15:10 do Yumy

Dla Dana Evansa życie na Dzikim Zachodzie nie jest łatwe, zwłaszcza jak się jest ranczerem. Wszystko zależy od pogody, a ta jest nieszczególnie sprzyjająca. Upał, brak deszczu, zaś bydło się panoszy i zdycha. Podczas próby znalezienia rozpędzonego bydła, ranczer jest świadkiem napadu na dyliżans dokonanego przez gang Bena Wade’a. Bandyta w miasteczku Bisbee oddziela się od grupy (w czym pomaga pewna apetyczna barmanka) i zostaje schwytany. Ranczer w zamian za spore pieniądze ma dostarczyć zbira do pociągu jadącego do Yumy.

15.10 do Yumy1

Ja tą historie znałem z remake’u nakręconego w 2007 roku przez Jamesa Mangolda. A jak z adaptacją opowiadania Elmore’a Leonarda (klasyk amerykańskiej literatury popularnej) poradził sobie Delmer Daves? Historia jest prosta i pozbawiona jakiś zbędnych ozdobników: trzeba dostarczyć zbira na pociąg do więzienia. Tylko, że trzeba zmylić czujność reszty bandy. Jak to zrobić? Puścić dyliżans, a samego szefa dowieść w zmroku. Ale czy się uda wprowadzić w pole? Reżyser bardzo powoli, ale skutecznie buduje napięcie. I nie wynika ono tylko z oczekiwania na pociąg (troszkę przypominając pod tym względem „W samo południe”), co pomaga budować podskórny niepokój. Bo jest jeszcze ta dość dziwna relacja między Evansem a Wadem. Pierwszy wydaje się być prawym, choć szorstkim człowiekiem, ledwo wiążącym koniec z końcem. Ale ten drugi nie jest takim klasycznym złym. Jest bardzo opanowany, wręcz czarujący, zaś po przemoc sięga tylko w ostateczności. Tutaj granica między dobrem a złem się zaciera, co jak na rok produkcji jest zaskakujące.

15.10 do Yumy2

Ale czuć wiek realizacji przez parę detali, które dzisiaj mocno kłują w oczy. i nie chodzi o czarno-białe zdjęcia czy troszkę nachalną muzykę. Po pierwsze, niezbyt skomplikowane relacje w rodzinie Dana. Dzieci są dość wygadane i chełpią się, co zrobi, zaś żona jest wierna, wspierająca. W ogóle drugi plan niespecjalnie wybija się, opierając się na schematach (poza w/w jest jeszcze przedsiębiorca; pijak, próbujący się zrehabilitować; lojalny zastępca szefa), przez co troszkę potrafi przynudzić. Do tego wygląda to bardzo skromnie (małe miasta, niewielu mieszkańców) oraz wszystko wydaje się bardzo statyczne.

15.10 do Yumy3

Jednak najciekawszy element to duet głównych bohaterów w wykonaniu Glenna Forda oraz Van Helflina. Pierwszy gra z dużym luzem i budzi sympatię, mimo popełniania złych czynów. Bandzior, ale z klasą i fasonem. Co zarówno wtedy, jak i dziś robi spore wrażenie, zaś jego przemiana potrafi zaskoczyć. Z kolei Helflin w roli teoretycznie tego dobrego, sprawia wrażenie szorstkiego, niezbyt rozgadanego, ale z bardzo twardym kręgosłupem moralnym. Robi to, bo po prostu musi.

Ku mojemu zdumieniu ten klasyczny western nadal potrafi wejść, co jest zasługą świetnych dialogów oraz pewnej ręki reżysera. Krótki metraż, zintensyfikowana akcja oraz mocny duet na pierwszym planie to najmocniejsze atuty. 

7/10

Radosław Ostrowski

Córka trenera

Czy tenis do dobry sport do pokazywania na ekranie? Pozornie nie jest zbyt dynamiczny, choć odbijanie piłeczek można podrasować montażem. Ale w filmie sportowym tak naprawdę najważniejsze jest to, co się dzieje poza boiskiem/kortem/ringiem. I taki jest też najnowszy film Łukasza Grzegorzka. Bohaterami tutaj jest ojciec i córka. On jest zapalonym tenisistą, który chce zaszczepić swoją pasją córkę. Ona ma 17 lat i od lat razem z ojcem ruszają po małych turniejach w małych miasteczkach, miejscowościach. Ale do tej dwójki dołącza Igor – młody, uzdolniony chłopak.

corka trenera1

Sama historia wydaje się być bardzo prosta i zostajemy rzuceni w nią niejako z rozpędu. Grzegorzek bardziej niż na rozgrywkach czy scenach gry, próbuje skupić się na relacjach między postaciami. Na tych drobnych spojrzeniach, niewypowiedzianych słowach oraz gestach. Trudno mówić tutaj o nitce fabularnej, bo jest ona bardzo wątła. Ale nie o to tutaj chodzi. Cała ta sportowa sytuacja stawia pytania bardzo istotne: czy rodzic ma prawo próbować zaszczepić swoją własną pasję, by przejąć pałeczkę? Czy dziecko możne spełniać te pasje tylko po to, by uszczęśliwić swojego rodzica? A może powinno pójść swoją własną drogą? Te pytania przewijają się w tle i nie narzucają się w trakcie oglądania. Bo najważniejszy jest tutaj klimat. Z jednej strony bardzo wakacyjny, mamy pięknie filmowane lasy, jeziora oraz korty takie bardziej z małych miejscowości (Winbledon to to nie jest) i hoteliki jakby wzięte z PRL-u. Ale z drugiej mamy wszelkie sceny treningów oraz przygotowań wykorzystujące slow-motion oraz Paganiniego w tle. Takich metod nie powstydziłby się nawet Fletcher z „Whiplash” – ścisła dieta, sporo wymyślnych ćwiczeń. Ale nie ma tutaj demonizowania czy tworzenia jednowymiarowych postaci, reżyser jest na to za sprytny.

corka trenera2

Realizacyjnie „Córka trenera” przypomina filmy sundance’owe, gdzie humor i dramat przeplatają się ze sobą. kamera jest niemal skupiona na swoich bohaterach, a także na drobnych szczegółach. To wszystko wydaje się naprawdę przyziemne, utrzymane w ciepłych kolorach. Dialogi też wypadają bardzo dobrze, złego słowa nie mogę powiedzieć o dźwięku. Jednak najmocniejszą kartą w ręku reżysera pozostaje empatia wobec bohaterów. Bez osądzania, krytykowania czy walenia prosto w oczy.

corka trenera3

No i jeszcze jest fenomenalny Jacek Braciak w roli głównej. To na nim tak naprawdę skupia się cała opowieść, zaś aktor tworzy bardzo złożoną postać człowieka pełnego wielkiej pasji, ale jednocześnie surowego. Także wobec siebie samego (mocno „zużyta” łękotka), skrywając troszkę pewną wrażliwszą stronę. I to on powoli zaczyna dojrzewać oraz akceptować decyzję córki. Partnerująca aktorowi debiutantka Karolina Bruchnicka (debiutantka) tworzy świetną chemię z Braciakiem, przez co wierzy się im. Mam wrażenie, że jeszcze o niej usłyszymy. A poza nimi na drugim planie wybija się debiutujący Bartłomiej Kowalski (Igor) oraz magnetyzująca Agata Buzek (Kamila).

Powiem szczerze, że Grzegorzek coraz bardziej zaczyna zaznaczać swoją obecność w polskim kinie. Czuć tutaj ducha amerykańskiego kina niezależnego, zaś skupienie się na mniej znanych rejonach dodaje naturalności oraz świeżości. Do tego mamy Braciaka na pierwszym planie, co się nie zdarzyło nigdy przedtem. I to może być mocny haczyk.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przychodzi po nas noc

Kiedy wydaje ci się, że seria o Johnie Wicku to jest szczyt możliwości, jeśli chodzi o kino akcji, oznacza to jedno. Że nigdy nie oglądaliście filmów azjatyckich, bo tam rzeczy dzieją się kosmiczne, wręcz epickie. Po dylogii „Raid” (jeszcze nie obejrzałem) kolejny przedstawiciel Indonezji poszedł na układ z Netflixem, by zrealizować ostry film akcji. Czy takie jest „Przychodzi po nas noc”?

przychodzi po nas noc1

Fabuła wydaje się dość prosta i skupia się na starym facecie o imieniu Ito. Należy do elitarnej grupy zabójców zwanej Siedem Mórz, który pilnuje porządku i dba o równowagę między środowiskami przestępczymi. Ale przez te trzy lata nasz bohater ma już zabijani i przemocy. Podczas akcji w wiosce na widok dziewczynki coś w nim pęka, przez co zabija resztę swoich towarzysz oraz ucieka z dzieckiem. Razem z kumplami próbują ją uchronić, uciekając z kraju. Ale w ślad za nimi wyrusza Yakuza pod wodzą ich dawnego znajomego Ariana. W zamian za wykonanie zadania przejmie dowództwo nad Siedmioma Morzami.

przychodzi po nas noc3

Zazwyczaj w tego typu produkcjach intryga wydaje się być kwestia drugo- czy nawet trzeciorzędną. I tutaj wydaje się być podobnie, mimo wykorzystania retrospekcji (miejscami mocno wybijały mnie z rytmu). Pojawia się kilkoro nowych graczy (lesbijska para zabójczyń-nożowniczek, tajemnicza motocyklistka), przez co czasem ciężko się odnaleźć w tym wszystkim. Twórcy są tutaj poruszone kwestie lojalności, silnych więzi czy próby zerwania z przeszłością, która nigdy nie jest w stanie odpuścić. To jest po to, by zależało nam na naszym bohaterze i jego sojusznikach, ale to tak naprawdę nadbudowa. Twórcy nie próbują robić poważnego, głębokiego dramatu psychologicznego, przez co nie jest to tak mocno wygrywane jak mogło być.

przychodzi po nas noc2

Bo najważniejsza jest tutaj akcja. I wierzcie mi, kiedy w ruch pójdą pięści, machety, noże oraz karabiny, miłosierdzia nie będzie. Ani dla postaci, ani dla widza. Choreografia walk jest w stanie kompletnie zadziwić, zaś bohaterowie wykorzystują wszystko, co jest pod ręką. Nie ważne, czy są to kubki, kule bilardowe czy narzędzia z warsztatu. No i obowiązkowe maczety, który w stanie są zadać naprawdę głębokie rany. A krwi to tutaj będzie od groma, przez co można odnieść wrażenie oglądania bardzo ostrego gore. Osoby o słabych nerwach i miękkich żołądkach nie powinny nawet się do tego zbliżać. Kamera jest bezlitosna i nie odpuszcza, a kilka sposobów filmowania (z góry, z oczu) bardzo uatrakcyjnia odbiór, przez co każda potyczka wygląda inaczej. Ostatni raz takie popisy widziałem w „Upgrade”, ale tutaj jest to jeszcze bardziej podkręcone i szalone jak w przypadku pojedynku na pięści i noże między trzema paniami.

Aktorstwo też w sadzie nie jest tutaj istotne, bo liczy się tutaj choreografia oraz umiejętne wykorzystanie piącho- i maczetopiryny. Pod tym względem każdy aktor daje tu z siebie wszystko. Najbardziej pamiętne momenty ma niezastąpiony Iko Uwais (Arian), Joe Taslim (Ito), Julie Estelle (Operatorka) oraz Hannah Al Rashid (Elena). Tutaj każdy ból, cios, krzyk ma swoją siłę, przez co cała akcja jest intensywna do granic możliwości, zaś wiele pojedynków nie zostanie wymazanych z pamięci tak łatwo.

Jeśli macie Netflixa, zaś obie części „Raid” znacie na pamięć i szukacie czegoś nowego, „Przychodzi po nas noc” jest czymś, co MUSICIE zobaczyć. Bezkompromisowa jatka, jakiej moje oczy nie widziały od bardzo dawna.

8/10

Radosław Ostrowski

Arktyka

Ostatnio pojawia się sporo filmów, gdzie bohater mierzy się z siłami natury wbrew swojej woli. Do tego grona dołącza Overgard. Kim on jest? Prawdopodobnie pilotem, który przeżył katastrofę lotniczą na Arktyce. Jest już od dłuższego czasu i ma pewien napięty grafik z góry określonych czynności. Łowienie ryb, sprawdzanie, by ciągle był widoczny wryty na śniegu SOS oraz nawiązać kontakt z krążącymi helikopterami czy samolotami. Nagle udaje mu się nawiązać kontakt, lecz helikopter wskutek burzy śnieżnej rozbija się. Mężczyźnie udaje się ocalić pasażerkę, ale to zdarzenie zmusza go do podjęcia decyzji: wyruszyć do stacji, licząc po drodze na ratunek czy zostać i czekać na cud?

arktyka1

„Arktyka” to pozornie kolejny one man show, gdzie człowiek jest skonfrontowany z bezwzględną naturą i musi walczyć o przetrwanie. Historia nie wydaje się należeć do skomplikowanych, a o naszym protagoniście wiemy tyle, co nic. Dialogów praktycznie tu nie ma, a za to jest wielka przestrzeń pełna bieli, gór, wiatru oraz śniegu. Od groma śniegu. Zdjęcia pokazują majestat zimowego krajobrazu, wobec którego człowiek wydaje się tylko listkiem rzuconym na wietrze. No i tu pojawia się mocne pytanie o granice. I nie chodzi tu tylko o granicę między życiem a śmiercią, ale także między życiem a przeżyciem. Bo nasz bohater sprawia wrażenie troszkę pogodzonego już z sytuacją, wręcz wegetującego. Znalezienie kobiety staje się szansą na zmianę status quo. Ale droga łatwa nie będzie, bo natura ma swoje plany pomysły. I wtedy, mimo pewnej przewidywalności zdarzeń, reżyserowi udaje się utrzymać napięcie. Muzyka też ma tutaj sporo do roboty, choć najważniejsze są tutaj zdjęcia.

arktyka3

No i jest jeszcze jeden mocny punkt, bez którego ten film by się rozpadł. A imię jego Mads Mikkelsen. Ten aktor specjalizuje się w kreowaniu tajemniczych facetów, który za pomocą spojrzenia mówi o swojej postaci więcej niż jakiekolwiek słowa. Nie inaczej jest w „Arktyce”, gdzie coraz widać tutaj wszelkie emocji: od wyciszenia, spokoju aż po determinację, walkę i rozpacz. Samą obecnością przekuwa uwagę i wyciska ze swojej postaci maksimum możliwości, co potwierdza klasę.

arktyka2

Czuć tutaj wręcz klimat klaustrofobii oraz izolacji, co w przypadku debiutu jest sporym osiągnięciem. Ci, co tęsknią za chłodem i chcą poczuć odrobinę chłodu w upalne lato, „Arktyka” jest idealnym miejscem. Pod warunkiem, że lubicie szkołę przetrwania.

7/10

Radosław Ostrowski

Pokemon: Detektyw Pikachu

Czym są Pokemony? To stworki posiadające potężne moce, uczestniczące w walkach, trzymane w pokeballach, należących do trenerów. Pod koniec lat 90. był prawdziwy szał na te istoty. Powstawały seriale, gry komputerowe, filmy. Pokemon Go przywróciło popularność tym stworkom, a jednym z efektów popularności był cykl gier na Nintendo „Detektyw Pikachu”. To były przygodówki, gdzie nasz bohater z głosem Danny’ego DeVito, rozwiązywał zagadki kryminalne. I tym tropem postanowili pójść twórcy amerykańskiego filmu o Pokemonach.

detektyw pikachu1

Cała opowieść krąży wokół Tima Goodmana. Jego ojciec jest policjantem w Ryme City, przez co trochę zaniedbał rolę ojca. Chłopak początkowo chciał być trenerem Pokemonów, plany jednak musiały zostać zweryfikowane. Jest agentem ubezpieczeniowym, mieszka sam (znaczy z babcią) i jego życie wydaje się spokojne. Jednak policja dzwoni do niego z informacją, że jego ojciec nie żyje. Trafia do miasta, gdzie ludzie z Pokemonami żyją ze sobą. Obok siebie. Kiedy chłopak trafia do mieszkania ojca, znajduje Pikachu, który rozumie słowa wypowiadane przez ludzi. Tylko, że nie pamięta kompletnie nic. Tim z Pokemonem ruszają ustalić, co się wydarzyło.

detektyw pikachu2

Film Roba Lettermana próbuje na nowo przyciągnąć ludzi do Pokemonów. Sama idea ludzi i Pokemonów żyjących obok siebie bardzo mocno przypominało mi „Zwierzogród”. Pojawiają się znajome Pokemony (wykonane ładnie w trójwymiarowych, szczegółowych animacjach) pokroju Bulbozaura, Meetoo, Psyducka czy Ditto, co dla fanów jest sporą gratką. Ich moce, ewolucje czy retrospekcje za pomocą hologramów mogą uatrakcyjnić opowieść. Problem w tym, że cała ta intryga oraz śledztwo są zwyczajnie przewidywalne. Fabuła jest prowadzona bardzo po sznurku, gdzie od razu wiadomo, kto jest kim oraz co się naprawdę działo. Jest po prostu strasznie, strasznie nudny. Ale też samo tło, czyli relacje ludzi z Pokemonami jest absolutnie niewykorzystane. Poza nielegalnymi walkami, tajemniczym laboratorium nie ma zbyt wiele do zaoferowania.

detektyw pikachu3

Sytuację próbuje tutaj ratować Ryan Reynolds jako Pikachu. Jest rozbrajająco zabawny, rzuca ciętymi tekstami, a jednocześnie jest bardzo uroczy. Słodziutki jest i dźwiga ten film na swoich barkach. Partnerujący mu Justice Smith w roli Tima wypada całkiem nieźle, tworząc całkiem sympatyczny duecik. Ale można było z tego wycisnąć więcej. Reszta aktorów tak naprawdę jest tylko tłem, nawet Bill Nighy i Ken Watanabe stanowią tylko dodatek do całości.

Czy „Detektyw Pikachu” to najlepsza adaptacja gier komputerowych? Niestety nie. Czy fajnie wykorzystuje świat Pokemonów? Nie. Jest to zwyczajnie przeciętne kino, marnuje swój potencjał oraz talentu ekipy realizującej.

5/10

Radosław Ostrowski

John Wick 3: Parabellum

Najsłynniejszy hitman w historii kina powraca. I jakby to powiedzieć, ma przejebane. Z myśliwego stał się zwierzyną, bo złamał zasady. A za to kara może być tylko jedna – Wielka Rada żąda jego głowy. Od tej pory Wicka chcą zabić wszyscy: Włosi, Triada, Yakuza, koty, psy, emeryci, pracownicy ZUS-u. Czy jest szansa na wyrwanie się i odwrócenie tej sytuacji? Zwłaszcza, że został już zatrudniony cyngiel.

john wick 3-1

Nikt się nie spodziewał, jakim sukcesem będzie „John Wick”. Skromny akcyjniak klasy B okazał się wielkim zaskoczeniem łączącym staroszkolnym styl z nowoczesną realizacją. A z kolejną częścią poznawaliśmy kolejne elementy działania syndykatu zbrodni. I wydawało się, że już nie da się wymyślić niczego więcej. Ale chyba nie doceniliście twórców, bo ci robią jeszcze bardziej komiksowy film, gdzie fabuła jest pretekstem do krwawej i brutalnej napierdalanki. Narzędzi zabijania jest mnóstwo: noże, pistolety, karabiny, strzelby, miecze, pięści, psy (te nawet w jaja potrafią gryźć), książka, a nawet… koń. Jebany koń. Sceny akcji w tym filmie to jakiś obłęd. Kiedy wydawało się, że drugiej części nie da się przebić, twórcy wciskają gaz do dechy. I sprawiają wrażenie, że nic i nikt ich nie ogranicza. Już walka w gabinecie z nożami pokazuje, że założenia pozostały te same. Ma być widowiskowo, efekciarsko, a adrenalina ma wylewać się ze wszystkich możliwych stron. Jest też krwawo i brutalnie, a rozmachem bije na głowę poprzednie części. Trudno wymazać strzelaninę w siedzibie Berrady czy finałowe oblężenie hotelu Continental w Nowym Jorku to prawdziwe majstersztyki. Fantastycznie sfotografowane, zmontowane oraz z pomysłową choreografią. Dla takich momentów ogląda się kino akcji.

john wick 3-2

Do tego Wick wyrusza poza Nowy Jork, by znaleźć sposób na wyjście cało z tego całego bałaganu. Stąd mamy Casablankę, tamtejszy hotel (jego szefowa to dawna znajoma Johna, która jest mu winna przysługę). A nad wszystkim kontrolę próbuje sprawować sędzia, mają osądzić samego Johna, jak i wszystkich jego sojuszników. Syndykat poznajemy coraz bardziej, kolejne zasady i ograniczenia, a także kolejnych graczy na scenie. I to wszystko nadal potrafi przykuć uwagę, stanowiąc solidną fasadę dla brutalnej drogi Wicka. Kwestie lojalności, zasad oraz możliwości decydowania o swoim losie. Niby poważne kwestie, ale to nie jest poważny film. A jedynym dla mnie problemem jest zakończenie. Z jednej strony jest to podbudowa pod „czwórkę” (pewnie niosącą tytuł „John Wick: Armageddon”), ale nie jest ono zbyt satysfakcjonujące. Liczyłem na większego kopa.

john wick 3-3

Aktorsko nadal trzyma poziom, zaś starzy znajomi nie zawodzą. Keanu Reeves nadal wyczynia cuda, a w scenach akcji wypada fantastycznie. Widać jak wiele wysiłku wykłada, a tutaj Wick przyjmuje na siebie więcej ciosów niż w poprzednich częściach razem wziętych. Na drugim planie nadal świetnie się bawi Ian McShine (Winston) z Lancem Reddickiem (Charon), próbując pomóc naszemu bohaterowi. No i jeszcze pojawia się Anjelica Huston (dyrektorka), dzięki której bliżej poznajemy przeszłość naszej protagonisty, a także Halle Berry (Sofia), dającą prawdziwego kopa.  Ale tak naprawdę film kradnie dawno nie widziany Mark Dacascos w roli Zero. Opanowany, bezwzględny zabójca i wielki fan Wicka, który nie chce, ale musi walczyć. Dodaje on odrobiny humoru, zaś finałowa potyczka z nim to czysta frajda.

john wick 3-4

O Matko Boska, jaki ten Wick jest niesamowity. Nie spodziewałem się, że jeszcze można coś wycisnąć z tej franczyzy, ale dopóki Reeves ma siły, moc i chęć, ten cykl będzie szalał oraz rozkręcał się. Nie wiem, co jeszcze można wymyślić, lecz chcę nową część już zobaczyć. O takim kinie akcji marzyłem.

8/10

Radosław Ostrowski

Underdog

Roman Kosecki zwany Kosą jest zawodnikiem MMA, który walczy z niepokonanym Denim Takajewem. Kosa jest w formie i wygrywa, ale zostaje przyłapany na dopingu, co kończy się dyskwalifikacją. Mężczyzna wraca do rodzinnego Ełka i zaszywa się, pracując jako bramkarz, a następnie… naprawiając lokomotywy. Ala Takajew nie jest zadowolony z wyniku poprzedniej walki i chce rewanżu z Kosą. Tylko czy tamten się zgodzi?

underdog1

W Polsce MMA ostatnimi czasy stały się bardzo popularne, ale żadnego filmu o tym sporcie na naszym podwórku nie było. Sprawę postanowił wziąć w swoje ręce Maciej Kawulski – jeden z włodarzy MMA, który postanowił wyreżyserować „Underdoga”. I szczerze mówiąc, nie spodziewano się zbyt wiele, marketing odstraszał, a nie mający żadnego filmowego doświadczenia Kawulski za kamerą też budził wątpliwości. To nie miało prawa wypalić, prawda? A jednak. Sama historia nie należy do oryginalnych, bo jest to klasyczna opowieść o walce z własnymi demonami, bólem niż przeciwnikiem. Osoby liczące na świetne sceny walk mogą się przejechać. O ile sam początek, pokazany z pierwszoosobowej perspektywy, wygląda świetnie, o tyle finałowa potyczka nadużywa slow-motion i traci swój impet. Do tego trwa dość krótko, jak na metraż filmu.

underdog2

Reżyser bardziej próbuje się skupić na relacjach Kosy z resztą otoczenia: z niepełnosprawnym bratem, ojcem prowadzącym siłownię, dawną znajomą (obecnie panią weterynarz) czy trenerem mającym zespół Tourette’a. Tutaj pomagają naprawdę niezłe dialogi, gdzie patos jest przełamywany humorem. Podobały mi się też sceny treningowe, wykorzystujące lokalną przestrzeń (las, jezioro, pagórki) do różnych biegów (m.in. z przywiązaną kłodą) w teledyskowym montażu. Choć trwają dość długo, czuć w tym wszystkim serducho. Szczerość i pasja wręcz z tego bije, mimo pewnych niedoskonałości.

Po pierwsze, jak wspomniałem wcześniej walki. Żeby być uczciwym, pokazują wiarygodnie wszelkie chwyty oraz ciosy, ale brakuje im impetu. Po drugie, zupełnie od czapy przyklejony wątek rosyjskiej mafii, która chce ustawić walkę i zmusić Kosę do wygranej. No i po trzecie, schematyczność, ale to wynika z konwencji.

underdog3

Reżyser miał szczęście, że udało mi się zebrać dobrych aktorów, którzy z niezbyt dobrego scenariusza wyciskają prawdziwe soki. Absolutnie tutaj błyszczy Eryk Lubos jako łobuz ze złotym sercem, pełen wręcz gniewu, pasji. Chociaż ma wiele za uszami, budzi sympatię i kibicuję się mu do końca. Równie dobrze wypada Mamed Chalidow jako adwersarz, który nie jest tutaj czarnym charakterem. Szczery gość, szanujący swojego przeciwnika, z jasną motywacją. Dla mnie największymi zaskoczeniami są za to kreacje Tomka Włosoka (brat Kosy) oraz Aleksandra Popławska (Nina), kradnąc niejako film.

Spodziewano się raczej katastrofy, ale debiut Kawulskiego okazuje się naprawdę niezłym filmem sportowym. Widać, że to robił debiutant, a kilka rzeczy można było dopracować, jednak w tym wszystkim czuć serce, pasję oraz zaangażowanie. Mam nadzieję, że kolejne filmy o tej tematyce powstaną i będą lepsze.

6/10

Radosław Ostrowski

41 dni nadziei

Poznajcie Tami. To młoda dziewczyna, marząca tylko o jednym – podróżowaniu. Bez zatrzymywania się nigdzie na stałe. Jest rok 1983, a jesteśmy na Tahiti. I nasza dziewucha posiedziałaby sobie na tej wyspie jeszcze parę lat, ale pojawia się, a właściwie wpływa, On. Jest Anglikiem, samotnym żeglarzem, co przepłynął świat więcej razy niż ona. No i ma na imię Richard. Klasyczna miłość od pierwszego wejrzenia. I mogliby tak spokojnie siedzieć na tej wyspie, gdyby nie pewne zlecenie: dopłyniecie wynajętym okrętem do San Diego. Co może pójść nie tak? Pojawia się na drodze huragan, doprowadzając do poważnych zniszczeń.

adrift3

Kino z gatunku survival, gdzie mamy bohaterów w trudnej sytuacji pozornie wydaje się być łatwe i proste do realizacji. Ale najnowszy film Baltasara Kormakura pokazuje, że taśma zniesie wszystko, ale widz niekoniecznie. Oparte na faktach „Adrift” wydaje się bardzo znajome i oparte na sprawdzonych motywach: brak komunikacji, brak jedzenia, halucynacje. Do tego bardzo otwarta przestrzeń, czyli od groma wody oraz brak jakiegokolwiek kontaktu z resztą świata. Powinno się czuć zagrożenie oraz stawkę, tylko że to kompletnie mnie nie interesowało. Dlaczego? Scenarzyści popełnili jeden istotny błąd, przez który całe napięcie oraz dramat siadło. Sceny survivalowe, gdzie Tami z rannym Richardem próbują przeżyć są przeplatane ze scenami z przeszłości. Tego, jak się poznali, pierwsza randka, pierwszy taniec itd.

adrift1

I właśnie te przeskoki strasznie pozbawiały jakiegokolwiek klimatu. Ani to romantyczne (w założeniu), ani przerażające, ani trzymające w napięciu. Reżyser kompletnie nie jest w stanie przełamać tego stanu, zupełnie jakby mu związano ręce. Jest jeszcze jedna wolta, która na chwilę wybudziła mnie z tego znużenia, jednak zadziałało to tylko na dłuższą metę. Bronią się zdjęcia, za które odpowiada Robert Richardson, wyglądające pięknie. Także sam moment ataku huraganu robi spore wrażenie. Ale to wszystko za mało, by uznać ten film za udany.

adrift2

Sytuację próbuje ratować Shailene Woolley, budując pozornie typową rolę dla tego typu produkcji. To bardzo fizyczna rola, wymagająca siniaków, potłuczeń, wyczerpania oraz mieszanki uporu i zwątpienia. I to wszystko jest pokazane bez cienia fałszu, podnosząc troszkę ten film. Partnerujący jej Sam Claflin wypada całkiem przyzwoicie, chociaż kompletnie nie czułem chemii między nimi. Co też jest dość sporym problemem.

Czy warto w ogóle obejrzeć „Adrift”? To był film, po którym nie oczekiwałem zbyt wiele, a i tak byłem rozczarowany. Film pozbawiony własnego charakteru i tak nudny, że jakiekolwiek kadry z obrad sejmowych są przy tym thrillerem najwyższej próby.

4/10

Radosław Ostrowski

 

 

Potrójna granica

Było ich pięciu i razem służyli w wojsku jako komandosi. Ale potem ich drogi się rozeszły, nie zawsze na dobre. Jeden z nich „Ironhand” wygłasza mowy motywacyjne dla żołnierzy, jego brat walczy w klatce MMA, „Pope” pracuje z brazylijską policją, „Catfish” jest pilotem działającym na prywatnej sieci, zaś ich szef obecnie sprzedaje mieszkania. W końcu Pope decyduje się skrzyknąć ich wszystkich na pewną prywatną akcję. Cel jest prosty: zabicie szefa kartelu narkotykowego oraz zgarnięcie jego kasy w jego hacjendzie (jakieś 75 milionów dolców). W kompletnej tajemnicy, bez żadnego wsparcia.

potrojna granica1

Netflix jedzie na ambicji i nie boi się sypnąć kasą. Ale tym razem sięgnięto po mocne nazwiska: scenarzysta Mark Boal („The Hurt Locker”), reżyser J.C. Chandor („Rok przemocy”) oraz jako producentka Kathlyn Bigelow. „Potrójna granica” miała zadatki na mocny i ostry film sensacyjny w konwencji heist movie, z konsekwentnie realizowanymi częściami tego typu kina. Czyli zebranie ekipy, krótkie przedstawienie tła każdej z postaci, rekonesans, egzekucja akcji oraz próba odwrotu. Muszę przyznać, że reżyserowi udaje się wciągnąć w tą historię o chciwości i moralnych dylematach. Do czego można się posunąć, by osiągnąć swój cel? I nawet podejmując się niemoralnych decyzji, trzymałem kciuki, żeby im się udało. Ale kolejne decyzje oraz sytuacje, mogą już budzić pewien opór. Zabijanie, kradzież, pościgi, chciwość oraz żądza pieniądza.

potrojna granica2

Sama scena kradzieży oraz dotarcia do lotniska potrafi utrzymać w napięciu. Choć samej przemocy i krwi jest tu zaskakująco niewiele, ale to wystarcza. Problemem jednak jest moment, kiedy zaczynają się pojawiać schody. Nawet nie chodzi o to, że te problemy zaczynają się nawarstwiać (zepsucie helikoptera, sytuacja w wiosce, gdzie lokalni chcą ukraść forsę czy przechodzenie przez góry), tylko że same te okoliczności wydają się wprowadzone w sposób mechaniczny. Wszystko to wydaje się bardzo przewidywalne, a postacie zachowują się w dość nerwowy, gwałtowny sposób. Wtedy napięcie zamiast podkręcić i iść ostro w górę, zaczyna spadać. I nie pomaga w tym ani realizacja (zdjęcia oraz plenery są naprawdę ładne), ani sam scenariusz. Nie brakuje tutaj mocnych scen jak przechodzenie przez góry czy ostrzał w tej okolicy.

potrojna granica3

Najmocniejsza pozostaje obsada, gdzie czuć tutaj kompletnie chemię oraz relacje między tymi postaciami. To zgranie, silne więzy oraz zaufanie jest namacalne i dostarcza wiele frajdy. A kogo tu nie ma: Ben Affleck w jednej ze swoich najlepszych ról, Oscar Isaac jak zawsze trzymający fason, trzymający się mocno ziemi Charlie Hannam, troszkę rednecki Garrett Hedlund oraz pozornie stonowany Pedro Pascal. Ogląda się ich znakomicie.

„Potrójna granica” to film, wobec którego mam mieszane uczucia. Z jednej strony dostarcza frajdy, ma świetnych aktorów oraz obiecuje wiele satysfakcji. Z drugiej jednak nie mogłem pozbyć się wrażenie, że można było wycisnąć z tego coś, co mogło być drugim „Skarbem Sierra Madre”. Jednak klisze oraz schematy były mocniejsze.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Potem nastąpi cisza

Rok 1944, czyli czas powolnego końca wojny. Do Polski wjeżdżają polskie wojska generała Berlinga, wprowadzające nowe, komunistyczne porządki. Tutaj mamy dwóch żołnierzy z bardzo różnymi postawami, choć obaj mają wspólne korzenie. Porucznik Kolski jest postępowy, czyli działający zgodnie z ideologią, wyruszając z zesłania szlakiem od Lenino. Podporucznik Olewicz, choć jest dość ceniony przez podwładnego, wcześniej należał do AK. Jedno zdarzenie powoduje, że Olewicz dezerteruje, zaś Kolski doprowadza do fatalnej decyzji.

potem nastapi cisza1

O Januszu Morgensternie już mówiłem, ale jego skromny dorobek jest wart odkrywania. Tak jak nakręcony w 1965 roku film „Potem nastąpi cisza”. Tytuł oparty na powieści Zbigniewa Safjana, podejmującej próbę rozliczenia z przeszłością, która jeszcze parę lat mogła być pokazana tylko w jeden sposób. My (w sensie „polskie” wojsko, komunistyczne) mamy rację, zaś ci z AK to „zaplute karły reakcji”, byli przemilczani, wymazywani. Najbardziej zaskakujące jest to, że w ogóle dopuszczone ten film do realizacji. Bo dylematy ludzi z podziemia dotyczące udziału w budowaniu nowego porządku jest czymś zaskakującym. Tak samo jak nieufność tej drugiej strony, podejrzewającą „nowych” o wszelkie złe rzeczy, spiskowanie, nielojalność. Jak tu nie myśleć o dezercji, ucieczce, ukrywaniu się?

potem nastapi cisza2

By było ciekawiej, reżyser łamie chronologię i przedstawia zdarzenia z trzech perspektyw: Kolskiego, Olewicza oraz majora Świętowca (dowódca obydwu). Największe wrażenie robiły losy tych dwóch pierwszych, pokazujące dwie skrajne postawy: tą pełną wątpliwości oraz prześladowań (Olewicz), jak i niemal posłusznych, lecz zderzonych z przeszłością (Kolski). Obaj – w różnych okolicznościach – czują się obco. W przypadku Kolskiego dobitnie pokazuje to scena odwiedzin dawnych znajomych, gdzie czuć różne postawy, mocno ukrywaną wrogość, tak samo Olewicz (rozmowa z oficerem wywiadu) w wojsku. Te właśnie momenty były dla mnie najciekawsze. Wreszcie jest też dowódca, który szybko zaczyna łączyć klocki ze sobą.

potem nastapi cisza4

Zaskakująco wielkie wrażenie robią tutaj sceny batalistyczny. Pomogło nie tylko wsparcie wojska, ale popisy pirotechniczne oraz wręcz pędząca praca kamery Jerzego Wójcika. Wystarczy wymienić nie tylko początek czy finał koło Drezna na skrzyżowaniu, ale przede wszystkim atak Niemców na miasto. Tutaj wręcz czuć zagrożenie, jak i rozmach inscenizacji, chwytający za gardło nawet dzisiaj. By jednak nie było słodko, „Potem nastąpi cisza” mocno zalatuje propagandą. Bo mamy tutaj światłego oraz widzącego więcej niż dyrektywy dowódcy (pozornie papierowa, ale Tadeusz Łomnicki jest w stanie ją ożywić), uczestnictwo w reformie rolnej, niby polskie, ale wspierane przez Sowietów wojsko. to tylko parę klisz z epoki czy scen wymuszonych przez cenzurę.

potem nastapi cisza3

Reżyser również świetnie prowadzi aktorów. Tutaj najbardziej wybijają się Marek Perepeczko z Danielem Olbrychskim jako Kolski i Olewicz. Obydwaj bardzo różni, ale bardzo ciekawie się uzupełniający. Pierwszy to pozornie służbista, który nie potrafi się dogadać z dawnymi znajomymi (tutaj najbardziej zapamiętuje się ironicznego Damiana Damięckiego oraz zjawiskową Barbarę Brylską). Ten drugi czuje się obcy w nowym otoczeniu, czyli wojsku. Niemniej stara się odnaleźć w tym nowym środowisku, choć jego ostatnia decyzja może wydawać się niezrozumiała. I niezapomniany epizod Ryszarda Filipskiego

Muszę przyznać, że „Potem nastąpi cisza” to zaskakująco uczciwe spojrzenie na okres wejścia nowej władzy na polskie rejony. Nie pozbawiona wpływów tamtego systemu, potrafi uderzyć batalistycznym rozmachem, świetnymi dialogami oraz pewną ręką Morgensterna.

7,5/10

Radosław Ostrowski