Wilkołak

Oglądanie polskich filmów czasami przypomina horror. I to niekoniecznie ten z wysokiej półki. Przerażenie budzi nie sytuacja na ekranie, lecz byle jakie wykonanie, a zamiast strachu jest śmiech, niesmak, żenada. Ale co się stanie, jeśli polski reżyser postanowi nakręcić horror osadzony w naszym kraju? Sama ta zbitka budzi raczej negatywne skojarzenia („Pora mroku”, „Hiena”), chociaż ostatnimi laty pojawiły się pewne eksperymenty z tym gatunkiem („Córki dancingu”, „Demon”, „Wieża. Jasny dzień”). W jaką stronę idzie „Wilkołak”?

Fabuła osadzona jest w roku 1945. To jest ten czas, kiedy rozpętał się pokój, ale oznacza to, iż jest spokojnie i bezpiecznie. Bohaterami jest grupka dzieci z wyzwolonego obozu koncentracyjnego. Do grupy zostaje dokooptowany chłopak zwany Hanysem. Cała ta grupa trafia do dawnego pałacu, który zostaje przerobiony na sierociniec. Nie ma tu zbyt wiele jedzenia, ale jest za to las. Cały problem polega na tym, że w okolicy grasują wygłodniałe owczarki niemieckie, tresowane przez SS-manów z obozu.

wilkolak3

Reżyser Adrian Panek chyba lubi wyzwania, bo tutaj zależało od trzech czynników. Po pierwsze, jest to horror. Po drugie, dzieci w rolach głównych, bo poziom aktorstwa dziecięcego u nas nie jest zbyt wysoki. Po trzecie, jeszcze potrzebne są wytresowane zwierzęta. I to razem ma zadziałać jako film grozy. Przecież to nie miało prawa wypalić, prawda? Ale nasz twórca postanowił udowodnić, że da się. I o dziwo to wypaliło. Dlaczego? Już mówię.

wilkolak4

Panek pozornie buduje prostą opowieść o naznaczonych wojną dzieciach, które muszą się odnaleźć w nowym świecie. Tylko, że tej traumy nie da się wymazać tak od razu. Każde z tych dzieciaków reaguje różnie: wycofaniem, utratą mowy, chęcią ucieczki. Prawdziwa groza i strach siedzi w głowie, a psy są tutaj tylko namacalnym wcieleniem. Niemal przez cały film przewija się dylemat. Co jest ważniejsze: zachowanie człowieczeństwa czy instynkt przetrwania. Zaś skojarzenia z „Władcą much” są jak najbardziej na miejscu. Do tego twórca ciągle balansuje między realizmem a baśniowością. Dialogów jest tutaj bardzo niewiele, zaś relacje między postaciami są zarysowane przy pomocy spojrzeń, gestów. A każde wypowiadane słowo, ma swoją wagę i ciężar.

wilkolak2

A jak z budowaniem napięcia? Więcej niż satysfakcjonująco. Mamy grupkę dzieci, zamkniętą przestrzeń oraz psy czekające na żer. Przestrzeń jest bardzo dobrze wykorzysta, klimat potęgują świetnie wykonane zdjęcia (zwłaszcza te nocne) oraz dobrze wykorzystane zdjęć. Nie brakuje nawet jump-carów użytych z głową czy świetnie zainscenizowanej próby przebicia się do wojskowej ciężarówki (w slow-motion). Pokazane i poprowadzone bez zarzutu, za co Panka należy pochwalić.

wilkolak1

Tak samo fantastycznie zagrały dzieci, nawet jeśli nie miały zbyt wiele czasu do roboty. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie trzy postacie: Władek, Hanys oraz Hanka. Pierwszy grany przez Kamila Polnisiaka jest wycofany, małomówny, mocno oddzielony od grupy. Można powiedzieć, że jest antagonistą, jednak to postać o wiele bardziej złożona niż się wydaje. Hanys w wykonaniu Nicholasa Przygody także jest fantastyczny i stara się być kimś w rodzaju frontmana. I tutaj między tymi chłopakami czuć pewne spięcia. Ale dla mnie film kradnie Sonia Mietielica, będąca kimś w rodzaju opiekunki grupy dzieci. Samą swoją obecnością przekazuje więcej emocji i mam nadzieję, że jeszcze o niej usłyszymy.

Kiedy wydaje się, że dobry polski horror brzmi jak oksymoron, pojawia się „Wilkołak” i wszystko swoim wrogom zamyka usta. Naprawdę daje się stworzyć film, który będzie straszył, trzymał w napięciu i jednocześnie nie wygląda tandetnie czy kiczowato. Czekam na więcej tego typu kina.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Alita: Battle Angel

Przyszłość jest dla nas nieodgadniona. Jest XXVI wiek, kiedy to doszło do Upadku, zaś na świecie przetrwało tylko jedno latające miasto – Zalem. Wszyscy inni znajdujący się na dole przebywają z Żelaznym Mieście, gdzie pracują najbiedniejsi. Jednym z takich ludzi jest doktor Ido: lekarz zajmujący się leczeniem cyborgów oraz ludzi z mechanicznymi wszczepami. Podczas szukania kolejnych części znajduje dziewczynę, której mózg ocalał. Naukowiec przytwierdza ją do mechanicznego ciała nastolatki i tak rodzi się Alita: szczera dziewczyna z wymazaną przeszłością.

alita1

Adaptacja mangi „Gunnm” była planowana już w latach 90. przez Jamesa Camerona. Jednak ówczesna technologia jeszcze nie pozwalała na pokazanie wizji, jakiej chciał filmowiec. Ostatecznie reżyser „Terminatora” skupił się na tworzeniu „Avatara”, zaś „Alitę” zrealizował Robert Rodriguez. Filmowiec ten specjalizował się w kinie klasy B, ale teraz przyszła pora na blockbuster. Muszę przyznać, że czuć rękę Rodrigueza. Sama historia to niemal klasyczne kino młodzieżowe w otoczce SF. Czego tu nie ma: miłość od pierwszego spojrzenia (niejaki Hugo), poznawanie samej siebie i próba odzyskania wspomnień. W tle mamy niebezpieczny sport zwany Motorballem, który może zapewnić wejście do Zalemu. Ale intryga coraz bardziej zaczyna się gmatwać, pojawia się parę wolt, zaś świat klimatem przypomina cyberpunkowy świat.

alita2

Samo tło jest tylko liźnięte i stanowi pretekst do bezpretensjonalnej rozwałki. Dół to dzielnica nędzy, gdzie ludzie szukają sposobu wejścia na górę. Samej góry nie widzimy, ale podejrzewamy, iż może być tam raj dla najbardziej bogatych i wpływowych. W tle jeszcze mamy zawodników Motorballa, pełniący rolę policjantów Łowcy-Wojownicy, mordercy. Może i jest to mocno uproszczone, ale intryguje. Gdy dochodzi do scen akcji, całość zaczyna nabierać rumieńców oraz kopa. Bijatyki i naparzanki wyglądają wręcz obłędnie – pierwsza bójka Ality, scena w barze czy „eliminacje” Motorballa. Wygląda i brzmi to znakomicie, czując rękę Rodrigueza oraz pracę kamery legendarnego Billa Pope’a („Matrix”, trylogia „Spider-Man” Raimiego).

alita3

Żeby jednak nie było słodko, „Alita” ma parę wad. Po pierwsze, czuć pewne poczucie deja vu. Cyberpunkowy klimat budzi automatyczne skojarzenia z klasyką, choć zaskakujący jest fakt, że większość akcji toczy się za dnia. Po drugie, obecność wątków young adult, zwłaszcza wątek romansowy jest delikatnie słaby. Dialogi podczas tych scen potrafią mocno sprawić ból uszu, co może być spowodowane nijakością wybranka serca. Po trzecie, sam świat nie jest zbyt wyraziście zarysowany, bo wiele rzeczy zostaje zaledwie liźnięty. Za to mogą się podobać fantastyczne efekty specjalne, gdzie wyglądy robotą są niesamowite.

alita4

Aktorsko jest dość nierówny, ale jest jeden mocny atut. Debiutująca na ekranie Rosa Salazar jest cudna w tej roli. Budzi nie tylko sympatię, ma zadziorny charakter oraz twarde pięści. Jest troszkę naiwna, ale powoli zaczyna odkrywać w sobie brutalną, ostrą siłę. Chce się coraz lepiej poznać tą postać oraz jej przeszłość. Z drugiego planu najbardziej wybija się Christoph Waltz jako dr Ido. Tutaj aktor zamiast bycia typowym złolem, staje się mentorem oraz niejako ojcem dla naszej protagonistki. Reszta obsady (zwłaszcza pomocnicy głównego złola, grani tutaj przez Jennifer Connelly oraz Mahershalę Ali) sprawiają wrażenie niewykorzystanych. Są niezbyt wyraziście zarysowani, zaś motywacje pozostają niezbyt wyraźnie zarysowane.

„Alita: Battle Angel” jest udaną adaptacją mangi dokonanej przez Amerykanów. Ze wszystkimi wadami i zaletami, gdzie nie brakuje przegięcia (postać Waltza ze zmutowaną wersją Mjolnura), absurdu oraz obiecującą wizją świata. Naprawdę chciałbym zobaczyć sequel, lecz wyniki box office nie daje szans.

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek na torze

Rok 1950, gdzieś na Śląsku. Wszystko zaczęło się dość niewinnie, bo jedzie pociąg nocą. Jednak spokojna jazda zostaje przerwana z powodu człowieka na torze. Przejechanym mężczyzną był zwolniony wcześniej maszynista Orzechowski. Jednocześnie okazuje się, że na semaforze była zapalona tylko jedna lampa. Czyżby maszynista z zemsty dokonał sabotażu? Jeśli tak, to dlaczego stanął na torze? Specjalnie powołana komisja ma ustalić przebieg wydarzeń.

czlowiek na torze1

Andrzej Munk swoim debiutem z 1956 roku niejako rozpoczął nurt zwany polską szkołą filmową. Filmy te zaczęły dotykać tematów jakie wiele lat wcześniej były nietykalne. I nie chodzi tylko o czas wojenny (AK, Powstanie Warszawskie), ale też ówczesną rzeczywistość. „Człowiek na torze” ma tutaj formę tzw. produkcyjniaka. Czym były te produkcje? To były toczące się historie w środowisku robotniczym, skupione wokół kolektywu i realizacji jakiegoś planu. Postacie też wydają się wycięte z kartonu: młody idealista, kolektyw, wierny ideologii postępowiec, nie potrafiący się dostosować konserwatyści, sabotażyści czy wrogowie klasowi. Pierwsze minuty, kiedy komisja próbuje zebrać fakty, wydają się iść w tym kierunku. Lecz Munk jest bardziej cwany niż się wydaje i obnaża cała konwencję, pokazując jej pustkę oraz nijakość. Wszystko zaczyna nabierać więcej odcieni szarości.

czlowiek na torze2

Reżyser wykorzystuje te elementy do stworzenia kryminału. Wszystko skupia się wokół śledztwa, gdzie poznajemy relację trzech osób: członka komisji – zawiadowcę Tuszkę, mechanika Zaporę oraz dróżnika Sałatę. Każda z tych retrospekcji zaczyna rzucać nowe światło nie tylko na wydarzenia, ale i na samego Orzechowskiego. Niby kolejarz starej daty (jeszcze z czasów I wojny światowej), nie dostosowujący się do socrealistycznych norm, ale jest to profesjonalista, dla którego praca jest sensem życia. Bo gdzieś w realizacji tych wszystkich planów narzucanych przez system, człowiek wydaje się praktycznie nikim. Dla naszego maszynisty pójście na kompromisy (palenie gorszym węglem, wyrabianie się z czasem) wydaje się być niemal równoznaczne ze zdradą. Zdradą etosu pracy, etyki. Prawdę tą pokazuje tak naprawdę tylko zderzenie wszystkich relacji ze sobą, gdzie pewne rzeczy zaczynają nabierać nowego znaczenia.

czlowiek na torze3

Nadal wrażenie robi fantastyczny montaż oraz dialogi, do których ucho ma Jerzy Stefan Stawiński. Do tego najbardziej zaskakujący jest tutaj brak muzyki. Jej role pełnią tutaj dźwięki wydawane w tle przez pociągi oraz maszynerię. To nadaje rytmu całości, a nawet potrafi zbudować napięcie (scena przesłuchania dróżnika), co nadal robi wrażenie. Tak samo jak kapitalne aktorstwo, które za nic nie chce przejść do lamusa. Wielkie wrażenie robi Kazimierz Opaliński jako pozornie ostry Orzechowski oraz Zygmunt Maciejewski w roli wprowadzającego nowe porządki Tuszkę, a także Zygmunt Listkiewicz jako Zapała, powoli znoszący zachowania Orzechowskiego. Nawet drobne epizody zapadają w pamięć, co nawet dzisiaj wydaje się rzadkością.

Dla wielu problemem może być dość spokojne tempo oraz propagandowa nowomowa będąca gdzieś w tle. Ale „Człowiek na torze” trzyma w napięciu niczym rasowy dreszczowiec. Munk wymierza cios socrealizmu, burząc panujące filmowe normy, a za nim poszli kolejni reżyserzy.

8/10

Radosław Ostrowski

John Huston – 5.08

hustonReżyser, scenarzysta, aktor, producent.

Urodził się 5 sierpnia 1906 roku w Nevadzie. Syn aktora Waltera Hustona oraz komentatorki sportowej Rhei Gore. Kiedy miał sześć lat, jego rodzice rozwiedli się, a sam John uczył się w szkołach z internatem. Jako dziecko chorował z powodu wielkiego serca oraz nerek. W wieku 15 lat rzucił szkołę i zaczął trenować boks. Oprócz boksu interesował się malarstwem, operą, literaturą angielską i francuską, baletem oraz jazdą konną. Zanim zaczął karierę filmowca, zaczął pisać. Najpierw była sztuka „Frankie i Johnny” (oparta na popularnej piosence), a potem publikował swoje opowiadania w Esquire, Theatre Arts oraz New York Times. Dzięki wpływom ojca trafił do branży filmowej, najpierw jako dialogista m.in. przy „Wyroku morza” (1931), „Zabójstwie przy Rue Morgue” (1932) czy „Law & Order” (1933).  Przy pierwszym filmie poznał reżysera Williama Wylera, który stał się jego mentorem i przyjacielem. W tym czasie Huston lubił sobie zabawić i wypić. Okres ten dla filmowca skończył się w momencie, gdy spowodował on wypadek samochodowy, w którym śmierć poniosła aktorka Tosca Roullien. Huston musiał opuścić Hollywood i przeniósł się do Londynu oraz Paryża.

Na szczęście po kilku latach John Huston wrócił do Ameryki i znów zaczął pracę już jako scenarzysta. Tworzył fabuły m.in. do filmów „Jezebel – dzieje grzesznicy” (1937), „Juarez” (1939), „Eksperyment doktora Ehricha” (1940) czy „Sierżant York” (1941). Dwa ostatnie skrypty przyniosły Hustonowi nominacje do Oscara oraz uznanie środowiska. W końcu zdecydował, że spróbuje swoich sił jako reżyser. Ale jego szefowie (wytwórnia Warner Bros.) postawili mu warunek: jego następny scenariusz musi być wielkim hitem. Na szczęście „High Sierra” w reżyserii Raoula Walsha spełniła ten warunek, a Huston zaczął karierę reżyserską. I już swoim debiutanckim „Sokołem maltańskim” zwrócił uwagę całego środowiska. Zdążył jeszcze nakręcić dwa filmy („Takie nasze życie” i „Przez Pacyfik”), kiedy w 1942 roku wstąpił do armii. Służył jako filmowiec, kręcąc filmy dokumentalne. Służbę zakończył w 1946 roku w randze majora.

Sam Huston był czterokrotnie żonaty, a z tych związków miał troje dzieci (adoptowanego syna Pablo, córkę Anjelikę – aktorkę oraz syna Tony’ego – obecnie adwokat). Zmarł 28 sierpnia 1987 roku w swoim domu w Middletown na rozedmę płuc.

Reżyser spośród nagród miał na swoim koncie 2 Oscary (i 11 nominacji), 3 Złote Globy (i 5 nominacji), nominację do BAFTY, Złotego Niedźwiedzia, Złotej Palmy, Złotej Maliny oraz Złotego Lwa za całokształt twórczości na MFF w Wenecji (do samej nagrody był nominowany 4 razy), a także Nagrodę Amerykańskiej Gildii Reżyserów za całokształt (do samej nagrody był nominowany 7 razy).

A oto ranking obejrzanych przeze mnie filmów Johna Hustona ułożone od najsłabszego do najlepszego. Zaczynamy.

Poza zestawieniem:
Casino Royale (1967)

Ta wariacja na temat przygód Jamesa Bonda (David Niven), który musi wrócić z emerytury do służby to jakaś totalna hybryda. Mieszanka absurdalnego humoru, seksualnych podtekstów, sensacji jest strasznie nierównym rollercoasterem, balansującym między błyskotliwością a żenadą. Niby poważne, a jednocześnie lekkie. Jednak scenariusz pisało ponad 10 osób, co musiało skończyć się chaosem i bałaganem. Filmu nie umieszczam w głównym rankingu, bo Huston był tylko jednym z pięciu reżyserów tego dziwadła – odpowiadał za sekwencje otwierające całość. Recenzja tutaj.

Miejsce 29. – Zbereźnik (1969) – 4/10

W założeniu to miała być łotrzykowsko-przygodowa komedia o drobnym złodziejaszku, który pragnie sławy. Sławy w swojej profesji, tylko że los ciągle z niego kpi. Humor oparty tutaj na slapsticku nie zawsze działa, fabuła jest przewidywalna i nieangażująca, zaś kilka scen rozebranych jest tu tylko po to, by przykuć uwagę oraz zrobić reklamę. Sytuację ratuje tylko grający główną rolę John Hurt, już tutaj pokazując swoje predyspozycje do zawodu. Recenzja tutaj.

Miejsce 28. – Barbarzyńca i gejsza (1958) – 5/10

Kto wpadł na tak niedorzeczny pomysł, żeby obsadzić Johna Wayne’a w roli pierwszego amerykańskiego konsula na japońskiej ziemi? Rozumiem, że chodziło o pewne przełamanie wizerunku, jednak efekt jest katastrofalny. Ale i sama historia pokazana z perspektywy przydzielonej politykowi gejszy wydaje się strasznie płytka oraz nieangażująca. Widać tutaj spięcia między reżyserem a wytwórnią (Huston chciał nawet wycofać swoje nazwisko z filmu, ale się nie udało), Wayne się dusi, zaś parę scen pokazujących obyczajowość Japończyków nie wystarczy. Podobnie jak scenografia oraz kostiumy. Recenzja tutaj.

Miejsce 27. – Przez Pacyfik (1942) – 5,5/10

Ten film chyba sam nie do końca wie, czym chce być. Punkt wyjścia jest obiecujący: kapitan Leland zostaje wydalony ze służby i trafia jako marynarz na statek. Tam pojawia się dość jowialny dr Lorenz oraz Albertę Marlow. A powoli zaczynamy odkrywać prawdziwy cel Lelanda, który jest szpiegiem. Sam film to dość dziwaczna hybryda, bo mamy kino szpiegowskie, romans pełen ciętych dialogów i klimat kina noir. Tylko, że te elementy nie spajają się ze sobą, zaś intryga nie wciąga, pozbawiona napięcia. Ale na szczęście jest niezawodny Humphrey Bogart oraz parę docinków między nim a Mary Astor, co czyni film strawnym. Recenzja tutaj.

Miejsce 26. – Człowiek Mackintosha (1973) – 6/10

Tutaj reżyser próbuje wejść w kino szpiegowskie zmieszane z kryminałem. Joseph Rearder zostaje zatrudniony przez szefa wywiadu brytyjskiego do kradzieży diamentów. Mimo sukcesu akcji, mężczyzna zostaje aresztowany, zaś w tym samym więzieniu przebywa oskarżony o szpiegostwo, a do gry włącza się syndykat zbrodni. Sama intryga jest dla mnie największym problemem: wiele rzeczy jest tłumaczone dialogi, bo inaczej można się w tym wszystkim pogubić. Nieczytelność intrygi drażni, ale nie brakuje mocnych scen jak ucieczka z więzienia, pościg samochodowy czy przewrotny finał. No i jeszcze Paul Newman, jak zawsze magnetyzujący, lecz film kradnie Dominique Sanda. Recenzja tutaj.

Miejsce 25. – Sędzia z Teksasu (1972) – 6/10

Bandyta Roy Bean po otarciu się o śmierć, decyduje się zostać sędzią w miasteczku. Debiutancki scenariusz Johna Miliusa zostaje nie do końca wykorzystany do końca. To chyba miał być taki westernowy odpowiednik „Lawrence’a z Arabii”, gdzie bohater (świetny Paul Newman) planuje stworzyć swoją wizję porządku i cywilizacji. Tylko, że to wszystko wydaje się miejscami mocno abstrakcyjne, wręcz groteskowe (scena, gdzie bohater z przyszłą żoną idą na piknik z… niedźwiedziem), pełne dziwacznego humoru. Dla mnie ta historia jest strasznie rozpasana, a finał wydaje się mętny. Niemniej jest w tym coś intrygującego. Recenzja tutaj.

Miejsce 24. – Biblia: Początek świata (1966) – 6/10

Hustona spojrzenie na pierwsze zdarzenia z Księgi Rodzaju. Wiec nie jest to adaptacje pełnego tekstu literackiego bestsellera wszech czasów. Muszę przyznać, że ten inscenizacyjny rozmach nadal tej epoki. Nie jestem w stanie uchwycić jak powstały takie sceny jak stworzenie świata czy potopu. To nadal wygląda świetnie, wrażenie robi muzyka Toshiro Mayzumiego oraz gwiazdorska obsada. Problem jednak w tym, że brakuje tutaj jakiegoś spoiwa, łączącego wszystkie wydarzenia i wątki. Recenzja tutaj.

Miejsce 23. – Nie do przebaczenia (1960) – 6/10

Film na ważny temat, który nie do końca zostaje wykorzystany. Bo mamy rodzinę na Dzikim Zachodzie, nawiedzaną przez tajemniczego nieznajomego. Seniorka rodu skrywa pewną poważną tajemnicę związaną przez córkę. Tutaj można było chwycić za kwestie rasizmu (dziewczyna okazuje się… Indianką), która doprowadza do zerwania więzi budowanych przez lata. Tylko, że ten temat jest ledwo liźnięty i potrafi zbyt lekko. A nawet Burt Lancaster i Audrey Hepburn nie są w stanie do końca wytrzeć tego wrażenia. Recenzja tutaj.

Miejsce 22. – – Takie nasze życie (1942) – 6,5/10

Film zrealizowany po debiucie, ale idący w inną stronę niż zwykle. Historia bardzo obyczajowa skupiona na dwóch siostrach oraz ich dylematach. Jedna jest bardzo rozpieszczoną, wręcz czerpiącą z życia garściami, druga wydaje się bardziej stąpająca po ziemi. Wszystko się zmienia, kiedy bardziej rozrywkowa siostra bierze za męża… narzeczonego swojej siostry. Zaskakująco kameralny i spokojny film, który jest dobrze zagrany. Ale problem w tym, że ta historia była niezbyt angażująca, może poza wątkiem związanego z wypadkiem. Czuć tutaj dylemat oraz ciężar. Recenzja tutaj.

Miejsce 21. – Szkarłatne godło odwagi (1951) – 6,5/10

Strasznie krótki dramat wojenny. Film opowiada o młodym chłopaku, który ucieka podczas pola bitwy. Zamiast scen batalistycznych jest tu kameralny konflikt, który jest nawet sensownie poprowadzony i wybrzmiewa. Czuć nastroje każdego z żołnierzy, a pytanie o granicę między odwagą a szaleństwem. Troszkę czuć dydaktyzm, brakuje jakiś znanych twarzy, co dodaje realizmu. Ale szkoda, że nie ocalały pełne materiały, bo brakuje jakiegoś większego rozmachu. Recenzja tutaj.

Miejsce 20. – List na Kreml (1970) – 7/10

To jeden z najbardziej gorzkich filmów w karierze reżysera. Grupa szpiegów CIA zostaje wysłana do Moskwy, by odzyskać list wysłany na Kreml. Sama intryga jest tutaj bardzo skomplikowana i wymaga skupienia, gdyż inaczej można się w tym pogubić. Samy morderstwa, próby uwodzenia, kradzież, szantaż oraz ciągła gra, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać. Gdzie prywatny interes jest ważniejszy niż dobro kraju. Recenzja tutaj.

Miejsce 19. – W zwierciadle złotego oka (1967) – 7/10

Zrobienie dobrego filmu według ambitnej literatury zawsze jest wyzwaniem. Nie inaczej jest z adaptacją powieści Carson McCullers, skupionej wokół kilku osób na terenie bazy wojskowej. major tłumiący swoje homoseksualne zapędy, jego żona zdradzająca go z przyjacielem, żona przyjaciela straciła dziecko. No i jeszcze szeregowy Williams, który lubi podglądać. Dużo jest niedopowiedzeń, atmosfera fatalistyczna, która musi skończyć się tragedią. Aktorstwo jest mocne, zdjęcia w złotym filtrze, tylko czasem trudniej wejść w głowę każdego z bohaterów. Recenzja tutaj.

Miejsce 18. – Mądrość krwi (1979) – 7/10

Film duchem przypominający kino niezależne. To opowieść o młodym człowieku (kompletnie zaskakujący Brad Dourif), który zostaje ulicznym kaznodzieją. Filmy dotykające kwestii wiary i religii są strasznie trudne, ale ta opowieść osadzona w realiach Południa (bieda, nędza, podniszczone budynki) działa i potrafi poruszyć. Retrospekcje mogą wywołać dezorientację, ale są istotne do zrozumienia naszego bohatera. Człowieka, który zwątpił i jest szczery w swoich przekonaniach, lecz na świecie wielu religijnych mówców jest. Recenzja tutaj.

Miejsce 17. – Afrykańska królowa (1982) – 7/10

Film uznawany za klasykę kina przygodowego. Tytułowa królowa to statek należący do marynarza Charliego Allnuta (nagrodzony Oscarem Humphrey Bogart). Właśnie nim płynie razem z mężczyzną siostra misjonarza, których placówka została zlikwidowana. Bardziej jest to zderzenie dwójki charakterów niż kino survivalowo-przygodowe, jednak chemia między Bogartem a Katherine Hepburn troszkę wynagradza pewną teatralność filmu. Recenzja tutaj.

Miejsce 16. – Annie (1982) – 7/10

Jedna z większych niespodzianek tego zestawienia, czyli musical z dziećmi w rolach głównych. Reżyser już nie młody, ale podołał zadaniu. Jest to opowieść o zaradnej dziewczynie z domu dziecka, która trafia do domu bogatego biznesmena. Może opowieść wydaje się troszkę naiwna, a choreografia scen tanecznych wydaje się prosta, ale w tej naiwności jest największa siła. Dzieci grają i śpiewają świetnie, piosenki zapadają w pamięć, zaś śpiewający Albert Finney to prawdziwa rzadkość. Recenzja tutaj.

Miejsce 15. – Lista Adriana Messengera (1963) – 7/10

Pisarz Adrian Messenger prosi o pomoc emerytowanego oficera wywiadu, by sprawdził kilka nazwisk. Następnie ginie. Cały film to klasyczny kryminał w duchu klasyków spod znaku Agathy Christie. Czyli elegancko poprowadzona intryga, osadzona w świecie brytyjskich wyższych sfer. Poza fabułą oraz charyzmatycznym George’m C. Scottem na czele, najbardziej zwraca uwagę charakteryzacja, czyniąca wielu aktorów nie do rozpoznania. Jedno z większych zaskoczeń. Recenzja tutaj.

Miejsce 14. – Doktor Freud (1962) – 7/10

Zygmunt Freud oraz jego odkrycia opowiedziane w dwugodzinną fabułę. Badania oraz jego teorie na temat snów, seksualności oraz funkcjonowanie podświadomości. Choć przy scenariuszu pracował sam Jean-Paul Sartre, jego udział był mocno ograniczony. Ale fajnym pomysłem było ubranie tej biografii w lekko kryminalnym stylu. Fantastycznie gra Montgomery Clift (po raz ostatni na ekranie), dla którego warto obejrzeć. Recenzja tutaj.


Miejsce 13. – Sokół maltański (1941) – 7/10

Debiut, który stworzył fundamenty kino noir. Cyniczny detektyw, femme fatale, miasto będące wielką dżunglą, gdzie rządzi prawo silnego. Tutaj liczy się spryt, podstęp oraz siła. Tutaj przewodnikiem będzie Sam Spade (ikoniczny Humphrey Bogart), który dostaje proste zlecenie. Ale jak się okazuje, sprawa ma swoje drugie dno. Bronią się świetne, soczyste dialogi oraz rola Bogarta. Recenzja tutaj.


Miejsce 12. – Pod wulkanem (1984) – 7/10

Kolejna gorzka historia, której bohaterem jest były (już) dyplomata – jedna z najlepszych ról Alberta Finneya. Ale Dzień Zmarłych będzie dla niego ostatnim tańcem z alkoholem. Osadzenie opowieści w Meksyku tworzy bardzo nietypowy klimat, coraz bardziej przesiąknięty fatalizmem. Nie ma tutaj mowy o szczęśliwym zakończeniu, a to uderzenie zostaje w pamięci na długo. W końcu jak mówi bohater: „Piekło to moje naturalne siedlisko”. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Key Largo (1948) – 7,5/10

Pewien mężczyzna przybywa do hotelu w Key Largo. Hotel niby jest zamknięty, ale w środku znajdują się faceci z bronią. W tym ukrywający się gangster. Jakby tego było mało, zbliża się huragan. Pozornie film wydaje się spektaklem bardziej nadającym się na deski teatru. Jednak Huston jest za sprytny i wie, jak wykorzystać filmowe środki do budowania napięcia (montaż, zbliżenia na twarze, dźwięk). Dialogi są soczyste, błyszczą Humphrey Bogart oraz Edward G. Robinson. Może troszkę finał psuje efekt, ale film potrafi trzymać za pysk. Recenzja tutaj.

 

Miejsce 10. – Honor Prizzich (1985) – 7,5/10

Gangster też człowiek i może się zakochać. Ale co zrobić, jeśli wybranka serca jest tej samej profesji? Tutaj mamy pozornie niedorzeczną komedię romantyczną w gangsterskich klimatach. Huston kompletnie kpi z gangsterskiego wizerunku znanego z „Ojca chrzestnego”, pokazując ludzi mafii jako chciwych oraz pazernych ludzi, dla których posłuszeństwo oraz stan własnej kabzy jest ważniejszy od czegokolwiek. A honor wydaje się kompletnym pustosłowiem, co może budzić przerażenie. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Człowiek, który chciał być królem (1975) – 7,5/10

Film, który Huston planował już od lat 50., ale trzeba było długo poczekać. Kolejna ballada o chciwości, gdzie mamy dwóch cwanych oficerów brytyjskiej armii. Obaj panowie (świetni Sean Connery i Michael Caine) wyruszają do Afganistanu, by podbić tamtejsze plemiona oraz przejąć władzę. Wrażenie robi scenografia, kostiumy oraz muzyka, a także odrobina humoru i brutalny finał. Czuć klimat przygody. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. –  Noc iguany (1964) – 7,5/10

Wielu filmowców mierzyło się z twórczością Tennesse’ego Williamsa, co w latach jego świetności było popularnym ruchem. Nie inaczej postąpił Huston z „Nocą iguany”, gdzie znów ludzie mierzą się ze swoimi demonami oraz lękami. Były pastor z załamaniem nerwowym (niesamowity Richard Burton) i hotelik w Meksyku z trzema kobietami. Fantastyczne aktorstwo, fantastyczne dialogi oraz pewna realizacja tworzą duszne, ale pociągające kino. Recenzja tutaj.


Miejsce 7. – Moby Dick (1956) – 8/10

To było wyzwanie: jak przenieść na ekran powieść Hermana Melville’a, zachowując jej klimat. W skrócie mamy tutaj walkę kapitana Ahaba z wielkim wielorybem, który go pozbawił nogi. Z jednej strony marynistyczne kino, pełne szczegółowo pokazanego życia na statku. Z drugiej mamy starcie między nawiedzonym, żądnym zemsty kapitanem (zaskakujący Gregory Peck, który daje z siebie wszystko) a symbolizującym bezwzględną, nieujarzmioną naturę wielorybem. Pociągające, skrywające wiele głębi kino. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Bóg jeden wie, panie Allison (1957) – 8/10

Kolejne kameralne kino, gdzie mamy tylko dwie postacie na wyspie podczas II wojny światowej. Jedyny ocalały żołnierz oraz zakonnica, którzy zaczynają powoli się poznawać coraz bliżej. Wszystko trzymane jest tutaj przez świetną reżyserię, fantastyczne dialogi oraz zderzenie dwóch światów, które mają więcej wspólnego niż na pierwszy rzut oka się może wydawać. Świetną robotę wykonuje Robert Mitchum oraz Deborah Kerr, a chemia między nimi jest coraz silniejsza. Recenzja tutaj.


Miejsce 5. – Ucieczka do zwycięstwa (1981) – 8/10

Do tego filmu mam WIELKI sentyment. Co może być lepszego niż połączenie dramatu wojennego z filmem sportowym? Cała fabuła skupia się na meczu piłkarskim między jeńcami wojennymi a niemieckimi żołnierzami. Przez większość czasu jest to niemal klasyczny film obozowy, ale tak naprawdę liczy się ostatnie pół godziny. Wtedy dzieje się mecz, który mimo lat, nadal wygląda świetnie. No i mamy mocnych zawodników: Stallone, Caine, von Sydow, Pele, Deyna, Moore. Podobno planowany jest remake, tylko po co? Recenzja tutaj.


Miejsce 4. – Zachłanne miasto (1972) – 8/10

Ten film ma w sobie więcej serca niż można się było spodziewać. Stary wyga, próbuje wrócić do boksowania i spotyka młodego adepta. Huston tutaj stawia na realizm oraz paradokumentalny styl, gdzie pokazuje miasteczko pozbawione perspektyw. Tutaj każda próba wyrwania się stąd kończy się porażką, zaś mieszkańcy ciągle łudzą się, że następnego dnia będzie lepiej. Że będzie inaczej. Że los się w końcu odmieni. Ale to staje się kolejną wymówką. Najbardziej cierpki film w dorobku Hustona. Recenzja tutaj.


Miejsce 3. – Asfaltowa dżungla (1950) – 8/10

Najlepszy noirowy film w dorobku Hustona. Pomysł jest prosty: opuszczający więzienie Doc ma plan na kolejny duży skok. Ale potrzebna jest odpowiednia ekipa oraz sponsor całej imprezy. Znowu film jest rewelacyjnie poprowadzony, z wnikliwym portretem półświatka. Ale czy plan się uda? Wiele jest tutaj elementów zmiennych, napięcie mocno trzyma za gardło, a zaskoczeń cały czas jest sporo. Jedynie zakończenie utrzymane w zgodzie z kodeksem Hayesa mi przeszkadzało, ale nie jest to poważna rysa. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. –  Skłóceni z życiem (1961) – 8,5/10

Młoda kobieta spotyka na drodze trzech facetów, którzy polują na dzikie konie. Kolejne spojrzenie Hustona na outsiderów z własnej woli. Niby są to kowboje, tylko że czasy dla kowbojów są zupełnie inne. Dawne czasy odeszły bezpowrotnie, zaś samo polowanie na zwierzęta odziera etos kowboja z romantyzmu. To psychologiczny dramat, gdzie dochodzi do zderzenia młodości i naiwności z dojrzałością oraz cynizmem. Bardzo poruszający z ostatnimi, kapitalnymi rolami Clarka Gable’a i Marilyn Monroe. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Skarb Sierra Madre (1948) – 8,5/10

Ponadczasowa ballada o chciwości, gdzie żądza pieniądza staje się ważniejsza niż przyjaźń, zaufanie i lojalność. Wyprawa trzech panów do meksykańskiej góry Sierra Madre po złoto stanie się dla nich wielką próbą ich charakterów. Huston kapitalnie buduje atmosferę niepokoju oraz coraz bardziej nasilającej się paranoi, a i realizacyjnie (poza muzyką) nie zestarzał się w ogóle. Przewrotny finał, fantastyczne dialogi, kapitalne aktorstwo (Bogart, Holt, Huston sr.) oraz naturalistycznie pokazane plenery. Recenzja tutaj.

 

Nieobejrzane:
Obcy (1949)
Moulin Rouge (1952)
Pobij diabła (1953)
Korzenie niebios (1958)
Spacer z miłością i śmiercią (1969)
Fobia (1980)
Zmarli (1987)

Już po samej filmografii widać, że Huston to filmowiec nie bojący się wyzwań. I nie chodzi tylko o różnorodność gatunkową, ale ma pewne wspólne elementy. W większości jego to adaptacje literackie, zaś bohaterowie to ludzie mierzący się ze swoimi demonami. Religia, przygoda, pożądanie, walka, tłumione lęki, rozczarowania. Tutaj nie ma wyzwania, którego Huston nie był się w stanie podjąć, nawet jeśli nie wszystko udało.

A jakie są wasze ulubione filmy Johna Hustona? Piszcie śmiało w komentarzach.

Radosław Ostrowski

Tam i z powrotem

Łódź, rok 1965. PRL-owski system nie jest dobry dla wszystkich, zwłaszcza jeśli nie jest w zgodzie z nim. Jedną z takich postaci jest dr Andrzej Hoffman – chirurg z przeszłością AK-owską. Zostawił w Anglii żonę w ciąży, zaś wszelkie próby zdobycia paszportu są skazane na porażkę. Do tego jeszcze strasznie „przykleił” się do niego pewien ubek, pragnący zmusić go do szantażu. W szpitalu poznaje Piotra Jurka – dawnego kolegę z oddziału. Niespełniony malarz, będący na utrzymaniu kasjerki. Też ma problemy z powodu przeszłości. By móc żyć w zgodzie z samym sobą, Jurek postanawia dokonać napadu na konwój bankowy, lecz nie jest w stanie tego zrobić sam.

tam i z powrotem1

Wojciech Wójcik był jednym ze speców kina sensacyjnego przed pojawieniem się Władysława Pasikowskiego. Tym razem postanowił wykorzystać prawdziwą historię napadu na bank, by odtworzyć świat uznany za dawny. Świat, gdzie w cenie było łapówkarstwo, kłamstwa, oszustwa. Ludzie starający się funkcjonować przyzwoicie byli wykluczeni albo upokarzani za swoją przeszłość. Wtedy niewygodną, a dzisiaj chlubną. Wójcik samą intrygę prowadzi bardzo powoli, mimo korzystania z konwencji heist movie. Sam napad pokazany jest w bardzo krótki sposób, lecz ważniejsze jest tutaj całe tło. Udaje się bardzo dokładnie odtworzyć mentalność oraz realia lat 60. Bardzo szczegółowa scenografia (mieszkanie Hoffmana, pani Krysi czy sale szpitalne), z masą charakterystycznych rekwizytów pokroju telewizora, płyty z pocztówkami robi piorunujące wrażenie. Sama historia, choć prezentowana bardzo powoli, potrafi wciągnąć i zaangażować. Sam napad to popis pracy montażysty (zmarłego przed premierą Marka Denysa), tak samo robotę robią zdjęcia oraz dialogi.

tam i z powrotem3

Jednocześnie reżyser niejako przy okazji stawia jedno ważne pytanie: ile można w stanie zrobić, by poczuć się wolnym? I do czego można się posunąć? Do zbrodni? Czy może warto zawsze pozostać przyzwoitym, mimo niesprzyjających okoliczności? Widać to bardzo mocno w postawach naszych bohaterów: bardzo wycofanego i antysystemowego (choć nie czyniącego tego wprost) lekarza oraz mocno cynicznego, egoistycznego Piotra.

tam i z powrotem2

Mam tylko jeden, poważny problem: nasz bohater. A w zasadzie jego nadmierna kryształowość, przez którą miałem wrażenie, że obserwuje wręcz świętego, nie człowieka. Jedynym przełamaniem tego charakteru jest udział w napadzie oraz finałowa scena (wymuszona przez producentów). Niemniej zaskoczyła mnie kameralność i precyzyjna praca scenarzystów oraz Wójcika.

tam i z powrotem4

Film na wyższy poziom wznoszą aktorzy. Kolejny raz klasę potwierdza Janusz Gajos, ale w jego przypadku to jest standard, gdzie drobnymi spojrzeniami buduje bardzo wyrazistą postać troszkę niezłomnego profesjonalisty w swoim fachu. Ale ciekawszy jest Jan Frycz jako Piotr. Troszkę egoista, który – dosłownie – dusi się w kraju, lubi troszkę wypić. Jednak jego moralność jest w odcieniach szarości, tworząc dość intrygujący duet z Gajosem. Za to na drugim planie najbardziej błyszczy śliski Olaf Lubaszenko (kulejący porucznik Niewczas) oraz wygadany i obrotny Mirosław Baka (waluciarz Król).

Moim skromnym zdaniem „Tam i z powrotem” to najbardziej dojrzały film w dorobku Wojciecha Wójcika. Fantastyczny scenariusz, bardzo pewna reżyseria oraz fantastyczne aktorstwo daje wiele satysfakcji. Bardziej ambitny film sensacyjny ze złożoną psychologią postaci.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wielki Szu

Kim był Szu? To wielki szuler oraz oszust, który jest w stanie wygrać z każdym wszystko. Właśnie wyszedł z więzienia, ale w domu nikt na niego nie czeka. Żona zaczęła nowe życie, daje mu połowę majątku, a nasz bohater wyrusza przed siebie. Przystankiem na jego drodze jest małe miasteczko Lutyń, gdzie poznaje taksówkarza o imieniu Jurek. Młody chłopak bardzo lubi grać w karty, zaś Szu – niejako wbrew swojej woli – staje się mentorem.

wielki szu1

Dla Sylwestra Chęcińskiego najbardziej znanym dokonaniem jest trylogia o Kargulach i Pawlakach. Ale w latach 70. i 80. reżyser rzadko w rewiry kina gatunkowego. Szansą na to stała się historia kanciarza, dla którego karty nie mają żadnych tajemnic. Trudno tutaj mówić o intrydze, bo wszystko skupia się na kolejnych partyjkach, gdzie ofiarami padają zarówno drobne płotki, jak i grube ryby. Jedynym klejem dla całości jest relacja uczeń-mistrz między Szu a Jurkiem. Problem jednak w tym, że chłopak jest dość narwany i żądny pieniędzy. Czy będzie jednak w stanie wyciągnąć wnioski czy na to już będzie za późno? Chęciński bardzo zgrabnie pokazuje zarówno realia małego miasteczka, jak i dużych miast. Chociaż tutaj najważniejszymi miejscami są hotele, dancingi, knajpy czy domy nowobogackich. W tych miejscach znajdują się drobne cwaniaczki, członkowie wpływowych rodzin oraz zapaleni gracze. A że całość toczy się w czasach Gierka, kiedy modny był konsumpcyjny styl życia, wszystko zaczyna nabierać innego kontekstu. Jednak reżysera bardziej interesują drobne przekręty oraz lekcje, jakie musi wyciągnąć młody adept.

wielki szu2

Sama realizacja też jest zrobiona w sposób więcej niż solidny. Bo trudno nie zwrócić uwagi na lekko noirową w tonie muzykę Andrzeja Korzyńskiego czy stylowe zdjęcia Jerzego Stawickiego. Reżyser pewnie opowiada, podrzuca kolejne postacie (nawet jeśli ledwie zarysowane, są istotne) oraz umie budować napięcie (gra z dwoma oszustami czy finałowa konfrontacja Jurka z Denelem), w czym pomaga skupiony na detalach montaż. Do tego jeszcze parę niezapomnianych tekstów czyni z „Wielkiego Szu” film kultowy.

wielki szu4

Ale to wszystko nie miałoby wartości, gdyby nie dwie fenomenalne kreacje. Najważniejszy jest tutaj Jan Nowicki w roli tytułowej. Na pierwszy rzut oka wydaje się eleganckim oraz opanowanym dżentelmenem, lecz tak naprawdę jest bezwzględnym kanciarzem i szulerem. Z kamienną twarzą oraz wewnętrznym spokojem będzie w stanie pozbawić cię majątku. Bo on tak chce i zna masę sztuczek. Nawet jak nic nie robi, ma tonę charyzmy, jaką można obdzielić tysiące aktorów. Partneruje mu Andrzej Pieczyński i ten kontrast jest znakomicie wygrany. Jurek wydaje się być wyszczekany, pewny siebie oraz w gorącej wodzie kąpany. Wydaje się wchłaniać nauki mistrza, ale ostatnia lekcja będzie dla niego strasznie bolesna. Może jednak coś z niej wyciągnie? Z drugiego planu – dość bogatego – trudno wskazać kogoś, kto nie zapada w pamięć. Nieważne, czy to Leon Niemczyk (władczy Mikun), Karol Strasburger (Denel), Jan Frycz (pozornie twardy Jarek) czy apetyczna Dorota Pomykała (prostytutka Jola) – wszyscy trzymają poziom wysoki.

wielki szu3

„Wielki Szu” może nie ma jakiejś spójnej fabuły, a po drodze jest wiele znaków zapytania (zakończenie), nie mniej film wciąga. W zasadzie nie ma u nas zbyt wiele filmów o hustlerach, a ten godnie znosi próbę czasu, pokazując troszkę inną twarz Chęcińskiego.

7,5/10

Radosław Ostrowski

PS. Warto obejrzeć cyfrowo zrekonstruowaną wersję filmu, jeśli się pojawi w telewizji.

Jak nas widzą

Rok 1989 dla Nowego Jorku był dość ciężki, bo przestępczość szybowała w górę. Ale w kwietniu w Central Parku doszło do masy wybryków: zaczepki, bijatyki oraz chuligańskie wybryki dokonane przez młodych ludzi. Jednak doszło też do najgorszego – gwałtu oraz pobicia kobiety. Białej kobiety. Zaś poszukiwania zawężono się do czarnoskórych chłopaków. Ostatecznie wytypowano pięć osób (czterech czarnoskórych i jednego Latynosa), których maglowano i zmuszono do przyznania się do zbrodni, nie popełnionej przez żadnego z nich. Nazwani później Piątką z Central Parku zostali skazani, co mocno naznaczyło ich.

Jak Netflix robi serial, to czasem potrafi uderzyć. Tym razem reżyserka Ava DuVernay uderza w wymiar sprawiedliwości, dla którego liczy się jak najszybsze rozwiązanie sprawy. Prawda nie jest tutaj najważniejsza, a zeznania wyciąga się w bezwzględny sposób: manipulacja, sugerowanie, brak obecności rodziców/opiekunów, brak snu, brak jedzenia, bicie, wyzwiska. Do tego jeszcze mocno naciągane dowody, problemy z chronologią. A to dopiero początek dramatu oraz tragedii. Każdy odcinek (a jest ich cztery) zrobiony jest w innej konwencji, co tylko uatrakcyjnia seans. Najpierw mamy śledztwo (odcinek 1), następnie proces (odcinek 2), by przyjrzeć się naszym bohaterom w trakcie oraz po odsiadce (odcinek 3 i 4). Im bardziej ogląda się kolejne sceny oraz sytuacje, tym trudniej było mi uwierzyć, ze mogło dojść do takiej sytuacji. Pierwsze dwa odcinki mają siłę ciosu obuchem. Policyjna niekompetencja oraz proces, gdzie obrona punkt po punkcie obala kolejne punkty oskarżenia. A sam koniec tego odcinka gra na emocjach w sposób godny thrillera. Tutaj też nie brakuje eksperymentów w postaci montażowych przebitek, zmian kątów czy dużej ilości zbliżeń.

Pozornie odcinek 3 wydaje się być mniej intensywny, ale w żadnym wypadku nudny. Bo powrót do społeczeństwa jest bardzo trudny – ciężko znaleźć uczciwą pracą, ludzie reagują wrogością i nienawiścią. Nawet ci, którzy powinni wspierać (macocha Raya Santany Jra.) mogą stać się obcymi. Same rodziny też pośrednio obrywają za rzekome zbrodnie, zaś społeczeństwo wydało wyrok na samym początku sprawy. Za to najmocniejsza jest historia Koreya, który jako jedyny trafił do więzienia dla dorosłych. Chłopak przeżywa momenty załamania, zwątpienia, bicia, gnębienia w różnych aresztach. Tutaj znów wraca ten klimat oraz poczucie bezsilności z początku. Aż dochodzi do przewrotki, która zmienia wszystko. Tutaj emocje i napięcie są budowane w sposób precyzyjny, zaś każdy odcinek ma masę niezapomnianych momentów. Aż nie mogłem uwierzyć, że to się mogło wydarzyć. A w czasach, kiedy nienawiść oraz uprzedzenia znowu zaczynają nabierać na sile, może się to powtórzyć. I to ostrzeżenie potrafi uderzyć.

Realizacyjnie ciężko mi się przyczepić do czegokolwiek. Znakomita reżyseria, fantastyczny scenariusz oraz montaż, a także kostiumy i scenografia. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu i gra, zaś aktorstwo jest także z najwyższej półki. I nie mówię tutaj tylko o doświadczonych wyjadaczach pokroju Felicity Huffman (śliska karierowiczka Linda Fairstein), Very Farmiga (zmuszona do ostrej gry prokurator Lederer), Michaela Kennetha Williamsa (ojciec Antona z kryminalną przeszłością) czy ostatnio troszkę bardziej obecnego Johna Leguizamo (Ray Santana Sr., ojciec jednego z oskarżonych), ale przede wszystkim młodych aktorów. Chciałbym powiedzieć dziecięcych, ale bardziej pasuje określenie naturszczycy. Każdy z nich jest świetny, wiarygodny, jednak z tego grona najbardziej wybija się dwóch aktorów. Pierwszym jest Assante Blackk, czyli młodsze wcielenie Kevina – najmłodszego oskarżonego w tym gronie, pokazując jego kompletne zagubienie i przerażenie sytuacją. Ale dla mnie tak naprawdę liczył się Jharrel Jerome, absolutnie kradnący każdą scenę jako Korey. Jako jedyny grał zarówno młodsze, jak i dorosłe wcielenie swojego bohatera. Sceny jego pobytu w więzieniu pozwalają bliżej poznać sama postać oraz jego reakcję na piekło. Absolutnie powalająca kreacja.

„Jak nas widzą” pokazuje, że Netflix potrafi być godnym konkurentem stacji telewizyjnych pokroju HBO czy innych sieci streamingowych. Niby historia wydawała się przewidywalna (przynajmniej dla mnie), ale twórcy wycisnęli z niej wszystko, tworząc bardzo mocne oskarżenie wobec niesprawiedliwego wymiaru sprawiedliwości. Obok „Czarnobyla” to najlepszy mini-serial tego roku.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zabawa, zabawa

Były sobie trzy kobietki, które dzieli wszystko: wiek, pozycja społeczna, praca. Magda jest młodą dziewczyną, która łączy studia z pracą. Dorota to topowa pani prokurator, ma syna oraz męża polityka. Z kolei Teresa jest szanowany lekarzem dziecięcym. W końcu tytuł profesora zobowiązuje. A co wszystkie je łączy? Wszystkie od dłuższego czasu mają pewnego partnera, choć ma różne imiona: wino, szampan, wóda. W końcu dochodzi do momentu, kiedy musi zostać podjęta decyzja – dalej trwać w tym związku czy zerwać?

zabawa zabawa1

Mam bardzo silne wrażenie, że Kindze Dębskiej udał się tylko jeden film: „Moje córki krowy”. Następne próby opowieści o ludziach mierzących się z własnymi dramatami. Wydaje się, że „Zabawa, zabawa” jest kolejną próbą tego typu historii. Ale filmów o nałogowych alkoholikach było mnóstwo, zwłaszcza w naszym podwórku (filmografia Smarzowskiego pełna jest procentów). Ale kobieta pijąca? O tym jakoś się nie mówi, nie opowiada, nie pokazuje. Bo alkohol nie wybrzydza, nie osądza, nie krytykuje. Pociąga i przyciąga każdego bez wyjątku, a zanim się zorientujesz, nie możesz bez niego żyć. Reżyserka w jakimś sensie historie, które już znałem, słyszałem, oglądałem. Jak alkohol potrafi zadziałać w sposób destrukcyjny. Nie tylko wobec osoby pijącej, ale całego otoczenia. Bo im dłużej trwa ten taniec z butelką, tym coraz trudniej jest go przerwać. Każda wymówka wydaje się dobra, żeby dalej on trwał i trwał. Bo przecież nic się nie stało, bo ja nie piję (za dużo).

zabawa zabawa2

Ale to wszystko jakoś niespecjalnie angażuje. Same pierwsze sceny są mocnym uderzeniem i zapowiadają coś poważnego. Jednak sama konstrukcja jest problematyczna. Przeskoki z postaci na postać wybijały mnie z rytmu. Dębska pokazuje mikroscenki, ale bardziej skupia się na pokazywaniu skutków niż przyczyn. Nie ma odpowiedzi na pytanie dlaczego (może poza jednym zdaniem), co mnie troszkę zmartwiło. Nawet psychologia postaci wydaje się mocno uproszczona. Chciałoby się bliżej poznać każdą z tych bohaterek, co byłoby sporą wartością dodaną.

zabawa zabawa3

Jedynie broni się realizacja: długie ujęcia, płynny montaż oraz dość dołująca muzyka w tle. Ale tak naprawdę wszystko trzyma na barkach aktorskie trio. Wielką przyjemnością było dla mnie oglądanie Doroty Kolak (profesor Teresa), troszkę ironizującej Agaty Kuleszy (Dorota) oraz poruszającej Marii Dębskiej (Magda). I nawet najbardziej nie do końca trafne momenty nie wywołują fałszu. Ale postacie poboczne – poza granym przez Dorocińskiego męża pani prokurator – nie mają tutaj zbyt wiele do roboty. Są tylko pewnymi epizodami, pozbawionymi większego znaczenia, przez co troszkę szkoda aktorów. Nie można nie wspomnieć o rozładowujących napięcie duetu policjantów (Rafał Rutkowski i Sławomir).

„Zabawa, zabawa” to kolejny film Dębskiej, który jest lepiej zrealizowany, zagrany niż napisany. Strasznie przeszkadza szarpana narracja oraz słabnące zaangażowanie, a także poczucie zmarnowania potencjału na coś więcej. Czy jest szansa na zbliżenie się do poziomu „Dwóch córek krów”? Może następnym razem.

6/10

Radosław Ostrowski

Kurier

Jan Nowak-Jeziorański – o tej postaci każdy pasjonat historii słyszał. Polski kurier, który przekazywał informacje rządowi na imigracji. Kiedy go poznajemy jest rok 1944, lato. Nadal trwa wojna, zaś w Polsce panuje terror. Kurier dostaje zadanie od samego premiera Mikołajczyka: dostarczyć mikrofilmy dla generała Bora-Komorowskiego oraz rozkazy dotyczące wybuchu Powstania Warszawskiego. Ale od samego początku Nowak jest ścigany przez niemieckich szpiegów, co stawia jego misję pod znakiem zapytania.

kurier1

Powiem to od razu, by nie było wątpliwości: jestem fanem Władysława Pasikowskiego. Bo kto inny byłby w stanie opowiedzieć film o tematyce historycznej w konwencji kina sensacyjno-szpiegowskiego? Historia Nowaka-Jeziorańskiego jest tak bogata, że powstałoby kilkanaście filmów. Oczywiście, „Kurier” nie jest rekonstrukcją faktów, a przede wszystkim skupia się na dwóch aspektach. Pierwszy, czyli wątek misji Nowaka, to klasyczne kino w stylu szpiegowskim. Jest obława, próby ucieczki oraz ciągła zabawa w kotka i myszkę. Polowanie na Nowaka oraz (pośrednio) na Bora i całą Komendę AK potrafi trzymać za gardło. Niemal czuć tutaj stawkę, zaś wiele scen (uwalnianie samolotu z błota, akcja w wiejskim domu) ogląda się po prostu świetnie. Reżyser skupia się na akcji, przez co nie ma tutaj miejsca na nudę. Większość czasu spędzamy z samym Nowakiem, ale przez chwilę przeskoczyć można albo na przeciwników (dwóch niemieckich oficerów) lub na dowództwo AK.

kurier2

Druga rzecz, która mnie zaskoczyła to wiarygodnie pokazane polityczne tło. Tutaj brutalnie pokazana jest postawa aliantów wobec Powstania Warszawskiego. Wszelkie nasze nadzieje okazują się złudne, co czyni dylemat naprawdę poważnym. Zdanie samego twórcy wypowiada pod koniec sam Nowak i można się z tym zgodzić lub nie. Patos w tego typu produkcji jest nieunikniony, ale jest dawkowany bez popadania w kiczowaty heroizm. Nawet te najbardziej widowiskowe momenty (eksplozja samolotu czy finałowa strzelanina) nie kłują mocno w oczy.

kurier3

Muszę jednak przyznać, że „Kurierowi” troszkę brakuje pieniędzy. Ulice naszej Warszawy wydają się niemal puściutkie, zaś obecność kilku postaci zaczyna przypominać bardziej Teatr Telewizji. Wrażenie za to robiła na mnie scenografia oraz praca kamery. Drugim istotnym problemem jest w zasadzie fakt, że o samym Nowaku nie wiemy zbyt wiele. Nie poznajemy go zbyt dobrze, zaś jego czyny nie do końca wystarczą. Niemniej film Pasikowskiego potrafi wejść i wciągnąć.

kurier4

Aktorzy w zasadzie nie mają tutaj zbyt wiele do roboty, bo znane twarze (Bonaszewski, Woronowicz, Frycz, Zamachowski, Pazura czy Orzechowski) są ograniczeni do ról epizodycznych. Zaś wcielający się w główną rolę Philippe Tłokiński robi wszystko, by czynić swoją postać bardziej charyzmatyczną. Widać jego determinację, opór oraz bezsilność wobec nadchodzących wydarzeń. I on ciągnie tą historię do końca. Z masy twarzy na drugim planie najbardziej wybija się zadziorny Wojciech Zieliński (Włodek), stonowany Tomasz Schuhardt (Kazik Wolski) oraz zaskakujący Grzegorz Małecki (Bór-Komorowski). No i jeszcze dwóch niemieckich łotrów, czyli Witze oraz Steiger (Nico Rogner und Martin Butzke), dających więcej pola do popisu.

„Kurier” mimo pewnych niedoskonałości okazuje się najlepszym filmem historyczno-patriotycznym ostatnich lat. Pasikowski, nawet lekko stępiony, potrafi walnąć z całej siły. Oby powstały kolejne historie kuriera z Warszawy.

7/10

Radosław Ostrowski

Spokój

Kiedy poznajemy Antoniego Gralaka, przebywa w więzieniu. Za co siedział? Nie zostaje nam to powiedziane wprost, jednak powrót do dawnego życia jest niemożliwy. Przyszła żona go zostawia, w domu nikt na niego nie czeka, zaś perspektyw na przyszłość brak. Niemniej chce zacząć nowe, uczciwe życie – znaleźć pracę, mieszkanie i dom. Powoli zaczyna się na nowo odnajdywać w nowej rzeczywistości oraz mieć spokój. Pytanie tylko na jak długo?

spokoj1

Wszyscy znamy Krzysztofa Kieślowskiego jako twórcy idącemu ku metafizyce. Jednak początki jego kariery to dokumenty oraz przyglądanie się ówczesnej rzeczywistości. Pierwsze fabuły nadal miały jeszcze ten dokumentalny sznyt, tak jak telewizyjny „Spokój”. Trudno mówić o fabule stricte, bo jest to dość luźny ciąg scenek, które łączy ze sobą osoba Gralaka. Zwykły szaraczek, starający się żyć w porządku wobec wszystkich. A jednocześnie ma on dość proste, wręcz zwyczajne marzenia. Czyli własny kąt, żona, dzieci, praca. Bo innego jest potrzebne do szczęścia? Problem jednak w tym, że w pracy dochodzi do coraz większych spięć między kolegami a kierownikiem budowy. A to materiał pojawia się coraz mniejszy, a to cement zostaje okradziony. Widmo strajku wisi w powietrzu. Zaś koledzy są troszkę nieufni. Jakiego wyboru dokona Gralak? O ile jakiegoś dokona.

spokoj2

Pachnie to kinem moralnego niepokoju, a ze względu na tematykę film czekał 4 lata na półce. Reżyser niemal trzyma się i przygląda wszystkiemu. Nawet podczas rozmowy w knajpie jest w stanie skupić się niekoniecznie na rozmówcach, tylko kimś gdzie w tle. Kamera czasami sprawia wrażenie kręcącej z ręki, co dodaje tego paradokumentalnego stylu. Podobnie jest z bardziej stonowanymi kolorami oraz raczej niezbyt wyrafinowaną formą (nie oznacza to, że jest niechlujnie). Dialogi też wydają się naturalne, przez co film wydaje się zapisem epoki. A najbardziej zapada w pamięć bardzo otwarte zakończenie, zaś dalsze losy bohatera stoją pod znakiem zapytania.

spokoj3

Ale Kieślowski miał szczęście, że spotkał na swojej drodze Jerzego Stuhra. Tutaj aktor nie tylko współtworzy dialogi, lecz wciela się w Gralaka. I jest niesamowity. Jednocześnie pełen energii, pasji, lecz także wyciszony. Pozornie prosta postać, aczkolwiek bardzo łatwo można się z nią identyfikować. Bardzo niewiele brakuje, by w którymś momencie eksplodował. Takie kreacje zostają w pamięci na długo. Z drugiego planu najbardziej wybijają się dwie postacie: kierownik Zenek oraz Mietek. Ten pierwszy w wykonaniu Jerzego Treli sprawia wrażenie surowego, ale sprawiedliwego. Jak sam mówi: „wypruwam żyły”, jednak ma trochę za uszami. Za to Michał Sulkiewicz jako Mietek wydaje się być przyjacielem oraz wsparciem dla bohatera i też jest prostym gościem, co nie daje sobie w kaszę dmuchać.

„Spokój” to bardziej przystępny, trzymający się ziemi Kieślowski w prawie reporterskim stylu. Wielu może przeszkadzać ten paradokumentalny styl oraz bardziej luźna konstrukcja scenariusza, za to jednak zaskakuje autentyzm realiów oraz fantastyczna kreacja Jerzego Stuhra. Czy dziś łatwiej jest znaleźć spokój?

7,5/10

Radosław Ostrowski