Bankier oporu

Czy wy też macie takie wrażenie, że dostajecie obietnicę ciekawej opowieści, która nie zostaje później spełniona? Zamiast czuć jakiekolwiek napięcie, zainteresowanie zaczynacie ziewać i się nudzić? Ja niestety tak miałem przy holenderskim filmie zrealizowanym dla Netflixa. Ale po kolei.

bankier oporu1

„Bankier oporu” opowiada historię dziejącą się podczas II wojny światowej, a jej bohaterem jest Walraven Van Hall. Pracuje w Narodowym Banku jako wyższy urzędnik, prowadząc różne operacje. Żyje sobie dość spokojnie i dostatnio. Wszystko jednak zmienia śmierć przyjaciela żydowskiego pochodzenia. Odchodząc z jego mieszkania pojawia się tajemniczy Van den Berk – członek ruchu oporu. Prosi mężczyznę o pomoc w zorganizowaniu finansowania organizacji. Ten, mimo oporu brata (także bankiera) organizuje siatkę oraz system pozwalający pozostać niewykrytym. Niemniej Niemcy zaczynają coś podejrzewać i zaczynają poszukiwania.

bankier oporu3

Sama historia brzmi wręcz jak gotowy materiał na film. To mógłby być thriller pełen napięcia, gdzie nie brakowałoby poszukiwań, obław i ucieczek. Sam sposób funkcjonowania tego całego systemu, dopuszczający się oszustwa, a nawet fałszerstwa weksli, robi wrażenie precyzją oraz prostotą, mimo złożoności. Do tego jak zawsze bezwzględne realia wojny, gdzie przyjaźń i lojalność jest wystawiona na ciężką próbę. Można było dorzucić moralne dylematy (czynienie szkody państwu do czynienia dobra) i wyszło z tego interesujące kino. Niestety, ta dwugodzinna historia nie działa tak bardzo, jak założyli sobie twórcy. I najgorsze jest to, że nie do końca wiadomo, co poszło nie tak. Czy postaci było zwyczajnie za dużo, bo nie jest się w stanie ich zapamiętać? Czy to z powodu paru przeskoków w czasie, wybijających z rytmu? A może z powodu skrótowo opisanej intrygi oraz braku głębiej zarysowanych postaci? Nawet potencjalny dylemat Wally’ego, żeby dalej kontynuować działalność, mimo wpadek nie zostaje poruszony, tylko ciach i robimy dalej. Bo tak trzeba, bo tak wypada.

bankier oporu2

Ciężko mi się przyczepić do realizacji, bo to wszystko wygląda zwyczajnie solidnie. Tylko, że brakuje tutaj jakiegoś mocnego momentu, sceny czy detalu, który pozwoliłby zostać w pamięci na dłużej. Nawet aktorstwo też wydaje się być porządne, bez rozpoznawalnych twarzy. Ale nawet oni niespecjalnie zapadają w pamięć.

To kolejny przykład średniego filmu, którego potencjał został zmarnowany. Zdecydowanie jeden ze słabszych filmów Netflixa, który ostatnio zyskiwał na polu fabuł. To był źle zainwestowany czas.

5/10

Radosław Ostrowski

Okręt – wersja reżyserka

Rok 1942, wojna trwa w najlepsze. Niemcy wydają się być niepokonani na wszystkich frontach. Ale skupiamy się nie na piechurach czy czołgistach, lecz tych najbardziej przerażających jednostkach – okrętach podwodnych. Niemieckie U-Booty siały śmierć i były postrachem Atlantyku, niszcząc amerykańskie konwoje do Wielkiej Brytanii. Tutaj zaczyna się historia Starego oraz załogi U-96, który wyrusza z francuskiego La Rochelle na kolejną misję. Tym razem będzie im towarzyszył porucznik Werner – korespondent wojenny, mający zdać relację.

das boot2

Na hasło niemiecki film jest 90% szansy, że zostanie wymieniony „Okręt” – znany też w oryginale jako „Das Boot”. Nakręcony przez mało znanego reżysera Wolfganga Petersena był nie tylko jedną z najdroższych produkcji w swoim kraju (budżet wynosił ponad 30 milionów marek, czyli 18,5 miliona dolarów), ale okazał się wielkim sukcesem kasowym – zarobił ponad 80 milionów – oraz artystycznym (m.in. 6 nominacji do Oscara, w tym za reżyserię oraz scenariusz adaptowany). Spodziewalibyśmy się standardowego filmu wojennego, pełnego dynamicznej akcji, widowiskowych batalii, niemal patetycznych mów oraz rozpoznawalnych aktorów w rolach głównych. Problem w tym, że to nie jest amerykańska produkcja, tylko niemieckie rozliczenie z przeszłością. Zderzenie wielkich snów o potędze serwowanych przez propagandę z bardzo brutalną, bezwzględną rzeczywistością. Może okręty podwodne potrafią się ukryć pod wodą i skorzystać z cichych silników, ale wróg jest liczniejszy oraz ma przewagę technologiczną (radary, bomby głębinowe, nadlatujące samoloty). Młoda załoga prowadzona przez doświadczonego Starego oraz chifa będzie musiała przejść bardzo brutalny chrzest bojowy. Buta oraz duma zostaje zastąpiona przez strach.

das boot4

Fabuły jako takiej tu nie ma, a reżyser stawia tutaj na klimat. „Das Boot” wydaje się bardzo realistycznym pokazaniem życia na statku, który może w każdej chwili zmienić się w trumnę. Długie miesiące powodują nie tylko zarost brody, ale ciągłe poczucie zagrożenia, wręcz klaustrofobii. Kiedy przechodzi z załogą przez bardzo ciasne korytarze, to poczucie ciasnoty staje się wręcz namacalne. Aż chciałoby się stamtąd uciec, bo poczucie oczekiwania budowane jest w sposób znakomity. Petersen perfekcyjnie wręcz wykorzystuje tytaniczną pracę kamery Josta Vacanta oraz udźwiękowienie i montaż, podkręcającą napięcie. Dzięki czemu takie sceny jak ucieczka przed niszczycielem czy niemal zatopienie okrętu na samo dno. Nie brakuje tutaj brudu, potu, smrodu oraz postawienie na psychologiczny portret załogi niż na akcję. I to akurat jest duży plus.

das boot3

Drugą istotną zaletą jest pozbawienie całości nachalnego patosu. W wersji reżyserskiej jest więcej scen pokazujących to, co robią marynarze poza służbą. Kiedy nie ma alarmu, nie trzeba naprawiać dziur czy czekać na ominięcie wrogich niszczycieli. Dowcipkują, czekają na koniec służby, na rodzinę, dziewczynę, żonę oraz najbliższych. Tak jak zwykli marynarze każdej armii świata. Wyobrażając sobie niemieckich żołnierzy, zawsze mamy obraz brutalnych, bezwzględnych ludzi, żądnych krwi oraz ślepo posłusznych machin wojennych. Czy to jest wybielenie wizerunku Wehrmachtu albo stosowanie politycznej poprawności? Absolutnie nie.

das boot1

Reżyserowi udało się też dobrać absolutnie rewelacyjnych aktorów, którzy nawet z drobnych ról są w stanie wycisnąć wszystko. Bo nie można zapomnieć zarówno radiowca Heiricha (Heinz Hoenig), mechanika Johanna z niemal obłędem w oczach (Erwin Leder) czy nawigatora Kriechbaum (Bernd Tauber). Ale tak naprawdę liczą się tylko trzy postacie: Stary (dowódca), porucznik Werner oraz chif Grade. Pierwszego gra niezapomniany Jurgen Prochnow, dla którego ten film okazał się furtką do kariery w Hollywood i jest to bardzo zaskakująca kreacja. Cyniczny, doświadczony wojak, stający się autorytetem dla załogi, wymagający od nich wiele. Samym spojrzeniem jest w stanie wyrazić więcej niż słowami: od determinacji do zmęczenia, a nawet bezsilności. Magnetyzująca kreacja. W korespondenta wciela się Herbert Groenemayer, będący naszymi oczami na cała załogę. Jego zmiana z idealisty w wojaka jest pokazana bez cienia fałszu, zaś sam aktor wykorzystał sławę do… kariery muzycznej. No i ten trzeci, czyli Klaus Wennemann – też doświadczony, który mimo tęsknoty za rodziną w sytuacjach kryzysowych daje z siebie wszystko.

„Das Boot” uznawany jest za najbardziej realistyczne spojrzenie na życie w okręcie podwodnym. Wielu może się od tego realizmu odbić, zaś wersja reżyserska nie pozbawiona jest dłużyzn. Niemniej jest to bardzo unikatowe kino wojenne, skupione na klaustrofobicznym klimacie niż na akcji.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Fargo – seria 3

UWAGA!

Tekst może zawiera kluczowe elementy fabuły, więc osoby nie oglądające serialu, czytają na własną odpowiedzialność.

Dawno mnie nie było w Minnesocie, gdzie znajdowało się Fargo. Tym razem w trzeciej serii trafiamy do małego miasteczka AD 2010. Tutaj żyją dwaj bracia Stussy. Starszy, Emmit jest szanowanym biznesmenem („Król Parkingów Minnesoty”), żyje w pięknym domu z żoną i dziećmi. Młodszy, Raymond jest kuratorem sądowym, jeździ niedzisiejszym autem, zaś jego dziewczyną jest… podopieczna z pracy, Nikki Swango. Obaj panowie nie przepadają za sobą, a młodszy czuje się oszukany przez brata z powodu pewnego wydarzenia sprzed kilkunastu lat. Ray decyduje się wynająć jednego z podopiecznych (złodzieja, co oblał test moczu), by okraść brata z należnej mu własności. Niestety, złodziej gubi adres i zabija przypadkowego Emmita Stussy’ego. Starszy pan okazuje się być ojcem policjantki Glorii Bungle, dla której sprawa staje się osobista. Jakby tego było mało Emmit też wpada w kłopoty. Kiedyś pożyczył dużą sumę na rozwój firmy, ale przedstawiciel pożyczkobiorcy – pan Varga – nie chce zwrotu pieniędzy, tylko daje je jako inwestycję na rozkręcenie interesu.

fargo3-2

Przez wielu fanów serialu, jego trzecia odsłona uważana jest za najsłabszą. Oskarżano twórców o wtórność oraz zbyt mały udział showrunnera Noah Hawleya, pozbawioną tego unikatowego, eksperymentalnego stylu. To pierwsze oskarżenie dla mnie wydaje się troszkę bez sensu, bo w sumie cały serial to w zasadzie ta sama historia walki dobra ze złem, tylko z zupełnie innymi bohaterami. Ludźmi zderzonymi ze złem, swoją własną chciwością i głupotą, doprowadzając do jedynego, słusznego finału. Niemniej mniejszy wpływ Hawleya (w tym samym czasie tworzył drugi serial dla FX, czyli superbohaterski „Legion”) jest dość mocno odczuwalny, przez co zastępujący go filmowcy nie zawsze dają sobie radę z jego scenariuszami. Niemniej trzecie spotkanie to nadal interesująca historia. Ale po kolei.

fargo3-1

Trzecie „Fargo” nadal ma w sobie ducha braci Coen, co widać już w pierwszej, pozornie oderwanej od reszty, scenie. Tutaj mamy przesłuchiwanego w Berlinie Wschodnim mężczyznę oskarżonego o morderstwo. Mężczyzna nie jest Jurijem Gurką, który zabił kobietę o imieniu Helga, ale dla śledczego nie ma to znaczenia. Bo skoro facet mieszkał tam, gdzie Jurij Gurka, to się nazywa Jurij Gurka, prawda? Tylko, co jest właściwie prawdą? Dzisiaj w czasach fake newsów to pytania jest coraz bardziej aktualne, a to tylko jeden z motywów przewijających się w tej balladzie o chciwości. Bo za prawdę można uznać coś, co zostało starannie zaaranżowane (stworzenie seryjnego mordercy oraz dokonanie dodatkowych zabójstw, by wyciągnąć z aresztu Emmita Stussy’ego), co będzie po prostu wygodne (postawa nowego komendanta, lubiącego proste rozwiązania oraz odpowiedzi). Nawet zdjęcie czy film można zmanipulować, co osoby umiejące z tego korzystać, używają.

fargo3-3

Ale w gruncie rzeczy „Fargo” nadal pozostaje historią kryminalną, gdzie zbrodnia powstaje czasem z przypadku. I to on tak naprawdę determinuje działania ludzi, którzy próbują się odnaleźć w tym pozbawionym sensu świecie. Ten brak sensu jest chyba najbardziej odczuwalny w wątku ojca Glorii, który okazuje się być kiedyś popularnym pisarzem SF. Człowiekiem, który został oszukany i przez to stał się zgorzkniały i pozbawiony chęci do życia. W żadnej innej części tego serialu nie czuć tak mocno poczucia pewnej bezsilności, fatalizmu swojego losu. Jakąkolwiek podejmie się decyzję w oparciu o złe motywy (chciwość, nienawiść, żądza zemsty, manipulacja) musi dojść do kary. Chociaż sam finał sugeruje, że nie każdy zostanie ukarany za swoje czyny. A może?

fargo3-4

Nie brakuje tutaj momentów czy odniesień do stylu braci Coen. Rozbroił mnie odcinek zaczynający się wypowiedzią narratora (głosem Billy’ego Boba Thorntona), gdzie każdy z bohaterów ma przypisany swój instrument w momencie pojawienia się czy pozornie oderwany od głównego wątku odcinek poszukiwania śladów po Mosbly’m, okraszony animowaną wstawką, ilustrującą jedną z jego książek. Jest też wcześniej wymieniona scena konfrontacji zilustrowana tematem z oryginalnego „Fargo” czy tajemnicza kręgielnia z pewnym niezwykłym nieznajomym, którego gra Ray Wise (skojarzenia z „Big Lebowskim” oraz „Barton Fink” na miejscu), ale to wszystko troszkę za mało. Niemniej trzecia seria nadal potrafi wciągnąć, finał jest satysfakcjonujący, a realizacja nadal stoi na poziomie.

fargo3-5

No i kolejny raz udało się zebrać znakomitych aktorów, choć tutaj panowie mają więcej do roboty. W roli głównie gra dwóch Ewanów McGregorów, odpowiednio niuansując postacie Emmita oraz Raya. Ten pierwszy wydaje się pewnym siebie człowiekiem interesu, szpanującym swoim boactwem, zaś ten drugi jest bardzo wycofany, niepewny siebie oraz bardzo niezdarny. Gdyby nie jego kobieta, Ray nie zrobiłby nic. Problem w tym, ze obydwu łączy jedno – są idiotami. Emmit nie sprawdza firmy, od której bierze kredyt i coraz bardziej staje się podatny na manipulacje, zaś Ray jest zaślepiony żądzą zemsty oraz chęcią zarobienia szybkiej gotówki. Kiedy obaj odkrywają do czego doprowadziły ich działania, już nie mogą się wycofać. Równie dobrze wypada partnerujący Michael Stuhlbarg, będący wspólnikiem oraz doradcą Sy Feltz. Nasza reprezentantka prawa, czyli Gloria Burgle w wykonaniu Carrie Coon wydaje się być najmniej ciekawa spośród postaci po tej stronie Mocy. Oczywiście, nie można jej odmówić uporu oraz determinacji w dążeniu do wyjaśnienia sprawy, ale coraz bardziej ta postać przebija się przez mur. Mur głupoty, bezsilności oraz bezradności, który powoduje w niej nawet chęć rezygnacji, co jest pewnym novum w tym świecie. Niemniej kibicuje się tej postaci. Tutaj show kradnie w pewnym momencie Mary Elizabeth Winstead jako Nikki, tworząc prawdopodobnie swoją najlepszą kreację. Jej przemiana z zadziornej, charakternej dziewuchy w bezwzględną mścicielkę pokazana jest bez efekciarskich cuda wianków, tworząc bardzo charyzmatyczną postać.

fargo3-7

Ale dla mnie tak naprawdę liczył się tylko jeden aktor – David Thewlis, będący tutaj niejakim VM Vargą. Ten antagonista mocno wyróżnia się od pozostałych ról w tym serialu. Wygląda dość niepozornie (mocno zużyta odzież), a nawet dość obleśnie (wystające przednie, popsute zęby), jednak pod tym wszystkim kryje się prawdziwy geniusz zbrodni. Złotousty mówca, przewidujący kilka ruchów do przodu, zawsze opanowany i spokojny, ciągle niezaspokajający swój wielki głód (bulimia), o którego przeszłości nie wiemy nic. Przyciąga i magnetyzuje swoją charyzmą, tworząc bardzo niezapomnianą kreację gangstera. Powiem krótko – WYBITNA kreacja, zasługująca na wszelkie nagrody świata.

fargo3-6

Choć trzeci „Fargo” ma pewne wady i rysy, to nadal jest to serial z najwyższej półki, ratowany przez ocierające się o wybitność aktorstwo oraz dialogi, zawierające drugie dno. Mniejszy wpływ Hawleya spowodował pewne odbicie się fanów serialu, ja jednak cieszyłem się z powrotu do mroźnej Minnesoty. Troszkę inaczej rozkłada akcenty, ale pozostaje tak samo interesującą opowieścią w duchu Coenów.

8/10

Radosław Ostrowski

Strażniczka

Początek jest dość niejasny, kiedy poznajemy pewną kobietę. Nie wiemy kim ona jest, czym się zajmuje, nie wiemy nic. Widzimy autostradę z jadącymi samochodami, a w tle komunikat. Głos kobiety opowiadającej o mężu, który ją bije i kiedy można do niej przyjść. Na miejscu okazuje się, że nasza bohaterka (w rękawiczkach) przekonuje mężczyznę, by przestał bić żonę, dał jej święty spokój oraz opuścił dom. I jak się okazuje, nasza protagonistka robi to nie od dzisiaj, zaś jej imię to Sadie. Ma kobieta pewną mroczną tajemnicę, która ją naznaczyła.

strazniczka1

„A Vigilante” (oryginalny tytuł bardzo pasuje) to dość dziwaczne kino zemsty. Osoby szukające akcji w stylu „Uprowadzonej” czy innego „Johna Wicka” nie znajdą tutaj zbyt wiele. Tu nie liczą się bijatyki, strzelaniny czy popisy kaskaderskie, ale bardziej wejście w umysł oraz psychikę naszej bohaterki. Czyli bardziej kino w rodzaju „Nigdy Cię tu nie było”, tylko bez faszerowania symboliką oraz onirycznymi wstawkami. Ale ten bardzo specyficzny klimat jest tutaj bronią obosieczną. Z jednej strony pozwala bliżej naszą bohaterkę, z drugiej jednak działa wręcz miejscami usypiająco. Trudno wejść w całą historię, bo jest ona szczątkowa. Jedyne, co łączy wszystko jest Sadie, jej mroczna przeszłość oraz kolejne próby „wyzwolenia” osób od przemocy domowej.

strazniczka2

Sama przemoc jest tu krótka i niezbyt efektowna, ale zapada mocno w pamięć. I nie ważne czy mówimy o próbie ataku przez trzech facetów czy finałowej konfrontacji z mężem. To jednak tylko dodatki do historii kobiety, która decyduje się pomagać ofiarom przemocy. Nie ważne czy ofiarą jest kobieta, dziecko czy mężczyzna, bo takie psychiczne wyniszczenie nie ma płci.

strazniczka3

A jedynym magnesem tego dzieła jest Olivia Wilde, która daje z siebie wszystko. Kiedy działa w akcji, sprawia wrażenie niezłomnego, twardego monolitu. Czegoś takiego nie da się złamać, ale w wielu innych scenach widać pewne rozedrganie, niepewność, tłumiony lęk. Popatrzcie na te oczy, w których malują się wszystkie emocje. I to ona czyni ten film interesującym.

Więc czy warto zmierzyć się ze „Strażniczką”? Olivia Wilde gra rolę życia, temat przemocy domowej zawsze na czasie, a nietypowa forma może zachęcić poszukiwaczy bardziej ambitnego kina. A reszta się odbije, niestety.

6/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z żelaza

Sierpień 1980 roku był bardzo gorącym miesiącem. I chodziło tylko o temperaturę powietrza, ale wręcz polityczną temperaturę, zwłaszcza w Polsce. Wybuchły strajki w wielu zakładach pracy, zaś symbolem stała się Stocznia Gdańska im. Lenina. Tam też zostaje wysłany bohater filmu Andrzeja Wajdy „Człowiek z żelaza” – dziennikarz Winkel z Warszawy. Zadanie dostaje od samego szefa Radiokomitetu: ma stworzyć reportaż, który ma skompromitować jednego z liderów strajku, Macieja Tomczyka.

czlowiek z zelaza2

„Człowiek z żelaza” nie jest – jakby można było sugerować się tłumaczeniem na angielski – polską adaptacją „Iron Mana”. To kontynuacja nakręconego wiele lat wcześniej „Człowieka z marmuru”, który był ostrym aktem oskarżenia na system komunistyczny oraz szansą na rozliczenie z czasem stalinowskim. Ten film powstał niejako na społeczne zamówienie. Krąży taka fama, że jak Wajda odwiedzał stocznię gdańską (pod pretekstem nadzoru nad filmem telewizyjnym) robotników poprosili twórcę, by nakręcił o nich film i zaproponowali tytuł. Scenarzysta Aleksander Ścibor-Rylski był wtedy poza krajem, ale udało się Wajdzie przekonać go do napisania fabuły. Jednocześnie wykorzystano wszelkie dostępne materiały zarówno z telewizji, jak i od świadków wydarzeń. To bardzo pomogło w odtworzeniu tych historycznych momentów. Zaś sama realizacja przebiegła w ekspresowym tempie: zdjęcia zaczęły się w styczniu, a sam film miał premierę na MFF w Cannes (27 maja 1981), do polskich kin trafił pod koniec lipca.

czlowiek z zelaza1

Dziwię się, że ten film w ogóle udało się zrealizować. Czy oznacza to, że jest to film warty uwagi? I tak, i nie. Konstrukcyjnie jest to powtórka z „Człowieka z marmuru”, czyli mamy dziennikarskie śledztwo, tylko że w innym otoczeniu. Winkel spotyka się zarówno ze swoimi znajomymi (Dzidek), kontaktami z UB, jak i kluczowymi postaciami z życia Maćka (pani Hulewicz, Agnieszka). Czyli przeplatanka retrospekcji z teraźniejszością. I nawet wtórność byłbym w stanie przełknąć, jednak problemem poważnym był dla mnie balans między prywatną a polityczną perspektywą. W pierwowzorze cała polityczna warstwa stanowiła tylko dla losów bohaterów. Tutaj jest odwrotnie: to polityka wychyla się na pierwszy plan, przez co postacie sprawiają wrażenie marionetek. Są ledwie zarysowane, stając się niejako schematami czy kliszami: partyjni aparatczycy i UB-cy (Badecki, Wirski, zastępca szefa Radiokominternu) kontra wierzący w przełom idealiści-strajkujący – przekonani o swojej słuszności. Brakuje tutaj jakichś mocnych odcieni szarości.

czlowiek z zelaza3

Także realizacyjnie można się przyczepić do wielu rzeczy: montaż jest miejscami niechlujny, zdjęcia bardzo nierówne, a kilka wątków wydaje się uciętych. Zupełnie jakby brakowało czasu. I ja rozumiem pośpiech, ale dla mnie ten film sporo traci. Nawet miejscami mocne dialogi nie były w stanie całkowicie tego zrekompensować. Film jest bardziej wyciszony, kameralny, co jeszcze bardziej zaskakuje.

czlowiek z zelaza4

Ze starej obsady wracają główni bohaterowie, czyli Jerzy Radziwiłowicz oraz Krystyna Janda. Ona wydaje się być bardziej wyciszona, zepchnięta niejako do roli wsparcia, pozbawiona zadziorności. Dojrzała kobieta, kradnąca jedną sceną cały film. Z kolei Tomczyk miał (przynajmniej tak ja to odbieram) ewoluować z narwanego chłopaka do dojrzałego lidera, ale wydaje się być zbyt nijaki. Najciekawszy jest tutaj sam Winkel grany przez znakomitego Mariana Opanię i to on (razem z Bogusławem Lindą) podnosi całość na wyższy poziom. Cyniczny, złamany przez życie alkoholik, który zbyt wiele widział, by poczuć entuzjazm strajkujących, a do tego ma delirium (zakaz sprzedaży alkoholu). Ale jego przemiana jest pokazana bez fałszu, o co było bardzo ciężko.

Ciężko mi ten film jednoznacznie ocenić ten film. Z jednej strony jest kroniką ważnego okresu historycznego, ale z drugiej nie wywołuje on aż tak wielkiego zaangażowania jak poprzednik. Wtórny, niepozbawiony dłużyzn, lecz także ma kilka świetnych dialogów, dobrych ról oraz niezapomnianych scen (fragmenty z grudnia ’70 czy rozmowa z Agnieszką).

7/10

Radosław Ostrowski

Ostrzeżenie

Bohaterem tego filmu jest matematyk Jon, który ma pewne problemy psychiczne. Razem z kumplem wyruszają na stację benzynową. Niestety, dochodzi do napadu i kumpel Jona zostaje postrzelony. Nie ginie, ale zapada w śpiączkę. Dziesięć lat później na stacji benzynowej pojawia się chłopiec o imieniu Nico. Jest gnębiony przez kolegów z klasy, zaś matka jest kompletnie bezsilna. W tym samym czasie Jon, męczony przez wyrzuty sumienia, dokładniej bada sprawę napadu. I odkrywa, że w tym miejscu było już kilka przestępstw.

ostrzezenie1

Hiszpański thriller od Netflixa, choć na pierwszy rzut oka nie wydaje się mieć z tym gatunkiem nic wspólnego. Cała narracja tutaj oparta jest na dwóch wątkach, które przecinają się dopiero w finale. Przez co można odnieść wrażenie, że to bardziej dramat niż dreszczowiec. Spoiwem łączącym obydwa wątki jest stacja benzynowa i sklep całodobowy. Miejsce – jak się potem okazuje – nawiedzone, gdzie co kilkanaście działo się coś złego: zamach dokonany przez ETA, zabójstwo kochanki czy nieudany napad na bank zakończony rzezią. Powolne odkrywanie tajemnic staje się obsesją Jona, coraz bardziej psując jego zdrowie psychiczne. Z drugiej strony mamy wychowanego przez matkę 10-latka. Chłopiec nie radzi sobie w relacjach z rówieśnikami, boi się wszystkiego i ma tylko jedną przyjaciółkę. A przełamanie „klątwy” ma być dla niego szansą na pokonanie lęku. Przynajmniej tak to widzi matka, bo chłopak jest bardzo przerażony.

ostrzezenie2

„Ostrzeżenie” pod względem realizacyjnym jest zwyczajnie solidnym. Uwagę zwracają zdjęcia, zwłaszcza gdy nasz bohater zbiera informacje. Kolorystyka jest bardzo ciemna, wiele momentów jest ubarwionych obecnościami robactwa. Dla mnie problemem jest absolutny brak napięcia. Po prostu oglądałem film z dużą obojętnością, a dwutorowa narracja bardzo wybijała mnie z rytmu. Jedynym zaskoczeniem był dla mnie finał, ale to nie było w stanie uratować tego dzieła.

ostrzezenie3

Dla mnie najmocniejszym punktem pod względem aktorskim jest Raul Arevalo. Jon w jego wykonaniu to lekki maniak, samotnik oraz wręcz paranoik. Nie bierze leków, bo tępią mu mózg. Ale jednocześnie jako jedyny próbuje coś zrobić z tym całym zamieszaniem. Ale cała reszta postaci nie wybija się z poziomu solidności.

„Ostrzeżenie” mogłoby być kolejnym intrygującym thrillerem z Hiszpanii. Problemem dla mnie jednak jest realizacja oraz kompletna obojętność podczas oglądania. Szkoda, bo punkt wyjścia był bardzo obiecujący.

6/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z marmuru

Czerwiec 1976, czas strajku robotników w Radomiu i Ursusie. Ale tego tutaj nie zobaczycie, bo bohaterka jest Agnieszka. To młoda dziewczyna, próbująca nakręcić swój film dyplomowy, tylko że temat jest dość zaskakujący jak na ten wiek. Chce ustalić losy przodownika pracy – Mateusza Birkuta, którego historia urywa się w roku 1951. Kroniki, dokumenty – wszystko wyparowało. Zostali jeszcze ludzie, tylko czy uda się z nich wyciągnąć informacje?

czlowiek z marmuru3

Jeden z tych filmów Andrzeja Wajdy uważany za najważniejszy. Choć scenariusz powstał już w 1962 roku, nie było zgody na realizację. Próba rozliczenia z czasami stalinizmu była bardzo trudnym tematem, a wiele filmów próbujących opowiedzieć o tym (m.in. „Życie raz jeszcze” Morgensterna) trafiało na półki na wiele, wiele lat. Dopiero wsparcie udzielone przez ministra kultury Józefa Tejchmy spowodowało, że film udało się zrealizować, zaś mimo negatywnych recenzji (bo tylko takie zostały dopuszczone do druku przez cenzurę), obejrzało go ponad 2,5 miliona widzów. Z czego wynika fenomen tego dzieła?

czlowiek z marmuru1

Sama konstrukcja przypomina reportaż, gdzie mamy rozmowy z postaciami i wszystko przeplatane retrospekcjami oraz materiałami archiwalnymi. Ale w tej dziś klasycznej formie oraz konstrukcji tkwi największa siła tego filmu. Reżyserowi udaje się zrekonstruować czasy, kiedy do władza popierała oraz wspierała ruch robotniczy, wznosząc ich przedstawicieli na piedestał. Byli obecni wszędzie – na zjazdach partii, galeriach sztuki, byli pierwszymi celebrytami swoich czasów. Pod jednym warunkiem, że szli zgodnie z drogą oraz doktryną partii. Jak zaczniesz chcieć czegoś więcej, np. lepszych warunków pracy czy wstawisz się za kolegą oskarżonym o szpiegostwo, wtedy zostaniesz przeżuty, strawiony i wypluty. Wtedy zostaniesz wymazanym z pamięci, stając się kompletnie nikim.

czlowiek z marmuru5

Powolne odkrywanie kolejnych tajemnic przypomina oglądanie kryminału. Pojawia się więcej zagadek, postaci z bardzo zmienionymi losami (oskarżony o sabotaż teraz jest dyrektorem Huty Katowice, były ubek zostaje dyrektorem klubu, a początkujący reżyser staje się ważną osobistością). Sprytnym zabiegiem było wplecenie prawdziwych materiałów archiwalnych oraz stylizacja wielu scen na filmy z Kroniki Filmowej. Wajda wykorzystuje to, by zaatakować system pełen przekłamań i oszustw. A co gorsza, pewne zachowania (nie rób tego, nie mów o tym) pokazują pewną zgniliznę systemu, bojącego się pewnych niewygodnych tematów. Zupełnie jakby nie opowiadanie o pewnych rzeczach, miało być zamknięciem sprawy. Tylko, czy aby to na pewno właściwa droga?

czlowiek z marmuru4

Do tego Wajdzie udało się zebrać bardzo mocnych aktorów. Główne role dostali młodzi, dopiero zaczynający swoją drogę i wypadli fenomenalnie. Debiutująca Krystyna Janda (rola mocno inspirowana osobą Agnieszki Osieckiej – mało kto wie, że studiowała reżyserię w łódzkiej Filmówce) tutaj bardzo elektryzuje. Sprawia wrażenie zdeterminowanej, niepokornej, twardo dążącej do celu, nawet za cenę podstępu (włamanie się do Muzeum Sztuki czy próba rozmowy z Michalakiem za pomocą ukrytego mikrofonu). Tu czuć zarówno w bardzo energicznym sposobie wysławiania czy mowie ciała. Równie wyrazisty jest tutaj Jerzy Radziwiłowicz w roli zaginionego Birkuta. Początkowo sprawia wrażenie prostego człowieka ze wsi, ale z czasem staje się coraz bardziej niezłomnym monolitem. Uparty, nieustępliwy, nie potrafiący się do końca dostosować do nowych czasów oraz założeń partyjnych. Na jego losach widać jak system traktuje ludzi myślących inaczej. Na drugim planie nie brakuje masy wyrazistych kreacji ze świetnym Tadeuszem Łomnickim (reżyser Burski, będący typem karierowicza) oraz Michałem Tarkowskim (Wincenty Witek – przyjaciel Birkuta) na czele. A wartych uwagi epizodów jest tutaj więcej, ale polecam je samemu odkryć.

czlowiek z marmuru2

„Człowiek z marmuru” uważany jest za odpalający nurt kina moralnego niepokoju. Wajda tutaj dokonuje wręcz bezpardonowego ataku na system w sposób absolutnie bezkompromisowy. Mimo lat, nadal pozostaje ostrym kawałkiem kina, przypominając jeden z mrocznych fragmentów naszej przeszłości.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Incydent

Punkt wyjścia tej historii wydaje się prosty i niezbyt interesujący. Małżeństwo w wieku średnim przeprowadza się do San Diego, gdzie czeka na nich nowa praca. Jadą autem przez niemal pustynny krajobraz, kiedy nagle samochód się psuje. Po jakimś czasie pojawia się dużą ciężarówka, której właściciel proponuje przewiezienie do zajazdu, by wezwać pomoc. Kobieta decyduje się wyruszyć, a mąż zostaje, by popilnować auta. Po pewnym czasie zauważa, że pojazd został uszkodzony (odpięto kable od silnika), zaś jego żona nigdy nie dotarła do umówionego miejsca.

incydent1

Jonathan Mostow dla wielu kinomanów to twórca kojarzony z trzecim Terminatorem (o którym niemal wszyscy chcą zapomnieć) oraz wojennym „U-571”. Najciekawszym filmem w jego dorobku pozostaje debiutancki „Incydent”. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się zbyt ciekawym thrillerem, bo wszystko wydaje się dość proste. Wiemy, że zaginięcie nie było przypadkowe, a intryga – mimo prostoty – potrafi wciągnąć. Motywacja antagonistów wydaje się prosta, a zagubienie i początkowa dezorientacja protagonisty zmienia się w determinację oraz walkę. Nawet jeśli wydaje się być pozbawiony przewagi. Tylko, czy uda się oszukać porywaczy i odnaleźć żonę?  Mimo wykorzystania otwartej przestrzeni, atmosfera zaszczucia i klaustrofobii jest bardzo namacalna. Każdy ruch może być tym ostatnim, zaś napięcie jest tutaj budowane bardzo pewna ręką. Rozmowa w banku, pościg oraz ukrywanie się w ciężarówce czy finałowa konfrontacja na moście pokazuje, jak wielki talent miał Mostow. Zdjęcia te pokazują bezkresną przestrzeń drogi, co tylko potęguje (przez ponad połowę filmu) poczucie bezsilności.

incydent2

Wszystko się zmienia w momencie, gdy nasz bohater zaczyna wykazywać się sprytem (moment przekazania forsy jednemu z członków gangu). Nie jest to jednak zmiana gwałtowna, bo mężczyzna musi dalej działać z ukrycia. Dochodzi jednak do otwartej konfrontacji i choć nadal czuć suspens, to jednak wszystko wydaje się bardziej efekciarskie niż efektowne. Ale i tak seans należy do bardzo przyjemnych.

incydent3

Tutaj aktorsko błyszczy Kurt Russell, który zawsze jest świetny. Tutaj gra everymana, wpakowanego w nienormalną sytuację, zaś w jego oczach dominuje głównie strach. Bardzo zależało mi na tym, by mu się udało, a początkowe, desperackie próby szukania (m.in. wyrwanie szefowi zamówień) to pokaz szerokiego zasięgu umiejętności aktora. Po drugiej stronie mamy J.T. Walsha w roli opanowanego antagonisty, który spokojnym głosem budzi przerażenie. I ten pojedynek potrafi elektryzować aż do samego końca.

„Incydent” wydaje się być troszkę zapomnianym thrillerem w dobrym stylu. Skromna produkcja, potrafiąca budować napięcie, pokazując świetną rękę Mostowa oraz ogromny potencjał jaki miał ten reżyser. Szkoda, ze już potem nie zbliżył się do tego poziomu.

7/10

Radosław Ostrowski

Rocketman

Każda osoba, która choć troszkę interesuje się muzyką kojarzy nazwisko Eltona Johna. Niby rockman, ale grający na fortepianie, mieszający gatunki oraz robiący na scenie wielkie show. Aktywny od ponad 50 lat, choć ostatnio przeszedł na muzyczną emeryturę. Ktoś jednak doszedł do wniosku, że jest to postać na tyle ciekawa, by nakręcić o nim film. Zadania podjął się Dexter Fletcher, jednak nie jest to stricte film biograficzny, tylko historia w konwencji musicalu.

rocketman1

Wszystko zaczyna się, kiedy nasz bohater trafia na odwyk. I już na dzień dobry sam Elton mówi, co mu dolega: alkohol, seksoholizm, narkotyki, zakupoholizm. Innymi słowy, przestał kontrolować swoje życie. I podczas kolejnych scen zaczynamy poznawać go coraz bliżej. Od dzieciństwa, kiedy był wychowywany przez matkę i babcię (ojciec zostawił ich), naukę w Akademii Muzycznej aż do sytuacji, kiedy szef wytwórni daje chłopakowi teksty, by napisał do nich muzykę. Tak poznaje Bernie’ego Taupina, który staje się jego najbliższym przyjacielem. Ale jest jeszcze menadżer John Reid (pamiętacie go z „Bohemian Rhapsody”, prawda?), czyli ta bardziej mroczna strona sukcesu.

Twórcy pozbawieni obowiązku ścisłego trzymania się faktów, pozwalają sobie na wiele i są tego w pełni świadomi. Pojawia się masa musicalowych wstawek m.in. w pierwszej piosence czy podczas pierwszego występu w pewnym podrzędnym barze, zakończonym bijatyką. Piosenki za to dobrane są idealnie do wydarzeń, podbudowując je oraz korespondując ze stanem emocjonalnym oraz opisując moment życia sir Eltona. Dlatego podczas pierwszego występu w USA (Klub Trubadur) słyszymy „Crocodile Rock” czy podczas kolacji z matką pod koniec jest „Sorry Seems To Be the Hardest Word”. Takich smaczków jest więcej, a kilka scen (m.in. mały Elton w swoim pokoju „dyrygujący” orkiestrą czy topiący się w basenie) to inscenizacyjne perełki. Takie momenty czynią ten film ciekawszym, wybijając go z konwencji klasycznego bio-picu.

rocketman4

Fletcher bardzo pewnie stąpa po gatunku, a jednocześnie nie czuć tutaj, że film powstał tylko dla kasy. Bo skoro biografia Queen, o której już pamiętają tylko nieliczni, to trzeba kuć żelazo póki gorące. Największe wrażenie zrobiło na mnie nie tyko odtworzenie klimatu lat 70. oraz tej wizualnej otoczki, ale kostiumy Eltona, w których występował na koncertach. Ta cekinada, krzykliwe kolory, wręcz kiczowata otoczka odtworzona jest wręcz po mistrzowsku. Wali to po oczach (w końcu o to chodzi), ale też oddaje szołmeńską stronę naszego bohatera.

rocketman2

Choć nie jest to film pozbawiony wad, bo parę wątków nie wybrzmiewa zbyt mocno (żona Renata pojawia się na chwilę), a kilka decyzji montażowych może wywoływać zgrzyt (orgia zmieszana ze wspomnieniami z dzieciństwa). To są jednak bardzo drobne rysy na tym dziele, które na wyższy poziom wznosi niejaki Taron Egerton. Sam wybór do tej roli jest idealnym castingiem, zaś aktor wyciska z tej postaci maksimum możliwości. Do tego sam śpiewa wszystkie piosenki (i robi to naprawdę dobrze), choć głosu nie ma aż tak zbliżonego do oryginału. Mi to nie przeszkadzało. A jednocześnie udaje się bardzo przekonująco pokazać skonfliktowanie (tłumiony homoseksualizm, zagubienie, ciemna strona sławy, niska samoocena) tylko za pomocą spojrzenia czy sposobu mówienia. Ale jak wchodzi na scenę, to charyzma wylewa się z niego wiadrami. Wydawałoby się, że drugi plan z powodu dominacji charyzmatycznego frontmana będzie zwyczajnie nijaki. Nieprawda. Tu na tym polu wybija się fantastyczny Jamie Bell jako Bernie Taupin. Tutaj widać rodzącą się więź i przyjaźń między tą dwójką, zaś sam Bell jest uroczy po prostu. No i jeszcze jest Richard Madden jako menadżer John Reid. Facet udający przyjaciela, a może nawet kogoś więcej, lecz tak naprawdę jest śliskim manipulatorem myślącym tylko o zyskach i kasie. Takich nie chcecie spotkać na drodze.

rocketman3

„Rocketman” to nietypowa biografia, nie bojąca się pokazywać także tej mrocznej strony sławy i jest taka jak jej bohater. Mieni się różnymi kolorami, pełna jest energii i pokazuje jak wielką siłę ma miłość (w różnych odcieniach) oraz wsparcie najbliższych osób, co najdobitniej widać w finale. Jestem oczarowany, poruszony i zachwycony.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Opiekun

Dla Bena Benjamina ostatnie lata nie były zbyt łaskawe. Po rodzinnej tragedii przestał pisać, rzuciła go żona (nie chce on podpisać papierów rozwodowych) i od dłuższego czasu nie może znaleźć pracy. Zapisuje się na kurs opiekuna, by podjąć się tego zadania. Jego pierwsze zlecenie może być dość trudne, bo „klientem” jest Trevor: chłopak cierpiący na dystrofię mięśniową (nie jest w stanie samodzielnie się poruszać). Chłopak jest dość trudny w obyciu i ma dość nietypowe hobby – zbiera informacje o bardzo oryginalnych miejscach. Mężczyzna postanawia wykorzystać to i proponuje wyruszenie do tych miejsc.

opiekun1

Netflix nie ma ręki do filmów – taka opinia się przyjęła przez lata. Jednak w morzu średniaków i słabizn można wyłuskać kilka ciekawych propozycji. Taki jest film Bena Burnetta, mocno budzący skojarzenia z „Nietykalnymi”. I nie chodzi tutaj o relację między opiekunem a nazwijmy go „klientem”, ale także o balansowanie między humorem a powagą. Brak doświadczenia Bena zderzony z dość niewyparzoną gębą oraz irytacją odczuwalną w Trevorze doprowadza do spięć, wręcz elektryzuje. Ale kiedy fabuła idzie w stronę kina drogi. Podróż dla obydwu panów będzie szansą na przewartościowanie pewnych rzeczy. Bo Trevor jest bardzo zamknięty, niepewny, mocno osadzony w swojej wieży zwanej tu pokojem. Trzyma się z góry określonego porządku, trzyma się na dystans i stworzył pancerz w postaci bezczelnego chłopaka. Ben też skrywa tajemnicy, ma minę zbytego psa, sprawia wrażenie człowieka bardziej wegetującego niż żyjącego. Potrafi jednak dostrzec pewne drobiazgi i chce wszczepić radość życia swojemu podopiecznemu. Ale po drodze pojawia się jeszcze trzecia osoba – zagubiona nastolatka Dorothy, szukająca drogi do Denver. I w tym momencie „Opiekun” zaczyna zahaczać w kierunku kina inicjacyjnego, zaś wątek romansowy brzmi szczerze, nie rezygnując z humoru (pierwsze słowo wypowiedziane przez chłopaka do Dot – mistrzostwo podrywu 😉).

opiekun2

Sama realizacja bardzo przypomina kino niezależne. Czyli nie mamy budżetu, ale i tak film wygląda ładnie. Rzadko obecne krajobrazy oraz nietypowe miejsca (farma z największym wyrzeźbionym bykiem czy największa dziura świata) dodają pewnej wyjątkowości do tego projektu. W tle gra bardzo delikatna muzyka, co pomaga wejść w nastrój.

opiekun3

Muszę przyznać, że także aktorsko jest bardzo dobrze. Kompletnie mnie zaskoczył Paul Rudd, bardziej poważny niż zwykle oraz z bardzo melancholijnym wyrazem twarzy. To najbardziej wyciszona kreacja tego aktora, choć nie pozbawiona komediowych momentów (próby nauczenia chłopaka… sikać na stojąco czy rady podczas podrywu). Aktor potrafi się wykazać i ma świetnego partnera w postaci Craiga Robertsa, choć jego postać na początku ciężko polubić. Bo Trevor jest złośliwy, wręcz bezczelny oraz pełen dość specyficznego poczucia humoru. Początkowe utarczki zamieniają się w głęboką, poważną więź. Gdyby ta relacja by zawiodła, film też byłby słaby. Drugą niespodzianką była naprawdę dobra Selena Gomez jako nie do końca mająca plan na życie Dot. Naturalna, troszkę rzucająca mięsem, ale mająca troszkę inną twarz. Jest też dość nadopiekuńcza matka w wykonaniu Jennifer Ehle.

Pozornie zwykły film obyczajowy, ale tak naprawdę to bardzo ciepłe, niepozbawione humoru kino drogi. Nawet Netflix miewa czasem przebłyski i potrafi stworzyć niegłupi film z bardzo nietypową rolą Rudda.

7,5/10

Radosław Ostrowski