Czuwaj

Wyobraźcie sobie, że jedziecie na obóz harcerski. A na obozie wiadomo: ognisko, granie na gitarze, śpiew i tematyka powstańcza. Do tego ładna druhna-lekarka, apele, ćwiczenia – w ogóle żyć nie umierać. Ale komendant do obozu dorzuca jeszcze paru młodych chłopaków z poprawczaka, których można też nazwać „patriotami” z nurtu kibolskiego. Dla obwoźnego Jacka Wesołowskiego jest to bardzo poważny problem. Zwłaszcza, że podczas obozu jeden z harcerzy – Tomek zostaje znaleziony martwy na skarpie. Wypadek? Samobójstwo? A może morderstwo? Jacek próbuje na własną rękę wybadać sprawę.

czuwaj1

Nowy film Roberta Glińskiego chyba w założeniu miał być kryminałem czy nawet moralitetem. Punkt wyjścia, czyli konfrontacja dwóch światopoglądów był ciekawy, zaś osadzenie wszystkiego w lesie, gdzieś poza cywilizacją, mogło zbudować świetny klimat. Wydaje mi się, że reżyser chce pokazać do czego może doprowadzić uprzedzenia, wrogość oraz nieufność. I nawet niebezpieczna jest teza, gdzie zarówno nacjonalizm (pseudokibole), jak i patriotyzm (harcerze) są tutaj stawiani troszkę na równi. W tym sensie, że harcerze są tutaj bardziej święci od papieża (niektórzy), bo jest i palenie, picie gorzały, wyzwiska, bluzgi, nawet seks oraz pewne poczucie wyższości nad innymi. Brzmi znajomo? Wystarczy tylko zmienić uniform harcerski na dres. I to zrównanie wiele osób może wkurwić, zwłaszcza ze środowisk ZHP. Reżyser niby próbuje dodać odcieni szarości (w czym pomagają surowe, wyprane z kolorów zdjęcia), tylko że ten świat wydaje się jakiś dziwnie fałszywy, sztuczny, przerysowany.

czuwaj2

Ale sama intryga wydaje się prowadzona spokojnie, lecz do momentu pierwszego trupa zaczyna się odlatywać. Obóz, zamiast zostać zlikwidowanym działa dalej, informacja o śmierci zostaje utrzymana w tajemnicy (do czasu autopsji), a komendant nagle znika (niby powiadomić rodzinę chłopaka). Wtedy obóz harcerski zmienia się w obóz upokorzeń, zaś nasz oboźny zmienia się wręcz w dyktatora, który wymusza posłuszeństwo siłą, psychicznym znęcaniem czy nawet szantażem (próba „sfilmowania” przyznania się), co doprowadza do kolejnej tragedii. Tylko, że ja miałem to kompletnie w dupie, kolejne minuty coraz bardziej odlatują ku zdarzeniom nielogicznym, niedorzecznym i bez sensu.

czuwaj3

Aktorstwo jest w zasadzie żadne, bo nie ma tutaj postaci, interakcja jest bardzo śladowa. Nawet ci wychowankowie z poprawczaka w swoich dresach wyglądają dość groteskowo, jakby dorosłych ludzi (powyżej 30-tki) zmuszono do odtwarzania nastolatków (pamiętacie Steve’a Buscemi z „Rockefeller Plaza 30”?). Dorośli bohaterowie zostają zepchnięci na dalszy i nie mają wpływu na fabułę (Lichota jako komendant, Barciś w epizodzie księdza czy Zamachowski w roli inspektora policji). A nasz protagonista? Mateusz Więcławek wypada tutaj fatalnie, choć zamysł tej postaci jako skonfliktowanego chłopaka, próbującego wybadać sprawę oraz zaślepionego swoimi przekonaniami, był intrygujący. Tylko, że ta postać jest przerysowana, antypatyczna, drażniąca swoimi metodami pracy i z każdą minuta miałem jej dość.

„Czuwaj” miało trzymać w napięciu i zadać pytania o to, co może być impulsem do wybuchu zła. Zamiast tego wyszedł wielki, żenujący teatrzyk, pozbawiony logiki, postaci i jakiegokolwiek sensu. Harcerze powinni żądać przeprosin od reżysera za profanowanie ich organizacji, zaś reżyser spalić się ze wstydu za takie prostackie kino.

2/10 

Radosław Ostrowski

Sicario 2: Soldato

Granica amerykańsko-meksykańska, czyli miejsce pełne niebezpieczeństwa, gdzie kartele przemycają ludzi, siejąc śmierć oraz spustoszenie. Tutaj dobro i zło dawno się zmieszały ze sobą, doprowadzając do eskalacji ciągłej wojny. I tam właśnie wracamy, gdy podczas przerzutu ludzi, kurier popełnia samobójstwo. Później w jednym z amerykańskich marketów dochodzi do ataku samobójczego i za to ktoś musi zapłacić. Zwłaszcza, że za przemyt odpowiada jeden z karteli. Na polecenie rządu, ekipa pod wodzą Matta Grimesa, dostaje jedno zadanie: rozpętać wojnę między kartelami. By tego dokonać, decydują się porwać córkę jednego z bossów.

soldato1

Gdy trzy lata temu pojawiło się „Sicario”, reżyser Denis Villeneuve uderzył między oczy wielu kinomanów, doprowadzając do niemal ekstazy. Ale tym razem Kanadyjczyka zastąpił włoski filmowiec Stefano Sollima (serial „Gomorra”), by pójść w zupełnie inne tory. Pamiętacie agentkę Kate, której idealizm został zderzony z brutalną, bezwzględną rzeczywistością? Tu jej nie ma, zaś reżyser skupia się na krwawej rzeźni, nie zapominając o mrocznym klimacie. Nadal jest to przerażający, mroczny, krwawy świat, gdzie najważniejsze jest osiągniecie celu. Nieważne, że po drodze musisz zabić, że kartel zmusza dzieci do zabijania (początek finału), że musisz postąpić wbrew swoim zasadom (jakim, kurwa, zasadom?), bo politycy nie chcą sobie ubrudzić rączek.

soldato3

Trudno nie odmówić reżyserowi faktu, że skupia się przede wszystkim na intrydze oraz akcji. Gdy do niej dochodzi, adrenalina nakręca się (atak na konwój przez skorumpowanych policjantów czy bardzo ostre zakończenie), odpowiednio zachowując tempo i intensywność (porwanie dziewczynki), w czym pomagają świetne zdjęcia Dariusza Wolskiego. To wszystko działa przez ¾ filmu, bo zakończenie nie daje satysfakcji (nawet sugeruje ciąg dalszy), bo pewne zachowania naszych bohaterów budzą pewne wątpliwości (relacja Alejandro z porwaną w formie niby-ojciec, niby-córka nie wybrzmiewa). I jeszcze wchodzi wątek pewnego chłopaka, który dołącza do kartelu jako przemytnik. Sama ta historia początkowo sprawia wrażenie zbędnego balastu, nie pasującego do całości. Jednak im bliżej końca, zaczyna nabierać znaczenia. Jakby całe to społeczne tło było tylko dodatkiem dla intrygi, która potrafi wciągnąć.

soldato2

„Dwójka” ma też jeden bardzo mocny atut: starzy znajomi z poprzedniej części, czyli Josh Brolin i Benicio Del Toro. Obaj bardzo szorstcy, twardzi, bez robienia z siebie ubermacho, co kipi testosteronem i dogadują się niemal bez wielu słów. Nawet momenty, gdy zaczynają się na ich twarzy malować wątpliwości (u tego pierwszego jest to wielkie zaskoczenie), pozostają przekonujący. Nieważne, czy przesłuchują terrorystę, czy próbują wyjść cało z niełatwej sytuacji. Także grająca „cel” Isabela Monel sprawdza się dobrze jako pyskate dziecko, poznające ten mroczny świat na sobie czy idący w tym samym kierunku Elijah Rodriguez (Miguel).

„Soldato” pozostaje mrocznym, ciężkim kinem akcji, z dusznym klimatem oryginału, jednak inaczej rozkłada akcenty. Zamiast poczucia bezsilności stawia na sensacyjną intrygę, pełną krwi i przemocy, wracając na stare śmieci. Pytanie, jaki czeka nas finał tej historii.

7/10 

Radosław Ostrowski

Już za tobą tęsknię

Nie lubię tego określenia, ale podobno istnieje taki podział filmów na filmy męskie oraz kobiece. Męskie to takie, gdzie najczęściej dochodzi do dużej ilości zgonów, pełnej wiader krwi oraz kipiącego testosteronem, z kolei w kobiecym umiera tylko jedna osoba, doprowadzając widzów do wylania oceanu łez. Jak myślicie, do którego z tych rodzajów kina pasuje „Już za tobą tęsknię”?

To słodko-gorzka opowieść o przyjaźni dwóch kobiet, które znają się od małego. Jess była Amerykanką, która trafiła do Londynu, gdzie przenieśli się rodzice. W szkole poznaje Millie, z którą szybko nawiązuje nić porozumienia. Pierwszy pocałunek (z chłopakiem, nie ze sobą), pierwsze relacje damsko-męskie, w końcu ciąża Millie z pewnym rockowym muzykiem oraz związek Jess z Jaco, którzy próbują mieć dziecko. Jednak cała ta przyjaźń zostanie wystawiona na ciężką prób z powodu pana raka, który postanowił odwiedzić Millie.

juz_za_toba_tesknie1

Reżyserka filmu Catherine Hardwicke (na zawsze zapamiętana jako twórczyni „Zmierzchu”) mierzy się z mieszanką dramatu, komedii oraz filmu obyczajowego. Pozornie przypomina to oglądanie albumu ze zdjęciami, gdzie mamy tylko pewną zbitkę pewnych wydarzeń. I o dziwo, udaje się to wszystko ułożyć w spójną fabułę, gdzie humor miesza się z dramatem, dojrzałość z nieodpowiedzialnością, śmiech ze łzami. Niczym w prawdziwym życiu, ale jednocześnie nie szarżuje ze skrajności w skrajność. I to zachowanie równowagi działa. Bo wybrzmiewają te dramatyczne momenty (coraz bardziej bezwzględne działania raka), rozładowywane za pomocą miejscami ironicznego, brytyjskiego poczucia humoru (scena porodu, by nie popaść w przesadę. Ale pod tym wszystkim przebija się ta przyjaźń, z lekko toksycznym osadem, polanym egoistyczną wręcz postawą Millie. Kobieta niejako znajduje się w orbicie otoczenia i wydaje się być z tego zadowolona, choć zdarza się wykorzystywać innych (ściąga Jess do hotelu Bronte, by zobaczyć miejsce akcji „Wichrowych wzgórz” i przy okazji zrobić mały skok w bok), co nie czyni tego układu tak schematycznym oraz oczywistym. Zaś prowokuje do pytań o granicę przyjaźni i ile można dla niej ze swojego życia powiększyć.

juz_za_toba_tesknie2

Hardwicke jest bardzo szczera oraz blisko trzyma się ziemi, przez co udaje się uniknąć stosowania emocjonalnego szantażu. Do tego nie brakuje pięknych kadrów (nie tylko wrzosowiska, ale nawet platforma wiertnicza podczas burzy) oraz bardziej spokojnej muzyki w tle, a także świetnej obsadzie. Absolutnie błyszczy Toni Collette w roli egoistycznej Millie, balansując między przerażeniem, zgrywą i powagą, dając wiele mięcha w tej roli. Równie zaskakująca jest Drew Barrymore, której nie jestem wielkim fanem. Ale tutaj tworzy postać bardzo empatycznej Jess, która dla przyjaciółki jest w stanie zrobić wiele oraz przede wszystkim czuć chemię z Collette. Drugi plan dominują tutaj Dominic Cooper (Kit) oraz Paddy Considine (Jaco) w rolach partnerów głównych bohaterek, nie będących tylko tłem dla tych postaci.

Coś dziwnego się ze mną dzieje, bo to kolejna słodko-gorzka historia obyczajowa, pełna bardziej zniuansowanych portretów postaci oraz bardziej trzymająca się ziemi niż klisz gatunku. Pełna ciepła, humoru oraz dramatu w odpowiednio wymierzonych proporcjach, co zdarza się niezbyt często. A czy wy będziecie tęsknić za bohaterkami?

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Pomiędzy nami góry

Historia pozornie prościutka niczym konstrukcja cepa. Oboje muszą pilnie polecieć, lecz burza śnieżna spowodowała, iż ich loty zostały odwołane. Ona jest fotografem pracującym dla gazety i spieszy się na… swój ślub. On jest lekarzem, wracającym z konferencji i musi wracać do swojego szpitala. Kobieta wpada na prosty pomysł, by prywatną awionetką wyruszyć. Co może pójść nie tak? Jeśli pilot dostaje udaru, samolot rozbija się w górach, to wszystko.

pomiedzy_nami_gory1

Wydaje się, że zrobienie kina z gatunku survival a’la Bear Grylls nie może być jakoś super skomplikowanym zadaniem. Rozbity samolot, duże góry, a jak góry, to od groma śniegu, brak zasięgu, brak ludzi, brak cywilizacji. Dodajmy jeszcze bardzo skromne zasoby żywności, drobne urazy (chyba, że mówimy o złamaniu nogi) oraz kompletnym – przynajmniej na początku – braku zaufania tej pary. Czy udaje się reżyserowi zbudować klimat zagrożenia oraz walki o przetrwanie? Na początku tak i już sama scena zderzenia zrobiona w jednym ujęciu z perspektywy pasażerów robi mocne wrażenie. Dwie różne postawy, które doprowadzają do spięć, wreszcie przyroda wyglądają wręcz monumentalnie (ale piękne te góry, las też bardzo ładny, a śnieg to w ogóle jest bielszy niż zęby z reklam). Problem w tym, że im dalej w las, tym poczucie zagrożenia staje się coraz słabsze. Jasne, wynika to z faktu coraz lepszego radzenia sobie z tym wszystkim, ale upływającego czasu od katastrofy zwyczajnie nie czuć (jedynie pada to w dialogach). I troszkę bohaterowie mają sporo szczęścia.

pomiedzy_nami_gory2

Z jakiegoś nie do końca zrozumiałego powodu, reżyser doszedł do wniosku, że będzie świetnie poprowadzić bohaterów ku romansowi. Bo jak wiadomo, przeciwieństwa przyciągają i nic tak nie łączy ludzi, jak wspólna walka o przetrwanie. Tylko, że ten romans nie jest w żaden sposób przekonujący, działając troszkę na zasadzie wciśnięcia guziczka i bach – już się zakochują (dzięki czemu przetrwają – to już naprawdę bolą uszy) i ta przemiana jest pozbawiona podstaw. Być może takie okoliczności mogłyby doprowadzić do takiej głębszej relacji, zaś ostatnie 20 minut – ciężko się to ogląda i niszczy kompletnie całość.

Sytuację próbują ratować Idris Elba oraz Kate Winslet, którzy może nie wznoszą się na wyżyny swoich możliwości, ale wypadają naprawdę przyzwoicie. Szczególnie Elba, tworząc postać naznaczoną pewną tajemnicą, determinacją oraz bardziej opanowanego. Problem w tym, że między tą parą nie czuć kompletnie chemii, co kompletnie zgrzyta. Ale nawet oni nie są w stanie wznieść tego filmu powyżej stanu średniego, który ogląda się bezboleśnie, lecz nie angażuje za bardzo. Z taką obsadą powinno wręcz iskrzyć.

5/10

Radosław Ostrowski

Riverside – Wasteland

RIVERSIDE%2B-%2BWasteland%2B-%2Bfront

Nie ma obecnie kraju bardziej popularnej reprezentacji rocka progresywnego niż kierowany przez Mariusza Dudę Riverside. Jednak ostatnie lata były bardzo brutalne dla formacji – najpierw zmarł ojciec frontmana, a następnie gitarzysta grupy Piotr Grudzieński. Jego pamięci był poświęcony album „Eye of the Soundscape”, gdzie pojawiły się ostatnie utwory z tym muzykiem, jednak skręt ku bardziej elektroniczno-ambientowym klimatom wywołał ogromne kontrowersje. „Wasteland” miał pokazać także, jak formacja (już jako trio) będzie dalej funkcjonować.

Uprzedzę wszystkich od razu: gitara nadal wybrzmiewa, lecz gra na niej sam Duda i/lub grający z nimi na koncertach Marcin Meller z Quidam. Choć otwierający całość „The Day After” jest śpiewany a capella (wokal nawet odbija się niczym echo), ale w połowie coraz mocniej dochodzi elektronika, budząca skojarzenia z Lunatic Soul. Tylko, że końcówka w niemal horrorowym stylu ostrzega, że będzie inaczej. Cięższe dźwięki gitary towarzyszą przez „Acid Rain”, gdzie tną niczym nożyczki,wspierane przez bardzo mroczną elektronikę, wręcz organową, by w połowie kompletnie zmienić klimat. Wtedy zaczyna odzywać się elektronika, zaś solówki wywołują niepokój swoim bluesowym wręcz zacięciem, by załkać w finale. O wiele bardziej hard rockowo dzieje się w „Vale of Tears”, chociaż refreny są o wiele spokojniejsze, przypominające średniowieczne pieśni (znowu te organy) oraz elektroniczne wstawki z dość nieoczywistą perkusją, zmiennym tempem (wręcz marszowym) oraz bardziej patetycznym solo, które miażdży. Po takim rollecoasterze wchodzi oaza spokoju w postaci akustycznego „Guardian Angel”, gdzie gitara się uspokaja i razem z fortepianem działa kojąco, ale w połowie dochodzi do przełamania z powodu wejścia melodyjnej gitary elektrycznej jako tła. Melancholijny „Lament” oparty na prostych dźwiękach gitary akustycznej (początek), by uderzyć podniosłym wokalem oraz zgraniem perkusyjno-organowo-gitarowym w refrenie, działając niczym rollercoaster, by na koniec dodać cymbałki oraz… skrzypce. Choć spokojny „River Down Below” potrafi chwycić swoimi dźwiękami, a na finał dostajemy pianistyczny, poruszający „The Night Before”.

Kiedy wydaje się, że już nic nie zaskoczy wskakuje „The Struggle for Survival”, który trwa prawie 9 minut. Krótkie solówki gitary, imitacje trąbek, metaliczny bas w tle – początek może wydawać się bardzo monotonny, ale dalej zaczynają się odzywać kolejne instrumenty, klawisze podświdrują, perkusja lekko uderzy, by na chwilę weszły gitary (elektryczna wydaje się nawet lekko orientalna), podkręcają tempo oraz dodając ostrości, dorzucić kolejny element, budując klimat miejscami godny horroru oraz totalnej psychodelii. Czy mówiłem o tym, że jest to kompozycja instrumentalna? Równie duży jest też utwór tytułowy, ale tym razem zawiera słowa i tez zaczyna się bardziej spokojnie, chociaż gitara akustyczna gra dość energicznie. Wejścia fortepianu oraz wokaliz z „łkającą” (a nawet szarpiącą) gitarą dają efekt niesamowitości, by wrócić do początku utworu i jeszcze podgrzać temperaturę.

Także i sam Duda na wokalu wydaje się być taki jak zawsze, ale parę razy zaskakuje. Od niemal spokojnego i głębokiego niczym Nick Cave przez pewien stan „anielskości” aż po… falset. I każdy z tych tonów wybrzmiewa bez fałszu. Choć „Wasteland” może wydawać się o wiele spokojniejszy niż poprzednie płyty Riverside, pozostaje autentyczny, potrafi poruszyć i wiele utworów zostanie w pamięci na długo.Na pewno jeszcze wrócę do tej płyty.

8/10

Radosław Ostrowski

Gorzka siedemnastka

Z filmami o nastolatkach jest czasem bardzo ciężko, bo temat życia człowieka w tym wieku był wałkowany już tyle razy, że już nie da się wymyślić niczego nowego, ciekawego czy zaskakującego. W dodatku te same motywy: konflikt ze światem, konflikt z rodzicami, pierwsza miłość, pierwszy seks, powolne wchodzenie w dorosłe życie. Może jeszcze wrzucimy do tego garnka bardziej dramatyczne wydarzenia jak próba samobójcza, lęki egzystencjalne czy poczucie niespełniania. Ile razy to już było przerabiane? Czy w ogóle da się jeszcze opowiedzieć to w jakiś inny sposób?

Wszystko się skupia tutaj na Nadine – 17-letniej dziewczyny, noszącej duże buty typu adidasy oraz taką niebieską bluzę, która modna była jakieś wieki temu. Kiedy ją poznajemy, wchodzi niczym burza do klasy niejakiego pana Brunera (imię Max, zamiast Hermann) i mówi, że chce popełnić samobójstwo. Belfer traktuje sprawę bardzo poważnie i… czyta swój list samobójczy. Oczywiście, to był żart. Ale wtedy też poznajemy czynniki, które doprowadziły do tej myśli. Jak choćby fakt, że jej najlepsza kumpela przespała się z jej bratem.

gorzka_17tka1

Debiutująca Kelly Fremon wydaje się być świadoma klisz tego typu kina. Bo czego tu nie ma: jest matka nie potrafiąca dogadać się z córką; ojciec z dobrym kontaktem, który nagle umiera na oczach bohaterki; starszy, bardziej towarzyski brat z sukcesami sportowymi; najlepsza kumpela poznana w dzieciństwa (bo jedyna); chłopak, co jej się podoba (lecz jej nie dostrzega); inny chłopak, któremu ona się podoba (ale oczy ma gdzie indziej) i jest troszkę nieporadny. Jednak im dalej w las, tym bardziej ten świat przestaje być taki prosty i jednowymiarowy, zaś kolejne klisze zostają rozbrojone oraz wywrócone troszkę do góry nogami. Reżyserka bardzo trafnie pokazuje, jak nastolatek widzi świat. Świat, którego totalnie nie rozumie, gubi się w nim, sam nie do końca wie, czego chce i czuje się jako ten gorszy, mniej kochany, odrzucony. Czasem zdarza mu się powiedzieć więcej niż powinien, ale wynika to ze strachu przed nowym oraz próbą poukładania sobie wielu rzeczy w głowie.

gorzka_17tka2

Nie jest to jednak wizja mroczna, bo Fremon rozładowuje sytuacje humorem – bardzo ironicznym, niepozbawionym złośliwości oraz dość ostrych tekstów, jak i sytuacyjnych dowcipów (wysłanie pełnego erotycznych propozycji SMS-a). Udaje się tutaj zachować balans między momentami bardzo ciężkimi emocjonalnie (wątek śmierci ojca oraz traumy czy emocjonalna rozmowa Nadine z bratem, gdzie wylewa swoje problemy), a bardziej lekkimi, w czym pomagają świetne dialogi oraz miejscami kapitalnie dobrana muzyka. Może poza zakończeniem, które idzie ku kom-romowi, chociaż bez stawiania kropki nad i. Jednak nie czuć w tym wszystkim fałszu, zaś dialogi miejscami potrafią trafić w punkt.

Jeszcze większy szok wywołało we mnie aktorstwo, miejscami ocierające się o najwyższą możliwą półkę, choć – dla mnie – było kilka rozpoznawalnych twarzy jak Kyrę Sedgwick (matka), Haley Lu Richardson (Krista, kumpela) czy Blake Jenner (Darian, brat). I ten drugi plan jest bardzo wyrazisty, bardzo naturalny, przekonujący, nawet jeśli na początku wydaje się, w jakim kierunku te osoby zostaną poprowadzone.

gorzka_17tka3

Największa robotę jednak wykonuje bezbłędna Hailee Stanfield. Nadine w jej wykonaniu to postać, którą polubić jest bardzo, BARDZO trudno. Powiedzieć o niej zołza, to jest nic. Niewyparzony język, nadmierne gadulstwo, złośliwe ataki kierowane do niemal wszystkich, ego na poziomie Kanye Westa, gdzie każdy prztyczek odczuwa niczym eksplozję bomby i jest strasznie nieobliczalna. Innymi słowy, sprawia wrażenie osoby, jaką prędzej by się chciało zabić niż polubić. Bardzo łatwo byłoby tutaj przesadzić, przeszarżować i pójść w karykaturę. A jednak udaje się uniknąć wszelkie pułapki, chociaż trudno ją polubić, lecz z czasem udało mi się ją zrozumieć. Do tego za partnera ma Woody’ego Harrelsona, tym razem jako belfra (pana Brunera), z którym prowadzi dość ciekawe rozmowy. Bardzo opanowany, spokojny, sprawiający początkowo wrażenie gościa, który ma gdzieś problemy młodych ludzi oraz serwującego porady, jakich po nauczycielu byśmy się nie spodziewali („urwij się z piątej lekcji, kup sobie jogurt i rozluźnij się”). Ale w tej pozornie błazeńskiej postawie jest metoda, choć od razu tego nie widać.

„Gorzka siedemnastka” pokazuje, że nawet w pozornie ogranym schemacie da się wnieść wiele świeżości i szczerości. Pozornie wydaje się prosty i szablonowy, by nagle zagrać wszystkim (prawie) kliszom na nosie, zaś parę nawet starszych widzów odnajdzie się w tym świecie. I to jest chyba największa siła tego filmu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zombie express

Kino azjatyckie znane jest z tego, że bywa miejscami bardzo szalone, ekstrawaganckie i nieprzewidywalne. Tym razem koreański reżyser Sang-ho Yeon postanowił wziąć na warsztat ograny już temat zombie apokalipsy. Ale co nowego w tym temacie można opowiedzieć?

Cała historia skupia się na pewnym korposzczurze o imieniu Seok-woo, który pracuje jako doradca inwestycyjny, jednak jego prywatne życie w niczym nie przypomina idealnego planu. Mieszka z matką, wychowuje (powiedzmy) córkę, nie mając dla niej kompletnie czasu, zaś żona zostawiło go wiele lat temu. I to właśnie córka prosi go o to, by pojechać do matki mieszkającej w Busan. Niby nic wielkiego, jednak zaczynają dochodzić informacje o zamieszkach oraz dziwacznej agresji ludzi. Ludzi, którzy po ugryzieniu zmieniają się w żądne krwi bestie. I taka bestia w ostatniej chwili wchodzi do pociągu. A to może oznaczać tylko jedno – w pociągu dojdzie do rzezi.

zombie_express1

Ci, co liczą na hektolitry krwi, nieskrępowaną rzeźnię oraz przemoc w stylu Mortal Kombat, to… wsiądźcie do innego pociągu. Nie brakuje scen brutalnych czy wylewającej się krwi, zaś zombie utrzymując włączony w XXI wieku tryb turbo (innymi słowy: zapierdalają jak szalone). Tylko, że zombie – niczym w serialu „Walking Dead” – są jedynie tłem i pretekstem do analizy zachowań ludzi, będących kompletnie zdezorientowanych, mający tylko szczątkowe informacje. I wtedy widać, kto jest prawdziwym potworem. Bo strach wyzwala emocje, jakich nie spodziewałby się nikt po sobie: od paraliżu przez egoizm aż do wręcz heroiczną walkę oraz skłonność do poświęcenia, co jest ogromną niespodzianką. Nie brakuje też klasycznych motywów jak próba przedarcia się z wagonu do wagonu przez hordy zombiaków (z kilkoma patentami w postaci kompletnego „oślepienia” stworów w mroku), poprzedzonych krótkimi starciami z pomocą pałek i pięści. Choć ich jest niewiele, budują suspens i są świetnie zrealizowane, podbijając tempo. Robiąc to bez wykorzystania jump-scare’ów, nerwowych popisów smyczków oraz typowych sztuczek znanych z typowego kina grozy.

zombie_express2

Osadzenie większości akcji w pociągu tylko potęguje klimat klaustrofobii, zaś sami ludzie (w szczególności korporacyjny szef w średnim wieku, przejmujący niemal kontrolę nad grupą ocalonych) są w ciągłym klinczu między instynktem przetrwania a działaniem drużynowym, co świetnie pokazuje finał przebicia się ocalonych przez wagony umarlaków do pozostałych. Z kolei świat dookoła wygląda niczym miejska pustynia, gdzie wszędzie się pojawia zagrożenie i nie wiadomo, czy jest bezpiecznie, doprowadzając do bardzo poruszającego finału (nie spodziewałem się tak wzruszających scen w takim gatunku). I pozostaje jedno pytanie: co ty byś zrobił na ich miejscu? Jak byś się zachował i czym się kierował? A to naprawdę dużo.

zombie_express3

Sam film jest świetnie zagrany, ciągle utrzymuje poczucie niepokoju, zaś panoramy pustych miast budzą skojarzenie z pierwszymi seriami „Walking Dead”. Dawno nie oglądałem tak klimatycznego, mocnego horroru, zmuszającego jednocześnie do postawienia się w sytuacji bohaterów, konsekwentnie dążąc do celu.

8/10 

Radosław Ostrowski

Godsmack – When Legends Rise

GodsmackWhenlegendsrise

Jesień przyszła i wtedy jest moda na dwa rodzaje muzyki: zgodną z pogodą na zewnątrz (melancholijny, spokojny pop ew smooth jazz lub piosenka poetycka) albo grzałkę, czyli bardzo ostre dźwięki. Takie jakie serwuje choćby Godsmack, który łoił bardzo ostro, szybko, mocno i głośno. Rok temu wydali swój siódmy album “When Legends Fall” i pojawiło się pytanie: czy coś się zmieniło w tym pieprzniku?

Kwartet pod wodzą Sully’ego Erny nadal gra ostro, solówki Enry oraz Romboli potrafią dostarczyć, zaś same utwory są na tyle krótkie, by nie mogły się znudzić. Jak choćby utwór tytułowy z bardzo równo, choć zmiennie grającą perkusją oraz siarczystym refrenem. Czasem w tle przewinie się fortepian jako tło, nie zawsze słyszalne (intensywny “Bulletproof” z mocnym mostkiem), a to wskoczą jeszcze smyczki (podniosłe “Under Your Scars”), jeszcze podniosły chórek w tle z nośnym refrenem (“Unforgettable”). Jednak najważniejsze są tutaj popisy gitar, przypominające bardziej brudne, lekko grunge’owe brzmienie. Ale o dziwo całość nie jest aż tak szybka, jak by się mogło wydawać (może poza “Say My Name”), a długich utworów tutaj jak na lekarstwo (wyjątkiem jest prawie 5-minutowy “Someday”, będące jedynym rozbudowanym numerem). Niemniej nie brakuje tutaj ostrych numerów (“Say My Name” czy wsparty basem “Just One Time”), zaś wokal Erny’ego troszkę przypomina Jamesa Hetfielda, choć to może moje uszy świrują.

“When Legends Rise” jest bardziej hard rockowy niż metalowym popisem amerykańskiej ferajny. Jak trzeba to uderzy soczystymi solówkami, by potem lekko zwolnić tempo i zaatakować z większą mocą. Wstydu nie ma, chociaż liczyłem na mocniejsze ciosy.

7/10

Radosław Ostrowski

Jak rozbić bank

Heist movie to pozornie filmowy samograj, bo zrobienie skoku zawsze serwuje pewne emocje oraz odrobinkę adrenaliny. Ale co zrobić, jeśli z tym gatunkiem postanowi się zmierzyć reżyser z Niemiec? I będzie próbował to ubrać w komedię? Nie brzmiało to zbyt dobrze, bo i niemieckie poczucie humoru nie należy do zbyt wysublimowanych. Jednak za tym filmem przemawiało bardzo mocne nazwisko twórcy: Wolfgang Petersen.

jak_rozbic_bank1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: trzech facetów zostaje oszukany przez bank. Chris to bokser, który lata świetności ma dawno za sobą, a teraz chciałby założyć własną siłownię. Peter kiedyś był popularnym aktorem, jednak teraz grywa w chałturach. Max z kolei jest ekscentrycznym, lecz skutecznym specem od PR-u, który odchodzi z firmy, kolejny raz olany w awansie. Cała trójka straciła pieniądze banku, a obwiniają o to doradcę finansowego Tobiasa. Tylko, że on zostaje zwolniony przez znienawidzonego szefa pod pretekstem niedopełnienia obowiązków. Panowie postanawiają odegrać się na banku i zrobić skok. Tylko, że nie mają o tym kompletnie pojęcia.

jak_rozbic_bank2

Petersen nie odkrywa Ameryki i prowadzi swoją opowieść jak po sznurku. Jest pomysł, przygotowania oraz realizacja, która nie do końca idzie idealnie. Oraz pewna komplikacja w postaci szefowej komórki policyjnej. Niemniej całość ogląda się naprawdę przyjemnie, humor głównie wynika ze zderzeń charakterów i parę razy balansuje na granicy smaku (akcja z papieżem – nie, to wariactwo). Na szczęście nie wywołuje irytacji, chociaż jest tu wiele zbiegów okoliczności (jedna z kochanek Chrisa okazuje się być żoną wroga, żona jednego z „drobnych cwaniaków” jest wyrozumiała i pomaga). Ale doświadczona ręka reżysera nie pozwala się nudzić. Realizacja jest solidna, w tle gra stylowa muzyka niczym z lat 70., a całość miejscami bywa zabawna.

Najbardziej znani z całej obsady są Til Schweiger (narwany Chris), Michael Herbig (zniewieściały Tobias) oraz Alexandra Maria Lara (Freddie, żona Petera), którzy dali z siebie wiele. Czuć chemię między bohaterami, choć film dla mnie kradnie szalony i przerysowany Matthias Schweighofer (Max) z wielkim ego, a także Jan Josef Liefers (aktor Peter). To zgranie między bohaterami jest w stanie troszkę podnieść całość.

„Jak rozbić bank” nie jest najlepszym filmem w dorobku Petersena, ani czymś zaskakującym w konwencji heist movie. Bywa miejscami zbiorem prostackich żartów, które się powtarzają, jednak nie przekracza granicy smaku i przy odpowiednim nastawieniu może dostarczyć odrobiny frajdy.

6/10 

Radosław Ostrowski

Marjorie Prime

Wyobraźcie sobie świat, gdzie dla ludzi zaczynają tworzyć hologramowe wersje ludzi zwane Prime. One pomagają radzić osobom z Alzheimerem. Tak jak w przypadku Marjorie – bardzo niemłodą kobietą, zaś jej towarzyszy Walter, czyli hologramowa wersja jej zmarłego męża. Kobieta ma też córkę Tess – niezbyt wielką fanką nowoczesnej technologii – oraz jej zięcia Jona.

marjorie_prime1

Niby niepozorny film SF, który skupiony jest na rozmowie dwojga bohaterów. Ale dla Michaela Almayedę ten tytuł staje się pretekstem do dyskusji. I nie chodzi tu tylko o wykorzystywanie sztucznej inteligencji, ale w ogóle o pamięć, wspomnienia. Tego, co możemy zrobić z nimi, czy możemy pewne rzeczy zapomnieć, przeinaczyć dla dobra najbliższych. Nie ważne, czy mówimy o cierpiącej na Alzheimera staruszce, niepogodzonej ze stratą córką czy samotnym mężczyźnie po odejściu żony. Samo tempo przypomina żółwia pędzącego w maratonie, ale wymaga to skupienia, bo łatwo można przeoczyć pewne detale, zagubić się w niektórych sytuacjach, a pewne sytuacje mogą być mętne. Uderza tutaj pewna ascetyczność realizacyjna, bez wielkich fajerwerków, popisów operatorskich czy zabawy montażem. Aczkolwiek pojawiają się pewne retrospekcje (elegancko wplecione w całą opowieść), dodające wiarygodności, zaś w tle gra bardzo intensywna muzyka Miki Levi.

marjorie_prime2

Wszystko jest tutaj oparte na dialogach, rozmowach, gdzie poznajemy zarówno interakcje między postaciami oraz powolnym odkrywaniu kto jest kim w tym świecie. Przez to reżyser parę razy potrafi zaskoczyć, zmusić do pewnego zastanowienia się. Nie tylko nad technologią oraz sposobem wykorzystywania jej, ale tego jak nasze wspomnienia mogą być modyfikowane (finałowa rozmowa), by ochronić innych, dać szczęście, radość. Widać to w drobnych gestach, spokojnej reżyserii oraz wielu poruszających scenach.

marjorie_prime3

A całość jest fantastycznie zagrana. I nie ważne, czy mówimy o Jonie Hammie (Walter), Lois Smith (Marjorie – zarówno starsza, jak i… troszkę inna), przypominająca o sobie Geena Davis (Tess) lub absolutnie wybijający się Tim Robbins (Jon), każdy z tej postaci wyciska ze swoich ról soki. Zwłaszcza ten ostatni jako pełen empatii, życzliwości mężczyzna weryfikujący swoje przekonania podczas rozmowy z hologramem swoje żony, rozsadza ekran. Nie potrafię tego wyrazić słowami.

„Marjorie Prime” jest przykładem kameralnego, wyciszonego SF, gdzie efekty specjalne nie są tutaj najważniejsze. Tutaj kwestie bardzie filozoficzno-etyczne wybijają się na pierwszy plan, rozmowy oraz obserwowanie ludzi. Niby nic wielkiego, ale ma w sobie to słynne coś.

7/10 

Radosław Ostrowski