Vice

Czy ktoś z tu obecnie wchodzących i czytający moje teksty oglądał kiedyś „House of Cards”? pewnie wielu z was zastanawiało się co by było, gdyby Frank Underwood istniał naprawdę i próbował dążyć do władzy absolutnej w USA? Przecież Kongres czy Izba Reprezentantów byłaby go w stanie powstrzymać, prawda? To chyba nie słyszeliście o Dicku Cheneyu. Może nie był prezydentem najpotężniejszego kraju świata (nie, nie jest to Polska, ani Rosja), ale zmienił historię kraju. Jak? O tym opowiada najnowszy film Michaela Moore’a, eeee, Adama McKaya.

vice1

Wszystko zaczyna się w latach 60., kiedy z Chaneya był kawał dicka. Zamiast się uczyć na poważnej uczelni, pracuje naprawiając oraz montując druty telefoniczne. Oprócz tego lubi dużo wypić oraz spuścić wpierdol tym, którzy go zaczepiają. W końcu jego żona ma tego dość i stawia mu proste ultimatum: albo się weźmie w garść, albo ma wypierdalać z jej życia. Jak myślicie, co wybrał? Po studiach trafił do Kongresu, gdzie poznał Donalda Rumsfelda, który miał dość istotny wpływ na polityczną karierę Cheneya.

vice2

McKay jako reżyser jest świadomy, że tak naprawdę przeciętni ludzie mają politykę (tak jak świat ekonomiczny) głęboko w dupie i woleliby obejrzeć np. kolejną część „Szybkich i wściekłych” albo kolejne wybitne dzieło Patryka Vegi. Lecz tak jak w „Big Short” twórca kombinuje w ten sposób, by w tym mętnym świecie odnaleźć się i przy okazji dostarczyć rozrywki. Dlatego mamy tutaj zabawę montażem, pojawia się przewodnik zwany Kurtem (zwykły robotnik, który sam się nazywa – „krewnym Cheneya”) oraz – na początku – łamana chronologia, by pokazać karierę Cheney’a, który z pijusa zmienia się w prawdziwego politycznego szachistę. Mówi niewiele, ale uważnie obserwuje i czeka na swój moment. Ale reżyser nie demonizuje naszego bohatera – przynajmniej na początku. Lecz bardzo brutalnie pokazuje do czego zdolni są ludzie, by pozyskać władzę absolutną, za wszelką cenę. Trzeba rozpętać wojnę? Nie ma sprawy. Trzeba potępić małżeństwa homoseksualne? Jasne. A że masz w rodzinie osobę homoseksualną, chuj z tym. Pójść na układy z dużymi korporacjami w sprawie ropy naftowej, rozregulować podatki dla najbogatszych? Od czego jest manipulacja grup fokusowych. Informacje wywiadowcze najpierw dostaje prezydent? Trzeba je przejąć. Stosowanie tortur podczas przesłuchań? Jeśli prezydent coś robi, to jest to legalne. (kto pamięta „Frost/Nixon”?) Ale są przecież wyborcy i media, mający patrzeć na ręce politykom, prawda? Gówno prawda, bo Fox News (telewizja) mamy pod kontrolą, a ludźmi można przecież manipulować i tak mydlić oczy, że po latach się nie zorientują, iż coś jest nie tak. Bardzo gorzka to refleksja, nawet jeśli miejscami polewana humorem.

vice3

Poza wspomnianym montażem (fenomenalnym), McKay skupia uwagę zarówno precyzyjnym, pełnym ciętych dialogów scenariuszem. Czy trzeba znać mocno fakty, by się w tym wszystkim odnaleźć? Niekoniecznie, bo wiele jest wyjaśniane w istotnych kwestiach. Pojawiają się znajome twarze (Colin Powell, Condolezza Rice, Donald Rumsfeld) oraz wydarzenia (11 września, inwazja na Irak czy przypadkowe postrzelenie przez Cheneya). Tylko, że niemal wszystko zza kulis, bez kamer oraz świadków. Dawno nie widziałem tak pewnie, znakomicie poprowadzonego filmu.

vice4

No i jak to jest zagrane. Genialny jest Christian Bale w roli głównej, pokazując kolejny raz swoją zdolność do metamorfozy. I nie chodzi tylko o charakteryzację oraz kwestie fizyczne, lecz sposób mówienia, mowę ciała oraz spojrzenie. Zmiana naszego bohatera w bezwzględnego polityka, korzystającego z każdej okazji do umocnienia swojej pozycji jest bezbłędna, przyciąga uwagę i jest dość niebezpiecznie pociągająca. Równie cudowna jest Amy Adams jako Lynne. Pozornie wydaje się cichą i wspierającą męża kobietą, ale ma więcej charakteru i jaj niż cała partia polityczna. To bardzo ciekawy, nieszablonowy duet, gdzie nie do końca wiadomo, kto tak naprawdę tu pociąga za sznurki. Dla mnie jednak film kradnie Steve Carrell jako błyskotliwy, niemal diaboliczny Donald Rumsfeld oraz Sam Rockwell w roli George’a W. Busha, tutaj przedstawionego jako tępego, łatwo podatnego na manipulacje. A i to nie wszyscy warci uwagi aktorzy (zwróćcie uwagę na pewne drobne epizodziki, gdzie nie brakuje znanych twarzy).

Jeśli nadal po tym filmie NIE będziecie uważać, że politycy to grupa bezwzględnych skurwysynów działających dla własnych korzyści, to zazdroszczę Wam naiwności. „Vice” to z jednej strony cięta satyra, z drugiej akt oskarżenia wobec polityków z ostatnich lat. Wielu może się rzucić, że jest to kino z tezą, a reżyser nie ukrywa swoich bardziej liberalnych poglądów, co jest po części prawdą. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to prowokujące i zmuszające do czegoś, czego amerykańscy ludzie (i nie tylko oni) nie potrafią robić od dawna – myśleć.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Tom

Kiedy poznajemy Toma, przyjeżdża do małej wioski. Po co? Na pogrzeb swojego partnera, Guillaume’a, który zginął w wypadku. Na miejscu okazuje się, że jego matka nic nie wie ani o przyczynie śmierci, o co zadbał brat zmarłego. O jego istnieniu chłopak nie wiedział, a ten zrobi wszystko, by uszczęśliwić swoją matkę. Dlatego zmusza Toma do wygłoszenia mowy na pogrzebie, ale to tylko początek.

tom1

W końcu obejrzałem film niejakiego Xaviera Dolana, który wprawił krytyków w zachwyt (także niektórych widzów) i to wszystko przed ukończeniem 30 lat. Czy film „Tom” pokazał mi, na czym polega fenomen tego twórcy? Chyba nie do końca. W założeniu miał to być psychologiczny thriller, gdzie w tle przewija się syndrom sztokholmski między synem a matką, który nie potrafi/nie chce/nie może się od niej uwolnić. Sama farma nie jest w żaden sposób starą, podniszczoną ruderą, tylko trzeba sporo czasu jej poświęcić. Coraz bardziej atmosfera (w teorii) ma być coraz bardziej nieprzyjemna, zaś sam Francis wydaje się na pierwszy rzut oka brutalem, twardo decydującym o tym, co się dzieje na farmie. Ale tutaj chodzi o coś jeszcze – nie tylko znaną miejscowym tajemnicę wokół Francisa, co bardzo toksycznej relacji między Francisem a matką Agathą, która zaczyna traktować przybysza jak swojego syna. Z kolei Francis czuje się jako ten gorszy i chce za wszelką cenę uszczęśliwiać matkę, nawet za pomocą kłamstw i szantażu. I zaczyna się pewna gra między Francisem a samym Tomem, gdzie nie do końca wiadomo kto kim manipuluje, oszukuje, uwodzi.

tom2

Tak naprawdę ciekawiej zaczyna się dziać gdzieś tak po jednej trzeciej całości, gdzie widzimy coraz dynamiczną relację Toma i Francisa. Kiedy jeden od drugiego zaczyna być coraz bardziej zależny, zaś rolnik robi wszystko, by Toma zatrzymać. A wszystko jest pełne niedopowiedzeń, krótkich spojrzeń. Ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to wszystko wydaje się takie wydumane, sztuczne, teatralne. Niby byłem w filmie, a jednocześnie patrzyłem jak przez szybę. I jeszcze ta zbyt nachalnie „thrillerowa” muzyka oraz pewne inspiracje, które psują efekt. Nie brakuje kilku mocnych scen (tango z Gotan Project w tle czy podczas otwierania pudełka z drobiazgami zmarłego), które zostaną w pamięci na długo. Ale to wszystko za mało, bo intryga się wlecze, zaś napięcie jest bardzo nierówno budowane. Jedynie Dolan w roli tytułowej oraz Pierre-Yvesa Cardinala jako Francisa wynoszą całość na troszkę wyższy poziom.

tom3

Nie wiem, czy po tym filmie mam ochotę na dalsze zapoznanie się z dorobkiem Dolana. Pozornie oparty na tajemnicy i niedopowiedzeniach, lecz napięcie czasami siada, fabuła nuży i nagle się wszystko urywa. Prawie jak Polański, z naciskiem na prawie.

6/10 

Radosław Ostrowski

Polar

Bycie kilerem to klawe musi być. Zabijasz ludzi, który zobaczysz w życiu tylko raz, dostajesz za to kupę forsy. W tym świecie działa agencja kilerów zwana Damokles, gdzie wszyscy cyngle pracują do 50. roku życia, potem przechodzą na emeryturę i dostają za to sporo kasy. Chyba, że po drodze zostaniesz skasowany i nici z forsy. Przed takim problemem staje niejaki Duncan Vizla, znany bardziej jako Black Kaiser, który za dwa tygodnie skończy 50 lat. Kiedy jeden z jego kolegów po fachu zostaje zabity, szef wysyła go do Białorusi, żeby dokonać odwetu.

polar1

Netflix znowu chce dać nam możliwie najlepszy towar dla fanów kina akcji. Tym razem wzięto na warsztat komiks od Dark Horse, za kamerą stanął Jonas Akerlund (spec od teledysków), a główną rolę zagrał Mads Wickkelsen, znaczy Mikkelsen. Co mogło pójść nie tak? No cóż, może po kolei. Sama fabuła nie wydaje się specjalnie skomplikowana, bo filmów o zemście i zabijaniu powstało multum. Tylko, że reżyser na samym początku popełnia błąd kardynalny: od razu odkrywa karty i wyjaśnia kto, po co i dlaczego stoi za tym wszystkim. Można było odkryć tą tajemnicę dużo później, co pomogłoby dodatkowo w budowaniu napięcia. Sama akcja skupia się tutaj na dwóch kwestiach: całej intrydze związanej z pieniędzmi oraz próbami zabicia Kaisera, a także samym bohaterze i budowanej relacji z sąsiadką, naznaczoną przeszłością. Tylko, że naszemu samotnikowi dość ciężko pozwolić sobie na bliski kontakt, co czasami doprowadza do zabawnych sytuacji (scena w przedszkolu – o matko), ale i bardziej poważnych momentach (zbitki montażowe, będące retrospekcjami, co pokazują demony przeszłości).

polar2

Akerlund nie boi się pokazywać krwi, która leje się tutaj wiadrami oraz wielu brutalnych scen. Niby jest to bardzo umowne, przerysowane, ale co wrażliwsze osoby mogą czuć pewien dyskomfort. Same sceny akcji są zrobione tak, jak Pan Bóg przykazał oraz reguły tego gatunku. Nie ma tutaj trzęsącej się kamery, strzelaniny są czytelne, pomysłowe (ucieczka z siedziby głównego złola czy rzeź w jakimś magazynie), tylko ze trzeba przeczekać połowę filmu, by złapać odpowiednie tempo. No i jest dość otwarte zakończenie, sugerujący ciąg dalszy krwawej rzezi – czy tak będzie? Trudno powiedzieć.

polar3

Jednego nie mogę temu filmowi odmówić, czyli Madsa Mikkelsena, który po raz kolejny pokazuje klasę i daje z siebie wszystko. Niby jest taki jak zawsze, czyli powściągliwy jak diabli, lecz jednocześnie widać emocje malujące się na twarzy, w tym niskim głosie oraz oczach, co tną niczym tasak mięso. Aż chce się go oglądać. Podobno w tym filmie gra niejaka Vanessa Hudgens, tylko że dopiero pod koniec filmu ją rozpoznałem. I nie wiem, czy to dobrze, czy źle świadczy o tej roli, która jest dość istotna dla całości i ma pewną woltę pod koniec. Bardziej w pamięć mi zapadła Katherine Winnick jako pięknie ubrana Vivian oraz przerysowany Matt Lucas w roli pana Bluta, a także drobny epizod Richarda Dreyfussa (Porter).

Chciałbym z czystym sumieniem polecić „Polar”, ale dla wielu taka mieszanka akcji, dramatu i komedii może być zbyt niestrawna. Traci na tym tempo oraz napięcie, by dość wyboistą drogą doprowadzić sprawę do końca, zaś same sceny akcji są satysfakcjonujące, tak jak rola Mikkelsena.

6,5/10

Radosław Ostrowski

KęKę – To tu

to-tu-b-iext52599916

Ostatnie lata dla Pietrka Siary (niespokrewniony z legendarnym Stefanem „Siarą” Siarzewskim) to złoty okres. Były listonosz, po nagraniu trzech płyt z „Rzeczami” w tytule, zdecydował się pójść z dużej wytwórni (Prosto) na własne konto, z własnym wydawnictwem – Takie Rzeczy. Ale nagrana już na to konto płyta „To tu” bardzo mocno fanów podzieliła. Dlaczego?

Bo nie ma tutaj tej wściekłości oraz ostrych tekstów na temat tego świata, ale jest zupełnie inne oblicze rapera – bardzo pogodnego i szczęśliwego. Czuć to już w „Rutynie”, chociaż muzyka jest pozornie szorstka i dość chłodna, wręcz niepokojąca jak w pokręconym „Awdbg”, gdzie gościnnie pojawia się… syn Janek. Ale nie zabrakło tutaj także goryczy i rozliczenia z sobą, co pokazuje dość przygnębiające „Na dłoni”, gdzie obok „falującej” elektroniki pojawia się wiolonczela. Sytuację powoli zmienia „Samson”, gdzie w tle pojawia się gitara elektryczna do cykającej perkusji, zaś wielu może wprawić w konsternacje numer „Brzmienie”, gdzie pojawia się… Sarsa. Od razu jednak uspokoję, wokalistka radzi sobie tutaj nieźle. I dalej można odnieść wrażenie, że nasz raper zaczyna powoli przyspieszać tempo. Niemal roztańczony „Zrobiłeś to, chłopak”, pędzący na perkusji i lekko orientalny „Nic dodać, nic ująć”, przyspieszony „Nigdy ponad stan”, niemal kołysankowy (klawisze) „Cesarz” w turbo dyskotekowym tempie czy okraszony wplecionymi wokalizami w tle „1000 kcal”. Raper ciągle zaskakuje i płynie z bitem, wykorzystując w pełni oddaną przestrzeń.

Sama nawijka jest też dość zaskakująca i szczera, bo nasz bohater zaczyna przyglądać się sobie, swojej rodzinie, swoim stosunku do sławy. Potrafi wzruszyć („Serce matki”), a jednocześnie ma sporo energii w głosie. To ten sam, stary Pietrek, tylko inaczej celujący, inaczej rozkładający akcenty oraz inny tematycznie. Dla wielu ta zmiana może być nie do przełknięcia, ale dla mnie była pozytywnym zaskoczeniem. Nie oznacza to jednak, że nasz ziomek się sprzedał, tylko mówiąc – prostym językiem – ewoluował. Niby można opowiadać o tym samym w kółko, tylko że po pewnym czasie to wszystko stałoby się pewną rutyną. I znudziłoby się to.

„To tu” jest innym KęKę, choć początek brzmiał troszkę jak stary, dobry Pietrek z czasów „Rzeczy”. Zaskakujący, świeży, jednocześnie szczery i prosty album. To nowe oblicze zwyczajnie intryguje, czyniąc z KęKę bardzo interesującą personę, która może wyciąć jeszcze niejeden numer.

8/10

Radosław Ostrowski

Dwa Sławy – Coś przerywa

cos-przerywa-b-iext52664726

W polskiej scenie rapowej nie ma takiego duetu jak Dwa Sławy. Panowie znani są z mieszania chwytliwych bitów oraz bardzo dużej ilości rozkminy, zabawy wieloznacznościami słów, co było wielkim powiewem świeżości. Po nagranym w 2017 „Dandys Flow”, Astek i Rado postanowił nagrać na własny rachunek (założyli wytwórnię X2) nowy materiał. Ale czy tym razem nie przeholowali?

Pozornie wszystko wydaje się być na swoim miejscu, co pokazuje bardzo minimalistyczny „Halo?” czy w mocno przecinanym „Zdejm czapkę”, gdzie panowie rzucają metaforami i hasztagami niczym bumerangiem. Nie boją się bawić w follow-upy („Gdyby miało nie być wczoraj”, którego tytuł brzmi niczym jeden z utworów Pezeta), lecz same bity wydają się o wiele spokojniejsze niż poprzednio. Problemy zaczynają się od takich niby-onirycznych fragmentów jak „Giraud”, który zwyczajnie ciężko się słucha. Panowie próbują urozmaicić całość czy to za pomocą bardziej „tanecznych” rytmów jak w „Kiss & Fly” (i mocno tandetnym „Buty do wódy”) czy w bardziej mroczne rewiry jak w „Chwaście”, gdzie najlepszą robotę zrobił… Sarius. Problem w tym, że cała ta warstwa muzyczna wydaje się coraz bardziej zlewać ze sobą, przez co zwyczajnie nuży. A tego się po chłopakach nie spodziewałem, bo bity zwyczajnie rozpraszają od nawijki obydwu panów.

A ta nadal trzyma poziom, do którego przyzwyczaili nas. Technikę mają nadal opanowaną do perfekcji, a nad podśpiewywania nie wywołują irytacji. Nadal przyglądają się naszej rzeczywistości z dużym dystansem i ironią, ale to wszystko sprawia wrażenie rutyny, bez tego błysku oraz ciętych, pamiętnych fraz z poprzednich płyt. Ale pojawia się więcej gości niż na „Dandys Flow”. Poza Sariusem mamy wyluzowanego Jareckiego („Jestem”), cudnie śpiewającą Kasię Grzesiak („No cześć”) oraz utrzymującego wielką formę KęKę („Drugi koniec świata”).

Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek to napiszę, ale Dwa Sławy po raz pierwszy mnie rozczarowali. Niby trzymają poziom, jeśli chodzi o nawijanie, lecz podkłady wydają się jakby brzmieć na jedno kopyto. No i czegoś świeżego tutaj zabrakło, by powalić na łopatki. Czyżby coś przerwało?

6/10

Radosław Ostrowski

Narodziny gwiazdy

Ile było już wariacji „Pigmaliona”? Podobno widownia najbardziej lubi to, co już zna, dlatego tak często zdarzają się remake’i. Nie inaczej jest z „Narodzinami gwiazdy”, które zostały przeniesione na ekran po raz czwarty. Jednak tym razem stanął kompletnie nieznany reżyser, Bradley Cooper, który zastąpił na tym stołku samego Clinta Eastwooda. Czy to mogło się udać?

Historia jest bardzo prosta jak konstrukcja cepa, czyli jest o miłości, muzyce oraz miłości do muzyki. On jest już bardzo rozpoznawalnym artystą, który swoje najlepsze lata ma już za sobą. Jackson Maine oprócz muzyki, kocha też alkohol oraz dragi. Po jednym z koncertów poszedł do baru w jednym celu i w jednym celu tylko. Ale wtedy na scenie w knajpie pojawiła się ona – Ally. Lubi śpiewać, ale raczej nie jest nastawiona na karierę. Zaczyna się od zwykłej rozmowy, ale kończy się to na scenie. I nie chodzi mi tylko o estradę.

narodziny_gwiazdy1

Innymi słowy, raczej szału nie ma. Ale reżyser jest tego w pełni świadomy i stara się skupić na dwóch elementach. Po pierwsze, na relacji między Jacksonem a Ally – początkowo to przypomina motyw mentor-uczeń, ale to ulega ciągłej zmianie. Może i jest to potraktowane (przynajmniej na początku) po łebkach, wręcz skrótowo, lecz czuć mocną chemię między tymi bohaterami. Przy okazji reżyserowi udaje się pokazać miejscami bezwzględne mechanizmy rządzące show-biznesem, gdzie zachowanie swojego charakteru jest bardzo ciężkie. Momenty, gdzie widzimy solową karierę Ally, która zaczyna się zmieniać w kolejną gwiazdkę pop (obecność tancerzy na scenie, nauka choreografii, sesja fotograficzna), jakich na tej scenie jest tysiące. Ta refleksja jest bardzo gorzka, czego w tym romansie się nie spodziewałem.

narodziny_gwiazdy2

Drugi mocny punkt to sama muzyka, która jest bardzo różnorodna: od mocnego rocka przez akustyczne ballady („Shallow”) po muzykę pop. Każdy z utworów bardziej lub mniej chwyta i zapada mocno w pamięć, pięknie łącząc się z ekranem. To dodatkowy kopniak do tej – ogranej – opowieści o blasku i cieniach kariery, która nie jest w żadnym wypadku usłana różami. Tak samo jak miłość pomieszana z zazdrością o rozwój kariery, doprowadzając do coraz większych spięć. Wtedy jest troszkę mięska na ekranie.

narodziny_gwiazdy3

Cooper-reżyser zdecydował się obsadzić w roli głównej Coopera-aktora, a ten dał z siebie wszystko. Nauczył się grać na gitarze i śpiewać (a głos ma naprawdę mocny), zaś jego bohater zwyczajnie porusza zarówno na scenie, jak i w momentach, gdy mierzy się ze swoimi demonami (lub z nimi tańczy), właściwie wydaje się bezbłędny. Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła (aktorsko) niejaka Lady Gaga, która świetnie sobie radzi jako zakompleksiona dziewczyna z wokalnym talentem, która staje się muzyczną diwą. Chemia między nimi byłaby w stanie zasilić całe województwo (nie przesadzam). Przez chwilę film kradnie zaskakujący Dave Chappelle jako przyjaciel Jacka oraz Sam Elliott w roli brata, Bobby’ego i trzymają fason.

Cóż mogę powiedzieć? „Narodziny gwiazdy” nie są czymś, czego nie widziałem w kinie. To kompilacja znanych motywów z filmów, gdzie miłość, kariera i sława krążą wokół siebie. Ale jest to na tyle porządnie wykonane, świetnie zagrane i zaśpiewane, że chce się tego oglądać.

7/10 

Radosław Ostrowski

Juliusz

Z polskimi komediami jest jak z polskim boksem. Obydwie dyscypliny mają bardzo bogate tradycje, wielkich mistrzów, ale ostatnio nie odnosi zbyt wielu sukcesów, a wielcy mistrzowie ostatnio gubią się w tym świecie. Na hasło polska komedia większość osób (w tym i ja) reaguje, jeśli nie z przerażeniem, co z bardzo dużymi wątpliwościami. Że będzie przesłodzona bajeczka, będąca marną imitacją wzorców z Wielkiej Brytanii lub USA, gdzie zamiast dowcipu będzie nachalny product placement, antypatyczni bohaterowie i kompletne oderwanie od rzeczywistości. Ewentualnie jeszcze sporo dowcipów poniżej pasa jak u Patryka Vegi. Nie oznacza to jednak, że nie próbowano podjąć prób przełamania tego schematu, w czym przodują debiutanci. Po Pawle Maślonie („Atak paniki”) dołącza do tego grona Aleksander Pietrzak swoim pełnometrażowym debiutem „Juliusz”.

juliusz1

Kim jest tytułowy bohater? Nie jest ani Juliuszem Cezarem, ani Juliuszem Słowackim, ani nawet nie jest Machulskim. To mieszkający w jakimś małym mieście nauczyciel plastyki, czyli przedmiotu, na którym tak naprawdę nikomu nie zależy. Ani dyrektorowi, ani uczniom, ani nawet samemu Julkowi. Mieszka razem z ojcem, który troszkę za mocno bierze z życia (głównie alkohol i kobiety) i ma dość cwanego przyjaciela Rafała. No i potrafi ładnie rysować, choć nikomu swoich rysunków nie pokazał. Ale spokój nie jest utrzymywany na długo – ojciec jest po drugim zawale i pojawia się przypadkowo poznana kobieta o wdzięcznym imieniu Dorota.

Początek „Juliusza” to przede wszystkim zbiór gagów, gdzie Juliusz zostaje zderzony z dość absurdalnymi sytuacjami: a to inwalida na wózku go okrada (i to Julek dostaje paralizatorem), a to zostaje mu do auta wbita gałąź ze ściętego drzewa, a to Julek pracuje jako… żywa taca z jedzeniem (nie wiem, jak to inaczej nazwać). Pozornie nie wątki wydają się być mocno oderwane, ale gdzieś w połowie drogi nagle wszystko zaczyna spinać się w jedną całość i staje się to bardziej poważne niż się wydawało. Scenariusz pisało pięciu gości (w tym dwóch stand-uperów i jeden krytyk filmowy), przez co widać pewne nierówne tempo w serwowaniu humoru. Czasem pojawi się ironia ze slapstickiem, jest parę skeczy poniżej pasa (akcja ze strażą miejską oraz sprawa z pęcherzem), lecz nie jest tego aż tak dużo, przez co udaje się uniknąć poczucia żenady.

juliusz2

Pozornie sklejka trudnej relacji ojca-hedonisty z bardzo wycofanym, lekko neurotycznym synem (taki Adaś Miauczyński, tylko light), wątku sensacyjnego (Dorota musi spłacić gangsterom dług) oraz komedii romantycznej (powiedzmy) tworzy dość zaskakujący oraz bardzo sympatyczny koktajl. Jest zabawnie, wzruszająco i poważnie (czasem naraz) i nie wywołuje to aż tak dużego zgrzytu, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Do tego mamy naprawdę porządną realizację (tutaj wybijają się animowane wstawki – szkoda, że ich tak mało), wiele dowcipnych scen i tekstów oraz niemal rozbrajający finał, doprowadzający do rozpuku.

juliusz3

To wszystko by nie wypaliło, gdyby nie wyczucie reżysera oraz aktorów. Bardzo dawno nie widziałem tak świetnego Wojciecha Mecwaldowskiego. Tutaj aktor bardzo dobrze odnajduje się jako neurotyk, który znajduje się w dość niewygodnej sytuacji i zwyczajnie boi się zaryzykować, wyrwać się ze swojej strefy bezpieczeństwa. Powoli jednak tak postać zaczyna dojrzewać, a jej ewolucja jest pokazana bardzo przekonująco i nienachalnie. Aktorowi partneruje cudowny Jan Peszek w roli ojca, mocno czerpiącego z życia (jakkolwiek to brzmi), ale jednocześnie naznaczonego pewną nieprzyjemną przeszłością. Na drugim planie szaleje wracający do dobrej formy Rafał Rutkowski (Rafał) oraz będąca mieszanką ciepła i twardego charakteru Annę Smołowik (Dorota), zaś w tle jeszcze przewija się masa drobnych epizodów, dodających sporo frajdy (więcej nie powiem, sami musicie to zobaczyć).

Ten komediodramat (bo to nie jest stricte komedia) jest kolejnym światełkiem w tunelu dla twórców, których celem jest rozśmieszenie, rozbawienie ludzi. „Juliusz” jest bardzo intrygującą mieszanką w stylu „Debiutantów” Mike’a Millsa, czyli słodko-gorzka opowieść z dojrzewaniem do odpowiedzialności w tle oraz życiu po swojemu. Dobre i to na początek.

7/10

Radosław Ostrowski

Rebeliant

Wojna secesyjna była jedynym konfliktem militarnym, jaki Amerykanie prowadzili na swoim terytorium. To podczas niej walczył niejaki Newton Knight, choć walczył to trochę za duże słowo. Był sanitariuszem, który w 1862 roku (po śmierci swojego kuzyna) dezerteruje z Armii Konfederatów, by pochować członka swojej rodziny. Zaczyna się ukrywać na bagnach, gdzie przebywa wielu czarnoskórych niewolników zbiegłych z pobliskich plantacji. Powoli Knight zaczyna tworzy własny oddział buntowników, walczących z Konfederatami, co rozkradają zboże oraz inne dobra od biednych ludzi, by stworzyć wolne hrabstwo Jones.

free_state_of_jones1

Ta mniej znana opowieść z historii USA postanowił przypomnieć Gary Ross i zrobił zaskakująco kameralny film. Można było zrobić z tego drugi „Braveheart” czy inną laurkę dla nowego lidera, chcącego stworzyć swoją utopię, gdzie wszyscy ludzie są wolni i równi. To jednak fragment układanki, gdzie 85 lat później widzimy jego wnuka oskarżonego o zawiązanie kolorowego małżeństwa. Dowcip polega na tym, że oboje są biali, lecz John Knight miał czarną babcię. Dla mnie ten drugi wątek wydał mi się zwyczajnie zbędny i niepotrzebny (poza tym zaburzał rytm całości), a pojawiał się tak rzadko, że w zasadzie nie pamiętałem o nim. Tak naprawdę liczy się tutaj powolne tworzenie armii oraz wspólna walka białych oraz czarnoskórych.

free_state_of_jones2

Reżyser bardzo skupia się na odtworzeniu realiów i wygląda to wszystko dość realistycznie, bez pastelowych kolorów. Jest sporo brudu, błota, bagien, palonych domów, Ku Klux Klan, nienawiść oraz niewolnictwo. I wszystko to pokazane bez patosu, jakiejś wielkiej polityki, choć jest parę mocnych scen o tym jak choćby moment głosowania. Znalazło się za to kilka porządnych scen batalistycznych jak strzelanina na cmentarzu czy atak na miasto. Dzieje się wiele, ale nie ma poczucia zagubienia czy chaosu. Nie zabrakło też wielu archiwalnych zdjęć oraz bardzo nieprzyjemnego nastroju, jaki towarzyszy podczas oglądania „Rebelianta”.

free_state_of_jones3

Całość w ryzach trzyma Matthew McConaughey, który jest absolutnie świetny. Newton w jego wykonaniu to prosty facet, który ma dość bezsensownego zabijania oraz bandyckiego prawa wojennego. Jest to kreacja z jednej strony bardzo wyciszona i stonowana, ale jednocześnie widać determinację w dążeniu do celu oraz przełamywanie wrogości między białymi a czarnymi. Mocna, wyrazista postać. Obok niego najbardziej wybija się trzymający fason Mahershala Ali (Moses Washington), który staje się przyjacielem naszego bohatera oraz antypatyczny Bill Tangradi (porucznik Barbour), siejący terror i spustoszenie.

Szkoda, że „Rebelient” przeszedł bez echa, bo nie zasłużył sobie na taki los. Porządne kino historyczne ze świetnym McConaugheyem oraz mało znanym kawałkiem historii USA. Bo czy pamiętacie, żeby jakiekolwiek hrabstwo chciało żyć niezależnie od reszty kraju?

7/10 

Radosław Ostrowski

Bohemian Rhapsody

Jeśli ktoś choć troszkę interesuje się muzyką, prędzej czy później natknie się na brytyjską formację Queen. Zespół pod wodzą Freddy’ego Mercury’ego w latach 70. i 80. wywrócił muzykę do góry nogami, gdzie mieszali gatunki ze sobą (rock z operą, popem, nawet disco), czego nikt nie robił na taką skalę. Problem w tym, że filmowe biografie nieprzeciętnych artystów, zazwyczaj są bardzo przeciętne (może poza „The Doors” czy „Love & Mercy”) i zrobione od sztampy. Jak sobie w zderzeniu z legendą poradził reżyser Bryan Singer?

bohemian_rhapsody1

Sam początek jest obiecujący, gdzie widzimy Mercury’ego przychodzącego do koncertu Live Aid (a widzimy tylko jego sylwetkę) i to jest fajnie zainscenizowane. I już ma zacząć się występ, gdy… cofamy się do roku 1970. Wtedy Farrouk Bulsara pracował na lotnisku w Hearthrow, wyciągając bagaże z samolotów. Jednak miał inny plan na siebie, kiedy poznał muzyków, co grali od knajpy do knajpy i byli jeszcze młodymi chłopakami po studiach – Brian i Roger. Właśnie odszedł od nich basista oraz wokalista, zaś nasz protagonista (już nazywany Freddy’m) postanawia do nich dołączyć.

bohemian_rhapsody2

Reszty możecie się domyślać. Skromne początki, magnetyzująca charyzma Freddy’ego, sprzedaż vana, nagranie pierwszej płyty, wielki sukces oraz koncerty z wielką widownią. Wielki sukces, wielkie zagubienie oraz równie wielki powrót. Problem jednak w tym, że to wszystko jest jakieś takie nijakie. A od momentu nagrania pierwszej płyty, akcja zaczyna pędzić na złamanie karku i próbuje opowiedzieć po łebkach okres działalności grupy Queen. Nie dajcie się zwieść zapowiedzią, że to będzie film o zespole, a nie biografia Freddy’ego, bo jest dokładnie na odwrót. Freddy jest tutaj na pierwszym planie, lecz nie wiele się o nim dowiadujemy (oprócz tego, że jest genialnym artystom). Zarówno droga muzyczna, jak i życie prywatne to jeden wielki bałagan, zaś najbardziej mnie interesujące wątki (orientacja seksualna, wręcz hedonistyczny tryb życia czy zarażenie się HIV) pokazano byle jak i po łebkach. Żeby w dwie godziny upchnąć wszystko, co się da. Panowie, tak się w filmie nie robi.

bohemian_rhapsody3

Mogę podejrzewać, że przyczyną tego stanu rzeczy mogło być wsparcie ze strony żyjących członków zespołu (Briana Maya i Rogera Taylora, John Deacon kompletnie nie interesował się tym przedsięwzięciem), którzy byli także konsultantami filmu. Z jednej strony wydaje się, że ci goście pamiętają, jak to było „naprawdę” i pomagali swoim filmowym odpowiednikom wejść w swoje role, ale mam wrażenie, że zepchnięci na drugi plan May oraz Taylor są tutaj troszkę wybieleni. No i w tym świecie alkohol, narkotyki i seks po prostu nie istnieją – tego nie ma, zaś wszelkie ekscesy oraz dylematy są tutaj bardziej wypowiadane w dialogach niż pokazywane. Czyżby bano się zbrukania legendy Queen? Nie rozumiem tej decyzji, tak samo jak stereotypowego pokazania gejów w tym filmie (wąsy, ciasne stroje i odrobina lateksu – kurwa, serio?).

bohemian_rhapsody4

Czy w ogóle jest coś dobrego w tym filmie? O dziwo, tak. Po pierwsze muzyka, który broni się sama i miejscami jest głównym bohaterem tego dzieła. Największe wrażenie robią albo sceny koncertowe, z tysiącami ludzi albo momenty nagrywania poszczególnych utworów (zwłaszcza nagranie tytułowej piosenki pokazano w dość humorystyczny sposób). Wtedy „Bohemian Rhapsody” zaczyna żyć, pulsować i nabiera epickiego rozmachu (zwłaszcza odtworzony występ podczas Live Aid). Także scenografia oraz kostiumy (wszelkie stroje Mercury’ego) potrafią przykuć oko, a miejscami praca kamery też wypada jak najbardziej ok.

A jak wypadł w roli Freddy’ego Rami Malek? Widać, że stara się poruszać jak Freddy, porusza „kłapami” podczas koncertów tak, że nie wywołuje to zgrzytu (bo zaśpiewać jak Freddy, to jednak trzeba mieć jaja oraz talent). No daje radę i ma parę mocnych scen jak podczas konferencji prasowej czy kiedy wyznaje o tym, że ma AIDS. Pozostali członkowie Queen wyglądają jeszcze bardziej podobnie do swoich protoplastów (szczególnie Gwilym Lee jako Brian May), przez co nie czułem żadnego dysonansu. Ale reszta postaci po prostu się rozmywa, mimo udziału takich rozpoznawalnych aktorów jak Aiden Gillen (menadżer John Reid), Tom Hollander (mecenas Jim „Miami” Beach) czy zaskakujący Mike Myers (producent Ray Foster, który bardziej wygląda jak Jeff Lynne).

Czy po tym filmie poznacie bliżej Freddy’ego, jego fenomen (oraz całego zespołu Queen) oraz ich wpływ na muzykę? Raczej nie. To przeciętna biografia, poprowadzona od jednego wątku do drugiego w bardzo ekspresowym tempie, bez ładu i składu, ciekawego pomysłu oraz pozbawiona jakiegoś własnego charakteru. Jeśli chcecie zobaczyć nieprzeciętną biografię, lepiej jeszcze raz obejrzeć „The Doors” Stone’a albo „Love & Mercy” o Brianie Wilsonie z The Beach Boys, bo one przynajmniej miały jakiś pomysł na siebie.

6/10 

Radosław Ostrowski

Message from the King

Nazywali go King, ale nie był królem żadnego państwa. Imię mu dali Jacob i pochodził z kraju zwanego RPA. Przyjechał do Los Angeles, by odwiedzić swoją siostrę, z którą od dawna nie utrzymywał kontaktu. Na miejscu jednak okazuje się, że jej pod tym adresem nie ma. Powoli odkrywane informacje doprowadzają do dość makabrycznego odkrycia: kobieta zostaje zamordowana. King próbuje wyjaśnić sprawę.

wiesci_od_krola1

Belgijski reżyser Fabrice Du Welz postanowił zrobić dla Netflixa film akcji, ale troszkę inny niż zwykle. Sama intryga jest tutaj poprowadzona bardzo powoli, a wszystko skupia się na odkrywaniu kolejnych elementów układanki. A sama sprawa jest pełne klasycznych elementów tego typu kina: szantaż, narkotyki, seks, pedofilia, polityczna kampania oraz ludzie z wyższych sfer, umoczeni w brudne sprawy. Do tego jeszcze mamy przypadkowo wplątaną osobę w całą układankę. Niemal klasyczne kino zemsty, gdzie z góry wiadomo, kto jest kim, kto okazuje się zdrajcą oraz o co może toczyć się stawka. Pytanie tylko, jak można całą tą konwencję ugrać?

wiesci_od_krola2

Reżyser stosuje tutaj niemal paradokumentalny styl (bez trzęsącej się kamery z ADHD) oraz krótkie, montażowe przebitki na przeszłość naszego bohatera, co wywołuje pewien chaos w narracji. Samo tempo jest więcej niż wolny, zaś sceny akcji wyglądają zwyczajnie niechlujnie, zbyt chaotycznie i miejscami nieczytelne. Jak tu w ogóle można zaangażować się w tą całą opowieść? Pojawiają się pewne drobne wolty, jednak to za mało by zaintrygować (wliczając w to końcówkę).

wiesci_od_krola3

Jest tylko jedna rzecz, która przyciąga uwagę: Chadwick Boseman w roli Kinga. Niby klasyczny mściciel, bo uparty, zdeterminowany, pełen sprytu oraz mrocznej przeszłości. Jego charyzma napędza ten film i trzyma go za pysk do końca. Sytuację jeszcze wspierają solidni Luke Evans (śliski Wentworth) oraz Alfred Molina (Preston), którzy poniżej pewnego pułapu nie schodzą, chociaż stać ich na więcej.

Czy „Message from the King” jest w stanie sprawdzić się jako kino zemsty? Dla mnie było zbyt spokojne, mocno przewidywalne oraz z wyrazistym protagonistą (zaskakująco stonowanym jak na tego typu kino). Ale można było z tego więcej wycisnąć i to boli.

6/10 

Radosław Ostrowski