Węże w samolocie

Film Davida Ellisa z 2006 roku to przykład filmu tak głupiego i tak złego, że aż dobrego. Albo ocierającego się o bycie dobrym. Po samym tytule nie należało spodziewać się wybitnego dzieła, ale nie byłem gotowy na taką ekstrawagancję.

Bohaterem filmu jest młody surfer Sean Jones (Nathan Phillips), przebywający na Hawajach. Jednak zamiast szaleć na desce albo na motorku jest świadkiem czegoś, czego nie powinien widzieć. Mianowicie niejaki Eddie Kim (Byron Lawson), lokalny gangster, co ma w kieszeni policję, zabija prokuratora prowadzącego śledztwo przeciwko niemu. Chłopak ucieka, jednak ludzie mafioza dopadają go w jego domu. Na szczęście pojawia się odsiecz w postaci agenta FBI Flynna (Samuel L. Jackson), który zabija siepaczy i bierze Seana pod swoją ochronę. Mam zeznać przeciwko Kimowi, by ten poszedł siedzieć. Flynn planuje wysłać świadka samolotem pasażerskim, gdzie pierwsza klasa byłaby tylko dla Jonesa, niego oraz drugiego agenta. Nawet podają mylny samolot, lecz Kim orientuje się w zamiarach i postanawia wykonać „genialny” ruch. Otóż jego ludzie przemycają do samolotu… węże wszelkiej maści, do tego przed lotem spryskują luk feromonami.

Jeśli myślicie, że fabuła jest idiotyczna i niedorzeczna, to… macie rację. Jakim cudem główny złol oraz agent w ogóle wiedzą, jak wygląda Sean, skoro ten pierwszy słyszał tylko silnik motoru, zaś drugi (jakimś cudem) wie o wszystkim. Jak udało się w ogóle umieścić tyle węży, by nikt się nie zorientował? I jak one potrafią wejść do kabiny pilota? Głupot jest tu więcej, a twórcy wydają się być ich świadomi. Całość brzmi jak mocno zakręcona wersja „Szklanej pułapki” w powietrzu, oscylująca między komedią akcji a B-klasowym horrorem. Postacie są zabijanie w durny, choć kreatywny sposób, do tego jeszcze mamy widok POV węży z użyciem zielonego filtra (skąd ta zieleń), nie brakuje stereotypów i szablonów wśród uczestników eskapady (stewardessa w swoim ostatnim locie, kobieta z pieskiem, niemiecki ważniak czy raper z dwójką dużych – i czarnych – ochroniarzy). No i pojawiają się czasem takie teksty, które potrafią wybić z równowagi (rozmowa pilota ze stewardessą: Dasz radę pilotować jedną ręką? / Zdziwiłabyś się, co potrafię zrobić jedną ręką).

Jeszcze w ten miks mamy wrzuconego działającego z zewnątrz kolegę Flynna (Bobby Cannavale), próbującego znaleźć specjalistę od węży, by znaleźć surowicę. Niby ma to być odskocznią i jeszcze podbić napięcie, jednak nie do końca to działa. Tak samo jak zbyt wiele ciemnych ujęć w samolocie, przez co ciężko cokolwiek zauważyć. O wiele bardziej film działa jako komedia, gdzie nawet wypowiadane z powagą dialogi, brzmią idiotycznie. Właściwie z obsady to tutaj tylko Samuel L. Jackson oraz Julianna Margulies (stewardessa Grace) najbardziej zapadają w pamięć, odnajdując się w tym szaleństwie.

To jest bardzo specyficzne kino, które wielu może odrzucić i uznać za absolutne badziewie. Ellis wydaje się nie traktować całości zbyt poważnie, jest masa dziur logicznych, co może doprowadzić do ogromnego wytrzeszczu oczu oraz niedowierzania. Jeśli jednak potraktuje się całość z przymrużeniem oka, ściągnie się znajomych z piwem, doświadczenie może być dużo lepsze.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kokainowy miś

Chyba żaden film nie wywołał we mnie takiego poczucia zmarnowanego potencjału jak „Kokainowy miś”. Film w reżyserii Elizabeth Banks, wyprodukowany przez duet Phil Lord/Christopher Miller, do tego inspirowany prawdziwą historią stoi w dziwnym rozkroku.

Akcja toczy się w 1985 roku, skupiając się wokół osób na terenie park przyrody Chattahoochee w stanie Georgia. To między innymi tutaj zostały wyrzucone torby zawierające kokainę przez przemytnika, ale ten w trakcie wyskoczenia z samolotu… uderza głową o drzwi i spada. Jego szef, Syd White (Ray Liotta), by znaleźć cały towar wysyła swojego syna Eddiego (Aiden Ehrenreich) oraz jego kumpla, Daveeda (O’Shea Jackson Jr.). Do tego jeszcze w całą tą sprawę wplątuje się trójka nastoletnich złodziejaszków, lokalna pielęgniarka (Keri Russell), jej córka (Brooklynn Prince), kolega z klasy (Christian Convery) towarzyszący jej w wagarach do wodospadu, strażniczka leśna (Margo Martindale) oraz ścigający White’a gliniarz (Isaiah Whitlock Jr.). Ale żadne z nich nie jest gotowe na to, że kokaina wpadła w ręce (bardziej pasowałoby w łapy)… niedźwiedzia grizzly. A ten pod jej wpływem zmienia się w żadną krwi bestię, która atakuje wszystkich na swojej drodze.

Sam ten koncept brzmi jak czyste szaleństwo i – ku zaskoczeniu wielu – jest to inspirowane prawdziwymi wydarzeniami. Prawdą jest sam przerzut narkotyków samolotem, jak i fakt naćpania się niedźwiedzia. W dodatku samicy. Jednak nikogo nie zabiła, tylko zmarła z powodu przedawkowania. Sama reżyserka miała tu spory potencjał do popisu. Bo film mógł pójść w B-klasowy monster movie okraszony dawką czarnego humoru, poważny dramat albo nawet thriller. Ostatecznie film idzie we wszystkich kierunkach, co wywołuje ogromną dezorientację. Jako komedia nie sprawdza się za bardzo i ma parę irytujących postaci (trójka gówniarzy czy przechodzący żałobę Eddie), z kolei jako krwawy slasher ma tych momentów o wiele za mało. Choć trzeba przyznać, że są brutalne, mimo użycia komputerowo zrobionego niedźwiedzia (atak na karetkę pogotowia – cudowne). Postaci jest zwyczajnie za dużo, przed ich nadmiar akcja jest zadziwiająco wolna (a film trwa niecałe półtorej godziny) i nie są zbyt angażujące (chociaż nikt nie gra tu źle).

Technicznie też jest tutaj co najmniej przyzwoicie. Krajobrazy lasu wyglądają ładnie, efekty specjalne nie wybijają z seansu, zaś w tle gra mocno elektroniczna muzyka. Jednak dla mnie ten film byłby lepszy, gdyby twórcy bardziej zaszaleli. Bardziej skupili się na naćpanym, szalejącym po lesie miśku i pokazali (ze sporą dawką czarnego humoru) jego akcje. A tak dostajemy kino, które jest zbyt poważne na komedię oraz zbyt głupie na dramat. Twórcy zrobili temu filmowi – nomen omen – niedźwiedzią przysługę.

5/10

Radosław Ostrowski

Mów do mnie!

Dzisiaj filmy może robić każdy, nawet osoba nie chodząca do szkoły filmowej. Widziałem już filmy nakręcone przez projektanta mody, kompozytora, a teraz zaczynają dobijać się do kamery jutuberzy. Szlakiem Joe Penny, który stworzył „Arktykę” z Madsem Mikkelsenem podążyli australijscy bracia Phillippou znani bardziej jako RakkaRakka. I jak każdy szanujący się młody twórca, chcący się wybić, pierwszy pełnometrażowy film robią w konwencji horroru. Bo to nadal jeden z „tańszych” gatunków do nakręcenia. Tak też powstało „Mów do mnie” – jeden z ciekawszych filmów grozy ostatnich lat oraz kolejny interesujący tytuł w katalogu studia A24.

Film skupia się wokół Mii (Sophia Wilde) – młodej dziewczyny, niepogodzonej ze śmiercią matki, unikającej jakiegokolwiek kontaktu z ojcem. Od tej tragedii minęły dwa lata i nadal sobie z tym nie radzi. Ale ma przyjaciółkę w postaci Jade (Alexandra Jensen) oraz jej brata Rileya (Joe Bird), przez co nie jest aż tak zdołowana. Nadal jednak jej otoczenie uważa ją za outsiderkę, desperacko szukającą więzi. Jej pogubione życie zostaje wywrócone do góry nogami, kiedy razem z przyjaciółką wbijają na imprezę. Podczas niej zostaje wyciągnięta… ręka. Zmumifikowana dłoń, dzięki której można się kontaktować z duchami. Ale nie na dłużej niż półtorej minuty, bo… bo co? Będzie źle, ale jak bardzo? Lepiej nie ryzykować. Jednak Mia przełamuje się i bierze udział w tej „zabawie”, lecz minimalnie dłużej trwa jej kontakt z zaświatami. Niby nic się początkowo nie dzieje, jednak podczas kolejnej „imprezy” z dłonią, bierze udział Riley. Co kończy się bardzo poważną tragedią.

Już sam początek filmu (jak na horror przystało) zaczyna się mocnym uderzeniem, niepowiązanym (pozornie) z głównym wątkiem. Impreza, brat zostaje wezwany by zabrać brata, zaś ten wbija mu nóż w oko, po czym podrzyna sobie gardło. Na oczach wszystkich, którzy to filmują na swoich telefonach. Od razu wskakujemy do Mii, powoli poznając ją i atmosfera bardziej przypomina dramat obyczajowy. Ale wszystko zmienia się, gdy wkracza ta ręka. Sam jej wygląd jest niepokojący, zaś jej geneza pozostaje największą tajemnicą i jest fascynująca. Tak samo jak sam rytuał „kontaktu”, działający na jego uczestników niczym narkotyki na ćpunie. Dlaczego ktoś miałby to zrobić? A czy wiecie jaka silna jest presja, by należeć do grupy? I jak każde uzależnienie zaczyna mącić w głowie, pojawiają się halucynacje, zwidy, zacierając granicę między koszmarem a rzeczywistością. Tutaj napięcie potrafi uderzyć z niespodziewanej strony, nawet jeśli zdarzają się momenty przestoju. Ale to wszystko rekompensuje ciężki (lecz bardzo satysfakcjonujący) finał, otwierający furtkę na potencjalną kontynuację.

Do tego działa tu młoda, jeszcze nierozpoznawalna obsada. Tutaj wybija się fantastyczna Sophia Wilde w roli Mii, prześladowana przez traumę (a potem inne rzeczy), próbująca znaleźć akceptację otoczenia. Masę sprzecznych emocji wygrywa o wiele bardziej subtelnie niż można było się spodziewać po tym gatunku. Ale jak trzeba pójść bardziej ekspresyjnie, robi to bez popadania w przesadę i śmieszność. Szczególnie w dalszych partiach filmu. W kontrze do niej stoją świetni Alexandra Jensen (Jade, najlepsza koleżanka), mocny Joe Bird (Riley, stający się ofiarą opętania) oraz duet Zoe Terakes/Chris Alossio (właściciele ręki Hayley i Joss).

Australijskie kino grozy (po dokonaniach Jennifer Kent) zaczyna powoli się poszerzać. Już zbliża się kolejne dzieło duetu RakkaRakka („Oddaj ją”), więc warto zapoznać się z tym mocnym debiutem. Bardzo atmosferycznym, sprytnie napisanym, z intrygującym pomysłem oraz świetnym aktorstwem. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

28 lat później

Niebo gwiaździste nade mną, a zombie we mnie
Człowiek człowiekowi zombie

Wydawałoby się, że przez serię „Walking Dead” rynek produkcji z zombie jest przesycony. Niemniej żywe trupy nie chcą umrzeć, co pokazały choćby takie filmy jak „World War Z” czy „Apokawixa”. Teraz jednak wracamy do świata zombie szybkich oraz wściekłych, które stworzył reżyser Danny Boyle i scenarzysta Alex Garland w 2002 roku dzięki „28 dni później” (o nich kiedyś opowiem).

Jak sam tytuł mówi, minęło 28 lat odkąd wirus agresji zamienił ludzi w „zarażonych” – wściekłe bestie, pozbawione człowieczeństwa. Cała Wielka Brytania została oddzielona od świata kwarantanną, otoczona wojskiem i w zasadzie cofająca się w rozwoju. Nie ma Internetu, telefonów komórkowych, telewizji, nawet broni palnej. Z takiego miejsca nawet Snake Plissken nie dałby rady uciec. Znajdujemy się w małym miasteczku, znajdującym się na wyspie, gdzie droga jest dostępna tylko podczas przypływu. Tutaj mieszka Spike (debiutujący Alfie Williams) – 12-letni chłopak, wychowywany przez bardzo surowego ojca Jamiego (Aaron Taylor-Johnson) i chorującą matką Islą (Jodie Comer). Spike razem z ojcem wyruszają na ląd, by przejść etap inicjacji, czyli zabić zarażonego. Przy okazji dociera do niego informacja, że gdzieś tam znajduje się pewien lekarz, dr Kelson (Ralph Fiennes), choć podobno jest szalony. Niemniej dzieciak decyduje się zabrać do niego matkę, wymykając się z miasteczka.

Boyle z Garlandem kreują świat opustoszały i wyglądający niczym po apokalipsie. Ogromne przestrzenie przyrody z niemal opustoszałymi pozostałościami po ludzkiej cywilizacji: wyniszczone domy, stacja benzynowa, wykolejony pociąg. A wszędzie tylko zwierzęta oraz zarażeni zombie: od bardzo grubych oraz powolnych niczym żółw aż po alfy. Te ostatnie są silniejsze, większe i… inteligentne? Skąd to się wzięło? Do tego chodzą kompletnie bez niczego (sama skóra, kości oraz organy rozrodcze), a nawet mogą się… zapładniać? Skąd to się wzięło i jak? Po drodze jeszcze nawiną się żołnierze z rozbitego statku, wściekła alfa zwana Salomonem oraz cały na brązowo Kelson. Niby tempo jest powolne, jednak całość jest bardzo intensywna, z nerwowymi ruchami kamery, wręcz bardzo dzikim montażem (zabijanie zombie, gdzie w chwili trafienia mamy krótką stopklatkę i zmiana perspektywy). Najbardziej kreatywnie zmontowaną sceną jest moment opuszczenia wyspy przez Spike’a i Jamiego, gdzie mamy recytowany w tle wiersz Rudyarda Kiplinga „Buty” przeplatane z archiwaliami i fragmentem filmu ze strzelającymi łucznikami. Aczkolwiek muszę przyznać, że wybijały mnie z filmu sceny nakręcone na czerwonym filtrze.

A to wszystko jest fantastycznie zagrane. Imponujące wrażenie robi debiutujący Alfie Williams w roli Spike’a. Chłopak budzi sympatię od samego początku, przechodząc inicjację i zderzając się z nieznanym, obcym światem. A to, co zobaczy zrobi na nim potężne wrażenie. Wszystkie bardziej emocjonalne momenty wygrywa bezbłędnie, szczególnie razem z Jodie Comer (Isla), stanowiące serce tego filmu. Równie świetny jest Taylor-Johnson, czyli szorstki ojciec, próbujący przygotować syna na nieznane. Tym wielka szkoda, że ta postać pojawia się w zasadzie w pierwszym akcie, po czym znika. Wtedy jednak pojawia się (na krótko) Ralph Fiennes, wyglądający niczym Marlon Brando w „Czasie Apokalipsy”. Jego postać najbardziej fascynuje i stanowi sporą tajemnicę, w końcu to lekarz przebywający na odludziu, który jakimś cudem przetrwał epidemię. Staje się on kolejną ważną postacią dla Spike’a, ucząc go o śmierci.

Sam film jest początkiem nowej trylogii osadzonej w świecie „28 dni”, co tłumaczy pewne niewyjaśnione tajemnice. Boyle z Garlandem są szaleni i mają jaja, choć nie wszystkim to podejdzie. Tak samo jak zakończenie, które wywołało we mnie konsternację. Niemniej ta szalona zabawa formą czyni „28 lat później” jednym z intensywniejszych horrorów ostatnich lat. Wyczekuję ciągu dalszego, który ma nastąpić na początku przyszłego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Młody Frankenstein

Nie ma chyba nikogo na świecie, kto przynajmniej nie słyszał nazwiska Frankenstein. Nawet jeśli nigdy nie miał styczności z powieścią Mary Shelley. Jego powstały z martwych monstrum stał się ikoną popkultury, przewijając się przez różne inkarnacje na przestrzeni stuleci. A już niedługo pojawią się aż dwie nowe inkarnacje: od mistrza grozy Guillermo del Toro (nazwana – bardzo oryginalnie – „Frankenstein”) oraz Maggie Gyllenhaal („Narzeczona Frankensteina”). Zanim jednak zapoznamy się z tymi tytułami, rzućmy okiem na bardziej komediową wariację tej znanej historii.

„Młody Frankenstein” od Mela Brooksa nie jest stricte adaptacją powieści Shelley, choć wykorzystuje jej znane elementy. Jej bohaterem jest wnuk szalonego naukowca, dr Frederick Frankensteen (Gene Wilder) i kompletnie odcina się od swojego przodka. Nie chce bawić się w ożywianie zmarłych, wręcz przeciwnie. Jednak sytuacja komplikuje się, kiedy otrzymuje spadek. Czyli zamek swojego przodka, razem z gdzieś znajdującym się laboratorium. Do tego doktorowi pomaga wnuk asystenta, Ajgor (Marty Feldman) oraz Inga (Teri Garr). No i jeszcze jest pani Blucher (Cloris Leachman), od której wymowy nazwiska płoszą się konie. Czy to oznacza, że Frederick pójdzie w ślady sławnego przodka?

Brooks mocno stylizuje swój film na horror z lat 30. i 40., czyli z czasów świetności potworów Universala. Całość jest nakręcona na czarno-białej taśmie i nawet ma przejścia niczym z epoki, w tle gra bardzo staroświecka, gotycka muzyka. Nawet scenografia sprawia wrażenie żywcem wzięta stamtąd (udało się zdobyć twórcom prawa do użycia oryginalnej scenografii laboratorium), przez co wygląda niemal realistycznie. A wszystko to służy w zaserwowaniu gagów różnej treści: od prostego slapsticku (inspektor policji z mechaniczną ręką czy wizyta monstrum u niewidomego) przez pojawiający się oraz znikający garb Ajgora aż po dialogi (niepozbawione podtekstu). Ku mojemu zaskoczeniu było kilka przezabawnych sytuacji, które przetrwały próbę czasu.

To jednak by nie zadziałało, gdyby nie brawurowe aktorstwo. Sam Gene Wilder (także współautor scenariusza) jest wręcz nadekspresyjny w roli dra Frankensteina. Zarówno próbujący zachować spokój z powodu nazwiska, jak i coraz bardziej popadający w szaleństwo. Bywa wręcz do przesady teatralny, serwując pokręconą postać. Szoł kradł wiele razy Marty Feldman jako Igor/Ajgor: od bardzo ekspresyjnych oczu po zadziwiająco spokojną barwę głosu. I tworzy pokręcony duet z Wilderem, gdzie lecą iskry. Cudnie błyszczą tutaj panie: zwłaszcza Kahn jako narzeczona (ten głos oraz scena na dworcu) oraz teatralna w dobrym znaczeniu tego słowa Leachman, której postać skrywa pewną tajemnicę.

Nie znam zbyt wiele filmów Mela Brooksa, ale „Młody Frankenstein” jest zgrabną zgrywą z klasyki horroru. Czasem tempo jest nierówne, zaś niektóre żarty mogą być niezrozumiałe, niemniej ma w sobie masę uroku oraz miłości do klasyki. Zadziwiające doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rambo III

Trzecia część przygód niejakiego Johna Rambo powstała, bo poprzednia część zarobiła strasznie dużo kasy. Zauważono potencjał na franczyzę i kontynuowano drogę naszego herosa od złamanego przez PTSD żołnierza po jednoosobową maszynę do zabijania. Tylko wojna w Wietnamie się skończyła dawno, więc gdzie tym razem ruszyć? Odpowiedź jest zadziwiająco prosta.

Nasz Rambo (Sylvester Stallone w fizycznej formie godnej olimpijczyka) przebywa gdzieś w Tajlandii. Pomaga buddyjskim mnichom w ich klasztorze, naprawiając różne rzeczy. Żeby jeszcze mieć pieniądze oraz rozładować siedzącą w nim przemoc, bierze udział w walkach na kije za pieniądze. To właśnie po takiej walce odnajduje go stary znajomy, pułkownik Trautman (Richard Crenna). Wyrusza do Afganistanu, gdzie od wielu lat tamtejsi partyzanci walczą z wojskami radzieckimi i chce wziąć Rambo ze sobą. Ten jednak odmawia, więc oficer wyrusza sam dostarczyć broń. Niestety, od razu po przekroczeniu granicy wpadają w zasadzkę przygotowaną przez Sowietów. Na wieść o tym, nasz wojak-pacyfista wyrusza do Afganistanu w towarzystwie Mousa Gannina (Sasson Gabai). Cel: odbić Trautmana z fortecy, gdzie stacjonuje oddział Sowietów pod wodzą pułkownika Zaysena (Marc de Jonge).

Tym razem za kamerą stanął Peter MacDonald – bardzo doświadczony operator oraz drugi reżyser, czyli facet odpowiedzialny za kręcenie sekwencji akcji. Tą ostatnią funkcję pełnił m.in. przy „Imperium kontratakuje”, „Batmanie”, „Tango i Cash”, a nawet pierwszych „Strażnikach Galaktyki”. A także przy „Rambo II”, gdzie odpowiadał za sekwencje lotnicze. I już od pierwszych scen widać, że ta część wygląda lepiej wizualnie. Historia jest nadal prosta jak konstrukcja cepa, gdzie Rambo staje się zbawcą świata. To jest wręcz komiks – Ruscy są źli, dowódca jest przerysowany, zaś żołdacy to idioci (widziałem organizmy jednokomórkowe, które były mądrzejsze), a Afgańczycy są albo ofiarami ataków, albo heroicznymi wojownikami. I w środku tego kotła jest małomówny człowiek czynu Rambo.

Sama akcja jest przewidywalna i bardzo efekciarska, ale ma o większą skalę oraz jest lepiej wykonana. I nie chodzi tylko o ilość eksplozji, ale o samą skalę. Mamy helikoptery, czołgi, mudżahedinów na koniach z karabinami (w sensie mudżahedini mają karabiny, nie konie), forteca niczym ze średniowiecza. Wydaje się to bardziej dopieszczone, o wiele płynniej zmontowane oraz z epicką muzyką Jerry’ego Goldsmitha. Nadal pojawiają się pewne głupoty (gra w cykora między czołgiem a helikopterem zakończona czołówką czy atakujący znikąd Rambo z „szóstym zmysłem”), wjeżdża miejscami patos, a niektóre teksty i żarty są strasznie suche.

W dużym skrócie jest to lepiej wykonana „dwójka”, która dostarczy więcej frajdy fanom rozrywkowego kina akcji. Bo umówmy się, takich produkcji nie ogląda się dla fabuły, głębokich portretów psychologicznych czy złożonego pokazania rzeczywistości. Dzieło MacDonalda to destylat kina akcji lat 80. w stanie czystszym niż jakikolwiek spirytus. I tak samo mocny.

7/10

Radosław Ostrowski

Wojna

Wojna, wojna nigdy się nie zmienia – tak zaczynała się każda część gier z serii „Fallout”. Wielu filmowców próbowało pokazać czym jest wojna oraz jaki może mieć wpływ na innych ludzi. Były mocarne momenty jak lądowanie w Normandii z „Szeregowca Ryana” czy bieg pod ostrzałem  w  „1917”. Tego do tego grona wojennych filmów dołącza nowe dziecko Alexa Garlanda.

„Warfare” jest współreżyserowane i współnapisane przez Ray Mendozę – byłego żołnierza Navy Seals. Panowie poznali się przy „Civil War”, gdzie Garland reżyserował, zaś Mendoza pełni rolę doradcy technicznego w sprawie militariów. Panowie zaczęli razem pracować nad nowym filmem, który oparty był na jednej z akcji żołnierza podczas wojny w Iraku w 2006 roku. A konkretnie to w Ramadi, kiedy grupa żołnierzy zajęła jeden z domów. I zaczął się atak, doprowadzając do zranienia snajpera, Elliotta. Ekipa musi przetrwać do pojawienia się transportu oraz wyniesienia się stąd, zanim większy liczebnie wróg się do nich dobierze.

Sama historia jest bardzo prosta jak konstrukcja cepa. To jest wręcz kino surwiwalowe, dziejące się niemal w czasie rzeczywistym (poza początkiem), zrealizowane w dokumentalnym stylu. Nie ma tutaj wielkich gwiazd, tylko solidny charakterystyczni aktorzy, których część może być znajoma. Dialogi to niemal w zasadzie rozkazy, komendy, komunikacja z dowództwem. Nie ma tu żadnego tła, bliższego poznania bohaterów, ograniczając się do czynów. Garland z Mendozą przypominają naukowców, którzy obserwują insekty pod mikroskopem, skupiając się na samym zachowaniu w sytuacji ekstremalnej. Nie mniej, nie więcej, bez patosu, bez heroizmu, nawet bez ilustracji muzycznej.

Jedyny moment, gdzie panowie pozwalają sobie na szaleństwo stylistyczne jest moment wysadzenia wozu ratunkowego przez bombę improwizowaną. Wszystko ma taki mocno żółty kolor, a jeszcze bardziej wbija tu DŹWIĘK. Wytłumiony, zaś w kilku chwilach w zasadzie nie ma go w ogóle (udzielanie pomocy medycznej ciężko rannemu Elliotowi). To jeszcze bardziej potęguje poczucie zagrożenia, osaczenia oraz napięcia. Zupełnie jakbym był w samy środku tego chaosu (może poza scenami lotniczymi z drona), pozwalając poczuć to, co inni weterani.

Najbardziej surowy z filmów wojennych, jakie powstały w ostatnich latach. Świetnie zagrany, bardzo prosty w formie, ale też najbardziej immersyjny ze wszystkich tego typu filmów, czego się nie spodziewałem. Jedyna szkoda to fakt, że film ten trafił od razu na platformy streamingowe, bo w kinie zrobiłby jeszcze lepsze wrażenie. Jak (prawie) każda produkcja wojenna.

8/10

Radosław Ostrowski

Superman (2025)

Do trzech razy sztuka? – chciałoby się rzec Warner Bros, gdy postanowili znowu stworzyć Kinowe Uniwersum DC. Teraz jednak postanowili wziąć sprawy poważnie. Założyli DC Studios, zaś do prowadzenia go wzięli Jamesa Gunna oraz Peter Safrana. I to ten duet ma odpowiadać za kreatywność i jakość zarówno wszystkich produkcji. A teraz właśnie dostajemy pierwszy film tego nowego świata, czyli „Supermana” – najbardziej ikoniczną postacią komiksów DC. Czy ta inkarnacja godna jest legendarnej wersji Richarda Donnera?

W tym świecie Superman (David Corenswet) na naszej planecie znajduje się już 30 lat. Ujawnił się trzy lata temu, stając się zaskakująco popularnym, a także spotyka się od trzech miesięcy z Lois Lane (Rachel Brosnahan). Jednak sytuacja i popularność Człowieka ze Stali zmienia się, gdy interweniuje w konflikcie zbrojnym między dwoma krajami. Bez konsultacji z rządem, wojskiem, kimkolwiek. A w międzyczasie Lex Luthor (Nicholas Hoult), właściciel korporacji LutherCorp, ma jeden cel i jeden cel tylko ma: zabić Supermana. Już przygotował bardzo dokładny plan działania w celu zdyskredytowania Kal-Ela oraz jego eliminacji.

W tej wersji „Supermana” Gunn nie bawi się w genezę Człowieka ze Stali, tylko od razu rzuca nas w sam wir wydarzeń. Nasz heros dostaje srogi łomot, ląduje gdzieś na Antarktyce i z pomocą psa Krypto (uroczy zwierzak!) wraca do Twierdzy Samotności. Rzadko coś takiego się dostaje na sam początek, a to dopiero początek niespodzianek. Gunn czerpie z komiksów nie tylko kolorystykę (to najbarwniejszy film superbohaterski od bardzo dawna), ocierając się o camp, lecz także zachowując charakter naszego Supka. Jest on bardzo naiwny, wierzący w dobro ludzi i każdą sprawę traktuje jednakowo poważnie (uratuje dziecko, dorosłych, a nawet wiewiórkę), działając odruchowo oraz z potrzeby serca. I to pakuje go w kłopoty, zaś jedno wydarzenie zmusza go do postawienia pytań o swoją tożsamość.

Do tego miksu reżyser wrzuca odrobinę geopolityki, metaludzi w postaci Gangu Sprawiedliwości (Zielona Latarnia, Hawkgirl i Mr. Terrific), intryga Luthora – jest gęsto oraz ciasno. Ale ku mojemu zdziwieniu udaje się tu zachować balans między postaciami, wątkami oraz postaciami w tak krótkim czasie. Sama akcja wygląda imponująco (szczególnie walka z Kaiju), chociaż używa się tu sporo zbliżeń na twarz (szczególnie podczas lotu), nietypowych kątów czy długich ujęć (starcia Mr. Terrific w bazie wojskowej pokazana z perspektywy chronionej polem ochronnym Lois). Niemniej muszę przyznać, że czasem humor nie zawsze trafia, muzyka nie zapada w pamięć, a niektóre postacie nie mają zbyt wiele czasu ekranowego (Perry White, Hawkgirl).

Muszę jednak przyznać, że Gunn ma nosa w kwestii castingu. Bardzo zaskoczył mnie nieznany David Corenswet, który dla mnie jest najbardziej pokornym Supermanem, jakiego widziałem na ekranie. Ma odpowiednią prezencję, charyzmę oraz świetnie oddaje charakter Człowieka ze Stali, bez popadania w śmieszność. Równie fantastyczna jest Rachel Brosnahan i muszę przyznać, że to moja ulubiona interpretacja Lois Lane. Jest bardzo charakterna, zadziorna, twardo dążąca do prawdy i potrafi sobie sama radzić. Chemia między nią z Davidem jest bardzo silna, stanowiąc jeden z najmocniejszych atutów filmu. Ale całość skradł rewelacyjny Nicholas Hoult w roli Luthora – dzianego korposzefa, będącego bardzo chłodnym, zimnym psychopatą, którego nienawiść czuć w każdym wypowiadanym słowie. Facet jest brutalnym narcyzem, stanowiącym godne wyzwanie dla Supka. Odrobinę lekkości wnosi cudowny Nathan Fillion (Guy Gardner aka Zielona Latarnia) oraz Edi Gathegi (Mr. Terrific), parę razy zawłaszczając ekran.

Wielu było sceptycznych i wielu miało wątpliwości, czy nadal jest miejsce dla słynnego herosa z Kryptonu. Jednak James Gunn niczym Richard Donner w filmie z 1978 roku, podchodzi do materiału źródłowego z szacunkiem i bez poczucia wstydu. To zaskakująco dobra rozrywka oraz solidny fundament pod nowe uniwersum, bez wciskania na siłę innych postaci. Chcę zobaczyć kolejną przygodę Supermana, a także uważnie będę się przyglądał kolejnym ruchom DC Studios.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Follemente. W tym szaleństwie jest metoda

Włoska komedia romantyczna o pierwszej randce? Brzmi jak potencjalny samograj, który w swojej prostocie by się sprawdził. Jednak reżyser Paolo Genovese postanowił troszkę skomplikować sprawę w „Follemente”. Albowiem jego najnowszy film to bardziej dorosła wersja… „W głowie się nie mieści”.

Sama historia brzmi jak coś prostego i banalnego – dwoje ludzi umówili się na randkę/kolację w jej mieszkaniu. Piero (Edouardo Leo) jest jeszcze młodym nauczycielem po przejściach, z kolei Lara (Pilar Fogliati) to singielka z przeszłością, zajmująca się odnawianiem oraz sprzedawaniem mebli. Nie widzieli się wcześniej, więc co można czuć w takich sytuacjach? Stres, niepewność siebie, momenty niezręczności. Wszystko to także wywołane przez… cztery osobowości siedzące w ich głowach. Nazywają się różnie, ale temperamentami są takie same: Profesor/Alfa (najmądrzejsi), Romeo/Julia (romantyk), Valium/Scheggia (niepewność) oraz Trilli/Eros (pożądanie).

Niemal cały czas film przeskakuje na dwóch przestrzeniach: w mieszkaniu Lary oraz w głowach ich obojga. Cała ta czwórka próbuje znaleźć jakiś wspólny język oraz jak działać w danej sytuacji. Nieważne, czy mówimy o tym jakie prezerwatywy kupić (i czy kupić), co znaczy każde wypowiadane słowo, gest oraz dlaczego druga strona zrobiła to, co zrobiła. Prowadzi to zarówno do zabawnych dialogów i sytuacji jak choćby ciągłe gaszenie oraz zapalenie światła na początku w mieszkaniu Lary, wspomniany zakup prezerwatyw czy kwestia prezentu od byłego chłopaka. Choć reżyser sięga czasem po stereotypowe klisze (tyrada Lany wobec mężczyzn czy kwestia meczu piłkarskiego), to jednak nie wywołuje to poczucia sztuczności. Tak samo jak fakt, że wszystko jest zintensyfikowane do zaledwie jednego wieczora.

Ale bardzo podobało mi się to odbijanie piłeczki, kiedy przeskakujemy między „głową” a rzeczywistością. Rzuca się tutaj scenografia, gdzie ta przestrzeń wygląda jak przyciemniona rupieciarnia z męskimi inkarnacjami jakby żywcem wyglądającymi sprzed kilkunastu lat (głowa Piero) czy o wiele barwniejszy salon z masą książek oraz świateł (głowa Lary). Wspólne dyskusje tych osobowości były dla mnie prawdziwymi momentami iskier, doprowadzającymi do paru ostrych ataków śmiechu. Niemniej reżyser cały czas panuje nad tonem, potrafi nagle zaskoczyć i poruszyć. Jednocześnie jest bardzo kreatywny, jak choćby w fantastycznym finale, gdzie osobowości obojga bohaterów znajdują się w jednym miejscu.

Chyba rzeczywiście w tym szaleństwie znajduje się metoda, bo „Follemente” jest przeuroczym zaskoczeniem. Film Genovese ma w sobie coś z najlepszych filmów Woody’ego Allena, z masą świetnych dialogów i bon motów, fantastycznym aktorstwem, a także zaskakującą wnikliwe oko jako obserwator. Kolejna kinowa niespodzianka z Włoch, wnosząca sporo świeżości w pozornie ograną, banalną sytuację.

8/10

Radosław Ostrowski

Superman: Powrót

Do zobaczenia za 20 lat – tymi słowami zwrócił się Superman do Lexa Luthora w czwartej części przygód Człowieka ze Stali. Nikt jednak nie spodziewał się, że niemal te słowa okażą się prorocze. Bo niecałe 20 lat od katastrofalnego „Superman IV” największy harcerzyk kina superbohaterskiego wrócił. Po dwóch nieudanych próbach kontynuacji, z błogosławieństwem samego Richarda Donnera oraz znanym z serii „X-Men” reżyserem Bryanem Singerem na pokładzie. Mimo sporego budżetu i całkiem niezłych wyników box office, film wydaje się zapomniany wśród fanów kina superbohaterskiego.

Akcja „Superman: Powrót” zaczyna się pięć lat po wydarzeniach z drugiej części, kompletnie ignorując pozostałe. Superman (debiutujący Brandon Routh) zniknął z Ziemi. Przyczyną były informacje od astronomów o odnalezieniu resztek planety Krypton. Ale naszemu herosowi nie udaje się znaleźć nikogo żywego z jego pobratymców. Teraz wraca na Ziemię, gdzie świat bardzo mocno się posunął do przodu. Lois Lane (Kate Bosworth) zdobyła nagrodę Pulitzera, ożeniła się z siostrzeńcem naczelnego Daily Planet, Richardem Whitem (James Marsden) i ma pięcioletniego syna. Z kolei Lex Luthor (Kevin Spacey) wymknął się sprawiedliwości, a teraz zaczyna znowu knuć. Zgadnijcie kto go może powstrzymać?

Film Singera to dość dziwna bestia. Z jednej strony jest to sequel, w zasadzie można nazwać go „Superman V”, lecz z drugiej jest w pewnym sensie… remakiem klasyka Donnera. Reżyser mocno odnosi się do filmu z 1978 roku, zarówno w kwestii dialogów, inspirowanych scen, jak i głównego planu Luthora (lekko zmodyfikowany, ale ogólny szkielet jest identyczny). Niby próbuje dorzucić coś od siebie, ale w zasadzie jedynym elementem był… syn Supermana, o którego istnieniu przypadkowo odkrywa łysy geniusz zbrodni. Akcji jest zaskakująco niewiele (najbardziej zapada w pamięć ratowanie samolotu pasażerskiego czy ułożenie spadającej kopuły Daily Planet na ziemię), wszystko w szaro-burych, niemal wypranych kolorach (próbuje być na siłę realistyczny wizualnie) i bardzo się wlecze. Nawet scenografia (poza siedzibą Daily Planet i Smallville) nie rzuca się za mocno w oczy. Brakuje tutaj jakiegoś ognia, emocji i zaangażowania. Sytuację częściowo ratuje fantastyczna muzyka Johna Ottmana, wykorzystująca ikoniczny motyw Johna Williamsa oraz niezły montaż.

Sama obsada jest dość nierówna mieszanka. Brandon Routh jako Superman/Kent przypomina fizycznie Christophera Reeve’a, ale scenariusz oraz dialogi ciągną go mocno w dół. Do tego w scenach latania nasz Supek jest zrobiony w CGI i wygląda niczym figura woskowa (szkoda, bo reszta efektów specjalnych jest cholernie dobra). Za to ogromnym rozczarowaniem jest Kate Bosworth w roli Lois Lane – absolutnie sztuczna, egoistyczna, znowu wciśnięta do roli damy w opałach. Co gorsza, między nią a Routhem chemia postanowiła zrobić sobie wolne, przez co kompletnie się nie wierzy w ten związek. Za to absolutnie świetny jest Kevin Spacey w roli Luthora – odpowiednio teatralny, opanowany i jednocześnie ma najwięcej frajdy z grania. Reszta aktorów (Frank Langella, Parker Posey, James Marsden) wypada przyzwoicie, ale nic ponadto.

To nie jest taki powrót na jaki fani Supermana czekali. Singer nie może się zdecydować czy robi kontynuację, czy remake, przez co film stoi w dużym rozkroku. Historia nie powala, dialogi są najwyżej średnie, warstwa wizualna lekko szara, a aktorstwo jest tylko troszkę powyżej średniej. Był rozważany plan kontynuacji, lecz dostaliśmy w zamian reboot od Zacka Snydera. I wiemy jak to się skończyło.

6/10

Radosław Ostrowski