Tede & Sir Mich – Noji?

noji-w-iext52951827

Wszyscy znamy Tedego. Jeden z najstarszych aktywnych polskich raperów nie zna słowa emerytura, choć ostatnie albumy (przydługi „Keptn’” oraz trapowy „Skrrrt”) bardzo mocno podzieliły fanów. Graniecki zawsze szedł z prądem, dzięki czemu tak długo funkcjonuje, a współpraca z Sir Michem to najlepsza rzecz, jaka trafiła się w karierze rapera. Czy „Noji” będzie tym, na co fani tak naprawdę czekają?

Sam początek jest bardzo oszczędny, ale lekko imprezowy „199II”, mieszający cykającą perkusję z funkową gitarą oraz ciepłymi klawiszami. Tylko lekko podśpiewywany refren psuje wrażenie, chociaż nie brzmi to aż tak tragicznie. Tytułowy utwór jest już bardziej imprezowy, z mocno wybijającą się perkusją oraz niemal klubową elektroniką, czyli „klasyczny” współczesny Tedas. Energetyczna petarda z nośnym refrenem. Bardziej mroczny, choć minimalistyczny „Airmax 98”, płynie niczym fale nad oceanem, zaś podśpiewywany w sposób „orientalny” refren potrafi rozbawić, jak powoli nakręcający się „Hot18banglasz” z cykaczami oraz bardzo spokojnie wchodzącymi dźwiękami (follow-up do siebie) czy niemal rozpędzony do granic wytrzymałości „WJNWJ” oraz nostalgiczne „Hejka”, przypominając troszkę dźwięki z lat 80. oraz Tedasem na autotunie.

Jednak o dziwo najlepiej prezentują się wolniejsze, choć pełne wokalnych przeróbek „Stadnina”, pełna niepokojących klawiszy, czerpiący z mieszanki funkowo-rockowej „Sinusoidalne tedencje” czy mieszający jazz z bardziej „tłustymi” bitami „Amsterdam”. Sir Mich nadal potrafi oczarować swoimi podkładami, nawet jeśli brzmią tandetnie (początek „Drugbox” czy niemal uliczny w przedwojennym stylu „Żelipapą”, parodiujący potem disco), by wystrzelić różnymi modyfikacjami wokalnymi („Nikmi nikmi”) czy dźwiękami inspirowanymi wręcz retro popem („Filozofia WNDB”), a nawet skręcając po indyjskie klimaty (rozpędzony „Fansi 3H”) czy latynoskie („Bailando melo”).

Tedas, jak to Tedas, nie wymyśla jakichś nowych tematów i opowiada niemal o tym samych: sława, kasa, szczęście, imprezy, ale też o przejażdżce rowerem czy o kulturze francuskiej. Nie znaczy to, że robi to w sposób nudny, bo technikę ma mocną (przyspieszyć też potrafi) i bawi się świetnie podczas nagrywania. Na imprezkę nada się idealnie, co chyba było głównym celem tego dzieła.

7,5/10

Radosław Ostrowski

22 lipca

Dla Norwegii miał to być zwykły, normalny dzień w pracy. Na wyspie Utoya trwał obóz integracyjny, gdzie znajdowały się dzieci polityków, imigranci, spędzający wspólnie czas. W tym samym czasie Anders Breivik produkował bomby, zbierał broń, kamizelkę, by zrealizować swój misterny plan: wysadzić budynek rządowy i zabić wszystkich na wyspie Utoya.

22_lipca2

Sięganie po taki bardzo trudny i delikatny temat zawsze jest ogromnym ryzykiem, zwłaszcza jeśli stoi za tym Netflix. Jednak reżyser Paul Greengrass już nie raz pokazywał, że nawet bardzo trudne tematy rozgrywał w taki sposób, by poruszyć („Lot 96”), bez popadania w publicystykę czy moralizatorstwo. Nie inaczej jest tutaj, ale reżyser wywraca swoją dotychczasową konstrukcję do góry nogami. Wszystko zaczyna się od przygotowań oraz przebiegu ataków z obydwu perspektyw (kata oraz ofiar), by potem skupić się tym, jak żyć dalej. Jak państwo tak spokojne i liberalne jak Norwegia musi zmierzyć się ze złem, jakiego nigdy nie spotkali. Jak mają żyć ci, co mieli szczęście przetrwać – jak Valje, który dostał pięć kul (jedna z nich trafiła w głowę i pozbawiła go oka), ledwo wychodząc z tego zdarzenia. Sama scena ataku mrozi krew w żyłach, bo Greengrass realizuje swój film w niemal paradokumentalnym stylu, na zimno – niczym podgląd pod mikroskopem. I to wywołuje największe przerażenie, a reżyser nie epatuje przemocą. Ale ten zamach i atak budzi przez to prawdziwy strach, budując poczucie osaczenia, bezsilności oraz ogromnego lęku, chwytając wręcz mocno za gardło.

22_lipca1

Im dalej jednak w las, Greengrass bardzo pewnie pokazuje konfrontację Breivika ze społeczeństwem norweskim. Zaczynają się pojawiać kolejne fakty oraz bardzo sprzeczne informacje na punkcie terrorysty. Czy aby na pewno działał z jakąś grupą? Czy jest planowany kolejny atak? Czy jest wspierany przez kilku przedstawicieli skrajnych prawicowców? Tutaj pojawia się więcej odcieni szarości i pokazuje te zdarzenia z każdej perspektywy (premier Stoltenberg, Valje, Breivik, jego adwokat), by znaleźć odpowiedź na jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego doszło do ataku? Czy można było temu zapobiec? Oraz skąd wziął się taki człowiek jak Breivik (znakomity Anders Danielsen Lie)? I co tak naprawdę go motywuje do działania?

22_lipca3

Paradokumentalny styl Greengrassa sprawdza się tu znakomicie. Naturalne światło, bardzo oszczędna muzyka, lekko trzęsąca się kamera oraz obsadzenie kompletnie nieznanych aktorów dodaje realizmu i pozwala skupić się na samej opowieści. Każdy z aktorów wykonuje swoją robotę fantastycznie

„22 lipca” z każdą sekundą nabiera intensywności, a kilka scen jest bardzo, bardzo mocnych. Jednocześnie reżyser wydaje się wierzyć, że można ze złem wygrać bez stosowania ekstremalnych metod. Nie nienawiścią, bo ona działa niczym nakręcająca się spirala, lecz dalszym życiem. Tylko, że droga do tego nie jest wcale taka prosta, co nie oznacza, ze jest nieosiągalna.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

The Wall

Irak, rok 2007, czyli czas powolnego końca wojny. Przynajmniej dla Amerykanów, zaczynających się wycofywać. I nagle dwóch żołnierzy (sierżant Allen oraz sierżant Matthews) ma zbadać okolicę, gdzie doszło do ataku snajperskiego. Jednak cała zabawa zaczyna się, gdy Matthews mocno obrywa, zaś Isaac próbując mu pomóc zostaje zraniony, traci wodę i chroni się przed ostrzałem do bardzo cienkiego muru. Zaś przeciwnik zaczyna z nim prowadzić rozmowę.

the_wall1

Po opisie można stwierdzić, że nie będzie to klasycznie rozumiany film wojenny. Mamy bardzo ograniczoną przestrzeń, dwie postacie oraz jeden głos, którego posiadacza nigdy nie zobaczymy. Podobnie jak „Mina”, to bardzo kameralny dramat psychologiczny, gdzie dwaj antagoniści prowadzą ze sobą grę w kotka i myszkę. Co gorsze, nie wiadomo skąd może paść strzał decydujący o życiu lub śmierci. Tym bardziej zaskakuje fakt, że „The Wall” wyreżyserował Doug Liman – reżyser takich filmów jak „Tożsamość Bourne’a” czy „Na skraju jutra”. Bardzo surowy film, gdzie napięcie ma budować tylko i wyłącznie rozmowa dwóch postaci, co zmusza do o wiele większego wysiłku niż klasycznego thrillera. Powoli zaczynamy odkrywać pewne zdarzenia z życia Allena, z kolei próby wyrwania się z klinczu oraz dopadnięcia snajpera potrafią zaangażować i trzymają w napięciu (zdobycie radia), chociaż ja już chyba widziałem zbyt wiele tego typu produkcji, by dać się bardziej wciągnąć.

the_wall2

Wrażenie robi za to bardzo surowa realizacja, bez fajerwerków, bez muzyki, z długimi ujęciami. Dialogi potrafią zaskoczyć i przypominają, że wojna nie tylko jest bardziej skomplikowana niż się na pierwszy rzut oka, ale też pozbawiona jakiegokolwiek sensu, co pokazuje dosadne zakończenie. Tylko, że to zakończenie łatwo przewidzieć, co psuje dobre wrażenie, jakie robi Liman przez ¾ filmu.

Za to bardzo dobrze wypada aktorstwo. Kolejny raz zaskakuje Aaron Taylor-Johnson, pokazując osaczonego, zmęczonego żołnierza, który coraz bardziej próbuje się odnaleźć w tej niekomfortowej sytuacji. I ta rola przyciąga uwagę. Podobnie jest z całkiem niezłym Johnem Ceną, którzy tworzy naprawdę sympatyczną kreację. A może to wynika z faktu, że nie mówi zbyt wiele i leży na ziemi ranny. 😉

„The Wall” mnie bardzo zaskoczył i nie okazał się straconym czasem, chociaż wymaga większej cierpliwości, nie jest efekciarski i w żaden sposób widowiskowy. Liman pokazuje troszkę inną twarz, co może być wielką niespodzianką.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Dama w vanie

Alan Bennett to bardzo uznany w swoim kraju dramaturg oraz scenarzysta filmowy, chociaż początki miał dość trudne. W jego spokojne, bardzo nudne życie wjeżdża pewna furgonetka, którą prowadzi bardzo starsza pani i na ulicy wywołuje wielkie poruszenie. W końcu nasz autor decyduje się ją przygarnąć, a w zasadzie wpuścić do swojego podjazdu dla aut. To miało być tylko na chwilkę, aż pani Shephard stanie na nogi. Ta chwila potrwała 20 lat i stała się inspiracją do tego filmu.

dama_w_vanie1

Reżyser Nicholas Hytner parę razy już pracował ze scenariuszami Bennetta, więc jego wybór na stołku reżyserskim nie zaskakuje. Jednak sama historia robi to parokrotnie. Po pierwsze, reżyser bardzo delikatnie balansuje między komedią a dramatem, serwując kilka błyskotliwych dialogów. Po drugie, mamy tutaj dość skomplikowaną relację między autorem a starszą panią, która jest bardzo trudna w obyciu. I zaczyna się tworzyć pewna trudna więź, dzięki której powoli życie Bennetta zaczyna nabierać barw, choć autor musi się zmierzyć ze swoją chorą matką. Sama pani Shephard dla mieszkańców staje się początkowo kimś w rodzaju kukułczego jaja, którego nikt nie chce przygarnąć i chcą okazać jej pomoc, bo… tak wypada, bo co powiedzą sąsiedzi. Z czasem staje się elementem krajobrazu, rzadko komu przeszkadzając. Ale sama Shephard przez długi czas pozostaje zagadką, a powoli odkrywane informacje prowokują do jednego pytania: dlaczego? Dlaczego wykształcona kobieta kończy jako bezdomna? Dlaczego nie przepada za muzyką, choć sama ją grała w młodości? I dlaczego ktoś ją nawiedza i zmusza do płacenia? Te zagadki coraz bardziej mierzą, zaś ich rozwiązanie jest w pełni satysfakcjonujące.

dama_w_vanie2

Realizacyjnie to film pozbawiony fajerwerków, bardziej skupiający się na bohaterach. Zwłaszcza tutaj wybija się pani Shephard, zagrana przez rewelacyjną Maggie Smith. Z jednej strony sprawia wrażenie nie do końca normalnej (malowanie furgonetki farbą nie przeznaczoną do tego), pełnej silnej wiary, ale jednocześnie jest bardzo zagubiona, niepewna oraz skrywająca pewną tajemnicę. Postać ta wywołuje bardzo skrajne emocje: od współczucia przez odrazę oraz pewnego rodzaju szlachetność i szacunek. Ale w żadnym wypadku nie jest to rola przerysowana, przeszarżowana, pozostając do końca ludzką. Partnerujący jej Alex Jennings (pan Bennett i pan Bennett) bardzo dobrze sprawdza się w roli opiekuna mimo woli, początkowo niechętnego, lecz z czasem bliżej poznaje swoją nową sąsiadkę. Czuć powoli rozpędzającą się chemię między bohaterami i kilka razy łapie za gardło.

dama_w_vanie3

„Dama w vanie” wyciąga to, co najlepsze z kina brytyjskiego, mieszając smutek, dramat i humor w jedną, spójną całość o niespełnieniu, nadziei oraz o tym, że pozory potrafią wprowadzić w błąd.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tomb Raider

Ile było już prób przeniesienia na ekran gier komputerowych? Filmowcy są jednak na tyle uparci i próbują sięgać po takie znane marki jak „Warcraft” czy „Assassin’s Creed”, bo można w łatwy sposób ściągnąć kasę od fanów. „Tomb Raider”, czyli seria gier przygodowych o Larze Croft już miała dwa podejścia (ale już nic nie pamiętam), więc nie była to marka kompletnie obca. Czy sprawdza się stare porzekadło, że do trzech razy sztuka?

Tutaj Lara jest bardzo młodą dziewczyną, której ojciec zaginął wiele lat temu. Nie może korzystać z jego majątku (niepodpisane pewne dokumenty) i dlatego pracuje jako kurierka, trenuje boks i tego typu sprawy. Przygotowując się do przejęcia majątku znajduje pewną łamigłówkę. Razem z nią klucz, łamigłówkę i (ostatecznie) bardzo dużo materiałów związanych z ostatniej wyprawy (poszukiwanie grobowca japońskiej królowej) oraz film od ojca. Na nim prosi, by zniszczyć wszelkie materiały na ten temat, czego oczywiście nie robi, za to wyrusza na jego poszukiwania.

tomb_raider1

Najnowszy „Tomb Raider” to origin story, czyli widzimy tutaj drogę Lary to tej poszukiwaczki przygód jaką znają gracze choćby z pierwszych części serii. Początek może wywoływać konsternacje, bo toczy się w mieście, gdzie nie brakuje kilku pomysłowych scen akcji („polowanie na lisa” w wersji rowerowej) i ta ekspozycja miejscami działała dość usypiająco – nawet retrospekcje nie pomagały (później pojawiają się za często). Ale kiedy nasza bohaterka trafia na wyspę, coś się zaczyna dziać, a klimatem przypomina troszkę staroszkolne kino przygodowe z elementami survivalu. Czyli to, z czego znana jest obecnie Lara z gier. Problem z tym, że twórcy serwują klisze jakie w kinie przygodowym (grobowiec pełen pułapek, poświecenie się jednej z postaci znamy nie od dziś oraz wiele dialogów, od których bolą zęby. Choć same sceny akcji zaskakują tym, ze nie ma tutaj zbyt wiele efektów komputerowych, co jest pewną zaletą i dodaje jako takiego realizmu. Poza tym przemiana naszej Lary w twardą wojowniczkę, co z łuku kasuje wrogów niczym John Rambo, przebiega zbyt szybko i z czasem historia traci swój impet, kompletnie nie angażuje, a postacie wydają się być pozbawione charakterów.

tomb_raider2

Sama realizacja jest poprawna, sama wyspa potrafi zachwycić, muzyka jakaś tam gra, ale nie odwraca uwagi. Jest parę ciekawych scen akcji oraz popisów kaskaderskich (akcja w rozbitym samolocie czy wspinanie się po ścianach), jednak to wszystko ogląda się bez emocji. Wygląda to nieźle (choć ostateczna konfrontacja jest zbyt efekciarska i wali komputer po oczach) i ogląda się to bez wielkiego bólu, ale do zachwytów jest bardzo daleko.

tomb_raider3

Nawet sytuacji nie są w stanie uratować aktorzy – bardzo uzdolnieni i nawet mający momenty przebłysku. Jak sobie radzi Alicia Vikander? To jest rola bardziej fizyczna, wymagających więcej wysiłku niż umiejętności w budowaniu postaci, ale jest w niej coś zadziornego, co ma w sobie pewien urok. Zgrabnie bawi się swoją rolą Walton Goggins jako główny villain, nie do końca traktując się poważnie. To troszkę dodaje luzu. Za to kompletnie nie rozumiem zmarnowania talentu Kristin Scott Thomas i Dereka Jacobi do drobnych epizodów – chociaż finał sugeruje, że Thomas może odegrać istotniejszą rolę w następnych częściach (o ile powstaną).

Ci, co liczyli na to, że „Tomb Raider” odmieni sytuację ekranizacji gier komputerowych, muszą jeszcze wiele poczekać. Fakt, że jest wiele odniesień do nowej serii jest bardzo dużym plusem, jednak sama historia jest schematyczna, przewidywalna oraz strasznie nudna. Chciałbym jednak, by powstał sequel.

5/10

Radosław Ostrowski

Orzeł kontra rekin

Gdybym sugerowałbym się tylko samym tytułem, spodziewałbym się jakiegoś filmu z jakimiś zmutowanymi zwierzętami, które się naparzają. Wiecie, jak Godzilla z King Kongiem, Obcy z Predatorem, PiS z PO (to akurat słaby przykład) czy Jaegery z Kaiju. Jednak już pierwsze minuty debiutanckiego filmu Taiki Waititiego okazują się zwykła wkrętką. Ale może po kolei.

Poznajcie Lily – pozornie zwykła dziewczyna pracująca w fast-foodowej knajpie. Ale jest dość dziwna, bo nikt jej nie lubi – ani koleżanki z pracy, ani szef. Poza bratem, który jest prawdziwym nerdem i ma z nim najsilniejszą więź. I jest jeszcze ktoś, kto jej się bardzo podoba, do którego wzdycha, choć nie zauważa jej. To jest Jarrod – pracownik sklepu ze sprzętem elektronicznym, który wygląda dość osobliwie. W końcu dostaje szansę, by go bliżej poznać, a to z powodu zaproszenia na imprezę.

orzel_kontra_rekin1

Skoro nie jest żadna naparzanka czy inne filmy z mordobiciem w tle (choć jest scena walki, ale TO trzeba zobaczyć samemu), to czym jest „Orzeł kontra rekin”? To typowy film nowozelandzkiego twórcy, zdominowanego przez samych ekscentrycznych bohaterów, szukających tego, co szukają wszyscy ludzie: akceptacji innych, miłości, szczęścia. Tutaj jest bardziej lub mniej pokręcony, co może wynikać z pewnych przykrych doświadczeń (śmierć najbliższych), ale też pewnych własnych oczekiwań zderzonych z rzeczywistością oraz poczuciem porażki, przegranej. Tutaj wariactwo czy ekscentryczność (haker-amator, który zawirusował swój komputer, rodzeństwo prowadzące własny – nieudany – biznes z ciuchami oraz kosmetykami) jest czymś absolutnie normalnym, a reżyser traktuje swoje postaci z życzliwością.

orzel_kontra_rekin2

Waititi serwuje tutaj bardzo specyficzne poczucie humoru, polane absurdem, które może dla wielu być zbyt niedorzeczne i niezrozumiałe. Ale w tym całym wariactwie jest metoda, bo lubi się te postacie, mimo dziwaczności, chce się z nimi pobyć jak najdłużej. Zarówno z tą bardzo empatyczną, ciepłą Lily (olśniewająca Loren Taylor – ten uśmiech), która po prostu jest i nie wymaga niczego więcej, jak i Jarroda (świetny Jemaine Clement), chociaż do tego drugiego trudniej dotrzeć. Jest wielkim egoistą, który mocno ubarwia pewne rzeczy, by przez chwilę poczuć się lepszy. I to on musi pogodzić się z pewnymi kwestiami, by w ten sposób odnaleźć szczęście, doceniając to, co ma.

orzel_kontra_rekin3

Trudno jednoznacznie ocenić, kto wygrał ten pojedynek, ale jedno jest pewno. Sam film pozostaje bardzo pokręconą komedią romantyczną, przerabiając reguły tego gatunku na swoją modłę i polewając humorem a’la Taika. Jeśli dodamy do tego piękne animowane wstawki oraz śliczną muzykę w duchu indie, będziemy mieli bardzo ciepły i pogodny film, jeśli lubicie „inne”, mniej mainstreamowe dzieła.

8/10

Radosław Ostrowski

Summer of ’84

Nie wiem, czy zauważyliście, ale moda na lata 80. od paru lat coraz bardziej się nasila. Sukcesy takich dzieł jak „Stranger Things”, „Gość” czy „Coś za mną chodzi” doprowadziła, że każdy chce jeszcze zgarnąć z tego nostalgicznego tortu ile się da. Czy na tym sentymencie można jeszcze coś ugrać? Wygląda na to, że tak i tej retro fali powstrzymać się nie da. Już tytuł filmu „Summer of ‘84” nakręcony przez trio RYSS wskazuje kierunek.

lato_84_1

Jesteśmy gdzieś na przedmieściach hrabstwa Cape May w roku 1984 roku. Nic się nie dzieje i nie ma zbyt wiele do roboty, zwłaszcza gdy jesteś nastolatkiem w rodzaju geeka, masz ojca reportera. Wtedy jedynym zajęciem (poza dorywczą pracą jako gazeciarz) jest podglądanie sąsiadów (w szczególności sąsiadek) oraz zabawa z najbliższymi kumplami. Tak właśnie ma Davey, mający bardzo bujną wyobraźnie. Zmianę tej sytuacji może wprowadzić sprawa seryjnego mordercy, który porywa dzieci. Z jakiegoś powodu Davey uważa, że poszukiwanym mordercą może być… jego sąsiad, Wayne Mackey. Tylko, że jest on policjantem – bardzo lubianym i szanowanym. Dlatego trzeba tą tezę udowodnić.

lato_84_2

Kanadyjscy filmowcy mieszają tutaj Alfreda Hitchcocka, mocno inspirując się „Oknem na podwórzu” (motyw podglądactwa) polewając sosem z lat 80. Detale w postaci przedmiotów (walkie-talkie z G.I. Joe, rowery, walkmeny, biblioteka) oraz pojazdów budują wiarygodność realiów. Tak samo jak bardzo elektroniczna muzyka, pełna syntezatorów i perkusji brzmiącej tylko w tych czasach. Ale twórcy zgrabnie podpuszczają i mylą tropy, skupiając się na jednym pytaniu: czy nasz bohater ma rację czy zwyczajnie odleciał? A że większość „śledztwa” toczy się nocą, to suspens miejscami jest elektryzujący i klimatem zahacza wręcz o horror (świeżo zakopana ziemia w ogródku, zamknięte na kłódkę pomieszczenie, nadmierna serdeczność podejrzanego), co działa tylko na plus. Ale zapomnijcie o jump scare’ach, tutaj liczy się nastrój oraz klimat.

lato_84_3

Sam tytuł w konwencji mystery movie opowiada o zamknięciu pewnego etapu w życiu człowieka, po którym nic już nie będzie takie samo. choć najważniejszy pozostaje Davey, pozostali bohaterowie tez mają bardzo poważne i nawet ciężkie tło związane z rodzicami: rozwód rodziców (Nikki, będąca obiektem pożądania), przemoc („Eats”), ciężka choroba matki (Woody). Jest to ledwo liźnięte i zaznaczone, ale stanowi istotne tło. A monolog o tym, że pod każdym idealnie wyglądającym ogródkiem oraz domem czai się mroczna tajemnica, wybrzmiewa coraz bardziej.

Kolejny film wpisujący się w retro klimat, ale zrobiony z sercem. Świetnie zagrany przez kompletnie nieznanych aktorów (między chłopakami jest chemia), konsekwentnie buduje napięcie aż do przerażającego, brutalnego i nieoczywistego finału. Parę razy zmroziło mi krew, co nie zdarza się często.

7/10

Radosław Ostrowski

Zeus – Zeus. To pomyłka

zeus-to-pomylka

Dawno nie słuchałem tego zdolnego łódzkiego rapera, którego ksywka sugeruje, że ma ambicje obecności w panteonie bogów polskiego rapu. Zeus ma wszelkie powody ku temu, zwłaszcza że jego ostatnie albumy pokrywały się platyną. Czy też tak będzie z albumem “Zeus. To pomyłka”?

Na pewno jest to inna płyta od poprzedniczek, która fanów łódzkiego ziomala bardzo mocno podzieli. A wszystko z powodu wybranych singli, zapowiadających raczej ogromną katastrofę, kombinowanie z różnymi brzmieniami (z naciskiem na elektroniczne eksperymenty) oraz bajzel. Początek, czyli “Kamilfornia” ma dwa dziwaczne pomysły. Z jednej strony elektroniczny wstęp zmieszany z cyfrowym wokalem w refrenie, z drugiej zaś polany funkowym basem podkład polany smykami oraz fortepianem. Chwytliwe jak diabli, zaś sama nawijka gospodarza buja się między tymi wszystkimi dźwiękami niczym surfer na fali, przypominając West Coastowe klimaty. Kompletnie inaczej wchodzi “Tetsuo”, gdzie mieszamy futurystyczne dźwięki z łagodnymi wejściami zabarwionymi Orientem (dzwony oraz wokalizy w tle) oraz nieźle zaśpiewany refren. I brzmi to dziwnie, a potem wskakuje oldskulowy “Social menda” (śpiewany refren tutaj wypada świetnie, a w zwrotkach flety z perkusją), gdzie Zeus opisuje swoje relacje z fanami m.in. z mediami społecznościowymi w tle. I kiedy wydaje się, że ten poziom zostanie utrzymany, wskakują pianistyczne „Kwiaty dla J.” – bardziej delikatne oblicze rapera, idące ku bardziej popowej estetyce. O ile ten utwór brzmi całkiem poprawnie, to „Like Ra” jest prawdziwym dziwadłem. Podśpiewywany refren, przemielony początek (wokal dziwacznie nakłada się na siebie), minimalistyczna perkusja, jakieś podśpiewywanie w tle, zaś w nawijce zderzenie zdrowego trybu życia z botoksem w lekko ironicznej (chyba) formie.

Ale zdarzają się też prawdziwe perełki jak bardzo klasyczny w formie „Płomień 83”, gdzie opowiada o początkach swojego nawijania (świetne cuty, a i tytuł przypominający dawny skład Płomień 81), idący w podobne rewiry „Gdzie jest Zet?”, bardziej jazzującym „Hideo Audio”. Z drugiej strony są drobne wpadki w rodzaju troszkę zbyt podniosłego „Krew wampirów” (refren śpiewany przez Justynę Kuśmierczyk całkiem niezły) czy kompletnej rzeźni w postaci nudnawego „Miss Ya” (refren bardzo usypiający). Z trzeciej jest wiele bardziej spokojnych, refleksyjnych numerów pokroju „Świetnego Pawła” oraz „Cienia nauczyciela”.

Sinusoida to drugie imię tej płyty, bo poziom jest strasznie nierówny. Poziom dotyczy głównie nawijki, bo sam gospodarz bardzo dobrze sobie radzi. Nie tylko technicznie (choć czasem balansuje na granicy), ale i tematycznie, gdzie mamy kwestie wewnętrznego spokoju, relacji z fanami, poczuciem niezrozumienia. Ale czy tylko mi barwa głosu troszkę przypominała Bisza? Przesłuchanie tego albumu nie będzie w żadnym wypadku pomyłką.

7/10

Radosław Ostrowski

Ostateczna operacja

To była najgłośniejsza akcja wywiadowcza w historii Izraela, a wszystko dla nich zaczęło się od informacji przekazanej przez Fritza Bauera (prokurator generalny Hesji), że w Argentynie ukrywa się architekt ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. Zostaje powołana specjalna komórka wywiadowcza pod wodzą Petera Milkena oraz Zhi Aharoniego, która ma jeden cel: schwytać i doprowadzić Eichmanna przed sąd w Jerozolimie. Żywego, nie martwego.

ostateczna_operacja1

Filmów o schwytaniu Adolfa Eichmanna pojawiało się parokrotnie (ostatnio choćby w niemieckim „Fritz Bauer kontra państwo”). Tym razem zadania podjął się Netflix, a konkretniej Chris Weitz znany z takich filmów jak „American Pie” czy „Był sobie chłopiec”. Sam reżyser próbuje bardzo spokojnie przygotować całą historię z perspektywy Milkena. Kiedy poznajemy tego agenta, uczestniczy w schwytaniu nazisty w 1957 roku na terenie Austrii. I delikatnie mówiąc, nie poszło wszystko zgodnie z planem, co mocno nadszarpnęło jego reputację. Schwytanie Eichamanna jest szansą na rehabilitację, ale porażka może mieć katastrofalne skutki. Weitz poza intrygą, pokazuje też sytuację polityczną w Argentynie, gdzie nazistowscy zbrodniarze ze swoją ideologią się ukrywają. Ale mają za to bardzo głębokie macki w policji oraz powoli zdobywają polityczną pozycję, by móc zdobyć władzę (scena przemowy Carlosa Fuldnera – przyjrzyjcie się gościom).

ostateczna_operacja2

Konstrukcja filmu przypomina klasyczny heist movie, tylko że „łupem” jest Eichmann. Czyli jest przygotowanie (tutaj przybycie do Argentyny, wcześniej dobierając zespół), realizacja (samo schwytanie) oraz ewakuacja i ucieczka. I muszę przyznać, że początek buduje napięcie. Nie brakuje kilku operatorskich sztuczek (przekazanie fotek w kawiarni zrealizowane w jednym ujęciu) czy krótkich montażowych zbitek, które nie wybijają z rytmu, lecz stawiają pytania (scena eksterminacji w lesie). Samo porwanie Eichmanna jest świetnie poprowadzone i wygląda tak, jak w rasowym thrillerze być powinno. Druga część już nie działa tak mocno, co nie znaczy, że jest nudno. Tutaj akcja przebiega dwutorowo: naziści próbują znaleźć Eichmanna, a porywacze muszą zmusić Eichmanna do… wyrażenia zgody (wiem, że to brzmi idiotycznie, ale tak było – chyba prościej byłoby go rozwalić), by w ostatnim akcie suspens znowu zaczął się wznosić (świetna sekwencja na lotnisku).

ostateczna_operacja3

Muszę przyznać, że Weitzowi udaje się wykonać swoją robotę na poziomie. Wrażenie robią bardzo stylowe zdjęcia (zwłaszcza nocne, z takim pożółkłym światłem) oraz każda scena, gdzie pojawia się Eichmann (chociaż charakteryzacja Bena Kingsleya – odwrotnie proporcjonalna do jego aktorstwa, które jest dobre) i wygłasza swoje zdanie na temat nazizmu oraz swojej roli w tej maszynerii. To bardzo sugestywna kreacja, chociaż pod koniec nie boi się pokazać swojej obojętności oraz bezwzględności. W samej fabule zdarzają się pewne drobne przestoje oraz pewne skróty i uproszczenia, niemniej całość potrafi wessać niczym odkurzacz.

Poza Kingsleyem swoje robi absolutnie świetny Oscar Issac. Milken w jego wykonaniu jest spokojnym, metodycznie podchodzącym do spraw agentem, chociaż na twarzy maluje się pewien konflikt, ma skłonność do ryzyka oraz skrywa pewną tajemnicę. Sceny, gdy rozmawia z nazistą, próbując go złamać, należą do najbardziej elektryzujących momentów w tym filmie. Poza tym duetem wyróżnia się śliczna jak zawsze Melanie Laurent (Hanna), Michael Aronov (służbista Aharoni) oraz Pepe Rapazote (Fuldner).

Rzadko oglądam filmy Netflixa, bo poziomem bardzo mocno odstają od seriali. Niemniej dzieło Chrisa Weitza to bardzo przyzwoita robota z naprawdę dobrym aktorstwem oraz kilkoma elektryzującymi momentami. Są pewne drobne potknięcia (środkowa część filmu), niemniej ogląda się to z dużym zainteresowaniem oraz napięciem, co jest sporą zaletą.

7/10 

Radosław Ostrowski

Szczęściarz

Rzadko zdarza się osiągnąć 90 lat i nadal być sprawnym fizycznie, zachowującym świeżą energię. Taki szczęściarzem jest Lucky – bardzo starszy pan, co mieszka sam, pali za dwóch i jego rozkład dnia w większości wygląda tak samo: poranna gimnastyka, wizyta w kawiarni, sklepie z papierosami, by wieczorem zajść do baru. Rutyna dnia codziennego, aż pewnego dnia upada. Tak zwyczajnie, bez przyczyny, a badania nic nie wykazują. I to zdarzenie zmusza Lucky‘ego do pewnych przemyśleń.

lucky1

Pewnie nie kojarzycie Johna Carrolla Lyncha? To jeden z takich charakterystycznych aktorów, co pojawiają się na krótką chwilę, zapada w pamięć ich twarz, lecz nazwisko już niekoniecznie. Grał m.in. w takich filmach jak „Zodiak”, „McImperium” czy serialu „Anatomia zbrodni”. „Lucky” to był jego debiut reżyserski, który jest takim bardzo spokojnym kinem obyczajowym. Nikt nigdzie się tu nie spieszy, wszystko wręcz płynie swoim rytmem. Czy to znaczy, że „Lucky” jest nudnym, nie ciekawym filmem? Absolutnie nie, bo w tym wszystkim jest pewien urok oraz magia. W zwykłych rozmowach, pozornie o niczym, jednak tak naprawdę dzieje się tu dużo. Każdy bohater (nawet drobny epizod) jest bardzo wyrazistą postacią – nieważne, czy to prawnik, weteran wojenny czy szefowa sklepu. Tych rozmów słucha się z przyjemnością, nie popadają w pretensjonalne filozofowanie, a nawet są okraszone odrobiną humoru (kwestia zaginionego… żółwia).

lucky2

Nawet te proste sceny (początek dnia Lucky’ego czy impreza urodzinowa) mają w sobie wiele ciepła oraz momentów chwytających zwyczajnie za serce. Nie ważne czy mówimy o śpiewaniu „Volver” przez Lucky’ego w towarzystwie mariachi, rozmowach o prezydencie Roosevelcie czy dialogu o swoim dziecku. W tle przygrywa folkowo-westernowa muzyka, krajobrazy miejscami wyglądają jakby wzięte z Dzikiego Zachodu (co nie jest wadą), co tworzy fajny klimat. Reżyser prowadzi to bardzo delikatnie oraz spokojnie.

lucky3

Największą furorę robi Harry Dean Stanton, który bardzo rzadko grywał główne role w karierze. Tutaj w roli głównej magnetyzuje, choć jest to postać bardzo tajemnicza, o której nie wiemy zbyt wiele. Z czasem dostrzegamy w tej postaci kolejne fragmenty z życia samotnika, choć wiele rzeczy pozostaje zagadkowymi (rozmowy przez telefon). Ten aktor wystarczy, że pojawiał się na ekranie i już skupiał na siebie uwagę. Dla mnie film jednak ukradł David Lynch w roli Howarda, który okazuje się niezłym źródłem humoru, choć jeden jego monolog potrafi poruszyć jak diabli. Nie można też zapomnieć drobnych ról Toma Skeritta (weteran), Rona Livingstone’a (adwokat) czy Jamesa Darrena (Paulie), wnoszących wiele życia w tym filmie.

„Szczęściarz” okazał się pożegnaniem Harry’ego Deana Stantona z kinem i jednocześnie bardzo ciepłym, bezpretensjonalnym kinem obyczajowym. Po jego obejrzeniu – jakkolwiek to zabrzmi – poczujecie się lepiej i będziecie chcieli mieć tyle siły w sobie, co Lucky.

7/10 

Radosław Ostrowski