Nadzieja

Nie znam zbyt wielu kinomanów w Polsce, którzy nie kojarzyliby nazwiska Krzysztofa Piesiewicza. Mecenas, polityk, scenarzysta znany ze współpracy z Krzysztofem Kieślowskim, z którym działał aż do śmierci tego drugiego w 1996 roku. nie oznacza to jednak, że mecenas Piesiewicz nie pisał kolejnych fabuł i nie były ekranizowane przez innych twórców („Niebo” Toma Tykwera, „Piekło” Danisa Tanovicia), a w 2006 roku zmierzył się z kolejnym scenariuszem Stanisław Mucha.

nadzieja_20061

Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu, kiedy nasz bohater był jeszcze dzieckiem. Razem z bratem oraz kilkoma innymi osobami grali sobie spokojnie w piłkę przy domu. Ale jedno zbyt mocne uderzenie doprowadza do tragedii – matka, chcąc ratować syna wpada pod koła ciężarówki, zaś ojciec dyrygent dostaje udaru. Teraz Franciszek ma 20 lat, chce zostać prawnikiem i skacze ze spadochronu. Poza tym obserwuje Benedykta Webera – właściciela galerii sztuki, który zajmuje się też kradzieżami obrazów. Chłopakowi udaje się sfilmować, jak Weber uczestniczy przy kradzieży obrazu z kościoła. Jednak zamiast zgłosić ten fakt na policji, szantażuje biznesmena, chcąc w zamian… zwrócenia obrazu na miejsce.

nadzieja_20062

Trzeba przyznać, że punkt wyjścia był dość intrygujący. Niejasna motywacja protagonisty jednak działa jak broń obusieczna, bo z czasem zaczyna być tylko irytująca. Nie byłem w stanie uwierzyć temu bohaterowi, w czym jeszcze bardziej przeszkadzają dość nachalne dialogi, pełne pretensjonalności (coś o aniołach) – dodatkowo niewyraźnie słyszalne – i nie wyjaśniające zbyt wiele. Sama intryga jest pełna nielogicznych bzdur (determinacja bohatera, który potrafił przewidzieć zachowanie np. dziewczyny, która niszczy sfilmowaną kasetę) oraz sposobów działania głównych złych, którzy uginają się groźbie. Wcześniej próbują pokazać, że są groźni – wysadzenie auta, wypchnięcia Franka ze skutera podczas jazdy – ale nie próbują go bardziej poturbować, grożąc śmiercią najbliższym czy ostatecznie zabijając go. To jest czysty idiotyzm, jakby rzeczywistość została podporządkowana pod wizję twórcy, a kilka scen (skoki ze spadochronu) wydaje się tylko zbędnym zapychaczem czasu.

nadzieja_20063

No i muszą pojawić się sceny, gdzie postacie stoją, dumają, milczą. Ewentualnie słuchają podniosłej muzyki poważnej, niby nadając pewnej głębi (wlatujący gołąb podczas napadu czy puste ramy po kradzieży). Jest parę ciekawych kadrów (sceny rozmów Webera z paserem Gustawem), zaś muzyka Richtera potrafi uderzyć (zwłaszcza na początku). Tylko, że to wszystko tworzy dziwaczny, niezrozumiały film, pozbawiony sensu. Nawet aktorzy nie mają co tu grać, zwłaszcza grający główną rolę Rafał Fudalej jest tak irytujący, że ma się ochotę go sprać. Weterani robią, co mogą, jednak nie dają rady ożywić swoich postaci. Najbardziej wybija się tutaj Zbigniew Zapasiewicz (ojciec Franka) oraz Zbigniew Zamachowski (inspektor Sopel), ale nawet oni nie byli w stanie udźwignąć tej historii.

„Nadzieja jest matką głupich i swoich dzieci nie lubi” – śpiewał Kazik. Mucha nie podołał przeniesieniu fabule Piesiewicza, która sama w sobie mocno rozczarowywała. To miała być część trylogii, która jednak – na szczęście – nigdy nie powstała, bo jeśli pozostałe filmy miały być na poziomie „Nadziei”, zasypiałbym częściej niż kiedykolwiek. Totalna porażka.

3/10

Radosław Ostrowski

Siedem dni

Konflikt między Izraelem a Palestyną istnieje odkąd powstało to pierwsze państwo. By walczyć o swoją niepodległość sięgała po metody, które dzisiaj nazywalibyśmy terrorystycznymi (ataki bombowe, zamachy) i obecnie są wykorzystane przez Palestyńczyków. Ale w latach 70. Za sprawę Palestyny włączali się do walki lewaccy terroryści działający na terenie zachodniej Europy (RFN, Włochy) pod szyldem RAF. Taka sytuacja miała miejsce pod koniec czerwca i lipca 1976 roku. Wtedy samolot linii Air France podczas śródlądowania w Grecji zostaje porwany przez członków Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny. W samolocie było ponad dwustu zakładników, w tym 1/3 to byli Żydzi, zaś żądanie było proste: uwolnić palestyńskich terrorystów z więzień.

siedem_dni1

Reżyser Jose Padilha, który jest odpowiedzialny za „Elitarnych”, bardzo skrupulatnie pokazuje te wydarzenia, przerzucając się na dwie istotne strony widzenia: terrorystów (zarówno Niemców, jak i Palestyńczyków) oraz rządu, który jest mocno podzielony. Czy prowadzić negocjacje, a może podjąć próbę ataku? Tylko, że stawka jest bardzo duża, a czynników decydujących jest bardzo wiele. Doświadczenie przy budowaniu napięcia tutaj procentuje, bo i samo porwanie, jak i finałowa akcja robią piorunujące wrażenie. Ale Padilha nie chce iść na łatwiznę, pokazując prosty podział na dobrych i złych i próbuje zrozumieć nakręcającą się spiralę przemocy na Bliskim Wschodzie. Tam przemoc wydaje się jedyną metodą walki, a dla ludzi z tzw. Zachodu wydaje się być czymś fascynującym. Zwłaszcza dla młodych ludzi z poglądami lewicowymi, żyjących w spokojnych domach, gdzie dla Palestyńczyków to dzień powszedni.

siedem_dni2

Reżyser na tyle, na ile sobie pozwala rekonstruuje przebieg wydarzeń i potrafi utrzymać w napięciu, mając do dyspozycji bardzo ograniczoną przestrzeń. Akcja nie jest tu najważniejsza, ale uciekający czas na działanie. I wie, kiedy podkręcić adrenalinę (znakomicie zmontowana scena odbijania zakładników przeplatana z tańce grupy baletowej), pozwolić na wyciszenie i gwałtownie zaatakować.  Jednocześnie między wierszami Padilha stawia pytania o szanse na pokój w tym regionie (najmocniej czuć to w napisach końcowych), nie dając jednak żadnych nadziei na rozwiązanie.

siedem_dni3

Także aktorsko trudno się do kogokolwiek przyczepić. Zwłaszcza Daniel Bruhl i Rosamond Pike (Wilfred Bose oraz Brigitte Kuhlmann) tworzą dość zaskakujący duet terrorystów, zderzonych z rzeczywistością. Zwłaszcza Bruhl pokazuje bardziej skonfliktowaną postać, nie do końca odnajdującą się w tym układzie. Drugi plan tutaj dominuje Eddie Marsan (minister Szimon Peres), budując opanowanego, dobrze przygotowanego polityka, nie bojącego się zbrojnej konfrontacji. Za to troszkę odstaje Nonso Anozie w roli Idiego Amina, zepchniętego na dalszy plan, zachowując jego ekscentryczne zachowanie.

Ku mojemu zdumieniu, „Siedem dni” sprawdza się jako polityczny thriller, trzymający w napięciu oraz ukazujący trudne relacje Izraela z Palestyną. A Zachód tylko się przygląda, nie mogąc tego zrozumieć, zaś wszelkie próby zrozumienia, kończą się klęską.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Come Sunday

Wiara jest zawsze bardzo trudnym tematem dla filmowców. Bo jak pokazać i dotknąć czego, co nie jest widoczne w sposób fizyczny, materialny, dostrzegalny dla oka. Czy to oznacza, że nie warto próbować przyjrzeć się duchowej stronie człowieka? Wielu próbowało, więc dlaczego nie miałby spróbować Netflix, a konkretnie Joshua Marston? Bohaterem „Come Sunday” jest niejaki Carlton Pearson – biskup Kościoła Zielonoświątkowego. Bardzo charyzmatyczny duchowny, działający w swojej parafii w Tulsie, gdzie obok siebie siedzą biali z czarnymi, krzewiąc Słowo Boże. Zgodnie z ich doktryną zbawienie mogą osiągnąć tylko ci, którzy wierzą w Chrystusa i będą unikać grzechu, bo inaczej trafią do Piekła. Jednak nasz spokojny duchowny słyszy głos Boga, że każdy zostanie zbawiony. Powiedziane podczas niedzielnej mszy te słowa wywołują konsternację, a duchowny mierzy się z kwestiami wiary.

come_sunday1

Reżyser próbuje opowiedzieć o duchownym, który zaczyna głosić słowa nie mające zgodności z doktryną swojego Kościoła i znajduje się w pewnym klinczu. Bo źródłem sporu staje się Biblia – ta księga uważana za ostateczne źródło wiedzy i jej możliwości interpretacji. Dlatego, że zawiera ona wiele sprzeczności, interpretacja jest bardzo szeroka. Bo jak inaczej zrozumieć fakt, że Biblia z jednej strony straszy piekłem oraz potępieniem duszy, z drugiej mówi o tym, że śmierć Jezusa na krzyżu dała zbawienie wszystkim ludziom. WSZYSTKIM. To doprowadza do spięć, wynikających z naruszeń pewnego dogmatów oraz dojścia poza wąskie horyzonty myślenia. I ten wątek wydaje się najciekawszy, bo jak żyć w zgodzie z wiarą, słysząc coś, co wydaje się herezją, co widać najmocniej na przykładzie muzyka Reggie’ego, który jest gejem i nie może zostać zbawiony według zasad religii czy przyjaciela Henry’ego.

come_sunday2

Problem jednak w tym, że brakuje w tym filmie jakiegoś mocniejszego uderzenia i samo rozwiązanie sytuacji wydaje się zbyt proste, wręcz przewidywalne. Sceny takie jak „sąd” dokonany przez biskupów czy licytacja kościoła Pearsona potrafią uderzyć, by serwować wręcz banalnymi chwilami jak coś w rodzaju chrztu nad jeziorem. Nawet rodzinne kłótnie są bardzo szybko gaszone i ledwo dotykają pewnych niewygodnych zdarzeń z przeszłości, tak jak wątpliwości dotyczące nowej drogi biskupa.

come_sunday3

Tym większa szkoda, bo Chiwetel Ejiofor w roli Pearsona jest naprawdę świetny, tworząc bardzo wiarygodną postać duchownego, który zaczyna się miotać w kwestiach wiary. Próbuje zrozumieć niezrozumiałe, decydując się czasem zawierzyć Bogu. Poza nim wybija się także poważniejszy Jason Segel (Henry) oraz Lakeith Stanfield (Reggie), tworząc trudne oraz złożone postacie.

„Come Sunday” to próba zderzenia się człowieka z wiarą, niekoniecznie instytucjonalną, co może doprowadzić do konfliktu z Kościołem. Jednak nie zostanie w pamięci na długo i wątek ten nie zostaje do końca wyciśnięty.

6/10

Radosław Ostrowski

Paul Simon – In the Blue Light

In_The_Blue_Light_Cover

Tego wokalisty przedstawiać nie trzeba, chociaż największy rozgłos przyniosła mu współpraca z Artem Garfunkelem w latach 60., chociaż Simon nadal pozostaje w świetnej formie, co pokazał poprzednim albumem “Stranger to Stranger”. Ale najnowsze (i pożegnalne) wydawnictwo to zbiór nagranych na nowo piosenek artysty  z całej kariery, chociaż bez sięgania po największe oraz najbardziej rozpoznawalne hity, często zmieniając w nich aranżacje, konstrukcję, a nawet słowa.

Początek to wybrany na singla wręcz jazzowy (na początku) “One Man’s Ceiling Is Another Man’s Floor”, gdzie na wstępie nie brakuje fortepianu, spokojniejsze gitary, by zanurzyć się ku spokojnemu bluesowi, bujając jak nigdy, bo i nie trzeba się nigdzie spieszyć, chociaż w połowie wchodzą dęciaki, a fortepian się ożywa. Ale Simon po muzyce pływa niczym ryba po oceanie, znajdując się w każdym stylu, bo i pojawia się bardziej elektryczne country (“Love”) z bardziej akustycznymi chwilami jak w refrenie, by pójść ku muzyce klasycznej (flety, fagot, smyczki w “Can’t Run But” czy odbijające się niczym echo dźwięki w “René and Georgette Magritte with Their Dog After the War”), zahaczyć po drodze o jazz (elegancki “How the Heart Approaches What It Years” z pięknie grająca trąbka, fortepianem oraz kontrabasem lub nowoorleański w duchu “Pigs, Sheep and Wolves” z ciągłymi zmianami tempa) czy wręcz hiszpańskie rytmy (akustyczny “The Teacher”). Za to prawdziwą perłą jest 7-minutowy “Darling Lorraine”, choć pozornie poza gitarą oraz wokalem nie ma tutaj zbyt wiele, ale z każdą sekundą zaczyna nabierać rumieńców I wchodzą kolejne instrumenty, zmieniając także tempo.

Szkoda, że to ostatni album, bo Simon nie poszedł na łatwiznę, nadal zachwyca swoim głosem, zaś w tekstach też wychodzi poza banalne piosenki o miłości. Jestem ciekawy, jak wy odbierzecie to bardzo różnorodne, interesująco zaaranżowaną, kapitalnie wydaną płytę. Panie Simon, dziękuję za wszystko.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Prawdziwe zbrodnie

Historia Krystiana Bali była precedensem na skalę światową. Bo nie było przypadku, by sprawca po popełnieniu morderstwa, opisał je w swojej powieści. Tylko książka była dowodem w sprawie, ale wystarczającym, by skazać jej autora na 25 lat. O tym opowiedział ostatnio „Amok” Kasi Adamik, a swoją wizję wydarzeń pokazał także Alexandros Avranas w „Prawdziwych zbrodniach”. Ten film powstał dwa lata temu i był pokazany na Warszawskim Festiwalu Filmowym, gdzie został odebrany bardzo chłodno. Dopiero w tym roku trafił do szerszego grona odbiorców, tym razem przemontowany, lecz czy to oznacza, że lepszy?

dark_crimes1

Naszym bohaterem jest Tadek – już niemłody gliniarz, który zostaje przeniesiony do archiwum z powodu spartaczonego dochodzenia. Policjanta męczy sprawa pewnego biznesmena Daniela Sadowskiego, którego ciało zostało wyłowione z rzeki. Prowadzący śledztwo inspektor Greger (obecnie komendant policji) umorzył sprawę, jednak Tadek jest przekonany o winie pisarza Krzysztofa Kozłowa. I podejmuje się poprowadzić śledztwo.

Sama koncepcja wydawała się bardzo interesująca, bo jak udowodnić zbrodnię bez mocnych dowodów. A całość osadzono gdzieś na przełomie wieków, gdzie nie ma komputerów, bez papierów nie da rady, tak jak bez magnetowidów oraz dyktafonów. Innymi słowy: średniowiecze, mimo postępującej technologii. Tylko, że całe to śledztwo, jak i intryga są kompletnie dziurawe, pozbawione logiki i sensu. Całość ogranicza się do tego, że Tadek wchodzi do miejsca, rozmawia z kimś (nie wiadomo kim), próbując odnaleźć dowody. Strasznie małe jest to miasto, co jest zaskakujące, wręcz parę ulic na krzyż, dialogi są bardzo toporne i tego angielskiego słucha się z bólem. Klisze? Czego tu nie ma: niezadowolona żona (wątek prywatny ograniczony do minimum), niemal klasyczna femme fatale, sprawca tak zły i przerysowany, że już bardziej się nie da, a w tle ledwo liźnięte kwestie politycznych koneksji oraz korupcji w policji (z ogranym tekstem o naszym bohaterze, że jest „ostatnim uczciwym gliniarzem w kraju”).

dark_crimes2

Jeśli coś wypada dobrze, to zdecydowanie są to zdjęcia Michała Englerta, budujące dość chropowatą wizję świata, świetnie wykorzystując oświetlenie oraz scenografię z epoki. I to buduje bardzo mroczny klimat, mimo stateczności kadrów. Sporadycznie obecna muzyka też sobie radzi, tak jak scenografia.

Aktorsko jest całkiem nieźle, choć z taką obsadą powinno być lepiej. Boli ta angielszczyzna w głosach polskich aktorów, zmarnowanych całkowicie (Kulesza ma minę zbitego psa, Zamachowski pojawia się w jednej scenie, najdłużej obecny Głowacki w zasadzie nie ma wiele do roboty) i ograniczonych do małych rólek. A jak Jim Carrey w bardziej poważnym emploi? Całkiem nieźle jako śledczy, bardzo opanowany i spokojny, chociaż zaczynający powoli mieć obsesję na punkcie tej sprawy. Za to Martin Csocas (Kozłow) daje radę, ale miałem wrażenie pewnego przerysowania i szarży, tak samo jak z Charlotte Gainsbourgh (Kasia).

„Prawdziwe zbrodnie” to przykład filmu kompletnie niepotrzebnego, zbyt dziurawego, nudnego oraz marnującego wyjściową sytuację. Z tej konfrontacji zdecydowanie pewniej wychodzi polski „Amok”, co jest zaskakujące, bo Amerykanie wszystko robią lepiej. Zazwyczaj.

3/10 

Radosław Ostrowski

Wilcza skóra

Gdzieś w górach Hiszpanii żyje Martinon – myśliwy, który utrzymuje się z tego, co upoluje. Za zrobione skóry kupuje sobie odpowiednie artykuły. Ale po stracie swojego psa, coraz bardziej doskwiera mu samotność. Wreszcie decyduje się „kupić” sobie żonę od młynarza Ubaldo – jego starszą córkę Pascualę. Ta jednak nie wytrzymuje surowych warunków i umiera, więc myśliwy żąda zwrotu pieniędzy. Młynarz jednak proponuje mu za żonę młodszą córkę, Adelę.

wilcza_skora1

Kolejny film Netflixa, ale tym razem z hiszpańskiego otoczenia. Dzieło Sama Fuentesa jest bardzo wyciszonym, wręcz surowym dramatem, gdzie niemal cała akcja toczy się w otoczeniu bezwzględnej naturze. Akcja toczy się tutaj bardzo powoli, dialogów jest praktycznie niewiele, a wszystko jest zdominowane przez imponującą przyrodę – las i góry ze śniegiem oraz domostwo myśliwego. Sama historia jest bardzo prosta, bo mamy mężczyznę zderzonego z przyrodą, troszkę zachowującego się niczym zwierzę, a także wejście w ten świat kobiety. Najpierw schorowanej, ciężarnej Pascuali oraz młodszej Adeli, nie chcącej się w żaden sposób podporządkować się swojemu obecnemu mężowi. Wszystko to jednak pokazane jest w gestach, spojrzeniach oraz działaniach, a nie w oszczędnych dialogach. I ta surowość dla wielu może okazać się bardzo ciężką barierą do przeskoczenia, zmuszając do większego skupienia w trakcie seansu.

wilcza_skora2

Trudno jednak cokolwiek zarzucić realizacji, bo film potrafi zrobić imponujące wrażenie. Nie tylko scenami przyrodniczymi (że się tak wyrażę), ale też montażem równoległym, bardzo nastrojowej muzyce oraz bardzo spokojnej reżyserii. Może za spokojnej, bo „Wilcza skóra” nie zawsze potrafi zaangażować i bardzo wolne tempo działa czasem wręcz usypiająco.

wilcza_skora3

Sytuację częściowo ratują aktorzy – kompletnie nieznane twarze, którzy budują swoje postacie jedynie za pomocą gestów, spojrzeń. Ale udaje się wykreować postacie z krwi i kości, co na pewno nie było prostym zadaniem. Najbardziej wybija się Mario Casas, czyli nasz myśliwy, coraz bardziej przyzwyczajony do surowych warunków. Może i na pierwszym razem sprawia wrażenie szorstkiego, a głos ma bardzo spokojny, jednak to bardzo twardy mężczyzna, nie pozbawiony jednak ludzkich odruchów. Partnerujące mu panie (Ruth Diaz i Irene Escolar) dopełniają, tworząc różne oblicza kobiecości: podporządkowanej oraz zbuntowanej.

Zaskakująco solidne kino, chociaż wymaga bardzo wiele, zaś surowość bywa wadą, jak i zaletą. Ale jest w „Wilczej skórze” coś, co nie pozwoliło mi odwrócić oczu od seansu. Może też dacie szansę hiszpańskiemu tytułowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cheap Tobacco – Szum

cheap-tobacco

W Polsce muzyka bluesowa ma spore tradycje, choć nie tak duże jak Amerykanie. Niemniej ostatnio coraz bardziej przebija się kilka nowych twarzy w tym nurcie jak Limboski czy właśnie zespół Cheap Tobacco, działający już od 7 lat. I teraz pojawiają się z nowym wydawnictwem zwanym „Szum”.

Samo brzmienie to klasyczny blues w starym stylu znanym przed 40 lat, co czuć w produkcji, delikatnie wspieranej przez syntezatory. Otwierający całość „Nieidealny” ma prosty, lecz wpadający w ucho riff, spokojny rytm oraz mocny finał.ale po drodze nie brakuje paru niespodzianek jak klaskany „Thunder” z metalicznym basem, bardziej stonowana „Nić” (przynajmniej na początku) czy niemal minimalistyczne „Halo”, bardziej idąc ku krótkim solówkom. Jednak kośćcem pozostaje mocna gra gitary oraz bardzo silny wokal Natalii Kwiatkowskiej, chociaż sporadycznie odzywają się także elektroniczne dźwięki („Running Wild”), fortepian (mroczny „Deszcz”) czy delikatna gitara akustyczna (początek utworu tytułowego, gdzie w refrenie robi się bardzo ostro). Nawet bas potrafi zagalopować, co pokazuje coraz bardziej rozkręcający się „End of the World” czy troszkę cięższa „Wędrówka” z siarczystym solo na klawiszach. Nawet spokojniejszy numer musi zaskoczyć tak jak „Bez Ciebie”, gdzie wchodzą… cymbałki.

Ale największym skarbem jest wokal wspomnianej Kwiatkowskiej, który brzmi bardzo niewspółcześnie, ale bardzo naturalnie, co najbardziej widać z zmieniającym tempo oraz klimat „Śladzie”, wieńczącym ten ciekawy album. Staroświecki styl, świetna produkcja, chwytliwe numery plus magnetyzujący głos – to wystarczy, by zwrócić na nich uwagę. Jeśli nie słyszeliście, zacznijcie ich obserwować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Fahrenheit 451

Kolejne podejście do powieści Raya Bradbury’ego, tym razem dokonane przez stację HBO. Czyli świat, w którym książki w formie papierowej są zakazane (poza trzema tytułami), a strażacy wywołują pożary. Ale tym razem Guy Montag jest samotnikiem, mieszkającym w domu, pracującym 16 lat w straży (tak jak jego ojciec) kierowany przez kapitana Beatty’ego. Cały świat jest podłączony do Internetu, nazywanego tutaj Dziewiątką, który obserwuje wszystko i wszystkich, umieszczając obrazy wszędzie – na ścianach, w szybach, jednak ci poza systemem (mątwy) ukrywają się wśród ludzi, czytając książki i próbując je zachować.

fahrenheit_451_20181

Reżyser Ramin Bahrani uwspółcześnia powieść Bradbury’ego, czerpiąc garściami z innych klasyków kina oraz literatury SF. Bo nie brakuje neonowych bajerów z „Blade Runnera”, inwigilacji znanej z „Roku 1984” (kamery, drony) i tutaj bardziej czuć bezwzględne działanie systemu. Tu nie brakuje klimatu zagrożenia, momentów niepewności, ale też czegoś, co nawet mnie zaskoczyło. Pewien dość prosty podział na dobrych i złych: dobrzy to mątwy, źli to strażacy. I jeszcze jedno: reżyser zamiast dylematów na temat sztuki, pokazania antyutopijnej wizji świata, gdzie doszło do poważnej modyfikacji historii świata (po II wojnie secesyjnej), skupia się na samej akcji. Sceny palenia książek robią niesamowite wrażenie (zwłaszcza ta w domu starszej pani, która się podpala), stonowana kolorystyka dodaje poczucie niepokoju, tak samo jak oszczędna muzyka. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia pewnej płytkości tematu (książki czynią ludzi nieszczęśliwymi i by uniknąć ataków pewnych grup społecznych są niszczone), zaś finał nie dał mi zbyt wiele satysfakcji. Nawet przemiana głównego bohatera wydaje się – tak jak w wersji Truffauta – zbyt mechaniczna, nie przekonująca. Aczkolwiek wplecenie scen retrospekcji oraz sposobu „czyszczenia” pamięci za pomocą… kropel do oczu jest pewną zaletą. Jest kilka ciekawych pomysłów (świetna czołówka z płonącymi książkami czy sceny szkoleń), ale miejscami zbyt galopuje.

fahrenheit_451_20182

Jeśli coś broni i przykuwa uwagę, to chemia między głównymi bohaterami granymi przez Michaela B. Jordana oraz Michaela Shannona. Ten pierwszy w roli Montaga radzi sobie całkiem nieźle w roli protagonisty, który zaczyna mieć wątpliwości, ale bardziej interesował mnie ten drugi. Shannon zawsze sprawdza się w rolach mrocznych postaci, chociaż Betty nie boi się manipulować (kiedy zmusza Montaga do przeczytania książki na głos), jednak wydaje się być kimś więcej niż narzędziem systemu. Relacja tych dwóch postaci przypomina uczeń-mistrz, ale także niby ojciec-niby syn, elektryzując także w finale.

Ta ekranizacja wydaje mi się na podobnym poziomie, co wersja Truffauta, która też nie była do końca udana. Na pewno przemawia współczesnym językiem, czerpiąc z bardziej znanych dzieł SF, ale jednocześnie wydaje się pozbawiona własnej tożsamości, co działa bardzo negatywnie. Można obejrzeć, jednak lepiej sięgnąć po pierwowzór literacki.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

The Pineapple Thief – Dissolution

The_Pineapple_Thief_Dissolution_Album_Cover

Ta brytyjska formacja progrockowa w ostatnich latach poszła ku bardziej piosenkowym formom, co fanów ekipy Bruce’a Strooda mocno podzieliło. Jednak ostatni album “Your Wilderness” pokazał, że można to połączyć w taki sposób, by wprawić w zachwyt. Ale to było dwa lata temu I pytanie: czy ta forma uchowała się w “Dissolution”, gdzie do zespołu już na stałe dołączyć perkusista Gavin Harrison (Purpucine Tree, King Crimson)?

Powiem tak: klimat zachowano, co już czuć w dość długim (dwuminutowym) wstępie w postaci “Not Naming Any Names”, opartym tylko na fortepianie oraz delikatnym wokalu Strooda. To jednak zmyłka przed mocniejszym “Try As I Might”, gdzie odzywają się gitary z perkusją, by uderzyć na koniec mocnym riffem w bardziej garażowym stylu. Melancholia wraca w delikatnym “Threating War”, gdzie gitary pełnią role rzadko wybijającego się tła (oprócz akustycznej), by przemieszać się z ostrzejszymi wejściami elektrycznych dźwięków (mostki oraz refren) oraz mroczniejszym “Undercoving Your Tracks”, dając więcej pola dla perkusji oraz niepokojących klawiszy, chociaż i gitara bardziej wrzaśnie, by jeszcze mocniej uderzyć w szybkim “All That You’ve Got” oraz niemal chropowatym “Far Below”, gdzie riffy zderzone z odbijającą się niczym echo elektroniką i smyczkami może zmrozić krew. Niemal na sam finał dostajemy 11-minutowy “White Mist” z gościnnym udziałem gitarzysty Davida Torna, który w środku pozwala sobie zaszaleć razem z sekcją rytmiczną, zmieniając tempo oraz melodię, chociaż nie mogę pozbyć się wrażenia, że ten utwór bardzo się wlecze (ale środkowy fragment, gdzie Torn szaleje – miażdży), by na finał uderzyć poruszającym “Shed a Light”.

Trudno odmówić albumowi klimatu, kilku chwytających za serducho momentów, zaś wokal Strooda zaczyna coraz bardziej mi przypominać Stevena Wilsona (to akurat jest plus). Jednak poprzedni album zrobił większe spustoszenie i bardziej na mnie działał. Niemniej “Dissolution” jest całkiem solidnym albumem, dobrze zgranym z obecną pogodą.

7/10

Radosław Ostrowski

Ian Gillan & The Javelins – Ian Gillan & The Javelins

ian-gillan-the-javelins-b-iext53077091

Moda na retro rockowe granie trwa już od kilku ostatnich lat, choć nie tylko tylko o granie coverów, lecz działalność takich kapel jak River Sons, Blues Pills czy ostatnio coraz popularniejsza Greta Van Fleet. Jednak The Javelins wpisują się w tą pierwszą grupę. Kapelę tworzą: gitarzyści Gordon Fairmaier i Tony Tacon, basista Tony Whitfield, perkusista Keith Roach oraz na wokalu Ian Gillan (jeśli kojarzy się to nazwisko z zespołem Deep Purple, to bardzo dobrze się kojarzy). Choć działają od lat 60., swój pierwszy album wydali dopiero w 1994 roku (“Sole Agency and Representation”) i teraz wracają z premierowym materiałem. Ale premierowy nie oznacza w tym przypadku oryginalny, bo znów są to covery hitów z czasów rock’n’rolla.

Zaczyna się od zaskakująco energicznego “Do You Love Me”, który już daje czuć klimat rock’n’rolla: od staroświecko uroczej perkusji, śpiewanych chórków przez zespół w refrenie, łagodne gitary oraz mocny głos Gillana, ale bez ekspresji znanej z macierzystej formacji. A im dalej w las, tym bardziej elegancko wybrzmiewa całość: od ubarwionego jazzem “Dream Baby” (dęciaki są cudne) przez delikatnie pędzące “Memphis, Tennessee” z ładnymi solówkami czy zaskakujące “Little Egypt” z wstępem w klimacie wesołego miasteczka, by pójść w niemal tanecznego bluesa, z dęciakami oraz wręcz werblową perkusją w środku. Javelinsi też potrafią przyspieszyć (“High School Confidential” czy “Rock’n’Roll Music”, gdzie szaleje fortepian Dona Aireya), by pójść w bardziej liryczne klimaty jak w “It’s So Easy!” oraz bujając w delikatnym “Save the Last Dance for Me” czy organowych “Another Saturday Night”, nie zapominając o bluesisku (“You’re Gonna Ruin Me Baby”, gdzie swoje solówki mają klawisze z harmonijką ustną).

Niektórzy mogliby stwierdzić, że poboczny project Gillana jest tylko skokiem na kasę oraz grą na sentymentach. Ale zespół bardzo dobrze się bawi, Gillan wrzuca na luz, zaś klimat wylewa się z każdego granego utworu. Czasami warto uruchomić taki wehikuł czasu, nawet jeśli nie jest to nic nowego. Ale czy zawsze trzeba na nowo odkrywać koło, by sprawić wielką frajdę?

7,5/10

Radosław Ostrowski