Manic Street Preachers – Resistance Is Futile

Resistance_Is_Futile

Ta walijska formacja działa już ponad 30 lat I łączy rock’n’rollową muzykę z socjalistycznymi poglądami ukrytymi w tekstach (w końcu są nawiedzonymi kaznodziejami). Trio pod wodzą Jamesa Deana Bradforda wróciło po czterech i w 2018 pokazali następcę dobrze przyjętego “Futurology”. Już sam tytuł zapowiadał zmianę (“Opór jest daremny”) oraz pewien pesymizm.

Sam początek to całkiem niezły “People Give In” z równo grającą sekcję oraz delikatnym tłem smyczkowo-klawiszowym. Refrenu brak, ale ma w sobie coś. Tak jak dynamiczniejszy pierwszy singiel “International Blue” z bardziej pobrudzonymi gitarami w tle. I wtedy pojawia się bardziej popowy oraz spokojniejszy (w zwrotkach) “Distant Colours”, by zaatakować “Vivian”. Pozornie zaczyna się delikatnymi dźwiękami fortepianu, ale wtedy wchodzą smyczki oraz gitara w refrenie, doprowadzając do przyspieszenia I ten rollercoaster trwa przez 4 minuty. Troszkę dziwnie prezentuje się nagrany z The Anchoress “Dylan & Caitlin”, gdzie dominują przez sporą część smyczki, by wrócić do perkusyjnych strzałów oraz szybkich solówek w “Liverpool Revisited”, a także “Sequels of Forgotten Wars”, gdzie pojawiają się elektroniczne wstawki. Klawisze delikatnie odzywają się w kojącym “Hold Me Like a Heaven”, zaś fanom mocniejszych brzmień najbardziej spodoba się niemal punkowy “Broken Algorithms” z pokręconą perkusją oraz nakładającymi się wokalami pod koniec.

Problem jednak w tym, że te utwory niespecjalnie zostają w głowie po odsłuchaniu. Nawet pewna próba urozmaicenia nie jest w stanie zostać na dłużej tak jak “Futurology”. Ale fani zespołu powinni nabyć wersję deluxe z dodatkową płytą. Tam są wersje demo z podstawowej wersji oraz dwa nowe kawałki – pachnący Morrisseyem “Concrete Fields” oraz “A Soundtrack to Complete Withdrawal”, ale nie wybijają się z poziomu podstawki. Fani będą oczarowani, lecz dla mnie miejscami brakowało jakiegoś mocniejszego kopa oraz uderzenia. Można poszukać paru ciekawych tekstów, tylko że dla tekstów można wziąć tomik wierszy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cat Power – Wanderer

d2FjPTQ1MHgx_src_6186-Cat-Power_1

Na nowy album tej amerykańskiej wokalistki alternatywnej sceny bluesowej trzeba było czekać aż 6 lat. „Sun” było pierwszym albumem Cat Power, jaki trafił w moje ręce i zrobił na mnie spore wrażenie. Dodatkowo jest to pierwsza płyta nagrana poza dotychczasową wytwórnią Matador Records. Tytuł niby zwiastuje cuda, ale czy naprawdę warto ich się spodziewać?

Początek ba bardzo krótkie tytułowe intro śpiewane a capella oraz pełne głosów w tle. A potem wchodzi dość zaskakujący „In Your Face”, czyli blues grany na fortepianie oraz oszczędnych, egzotycznych bębenkach. Spokojnie, delikatny, wręcz nostalgiczny. Troszkę żywszy wydaje się „You Get” z bardzo chwytliwym refrenem, ale klimat nadal pozostaje zachowany. A jeszcze większym zaskoczeniem było singlowe „Woman”, gdzie gościnnie pojawiła się Lana Del Rey. I to połączenie plus Hammondy w tle zmieszane z akustyczną gitarą tworzą jeden z żywszych utworów na tym albumie. Zaś zderzenie rozmarzonego głosu Lany z bardziej „zużytym” Cat wypada bardzo dobrze. Drugą niespodzianką jest cover utworu Rihanny „Stay”, z inaczej grającym fortepianem oraz wolniejszym tempem. Warto też wspomnieć o pianistycznym „Horizon”, gdzie pod koniec wokal zostaje obrobiony komputerowo.

Trudno jednak nie zauważyć, że „Wanderer” jest bardzo spokojnym, wręcz lekko monotonnym albumem, gdzie pozornie nie dzieje się zbyt wiele. Cat Power stawia na klimat i choć poprzednik był bardziej przebojowy, to trudno odmówić „Wanderer” tego bardzo intymnego nastroju, jakiego nie da się opisać słowami. Także to słychać w tekstach, gdzie nie brakuje wspomnień rodziny („Horizon”) czy kwestii kobiecości („Woman”). Warto dać szansę tej jesienno-zimowej płycie.

7/10

Radosław Ostrowski

Bejrut

Stolica Libanu w 1983 roku była już pogrążona w wojnie domowej, gdzie kraj został podzielony na dwie strony: Zachodni i Wschodni. Muzułmanie, Żydzi, chrześcijanie wciśnięci do jednego worka – to musiało w końcu eksplodować. Tutaj kiedyś mieszkał zastępca ambasadora USA, Mason Skiles, ale to było 10 lat temu i to było zupełnie inny kraj. Teraz nasz Mason pełni rolę negocjatora w Izbie Handlowej, próbując pogodzić związkowców z szefami. Jednak nasz bohater musi wrócić do dawnego domu. Jego przyjaciel z tamtego okresu, agent CIA zostaje uprowadzony, a porywacze chcą jego jako negocjatora.

bejrut1

Kolejne dzieło od Netflixa, ale tym razem jest to sensacyjny thriller szpiegowski z mocnymi fundamentami. ale czy może być inaczej, jeśli za scenariusz odpowiada Tony Gilroy (seria o Jasonie Bournie), a reżyseruje specjalizujący się w psychologicznych dreszczowcach Brad Anderson? Początek to ten okres świetności Masona, by zobaczyć jego upadek z alkoholem w dłoni. Wszystko jest tutaj poprowadzone tylko za pomocą dialogów (w końcu to film o negocjowaniu) w miejscu przecięcia się wpływów wielu krajów: USA, Izrael, Palestyna, zaś sami Libańczycy wydają się nieobecni. Twórcom bardzo przekonująco udaje pokazać się skomplikowaną układankę, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać. Mimo sporej ilości gadaniny, nie ma tutaj miejsca na nudę, zaś intryga potrafi utrzymać w napięciu. I to jest dla mnie sporym zaskoczeniem.

bejrut2

Realizacja zdecydowanie broni się stylówką oraz odtworzeniem realiów. Chociaż problem w tym, że więcej słyszymy o tym, co się stało. Nie brakuje zniszczonych budynków, wiele posterunków, wojska oraz zabawy w podchody. Może i jest to przewidywalne, niepozbawione paru uproszczeń, ale to wszystko potrafi zaangażować. Tak samo jak mocno orientalna muzyka w tle.

bejrut3

Jeżeli jest coś, co trzyma ten film w ryzach to fantastyczna rola Jona Hamma. Aktor świetnie sprawdza się jako negocjator z demonami, gdzie samym spojrzeniem potrafi pokazać wiele. Największe wrażenie robi podczas scen negocjacji (tutaj błyszczy inteligencją) oraz podczas wizyt w barze. Słucha się go cudownie i ma w sobie prawdziwą charyzmę, gasząc kompletnie wszystkich, zarówno telewizyjnych weteranów (Dean Norris i Shea Whigham), jak i Rosamond Pike jako agentkę Crowder, z którą tworzy dość nieoczywisty duet.

„Bejrut” pokazuje, że Netflix jeszcze potrafi zaskoczyć i zrobić dobry film. Niby spokojny, ale trzyma w napięciu, niby thriller, lecz skupiony na dialogach niż akcji (choć całkiem porządnie wykonanej). Nie jest to naiwne, mocno uproszczone spojrzenie na Bliski Wschód, czego bardzo się obawiałem.

7/10 

Radosław Ostrowski

ARQ

Czym jest tytułowy ARQ? To maszyna skonstruowana przez pewnego młodego inżyniera, który kiedyś pracował dla potężnej korporacji Torus. Cacko powstało do stworzenia energetycznego perpetuum mobile, ale okazuje się małym wehikułem czasu. Firma ta prowadzi wielką wojnę w świecie doprowadzonym do wielkiego upadku świata, toksycznego zatrucia oraz braku jedzenia. Ale wszystko zaczyna się w momencie, kiedy do niego oraz dziewczyny wpada trzech kolesi i chcą kasy. To członkowie walczącego ruchu oporu zwanego Blokiem. Ale cała próba wyrwania się kończy śmiercią Rena, który… budzi się znowu w swoim wyrku.

arq1

To jeden z pierwszych filmów zrobionych przez Netflixa i całkiem zgrabna wariacja z „Dniem świstaka” w konwencji SF. Mamy przypadkowo zapętlony dzień (a właściwie parę godzin), gdzie kolejne zgony i repetycje pozwalają odkrywać kolejne elementy intrygi związanej z tą maszyną. Samo tło jest tutaj ledwo zarysowane (wiadomości w tle), a wszystko znajduje się w bardzo zamkniętej przestrzeni. Reżyser odkrywa powoli kolejne elementy układanki, które czynią prostą intrygę coraz bardziej skomplikowaną, gdzie pewne osoby okazują się kimś zupełnie innym niż na początku, a wiele wydarzeń zaczyna zmieniać następne pętle. Więc nie jest tutaj czystej powtórki wydarzeń, bo nie tylko Ren zaczyna respawnować się po śmierci, co jeszcze bardziej wywraca przewidywalność całych wydarzeń. I to wyróżnia „ARQ” z grona wielu klonów „Dnia świstaka”, ale sztafaż SF w zasadzie jest tu ograniczony do minimum.

arq2

Scenografia jest tutaj bardzo oszczędna – w zasadzie najważniejsze jest pomieszczenie z maszyną zwaną ARQ oraz bardzo skromnych efektów specjalnych (wiadomości oraz pojawiający się robot). Problem jednak w tym, że z powodu tej intrygi przestałem zwracać uwagę na postacie. Te osoby bardziej przypominają jakieś awatary, ledwo zarysowane i w zasadzie pozbawione głębi. Nawet główny bohater, czyli Renton, nie jest wyjątkiem od reguły, choć zagrane jest to naprawdę solidnie. Co na bank pomagają kompletnie nieznane, mało ograne twarze.

arq3

Jak więc ocenić „ARQ”? Niby ograny pomysł z pętlą w czasie, ale spokojna realizacja, ciągle wolty i przewrotki są w stanie dostarczy wiele satysfakcji. Jako rozrywkowe dzieło sprawdza się solidnie, chociaż czasem logika może budzić wątpliwości (pętle przeżywane przez innych). Ale to nie są irytujące detale, psujące przyjemność z seansu.

7/10

Radosław Ostrowski

Sneaky Pete – seria 2

Pewnie wszyscy pamiętają Mariusa Josepovica – drobnego cwaniaka, który podszywa się pod kolegę z celi i odwiedza jego rodzinę. Druga seria zaczyna się tu po wydarzenia z 1 serii, gdy Marius zostaje porwany przez dwóch oprychów, którzy żądają od niego zwrotu 11 milionów (ciągle go biorą za Pete’a) oraz znalezienie jego matki. Wszystko jest tu powiązane z napadem, dokonanym przez Pete’a (tego prawdziwego), który był zasłoną dymną przed napadem na magazyn. Z kolei w rodzinie Berhnardów pojawiają się kolejne problemy związane z zabójstwem skorumpowanego detektywa Winslowa. Poza tym normalka: próba prania pieniędzy przez Julię, pojawia się młody chłopaka szukającego auta swojego starego, no i bardzo dociekliwa Carly, próbująca poznać prawdę na temat śmierci swoich rodziców.

sneaky_pete21

Powrócił „Sneaky Pete”, czyli kryminalno-obyczajowy serial z tajemnicami, przekrętami oraz groźnymi bandziorami. Cała tajemnica wokół głównego wątku odkrywana jest bardzo powoli, bo od początku nie wiemy, kto jest nowym przeciwnikiem, jak wygląda matka Pete’a oraz jak to wszystko odbije się na całej familii. Jest tu sporo wątków pobocznych, które coraz bardziej zaczynają się zazębiać i prowadzą do miejscami dość nieoczywistych sytuacji, jak sprawa pewnej „klientki” do poręczenia, którą – jak się okazuje – jej szef chce sprzątnąć czy pojawienie się detektyw z Nowego Jorku i jej śledztwo w sprawie Winslowa. Tutaj pojawia się parę zaskoczeń, odrobina napięcia, ale także i humoru, jakże potrzebnego w tym mrocznym świecie (sceny w miasteczku, będącym centrum mediów spirytualistycznych – perełki). To przejście z wątku na wątek jest poprowadzone bardzo płynnie, zaś główna opowieść potrafi parę razy wyciąć kilka numerów. Ale tym razem stawka jest o wiele większa, bo i główny zły to – w porównaniu z Vince’m – prawdziwy psychopata, który uwielbia wykorzystywać kwas.

sneaky_pete22

Jednak najbardziej zaskoczyły mnie w tej serii dwie rzeczy. Że te wszystkie kłopoty pozwalają scementować całą rodzinę, która wspólnymi siłami jest w stanie zmierzyć się ze wszystkimi problemami. No i że nie wszystko naszemu Mariusowi się poukładało, zwłaszcza że wiele tutaj zależy od Pete’a (rozbrajająca scena rozmowy z kierowniczką kasyna), a także jego matki – równie przebiegłej jak Josepovic oszustki, do tego będącej medium. I muszę przyznać, że prowadzenie intrygi nadal dostarcza masę frajdy. Kant jest zrobiony z ciągłymi przerzutkami, wiele zostaje później odkryte, a kwestia zaufania zawsze jest tutaj podważana. I to podkręca całe napięcie (dwa ostatnie odcinki pod tym względem są bardzo mocne), a jednocześnie stawia pytanie: kto kogo wykiwa.

sneaky_pete23

I nadal jest to kapitalnie zagrany, a Giovanni Ribisi zwyczajnie błyszczy z każdą sceną. Marius/Pete to prawdziwa petarda oraz przykład antybohatera, którego nie da się nie lubić. Niby oszust i krętacz, ale mocno ukrywający w sobie pewną cząstkę dobra, jaką w sobie posiada. Potrafi sprytnie manipulować, lecz czasami trafia na równych sobie. Z nowych postaci zdecydowanie wybija się Jane Adams, czyli Maggie Murphy. Jeśli myśleliście, że Marius był prawdziwym artystą wśród kanciarzy, to ta kobieta jest na wyższym poziomie, chociaż w przeciwieństwie do mężczyzny, nie próbuje działać wbrew swoim zasadom. Także więcej czasu dostaje Ethan Embry, czyli prawdziwy Pete, niejako wpakowany wbrew sobie w całą kabałę. Niby z nerwami w strzępach, ale w decydującej chwili potrafi stanąć na wysokości zadania. No i ma wsparcie swojej matki, co na pewno mu pomaga. Nasi starzy sprawdzeni znajomi nadal prezentują wysoki poziom (zwłaszcza Marin Ireland oraz duet Peter Gererty/Jay O. Sanders), zaś ich losy ciągle mnie obchodziły. Pod tym względem nie mam się do kogo przyczepić.

sneaky_pete24

Druga seria „Sneaky Pete” nadal trzyma poziom i ogląda się ją po prostu świetnie. Samo zakończenie sugeruje, że Marius może zostać „spalony” przez rodzinę i parę tajemnic pozostało do odkrycia. Ale o tym opowie nowa seria, która już została zamówiona przez Amazon. Nie mogę się doczekać dalszego rozwoju wypadków.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

6 balonów

Wszystko skupia się w ciągu niemal jednego wieczora, gdzie ma dojść do przyjęcia-niespodzianki wobec chłopaka naszej bohaterki. Katie wydaje się być spokojną, poukładaną dziewuchę, tylko że jest jeden szkopuł: brat Seth, który jest narkomanem. Na odwyku był multum razy, a nawet opieka nad 2-letnią córką nie jest w stanie go zmienić. Dziewczyna próbuje zapisać brata na odwyk, co nie będzie takie łatwe.

6_balonw1

Netflix znowu próbuje opowiedzieć skromną historię na poważny temat. Wiecie, jak łatwym tematem wydaje się uzależnienie od narkotyków? Jak bardzo pociągającym dla filmowców? Mógłbym wymienić tutaj bardzo długą listę, więc co ciekawego w tej materii ma do zaoferowania „6 balonów”? Po pierwsze, skondensowanie całej opowieści do jednego zdarzenia oraz skupieniu się na jednym wątku, czyli bardzo toksycznej relacji rodzeństwa. Nie mamy tutaj pokazania przyczyny tej sytuacji, dlaczego brat zaczął ćpać i czemu próbuje podjąć się rolę bycia ojcem. Wszystko się skupia na próbie zapisania Setha na odwyku, a po drodze jeszcze odebranie tortu oraz pójście po towar (tytułowe sześć balonów). Sama historia jest dość krótka przez co nie ma mowy o przynudzaniu, a krótki czas pozwala na intensyfikację wydarzeń. Ale też bardzo widać, jak ta relacja działa destrukcyjnie na najbliższych. Może jest to pokazane dość nachalnie (czytany rozdział jakiegoś poradnika oraz „tonący” samochód), niemniej potrafi to zadziałać.

6_balonw2

Jednak „6 balonów” ma jedną, bardzo poważną wadę – nie opowiada niczego nowego w tym temacie. Wszystko to przypomina wyważanie otwartych drzwi, przez co nie byłem specjalnie zaangażowany w całą tą historię. Podejrzewałem, jak to się skończy, a seans był dla mnie zbyt nudny. Może, gdyby był dużo młodszy i zaczynałbym oglądanie filmów z narkotykowym nałogiem, pewnie zmiótłby mnie. Być może taki był zamysł, żeby trafić do młodego odbiorcy. I pewnie zrealizuje ten zamysł.

Z obsady najbardziej znany jest Dave Franco, który tutaj wciela się w uzależnionego Setha. Jest odpowiednio irytujący, żałosny, budzący współczucie. Całkiem nieźle za to wypada Abbi Jacobson w roli Katie i w zasadzie to ona dźwiga ten film na swoich barkach. I czuć tutaj chemię miedzy postaciami, choć Setha bardzo trudno polubić.

Innymi słowy jest to solidny film, tylko że nie ja jestem głównym celem dla twórców. Czy dotrze do młodych ludzi? Nie wiem, ale dla mnie to tylko powtórzenie znanych mi już prawd.

6/10

Radosław Ostrowski

Walka: Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego

Netflix coraz bardziej robi w dokumentach, pokazując naprawdę intrygujące opowieści o ludziach, którzy zostali zapomniani. Jednym z nich jest polski rzeźbiarz Stanisław Szukalski. Słyszeliście o nim? Ja też nie, bo przez długie lata jego dorobek został zapomniany. Ale pojawił się dokument „Walka”.

Tutaj narracja niejako tworzy się dwutorowo. Punktem wyjścia są rozmowy z artystami sceny alternatywnej lat 70., którzy przypadkiem poznali dorobek polskiego artysty. Jeszcze większy szok ich spotkał, gdy odkryli, iż Szukalski żyje i mieszka w Los Angeles. Jeden z nich, Glenn Bray, decyduje się także filmować opowieści artysty na temat sztuki oraz jego dość pokręconego życiorysu. Niby jest tu jak w klasycznym dokumencie, czyli gadające głowy przeplatane ze sporymi ilościami archiwaliów. Sfilmowane wypowiedzi Szukalskiego, zdjęcia pokazujące rzeźby oraz wspomnienia spotkań. Jednocześnie twórcy próbują pokazać dokonania artysty, jego młodość, samodzielnie zdobywaną wiedzę, krótki flirt z Hollywood (pomogła mu przyjaźń ze scenarzystą Benem Hechtem).

walka1

Ale żeby nie było tak słodko, nie bano się pokazać troszkę mroczniejszej strony twórczości, która była monumentalna, pełna bogatych ozdobników. I te dzieła nawet dzisiaj robią imponujące wrażenie (niektóre zostały pokazane przez twórców jak trójwymiarowe bryły. Jednak sam twórca (w okresie przedwojennym) nie ukrywał swoich nacjonalistycznych poglądów, co widać w publikowanym magazynie „Krak” oraz miał bardzo duże mniemanie o sobie. Ale podobno tzw. geniuszom wypada się wywyższać, co czyni Szukalskiego człowiekiem. Sporo tutaj miejsca poświęcono nacjonalistycznym zapędom w II RP (i to niestety jest prawdą) oraz temu, jak symbole z dzieł artysty zostały przejęte przez współczesnych nacjonalistów. Ale te poglądy zostały poddane weryfikacji przez historię, co pokazały dwie rzeźby („Potop XX wieku” oraz „Katyń – ostatnie tchnienie”). I to czyni tą postać bardzo złożoną, fascynującą osobowością. Nawet jeśli się nie zgadzamy z jego przekonaniami.

walka2

Jestem oczarowany tym filmem, które w dość krótkim czasie udaje się pokazać zapomnianą, ale nietuzinkową postać polskiej sztuki. Niby klasyczna forma, ale oglądałem ten film z zapartym tchem i porażony wielką pewnością siebie oraz bardzo przewrotnymi losami artysty. Zobaczcie to koniecznie.

9/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Życie animowane

Kiedy usłyszałem o tej historii wydawała mi się zwyczajnie nieprawdopodobna. A jednak. Poznajcie Owena – powoli wchodzącego w dorosłe życie faceta z autyzmem. Gdy go poznajemy, kończy studia, ma dziewczynę (Emily) i chce się usamodzielnić. Jednak najbardziej zaskakują jest jego przeszłość, bo w wieku 3 lat zdiagnozowano autyzm po tym, jak chłopiec przestał mówić i zaczął tylko bełkotać.  Po jakimś czasie rodzice odkryli, że kluczem do komunikacji są… bajki Walta Disneya, które – jak się później okazało – znał na pamięć. I zaczęła się próba wyciągnięcia chłopaka do życia.

zycie_animowane2

Film jest oparty na książce ojca Owena, dziennikarza Rona Suskinda. W zasadzie całość można podzielić na dwie części. Pierwsza to momenty z przeszłości, gdzie życie rodziny wywraca się do góry nogami oraz pojawia się choroba. Choroba, która dokonuje regresu (wtedy autyzm był stygmatyzowany), a jednocześnie – co jest pewnym paradoksem – troszkę bardziej zaczyna rodzinę scalać. Drugi wątek to współczesne życie Owena, kiedy kończy studia, chce samodzielnie mieszkać, żyć z dziewczyną oraz znaleźć pracę. Obydwie te historie niejako przeplatają się ze sobą, przez co cały czas trzyma w zainteresowaniu.

zycie_animowane1

Najbardziej w tej całej opowieści jest to, jak pokazany jest wpływ tych bajek na tego chłopca. Że dzięki nim zaczyna poznawać świat, ale też zaczynają go kształtować i uczą go przyjaźni, że nie należy się poddawać i tym podobne. Ale problem w tym, że te opowieści są bardzo czarno-białe, a życie prawdziwe takie nie jest, co może wywołać jeszcze większe zamieszanie (rozstanie z dziewczyną). I co wtedy? A to już możecie się sami przekonać. Same retrospekcje są pokazane w formie… ręcznie rysowanej animacji oraz rysunków, jakby ołówkiem wykonanych na kartce papieru. Te fragmenty nie tylko poruszają, ale pozwalają wejść niejako w skórę samego Owena, gdy poznajemy stworzoną przez niego opowieść. Nie spodziewałem się, że kiedyś się rozkleję, ale tak było.

Nie chcę zdradzać już więcej, ale powiem tylko jedno: „Życie animowane” to niezwykły, pełen empatii oraz ciepła film. Delikatny jak nasz bohater, a jednocześnie pokazujący troszkę perspektywę osoby, nazywaną czasami „inną”, ale nie oznacza to „gorszego”.

8/10 

Radosław Ostrowski

Amy

Film dokumentalny zawsze jest traktowany inaczej, bo wydaje się pokazywać „prawdę”. Problem w tym, że prawdę i fakty można interpretować na dowolne sposoby, przez co trudno dojść do obiektywnej prawdy, bo ona zwyczajnie nie istnieje. Nie oznacza to jednak, że filmy dokumentalne musza być nudne czy nieangażujące. Zwłaszcza kiedy opowiadają o wyrazistych, czasami kontrowersyjnych postaciach. Nie inaczej jest z nowym dziełem Asifa Kapadii „Amy”.

amy1

Realizacyjnie mamy dokładnie to samo, co w przypadku „Senny”, czyli widzimy same materiały archiwalne, bez „gadających głów”, lecz z wypowiedziami z offu. I to wszystko ma zbudować portret Amy Winehouse. Ta wokalistka z jednej strony była pamiętana za dwie dobrze odebrane płyty, z drugiej było bardzo dużo zamieszania w jej życiu prywatnym. Media po sukcesie drugiego albumu „Back to Black”, zaczęły się nią coraz bardziej interesować i obserwowały ten rajd ku autodestrukcji, który się zakończył w 2011 roku.

amy2

Muszę przyznać, że sam zbiór archiwaliów, jakie zostały wykorzystane do filmu, jest bardzo imponujący. Mamy zarówno prywatne zdjęcia, dużo sfilmowanych materiałów – nie tylko fragmenty koncertów czy materiały z telewizji, ale też sceny z backstage’u, prywatne filmy nagrywane przez najbliższych, sceny z wakacji, momenty podczas nagrywania utworów. Wszystko ułożone w kolejności chronologicznej, bez jakiegoś specjalnego kombinowania. Z jednej strony budzi to wielkie wrażenie, ale z drugiej czułem się jak podglądacz, co wywołało we mnie dyskomfort. Wiele razy chciałem przerwać i przestać oglądać, ale jednocześnie chciałem poznać jedną z możliwych odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Dlaczego to wszystko się tak nagle skończyło? Zbyt duża presja medialna, toksyczna relacja z mężem/byłym mężem, ojciec chcący żyć w blasku córki? Są poszlaki wskazujące na każdą z tych możliwości, choć może sama Amy okazała się zbyt krucha i po prostu uderzyła ją woda sodowa? Może nie wytrzymała swojego sukcesu oraz zainteresowania własną osobą? Ten wariant wydaje mi się bardziej prawdopodobny, ale reżyser nie zwraca na to uwagi. Albo nie wali tego wprost (mogłem tego nie zauważyć).

Sama forma – po „Sennie” – już nie robi takiego wrażenia, niemniej „Amy” pozostaje interesującym dokumentem od strony realizacyjnym. Kapadia znowu pokazuje swój warsztat oraz biegłość w klejeniu różnych elementów, potrafi łączyć narrację w intrygujący sposób, a brak komentarza twórcy wydaje się dużą zaletą. Ale nie próbujcie tu szukać prostej odpowiedzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Hooverphonic – Looking for Stars

looking-for-stars-b-iext53648635

Belgijski duet Hooverphonic postanowił o sobie przypomnieć. Minęły dwa lata od poprzedniego albumu, gdzie występowała masa wokalistów (niczym w Massive Attack), ale już przy pracy nad nowym materiałem udało się znaleźć nowy głos (po odejściu charyzmatycznej Geiki Arnaert oraz Noemie Wolfs) w postaci 17-letniej Luki Cruysberghs. Czy podołała zadaniu i jak w ogóle brzmi dziesiąte dzieło duet Alex Callier/Raymond Geerts?

Grupa była znana ze swojego triphopowego stylu, mieszając także pop i rock. Nie inaczej jest w „Looking for Stars”, które zaczynają się od niemal rozmarzonego „Lethal Skies”, gdzie prowadzony jest dialog gitarowo-pianistyczny w bardzo spokojnym tempie. Klimat od razu zmienia się w bardziej mroczny, gdy odzywa się elektronika w „Paranoid Affair” (bardzo kołysankowy wstęp) czy bardziej rozpędzony „Romantic” z partią smyczków, dodających atmosfery retro oraz – nomen omen – romantycznym fortepianem pod koniec. Od tej piosenki można się uzależnić. Jest jeszcze bardzo taneczny „Uptight” z funkową gitarą czy idący ku triphopowym korzeniom „Concrete Skin”. Twórcy cały czas próbują zaskakiwać, czasami tworząc dziwaczne mieszanki niczym w tytułowym utworze, gdzie gitara, elektronika i dyskotekowa perkusja przypominają popowe numery z lat 90. Albo wręcz rockowy „Horrible Person”, polany Hammondami czy melancholijny „On and On” ze smyczkami w tle lub stonowany „Feathers and Tar”, do którego dochodzą dziwaczne wejścia perkusji oraz wokalizy. Tylko jeden utwór mi nie podszedł, czyli niemal transowy „Slepless”, zdominowany przez niemal psychodeliczną elektronikę.

Jak sobie radzi nowa wokalistka? Luka ma bardzo eteryczny, wręcz dziewczęcy głos, który jednak potrafi przyciągnąć do siebie niczym magnes. Mimo, że wyczuwałem pewne podobieństwo w barwie do Birdy, potrafi być zarówno bardziej ekspresyjna (ale bez popadania w przesadę), jak i bardzo delikatniutka, kontrastująca z żywszymi dźwiękami muzyki. Mam nadzieję, że zostaje z duetem na dłużej – wydaje się pasować do nich.

Hooverphonic nadal wydaje się coraz bardziej zaskakującym składem, gdzie każdy utwór to inna układanka, bez poczucia powtarzalności. Godny następna „In Wonderland” i przykład, że można stworzyć coś nowego ze starych składników.

8/10

Radosław Ostrowski