Na granicy” to porządny kryminał w starym stylu, próbujący szerzej przyjrzeć się sytuacji na pograniczu. Ma pewne wady, bywa dość powolny, ale bardzo dobre aktorstwo oraz klimat rekompensują niedoskonałości.

7/10

Radosław Ostrowski

Patrick Melrose

Początek to rok 1982. Kiedy poznajemy Patricka jest między wstrzyknięciem heroiny a wciągnięciem białego proszku. Ale ten narkotyczny ciąg zostaje przerwany telefonem od wuja Nicholasa. I nie jest to zwykła pogadanka, bo zmarł jego. Ojciec, z którym nie miał zbyt dobrego kontaktu. Ma odebrać jego prochy do Nowego Jorku. To dopiero początek drogi Patricka zmierzającego ku autodestrukcji, dzięki której poznamy jego demony.

Pięciotomowy cykl Edwarda St Aubyna (pisany w latach 1992-2002) wywołała ogromny skandal na brytyjskiej scenie literackiej. Historia upadłego młodzieńca z arystokratycznej rodziny była nie tylko oskarżeniem wyższych sfer o hipokryzję oraz moralną degrengoladę (jakby nie powstało wcześniej wiele dzieł na ten temat), ale przede wszystkim była dla autora formą autoterapii. Bo wszystko, co w niej napisał wydarzył się naprawdę, zaś Patrick to było jego porte parole. Aż dziw bierze, że przez wiele lat żaden filmowiec nie sięgnął po ten materiał. W 2012 powstał film na podstawie czwartej części („Mleko matki”), ale dopiero stacja Showtime postanowiła w 2018 roku stworzyć miniserial oparty na całym cyklu. Karkołomnym zadaniem był pomysł, by jeden tom stanowił jeden odcinek. Tego przedsięwzięcia postanowili się podjąć reżyser Edward Berger (pracował m.in. przy serialu „Terror” oraz „Deutschland 83”) oraz scenarzysta i pisarz David Nicholls.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że każdy odcinek toczy się w innym okresie. Pierwszy to rok 1982, drugi pokazuje wakacje roku 1967, trzeci – 1990 (przyjęcie z udziałem księżnej Małgorzaty), czwarty – 2003 (ciężka choroba matki Patricka), zaś ostatni to rok 2005 (pogrzeb matki Patricka). Te przeskoki w czasie mogą wywoływać pewną dezorientację, bo informacje najbardziej interesujące – czyli co się działo przez ten czas z Patrickiem – są rzucane bardzo oszczędnie i zdawkowo. Dlatego serial trzeba oglądać w dużym skupieniu. Sam tytuł to mieszanka dramatu psychologicznego z czarną komedią, co ma pomóc wnieść troszkę światła do tej mrocznej opowieści.

Bo „Patrick Melrose” to opowieść o człowieku zmierzającym ku autodestrukcyjnemu pędowi, próbujący dzięki ironii jakoś przetrzymać kolejne dni przed śmiercią. Ale nawet ona nie jest w stanie wymazać z pamięci tego ciężaru, jaki go niszczy od środka. I nie chodzi o to, że miesza gorzałę z koksem, ale dlaczego to robi oraz czemu jest wściekły na ten cały świat. Kluczową rolę odgrywa tutaj montaż, gdzie pewne zdarzenia niejako nakładają się na siebie, stanowią repetycję, odbicie tego samego zdarzenia w innym czasie oraz okolicznościach (Patrick siedzący w aucie w pozycji pasażera z drgawkami). Są też krótkie przebitki, pozwalające wejść w zwichrowany umysł Patricka, który musi się zmierzyć z masą demonów: używki, mroczna przeszłość, hedonistyczny styl życia, własna rodzina.

A przy okazji jest to też portret arystokracji, będąca tutaj źródłem wszelkiego zła oraz aberracji. Bo ci ludzie pokazani są jaki wywyższające się istoty, będące niejako ponad wszelkimi normami i prawem. Żyją w złotej klatce, unieszczęśliwiając innych oraz najbliższych, lubią obgadywać za plecami. Nawet jak próbują być bardziej uczynni (matka Patricka przekazująca swoją rezydencję… new-age’owej sekcie), okazuje się być albo za późno, albo wydaje się to niepoważne, niezrozumiałe. Starzy ludzie (jak Nicholas Pratt) nie rozumiejący tego świata lub próbujący się do niego dopasować osoby z zewnątrz (młoda Bridget Watson-Scott) – wszystko to jest polane bardzo szyderczym, satyrycznym spojrzeniem.

Nie brakuje tutaj bardzo mocnych scen, chociaż osoby liczące na ostre momenty pokazujące ćpanie czy inne okrutne czyny (co robił ojciec Patricka z chłopcem, gdy byli sam na sam) mogą być rozczarowane delikatnością oraz subtelnością realizacji. Swoje robią też fantastyczne dialogi, bardzo płynna praca kamery (sceny z przyjęcia, gdzie nie brakuje mastershotów), montaż. No i scenografia – zwłaszcza w odcinku 2 i 3, jest zwyczajnie zachwycająca. Tak samo dobra jest podkreślająca ciężki klimat muzyka.

Ale powiedzmy to sobie wprost – to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie WYBITNA (nie, nie przesadzam) kreacja Benedicta Cumberbatcha. Aktor w wywiadach wspominał, że bardzo chciał zagrać Melrose’a, a po obejrzeniu serialu wiem dlaczego. To bardzo skomplikowana, pełna sprzeczności postać. Inteligentny, oczytany mistrz ironii, pełen jadu oraz nienawiści wobec swoich rodziców i tzw. high-lifu, który degeneruje kolejne pokolenia. Ale jednocześnie jest to złamany przez życie człowiek, próbujący jakoś wyjść na prostą. O ile to możliwe. Bo nigdy nie wiadomo, co ten bohater wykona. Wybuchnie gniewem, zachowa stoicki spokój, obrazi, załamie się, będzie na haju/na bani – jest bardzo nieprzewidywalny i to jest w nim fascynujące. Benedict bardzo wiarygodnie pokazuje wszelkie emocje i mu się po prostu wierzy, absolutnie nie przypominając swoich poprzednich wcieleń, zawłaszczając ekran dla siebie. Z tego grona przełamuje się kilka postaci, nawet w drobnych rólkach. Jednak najbardziej wybija się Hugo Weaving jako despotyczny, tyranizujący ojciec, samą facjatą budzący przerażenie. To straszna, wręcz przerażająca postać, pozbawiona człowieczeństwa. Podobnie antypatyczna jest matka grana przez Jennifer Jason Leigh, która pozostaje bierna wobec sytuacji domowej. I to budzi prawdziwe przerażenie.

„Patrick Melrose” może zaczyna się jak komedia o nałogowcu, ale im dalej w las, tym śmiechu jak na lekarstwo. Bardzo gorzki, brutalny, mroczny dramat człowieka wychodzącego z nałogu, wsparty przez absolutnie doskonałego Cumberbatcha. Zaś ostatnia scena wcale nie daje jasnej wskazówki, co do dalszych losów naszego bohatera. Długo się tej eskapady nie zapomni.

8/10

Radosław Ostrowski

Brightburn: Syn ciemności

Sam pomysł na ten film wydaje się bardzo prościutki. Jesteśmy na jakimś ranczu, gdzie mieszka małżeństwo bardzo pragnące mieć dziecko. Ale natura nie może pomóc, zaś proces adopcyjny trwa za długo, więc trzeba czekać na cud. No i zdarza się cud, bo coś przybyło z nieba.  A dokładnie chłopczyk o imieniu Brandon. I wydaje się być takim fajnym, sympatycznym chłopcem. Jednak kiedy dzieciak ma 12 lat, wszystko zaczyna się zmieniać.

brightburn1

Jeśli komuś „Brightburn” skojarzył się z Supermanem, to po części jest to dobre skojarzenie. Ale nowe dzieło Jamesa Gunna (tym razem producent), napisane przez jego braci chce pożenić kino superbohaterskie z horrorem. Chłopak powoli zaczyna odkrywać swoje moce, ale jednocześnie jego pochodzenie jest utrzymywane w tajemnicy. Pytanie tylko co z tym zrobi. Czy pójdzie drogą godną Supermana, czy może jednak przyniesie zagładę naszemu gatunkowi? Problem w tym, że twórcy niejako na samym początku wykładają pewne rzeczy, przez co aura tajemnicy kompletnie znika. Dzieciak strzela oczami, zaczyna latać, rysować jakiś tajemniczy wzór. No i jest „nawiedzony” przez swój kosmiczny statek. Gdyby zrezygnować z pierwszej sceny albo nie pokazywać zderzenia, twórcy mogliby sobie pozwolić na większą zabawę z oczekiwaniami. Można było zgadywać kim jest Brandon, skąd się wziął i co nim motywuje. To ostatnie wydaje się problemem, bo słowa mówią jedno („chcę być dobry”), a czyny mówią zupełnie coś innego.

brightburn2

Niby próbują budować napięcie, ale to się udaje tylko połowicznie. Bo my wiemy więcej i szybciej zaczynamy łączyć elementy układanki. Jedyną satysfakcję jaką czułem podczas seansu to sceny mordów, dokonywanych przez chłopaka. Te momenty nie tylko podnoszą adrenalinę, ale są też krwawe i brutalne. Nikt się tu nie patyczkuje – połamane ręce, wbite szkło do oka oraz rozbryzgująca się krew. Te momenty dostarczają masy satysfakcji, podobnie jak bardzo przewrotne zakończenie, w duchu kultowego „Omen”. Tylko, że jest to opakowane w slashera, mogącego być czymś więcej.

brightburn3

Pewnej wiarygodności dodają aktorzy. Absolutnie czuć tutaj chemię między rodzicami granymi przez Elisabeth Banks oraz Davida Denmana. Ona wręcz desperacko pragnąca dziecko, dlatego nie przyjmuje do wiadomości, że „jej” syn mógł coś narozrabiać (a który rodzic potrafi?) oraz jej bardziej trzymający się ziemi mąż. Świetnie się uzupełnia ten duet, zwłaszcza Banks tutaj błyszczy tworząc bardzo mocną postać, bez popadania w przesadę czy łapanie się za głowę. Ale równie świetny jest Jackson A. Dunn w roli Brandona, choć tak naprawdę nie ma tu zbyt wiele do roboty.

„Brightburn” miało bardzo obiecujący pomysł, który można było rozwinąć na masę sposobów. Ostatecznie wyszedł z tego slasherek ze złym Supermanem w roli głównej. Brutalny i ostry, ale strasznie przewidywalny, przez co działa tylko za pierwszym razem.

6/10

Radosław Ostrowski

Ciemny kryształ

Tysiące lat temu była planeta – piękna i żyzna. Ale wszystko zmieniło się, gdy rozbił się Kryształ. Wskutek tego zdarzenia, kraina coraz bardziej zaczęła przypominać pustynię, a pojawiły się dwie rasy: paskudni (nie tylko z wyglądu) Skeksowie oraz delikatni czarodzieje Mistycy. Ci pierwsi są żądni długiego życia, które zapewnia im znajdujący się w zamku Kryształ, zaś drudzy żyją pokojem oraz spokojem. Wśród drugiej rasy znajduje się ostatni z rasy Gelflingów zwany Jen. Według przepowiedni jest jedynym, który może naprawić Kryształ, umieszczając zaginiony odłamek. Jeśli tego nie zrobi przed pojawieniem się trzech słońc, Skeskowie będą rządzić po wsze czasy.

ciemny krysztal1

Jima Hensona wszyscy kojarzą dzięki stworzony przez niego Muppetom oraz ulicy Sezamkowej. Jednak w 1982 postanowił zapuścić się w rejony kina fantasy, w czym pomógł mu Frank Oz. Sama historia wydaje się dość prosta i pozbawiona jakiś skomplikowanych wolt. Młoda istota musi zmierzyć się z nieprzyjemnym światem, zaczyna odkrywać swoje przeznaczenie, znajduje sojusznika oraz odkrywa wiele ze swojej przeszłości. No i musi dojść do ostatecznej konfrontacji. Jednak największe wrażenie przy tym tytule robi coś zupełnie innego: realizacja. W „Ciemnym krysztale” nie pojawia się żaden żywy aktor, tylko stworzone przez ekipę Hensona marionetki, kukiełki oraz wszelkiego rodzaju monstra, sterowane mechaniczne albo przez ludzi. Każda z istot wygląda inaczej: Skeskowie przypominają paskudnie starzejące się sępy, pragnące wiecznego życia oraz władzy. Mistycy mają spore gabaryty, lecz budzą o wiele większą sympatię swoją łagodnością. Są też jeszcze inne istoty: mniejsi Gelflingowie, krabowate Garthrimy, szpiegujące Nietoperze i wiele innych. Ten świat jest naprawdę żywy oraz bogaty, że aż chciałoby się wejść głębiej.

ciemny krysztal2

Również wrażenie robi fantastycznie zrealizowana strona plastyczna. Nie tylko plenery oraz fauna, ale także przede wszystkim scenografia. Zarówno wszelkie przestrzenie zamku Kryształu, dom Aughry z ruchomym układem kosmosu czy ruiny siedziby Gelflingów zachwyca szczegółowością. Równie fantastyczna jest muzyka Trevora Jonesa, pełna epickiego rozmachu oraz klimatu, jakiego nie da się opisać słowami. Hensonowi udaje się stworzyć klimat klasycznych baśni, gdzie nie brakuje mrocznych scen (śmierć Cesarza Skeksów, zabieranie esencji życia), a także budujących suspens (finałowa konfrontacja). Nie wszystkie efekty specjalne (zwłaszcza optyczne) wytrzymały próbę czasu, ale nie kłują tak mocno w oczy, jakby się można było spodziewać.

ciemny krysztal3

Nie wiem, czy wiecie, ale Netflix pod koniec sierpnia wrzuca serialowy prequel osadzony w świecie „Ciemnego kryształu”. Zanim jednak wyruszymy w tą przygodę, sięgnijcie po oryginał. Może historia nie chwyta tak bardzo, ale realizacyjnie jest to bardzo unikatowe dzieło skierowanego dla młodego widza. Mroczne, lecz ekscytujące doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Odwet – wersja reżyserska

Kiedy zaczyna się cała opowieść, Michael Cochran odbywa swój ostatni lot w służbie armii. W dniu przejścia do cywila dostaje zabytkową broń oraz zaproszenie od przyjaciela: meksykańskiego biznesmena Tiburona Mendeza. Przyjaciel przyjmuje go z otwartymi ramionami, proponuje wspólne polowania czy grę w tenisa. Tylko jest jeden mały szkopuł: młoda, piękna i pociągająca żona biznesmena. Do romansu jest strasznie blisko, a tutaj kwestie zdrady są rozwiązywane w sposób bardzo bezwzględny.

Adaptacja powieści Jima Harrisona planowana była od momentu wydania, czyli od 1979 roku. zainteresowany był sam John Huston wspierany przez producenta Raya Starka. Mimo zaangażowania do napisania scenariusza Waltera Hilla oraz obsadzeniu w rolach głównych Jacka Nicholsona i Orsona Wellesa, „Odwet” utknął w martwym punkcie. Sytuację zmienił zainteresowany projektem Kevin Costner, który po sukcesie „Nietykalnych” oraz „Byków z Durham” zebrał wystarczająco duży kasy, by zostać producentem wykonawczym, zagrać główną rolę, a także zatrudnić reżysera Tony’ego Scotta. W dniu premiery film został bardzo chłodno potraktowany przez krytykę oraz widownię, jednak po latach zaczęto cieplej myśleć o tym dziele. Niemniej w 2007 roku na DVD wyszła reżyserska wersja filmu, skrócona o ok. 30 minut i to ta wersja jest oceniana.

odwet1

Szczerze mówiąc byłem dość mocno zaskoczony faktem, że reżyser kojarzony z kinem akcji idzie w stronę romansu zmieszanego z kinem zemsty. I nie byłem przekonany czy młodszy z braci Scott będzie w stanie przekonująco pokazać relacje między trójką postaci. Miłość od pierwszego wejrzenia, żądza krwi, zemsta (i to z obydwu stron), przemoc. Zaskakuje tutaj bardzo spokojne tempo oraz bardzo naznaczona melancholią muzyka. Scott spokojnie buduje napięcie, mimo pewnej przewidywalności. Przynajmniej na początku, bo historia dzieli się na dwie części i każda wydaje się kończyć odwetem. Niby stawka jest tutaj kobieta, zaś los wobec niej nie jest zbyt łaskawy, ale tu chodzi o coś więcej: honor, godność, respekt.

odwet2

Klimat przypomina powieści lub filmy spod znaku czystej pulpy, co czuć mocno w dialogach. Krótkich, treściwych, bez zbędnych ekspozycji i tego typu dupereli. A że jest to romans, to nie mogło zabraknąć scen kipiących erotyzmem, bo sam związek wydawał mi się mocno naciągany i nie do końca mnie kupił. Bardziej interesowała mnie relacja kumpli oraz motyw wzajemnej zemsty, gdzie tak naprawdę nikt nie wygrywa, co jest dość nieoczywistym rozwiązaniem. Podobnie jak brak jednoznacznego podziału na dobro i zło. Niby na początku sprawa wydaje się jasna, lecz z każdą minutą pojawia się więcej odcieni szarości, przez co trudno kibicować bohaterom. Drugą niespodzianką były dla mnie zdjęcia, mocno przesiąknięte jeszcze stylem z lat 80. – światło przebijające się przez okna, mocna kolorystyka, skupienie na spojrzeniach. To nadal działa, podobnie jak dość oszczędnie użyte sceny przemocy: krótkie, ale intensywne.

odwet3

Muszę przyznać, że Scottowi udało się zebrać dobrych aktorów, który wykorzystują swój czas oraz pole do popisu. Troszkę zaskoczył mnie Kevin Costner, początkowo wyglądający jak starszy brat Toma Cruise’a z „Top Gun”. Niby przystojniak i troszkę sztywny, jednak w drugiej połowie zmienia się, nabiera mroku oraz żądzy zemsty. Fason trzyma Anthony Quinn, wcielając się w biznesmena prowadzącego nie do końca legalne interesy. Władczy, pełen majestatu godnego „Ojca chrzestnego”, ale na swój sposób lojalnego i trzymającego się zasad. No i najbardziej pociągająca z całej trójki Madeleine Stowe, od której nie można oderwać oczu.

„Odwet” to mniej znany i mniej oczywisty film w dorobku Tony’ego Scotta, który nie skupia się na dynamicznej akcji czy efekciarskiej rozwałce. Być może dlatego z czasem nabrał większego szacunku oraz uznania widzów. Mimo zahaczania o kicz, pozostaje strawnym oraz mniej oczywistym spojrzeniem na kino zemsty.

7/10

Radosław Ostrowski

Na karuzeli życia

Coney Island, lata 50. To tutaj pracuje Ginny. Jest kelnerką u boku męża robiącego przy karuzeli w tutejszym parku rozrywki. I do tego miejsca przybywa Carolina – córka mężczyzny z pierwszego małżeństwa. Dziewczyna była związana z gangsterem, przed którym się ukrywa, bo powiedziała za dużo federalnym. Troszkę na złość żonie, mąż pozwala córce zostać. Ale by nie było zbyt nudno, jest jeszcze kolejny wierzchołek tej figury: Mickey, student literatury i ratownik na plaży.

na karuzeli zycia1

Woody Allen jest konsekwentny w realizacji swoich filmów. Zawsze co rok pojawia się nowy tytuł, nawet jeśli nie jest to popis jego pełnych umiejętności. Jednak zamiast komedii, reżyser próbuje jeszcze raz pokazać swoje poważniejsze oblicze jak w „Blue Jasmine”. Humoru jest tutaj jak na lekarstwo, za to wątków tyle, iż można z niego kilka filmów zrobić. Poza typowymi motywami mistrza (miłosne komplikacje) jest jeszcze: poczucie zmarnowanego życia oraz marzeń, które nigdy nie zostaną spełnione, tkwienie w bezsensownej egzystencji, walka z uzależnieniem czy „rywalizacja” rodziców o realizowanie potrzeb swoich dzieci. Dla mnie jednak problemem było to, że nie bardzo byłem w stanie się zaangażować w tą historię. Tylko wątek dotyczący Ginny oraz jej demonów wydaje się być najbardziej rozwiniętym, najciekawszym, zaś reszta (w tym zagrożenia gangsterów) sprawia wrażenie tła. Tła, z którego nie chce się tutaj nic połączyć ze sobą. Wątek romansowy wybijał mnie z rytmu swoimi dialogami, pozbawionymi tego błysku, z jakiego znany był Nowojorczyk.

na karuzeli zycia2

Nie mogę się przyczepić do kwestii formalnych, bo film wygląda bardzo stylowo. Klimat lat 50. Robi wrażenie, chociaż mam pewien problem ze zdjęciami. I nie chodzi mi o to, że Vittorio Storaro schrzanił robotę. Chodzi mi o to, że kolory w tym filmie, zwłaszcza podczas rozmów są wręcz przesycone, za bardzo odwracają uwagę od wszystkiego innego. To troszkę przeszkadza w seansie.

na karuzeli zycia3

Tak naprawdę jedynym mocnym punktem jest tutaj Kate Winslet, absolutnie magnetyzująca jako kobieta dusząca się w swoim związku, zakładająca kolejne maski. Tłumiąca swoje pragnienia, niby próbująca coś zmienić, ale chyba już się przyzwyczaiła do obecnego status quo. Równie świetny jest James Belushi jako jej mąż – troszkę prostak i raptus, ale bardziej trzyma się ziemi. Troszkę od tego duetu odstaje Juno Temple (zagubiona Carolina) oraz Justin Timberlake (pretensjonalny, początkujący dramaturg), chociaż radzą sobie naprawdę nieźle.

Allen kolejny raz próbuje być troszkę bardziej serio, idąc troszkę ku dziełom Tennessee Williamsa. Tylko, że zabrakło tej klasy, wnikliwości oraz trafnych obserwacji. Lepiej jeszcze raz obejrzeć „Blue Jasmine”, gdzie wszystko to było lepsze.

6/10

Radosław Ostrowski

Diablo. Wyścig o wszystko

Wydaje się, że przeniesienie koncepcji z amerykańskich wzorców na nasze podwórko, nie powinno być jakimś dużym problemem. Ale nasi twórcy nie znają słowa: niemożliwe. Czy można zrobić coś w stylu „Szybkich i wściekłych” czy gier z cyklu „Need for Speed” made in Poland?

Sam punkt wyjścia jest dość prosty: mamy młodego chłopaka o imieniu Kuba. Bierze udział w nielegalnym wyścigu i… przegrywa. Nie dlatego, że zabrakło umiejętności czy konkurent był lepszy. Po prostu nawalił samochód. A pieniądze są mu potrzebna, bo jego siostra choruje i potrzebuje kasy na operację. Dzięki znajomościom trafia do niejakiego Maxa – drobnego gangstera, zbierającego ekipę do wyścigów o dużą stawkę, zwanego Czarną Owcą. To taka gra w berka, gdzie ostatni albo złapany odpada z gry. Za całym interesem stoi Jarosz, zaś jego prawą ręką jest niejaki Kieł, mający pilnować, by wszystko szło zgodnie z planem.

diabolo1

Na pierwszy rzut oka fabuła „Diablo” nie wydaje się przesadnie skomplikowana. Ale reżyser Michał Otłowski („Jeziorak”) oraz scenarzysta Daniel Markiewicz robią wszystko, by seans uczynić nam nieprzyjemnym. Sama fabuła zwyczajnie nie wciąga, bo jest oparta na masie klisz. Postacie oraz ich motywacja są ledwie zarysowane, a wątków jest tutaj masa. Bo jest i romans między naszym Kubą a uczestniczącą w wyścigu dziewczyną (jak się okazuje to córka mafijnej szychy), spięcia między Kubą a Kłem, nielegalne walki w klatce, jakiś organizowany przemyt. Tylko, że jest to tak liźnięte tło i sprawia wrażenie zbędnego balastu. Przez to historia wydaje się rozcieńczona, a stawka kompletnie nie wyczuwalna.

diabolo2

Boli tutaj wszystko pod względem realizacyjnym. Pojawiające się efekty specjalne wyglądają tak dziadowsko, że oczy mogłoby wypalić, strasznie drażniąca muzyka próbująca podbić napięcie, strasznie ciemne zdjęcia oraz montaż. Tutaj montaż jest największym przeciwnikiem. Bo sceny pościgów wyglądały tak chaotycznie, że nie wiadomo kto gdzie jeździ, gdzie się znajduje oraz jakim autem kieruje. O dźwięku nawet nie chcę wspominać, bo dialogi (takiego cudadła nie słyszałem od czasu „Reakcji łańcuchowej”) są przez sporą część niesłyszalne. Zwłaszcza, gdy korzystają z krótkofalówek.

diabolo3

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o aktorstwie, tylko że wszyscy nie mają za bardzo zbyt dużego pola do popisu. Mimo, że na trzecim planie nie brakuje znajomych twarzy (m.in. Mirosława Zbrojewicza, Cezarego Żaka czy Katarzyny Figury), to migają na ekranie przez parędziesiąt sekund. Zaś główne role są tak papierowe, że nie da się wejść w to. Broni się tak naprawdę tylko Rafał Mohr w roli Maxa, dodając odrobinę charyzmy do roli drobnej ryby oraz Cezary Pazura jako Jarosz. Za to jak zawsze drażni Mikołaj Roznerski jaki niby bezwzględny Kieł. Problem z nim taki, że wygląda śmiesznie, zaś jego sposób mówienia jest niewyraźny, co jeszcze bardziej irytuje.

Nie chce mi się więcej pisać o tym tytule, bo zwyczajnie nie ma o czym. Kompletnie nic tu nie działa, aktorstwo nie istnieje, zaś realizacja woła zwyczajnie o pomstę do nieba. Barbarzyństwo niewyobrażalne.

2/10

Radosław Ostrowski