O Matador

Brazylia kinematograficznie kojarzy się z tasiemcowymi serialami, w których po pewnym czasie logika jest totalnie zaburzona, zaś wszelkie komplikacje są tak wielkie, że nie da się w tym wszystkim połapać. Ale to właśnie tam rok temu Netflix pomógł zrealizować film tamtejszego twórcy, Marcelo Galvao na realizację swojego filmu, będącego… westernem.

Sama historia jest dość mocno pogmatwana i skupia się na pewnym mężczyźnie. W młodości, niemowlęciem będąc, zostaje znaleziony przez samotnego wojownika zwanego Siedem Uszu. Czyni z niego idealnego myśliwego, po czym wyrusza do miasta i znika. Wiele, wiele lat Blancharda już jako mężczyzna wyrusza na poszukiwania i tam poznaje francuskiego potentata, pana Bertranda, co wywołuje masę komplikacji.

o_matador1

Sama konstrukcja filmu przypomina stylistykę Quentina Tarantino, czyli łamanie chronologii oraz masa postaci, które posiadają pokręcone, mroczne historie. Ramą narracji w „O Matador” jest opowieść prowadzona przez młodego mężczyznę, podróżującego z dwójką dzieci, przez co początek może wywołać dezorientację. jest kilka scen, które później powracają jako bardziej rozwinięte. Później reżyser idzie ku bardziej efekciarskiej formie, serwując kolejne postacie (prostytutka, tajemniczy Gringo, rysownik i prawa ręka Francuza, mściciel w stroju łowcy głów), tworząc jeszcze większy chaos do tej ballady o chciwości, która doprowadza do zatracenia się, skazując na potępienie kolejne pokolenia. Niby nie brakuje strzelanin i krwi, surowego krajobrazu pustyni czy bardzo dynamicznej muzyki, granej na gitarach oraz dość wystawnej scenografii (siedziba Blancharda, jego burdel), jednak się w to wszystko zaangażować z powodu swojej bardzo epizodycznej struktury. Bo nie do końca wiemy, na kim tak naprawdę się skupić, a żadna postać (poza naszym protagonistą, później zwanym Fryzjerem) nie zostaje zbyt wyraziście napisana, pełniąc role archetypowych szablonów typu: psychopatyczny zabójca (pomocnik rysownika, który ma obsesję na punkcie czystości), perwersyjna żona głównego łotra, szlachetna prostytutka, samotny mściciel etc.

o_matador2

„O Matador” jest bardzo wymagającym filmem, który chciałby wnieść troszkę świeżej krwi do westernowej konwencji, jednak nie za bardzo wie, co chce opowiedzieć. Aktorsko jest dość solidnie (najbardziej wybija się troszkę dziki Diogo Mordago), jest parę mocnych scen, ale to troszkę za mało, by zapadł bardziej w pamięci. Wielka szkoda.

6/10 

Radosław Ostrowski

Halloween

Każdy ma swoje ulubione gatunki, jeśli chodzi o horror und groza. Jednym z podgatunków jest slasher, czyli konfrontacja zazwyczaj młodych, nieodpowiedzialnych nastolatków z bardzo niebezpiecznym psycholem, co ma siłę w mięśniach i nic nie jest go w stanie powstrzymać (symbol czystego zła). Takich filmów powstało w ilościach hurtowych, że coraz bardziej ten schemat zaczyna drażnić. I rodzi się pytanie, czy z perspektywy współczesnego widza, filmy tego gatunku z przełomu lat 70. oraz 80. nadal potrafią wywołać strach, przerażenie i grozę? Jednym z tych śmiałków, którzy zbudowali tą konwencję był John Carpenter ze swoim „Halloween” z 1978 roku.

Punktem wyjścia jest popełniona w 1962 roku morderstwo, które popełnił niejaki Michael Myers. Trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie po piętnastu latach ucieka i wraca do rodzinnego miasteczka, by znów zasiać grozę. W ślad za nim wyrusza dr Sam Loomis, tylko czy nie będzie za późno. A w tym samym czasie trzy małolaty planują zrobienie wspólnej imprezy, co może się źle skończyć.

halloween_19781

Reżyser bardzo spokojnie buduje atmosferę strachu i szokuje już na dzień dobry. Sama scena pierwszego zabójstwa pokazana z oczu bohatera potrafi zbudować napięcie, a samo odkrycie tożsamości zabójcy nadal wywołuje szok. Historia toczy się tutaj bardzo powoli, wręcz dwutorowo: bo mamy zarówno tajemniczego Myersa, który straszy tutaj w bardzo prosty sposób (wejście serwowane pamiętnym tematem przewodnim): Myers pojawia się albo gdzieś w tle, by w następnym ujęciu zniknąć albo widzimy częściowo sylwetkę antagonisty, co troszkę przypomina taktykę pierwszych filmów Stevena Spielberga. Nawet jak widzimy pełną sylwetkę, to jest ona na tyle daleko, że nie jesteśmy w stanie zobaczyć wyraźnie jego twarzy. I to potrafi zadziałać, zwłaszcza z powodu wykorzystywania mroku, z którego nasz zły potrafi wyskoczyć w każdej chwili.

halloween_19782

Z drugiej strony mamy grupkę nastolatków, którzy tego dnia chcą pójść na żywioł i stracić dziewictwo. Kontrastem dla nich jest Laurie Strode, która reprezentuje wszelkie konserwatywne wartości, dając jej (zgodnie z panującym szablonem tego gatunku) największe szanse na przetrwanie. Jeśli spodziewacie się wiader krwi, hurtowo zarzynanych małolatów oraz głupawych zachowań naszych bohaterów, to… będziecie mieli tylko to ostatnie (moment, gdy małolata po stosunku czeka na faceta i gdy pojawia się Myers w prześcieradle, nie odpowiadając na jej słowa). Carpenter – być może z powodu cenzury czy za małego budżetu – serwuje śladowo krew oraz sceny erotyczne, co działa tutaj na plus. Nawet jump-scare’y (ale bez typowego dla chwytu podbudowania odpowiednią ilustracją) miejscami nadal potrafią działać, włącznie z otwartym finałem, co kompletnie mnie zaskoczyło.

halloween_19783

Aktorsko jest to poziom kina klasy B, czyli niskobudżetowej produkcji, bez znanych twarzy. Wyjątkiem jest tutaj Donald Pleasence w roli dr Loomisa, który jest tutaj odpowiednikiem profesora van Helsinga w tym świecie. Wie o swoim przeciwniku zadziwiająco dużo, wygląda bardzo tajemniczo, nosi broń, serwując bardzo niepokojące słowa. Z młodych aktorek największe wrażenie robi Jamie Lee Curtis w roli sympatycznej Laurie, która zostaje zmuszona do fizycznej konfrontacji i wychodzi dość poturbowana. Cała reszta postaci po prostu jest i albo potrafi wkurzyć (Nancy Kyes), albo jest mi kompletnie obojętna.

Powiem szczerze, że spodziewałem się, iż „Halloween” będzie raczej śmieszył niż budził przerażenie. A jednak Carpenterowi udało się klimat zagrożenia, mimo pewnych głupotek oraz stosowania dość prostych tricków (operowanie dźwiękiem, wszechobecny mrok), dając podstawę kolejnym (bardziej lub mniej brutalnym) popisom kolejnych rzeźników kina grozy pokroju Jasona czy Freddy’ego Krugera. A to spore osiągnięcie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Hereditary. Dziedzictwo

Z horrorami to jest tak, że straszyć można na setki różnych sposobów i trudno znaleźć taki idealny straszak. Jedni wolą hektolitry, tryskającej się krwi, inni ciągle podbudowanie za pomocą jump-scare’ów, a inni chcą czuć bardziej podskórne poczucie zagrożenia za pomocą budowania tajemnicy oraz nastroju. W tym kierunku postanowił pójść bezczelny debiutant Ari Aster. Wszystko zaczyna się od… pogrzebu. Umiera najstarsza członkini rodu Graham, która zajmowała się spirytualizmem. Jej rodzina (córka, zięć i dwoje wnucząt) próbuje po tym funkcjonować, jednak zaczynają się wokół nich dziać dziwne rzeczy z wykopaniem grobu zmarłej, zaś impulsem kumulującym kolejne wydarzenia staje się śmierć 13-letnie Charlie w wypadku. Wtedy niemal cała rodzina, a zwłaszcza głowa rodziny (Annie) zaczyna coraz bardziej wariować.

hereditary1

Reżyser nie chce tutaj – przynajmniej na początku – iść na łatwiznę i bardzo mocno trzyma się ziemi. Niby tu mamy idealną rodzinę, która musi przepracować utratę najbliższej osoby i zaczynamy odkrywać kolejne rodzinne tajemnice: że matka lunatykowała (i próbowała zabić swoje dzieci), że babcia miała silny wpływ na wnuczkę (nawet karmiła ją swoim mlekiem), a syn jara zioło (to akurat nie ma dużego znaczenia). I niemal przez połowę filmu zacząłem się zastanowić, czy naprawdę ktoś uwziął się na tą rodzinę, czy po prostu matka oraz zaczynają znajdować się na granicy stanu obłędu. Poczucie niepokoju potęguje tutaj świetna robota operatorska, z odpowiednim wykorzystywaniem światłocienia oraz odpowiednio świdrującą muzyką, nawet w pozornie normalnych sytuacjach.

hereditary2

Jest tutaj kilka mocnych scen (gwałtowna eksplozja Annie w kuchni, dziwaczne zachowanie wnuczki, sam wypadek czy rozmowa syna z lunatykującą matką, gdzie gdy ona mówi panuje TOTALNA cisza, zaś jej słowa odbijają się niczym w studni), przez co zaczyna się włos jeżyć na głowie. I potem zaczyna się wszystko zmierzać w taką stronę jak „Uciekaj”, czyli rozwiązanie jest kompletnie wzięte z innej bajki, wywołując u mnie totalny zgrzyt. I okazuje się, że – SPOJLER (innymi słowy, nie czytaj, chyba że oglądałeś) – chodzi o opętanie, mające na celu sprowadzić kolejne wcielenie Szatana, stworzenia nowego Kościoła, bla bla bla, pierdu pierdu. I wszystko to zostało zaplanowane przez babcię, która należała do sekty, nie dając kompletnie szansy na powstrzymanie tego (KONIEC SPOJLERA). Za takie psucie konsekwentnie budowanej aury, reżyser powinien – cytując znanego YouTubera – zapierdalać na galerze. Jak ja tego nienawidzę.

hereditary3

Jeśli coś trzyma ten film za pysk, to jest to REWELACYJNA, grająca rolę życia Toni Collette. W jej wykonaniu Annie jest bardzo neurotyczna, mocno balansująca na krawędzi załamania nerwowego, grając niemal całym ciałem. I te oczy – tam wszystko się kumuluje, a jak krzyknie, będą ciary aż do samego końca. Nie wiem, jak to inaczej nazwać, ale ta kreacja jest fantastyczna, bez popadania w przerysowanie, groteskę, parodie, o co było tutaj bardzo łatwo. Pozostała obsada, choćby nie wiem jak się starała (a stara się, co widać na przykładzie Alexa Wolffa czy wyglądającej dziwnie Milly Shapiro), pozostaje mocno w cieniu Collette.

„Dziedzictwo” wydaje się być dobrym kierunkiem w kinie grozy, który ma szansę zapaść bardzo głęboko w pamięci. Gdyby nie finał, byłby to naprawdę znakomity horror. Może następnym razem się uda.

7/10

Radosław Ostrowski

Wyspa Psów

Japonia z perspektywy cudzoziemca może się wydawać dziwacznym krajem, z niesamowicie postępującą technologią, silnie zakorzenioną tradycją (sumo, haiku, sushi) oraz uwielbieniem do wszystkiego, co małe. Ale tym razem Japonii przyjrzy się pewien amerykański ekscentryk o imieniu Wes Anderson, postanowił przyjrzeć się Krajowi Kwitnącej Wiśni.

Idziemy 20 lat w przyszłość, gdzie w mieście Megasaki władzę trzyma rodzina Kobayashi, który nienawidzi psów, wielbiąc za to puszyste czworonogi zwane kotami. W tym samym czasie wybucha wielka epidemia choroby psów. Zwierzęta zarażają, są bardzo agresywne i bardzo niebezpiecznie. Dlatego zostaje wydany dekret, gdzie czworonogi zostają wysłane na Wyspę Śmieci, która jest jednym wielkim wysypiskiem. Tam zwierzaki są zdane na siebie, jednak pewnego dnia dochodzi do dość dziwnej sytuacji, bo na wyspę przylatuje samolot z 12-letnim chłopcem. To adoptowany syn burmistrza, Atari Kobayashi, który wyrusza na poszukiwanie swojego psa-ochroniarza Ciapka – pierwszego psa zesłanego na wyspę. A w wyprawie pomaga mu psia banda: Wódz, Rex, Książę, Król i Szef.

wyspa_psow1

Anderson drugi raz (wcześniej był „Fantastyczny pan Lis”) sięga po animację poklatkową, czyli wykorzystująca pracę kukiełek, które są ręcznie sterowane przez każdą klatkę fabuły. Sama forma jest bardzo typowa dla stylu Andersona – symetryczność kadrów, narrator wiedzący wszystko, zabawa chronologią, skupienie na detalach (nowością jest znany choćby z filmów De Palmy podzielony ekran) oraz bardzo specyficzne poczucie humoru. Sama historia toczy się dwutorowo: z jednej strony mamy poszukiwania psa oraz historia powolnej ewolucji Wodza, z drugiej mamy polityczną intrygę pokazującej drugie dno całej epidemii, którą rozgryza amerykańska studentka. I obydwa te wątki łączą się w mocną historię pokazującą manipulację ludźmi oraz jak bardzo łatwo wywołać psychozę strachu. Tylko, że dla mnie te gierki na szczycie władzy, które mocno przypominają reguły znane z systemów totalitarnych, była nie tyle przewidywalna oraz bardzo czytelna, ale kompletnie nieangażująca i wtórna. Nadal imponuje strona plastyczna, z nasyconymi kolorami oraz bardzo płynnej pracy kamery.

wyspa_psow2

Ale najbardziej świeże – poza miejscem akcji – jest sposób komunikacji, ponieważ Anderson stosuje bardzo sprytny trick. Otóż, ludzie mówią w swoim języku, a wszystko jest po angielsku tłumaczone: czy to za pomocą maszyn, tłumacza czy właśnie studentki. Za to wszystkie psy mówią po angielsku, co tylko wywołuje poczucie obcości, alienacji. To tylko pokazuje, że mimo pewnych komunikacyjnych problemów da się stworzyć silną więź między człowiekiem a zwierzęciem. I jest też źródłem kilku niezłych żartów. Ale duch Japonii jest tutaj mocno obecny: nie tylko z powodu japońskich napisów czy elementów kultury w postaci wierszy haiku (pięknych), walki sumo, teatru czy warstwy muzycznej, ale też niejako estetyki oraz pewnego – nie wiem jak to nazwać – nastroju, co widać w rozmowach Wodza z Nutmeg.

wyspa_psow3

Do tego jest fantastycznie dobrana obsada głosowa. Poza stałą ekipą Andersona – Bill Murray (ciepły Boss), Edward Norton (rozgadany Rex), Jeff Goldblum (zbierający plotki Książę), Harvey Keitel (szef wygnanych Gondo), Tilda Swinton (Wyrocznia) czy Frances McDormand (świetna jako tłumaczka) – pojawia się kilka nowych twarzy, a właściwie głosów. Najbardziej błyszczy kapitalny Bryan Cranston w roli bardzo szorstkiego, wręcz agresywnego Wodza. Pozornie to bardzo silny, twardy pies, naznaczony dość nieprzyjemną przeszłością oraz z uporczywą tendencją do gryzienia innych. Jednak zdarzenia powoli zaczynają go zmieniać i dostrzega, że posiadanie potencjalnego pana wcale nie musi być niczym złym. Równie świetny jest Liev Schreiber w roli poszukiwanego Ciapka, którego lojalność oraz wielka sympatia dla Atariego są wręcz namacalne i wyczuwalne w sposobie wypowiadania się. Troszkę odstaje od reszty Greta Gerwig (Tracy Walker), ale to raczej wynika z niezbyt interesującego wątku tej postaci.

Po raz pierwszy, odkąd oglądam filmy Wesa Andersona, mam bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony „Wyspa Psów” jest świetną technicznie oraz wizualnie bajką w niemal klasycznym stylu, przefiltrowanym przez zwariowany styl reżysera. Z drugiej nie zaangażowało mnie to aż tak bardzo jak powiedzmy „Fantastyczny pan Lis” (ale to była cudowna animacja) czy „Moonrise Kingdom”. Nadal potrafi zachwycić i ogląda się z dużą przyjemnością, jednak po Andersonie liczyłem na coś więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kobieta w kapeluszu

Poznajcie Ewę – to bardzo młoda dziewczyna, pracująca jako aktorka w teatrze w dużym mieście. Choć ma talent oraz spore predyspozycje, to jednak nie zdarzyła się jakaś poważniejsza, duża rola, dająca jej szansę na przebicie. Ale pojawia się szansa, związana z reżyserem Lewickim, które chce wystawić samego „Króla Leara” i chciałby obsadzić Ewę jako Kordelię.

kobieta_w_kapeluszu1

Kolejne spotkanie ze Stanisławem Różewiczem, czyli mamy psychologiczny dramat, będący także obserwacją środowiska artystycznego. Czyli świata teatru, które już reżyser obserwował w filmu „Drzwi w murze”. Ale zamiast dramaturga, mamy niespełnioną aktorkę, która chce się przebić. Problem jednak w tym, że sam talent nie wystarcza – potrzebne są znajomości (najlepiej z dyrektorem), przyjaźnie oraz wszelkiego rodzaju układy. Ewentualnie trzeba zwyczajnie czekać, aż los da szansę. O ile w ogóle zamierza to zrobić, bo może zdarzyć się wszystko. Różewicz przygląda się teatrowi jako miejscu nie tyle skostniałemu, co nierentownemu, przegrywającego rywalizację z telewizją czy filmem. Jednocześnie jest pewna tajemnica związana z przeszłością naszej bohaterki, a konkretnie jej ojcem, ale tego nie zamierzam wam zdradzić. Konstrukcją bardzo przypomina „Anioła z szafy”, czyli mamy zbiór scenek związanych z pracą Ewy, odwiedzanymi postaciami (starszą panią, którą się opiekuje, rozmów z koleżanką Magdą, siostrą czy swoją nauczycielką) ewentualnie w domu, gdzie jest sama.

kobieta_w_kapeluszu2

Reżyser w tej swojej obserwacji zadaje jedno, bardzo ważne pytanie o sens pracy, gdzie nie ma się szansy na rozwinięcie skrzydeł, gdzie dostajesz najwyżej epizody (tytułowa kobieta w kapeluszu), choć pragniesz sięgnąć gwiazd. I ta rutyna, zawierzenie losowi zaczyna naprawdę uwierać. I co zrobić? Dostosować się do panujących reguł, lekko niszcząc swoją wrażliwość? Wpychać się łokciami? A może zwyczajnie zrezygnować i poszukać innej pracy? Pytania zostają bez odpowiedzi, ale samo zadanie może skłonić do zastanowienia. Jest tu kilka magicznych scen (powtarzany „taniec marionetek” w połączeniu z dość pokręconą muzyką Jerzego Satanowskiego działa wręcz piorunująco czy finał na plaży), które zostaną na długo, choć wielu może się strasznie wynudzić. Ale realizacyjnie trudno się do czegokolwiek przyczepić, bo dobrze to wygląda, wyraźnie wszystko słychać, choć nie ma tutaj zabawy formą.

kobieta_w_kapeluszu3

Do tego jeszcze naprawdę świetne aktorstwo, gdzie mamy bardzo rozpoznawalne twarze takich osób jak Henryk Machalica (aktor Jan), Paweł Wawrzecki (Zbyszek) czy Krzysztof Gosztyła (fotograf). Ale drugi plan dominuje w drobnej rólce Marek Kondrat w roli reżysera, który nie potrafi się odnaleźć w sztuce ani nie posiada jakiejś konkretnej wizji. Jednak wszystko trzyma na swoich barkach Hanna Mikuć. Pozornie nie rzucająca się w oczy, ale nie można oderwać od niej oczu – mieszanka wrażliwości, lęku, pasji oraz tajemnicy. Potrafi zaskoczyć lekkością („wywiad” z Magdą), by wejść w poważniejsze tony, co jest nieprawdopodobne. Piorunująca mieszanka.

„Kobietę w kapeluszu” można potraktować jako film, który mógłby spokojnie wejść do kina moralnego niepokoju, ale Różewicz bardziej skupia się na portrecie psychologicznym niż dylematach moralnych. Mimo dość epizodycznej konstrukcji, potrafi zaintrygować, wciągnąć i wydaje się uniwersalny, mimo realiów PRL-u.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kochając Pabla, nienawidząc Escobara

Wydawałoby się, że po serialu „Narcos” opowiadania jeszcze raz o Pablo Escobarze jest kompletnie pozbawione sensu. I jakakolwiek próba wydaje się z góry skazana na przegraną. A jednak reżyser Fernando Leon de Aranoa postanowił podjąć się tego wyzwania, prezentując historię barona narkotykowego z perspektywy jednej z jego kochanek, dziennikarki Virginii Vallejo, która opisała to wszystko w swoich wspomnieniach.

kochajac_pablo2

Czy można tą historię nazwać ciekawą? Bo ja mam duży problem z powodu tego, czym tak naprawdę miał być? Historią miłosną, biografią kryminalnej kariery Escobara, spojrzeniem na jego życie prywatne, jak próbuje go tropić DEA? Oglądając ten film miałem takie wrażenie, jakby reżyser chciał całe dwa sezony „Narcos” upchnąć w jeden dwugodzinny film. Zamiast skupić się na jednym wątku i konsekwentnie go prowadzić cały czas, mamy tutaj kompletna sklejka wszystkiego, nie dając ani grama dużej satysfakcji. Wszystko jest tutaj tak poprzecinane, poklejone, nie do końca wyczerpując każdy wątek, który zostaje poprowadzony po łebkach. Czy dostaję coś nowego na temat Escobara? Absolutnie nie. Czy się nudziłem? Troszkę tak, bo już to wszystko znałem.

kochajac_pablo1

Niemniej udaje się reżyserowi zachować odpowiednie tempo, wywołać miejscami napięcie, a kilka scen naprawdę łapie za gardło (wizyta w lombardzie, krwawe egzekucje czy ucieczka nagiego Escobara z kryjówki pod ostrzałem). Nie mniej zabrakło mi tu czegoś poza solidne rzemiosło. Nie brakuje krwawej rzezi, bo jest tego dość sporo (ataki na policjantów i odwet), próby kariery politycznej (to szybko zostaje ucięte), rozmów z żoną, jak i perturbacji zawodowych Virginii oraz działań Secure Bloc. Jednak to wszystko (i to z tysiąc razy lepiej) było w serialu Netflixa, który wycisnął z tego tematu wszystkie możliwe soki. Nawet wykorzystanie kilku chwytliwych numerów (m.in. Santany) sprawia wrażenie wtórności.

Nawet aktorstwo wydaje się zaledwie dobre, ale wiadomo – w serialu można wycisnąć więcej z powodu większego czasu. Ale postawiono tu na bardziej rozpoznawalne nazwiska, dające tutaj radę. Javier Bardem robi wszystko, by być Escobarem i ma tyle charyzmy, by zwrócić na siebie uwagę i jest naprawdę świetny, bez popadania w przesadę, co jest dużym plusem. Także Penelope Cruz w roli lekko naiwnej dziennikarki, zakochanej w Pablito jest cholernie dobra. Blado prezentuje się przy nich Peter Sarsgaard (agent Sheppard), ale prawda jest taka, że nie miał tutaj zbyt wiele do roboty.

„Kochając Pablo” można potraktować jako wstęp do „Narcos”, który jest absolutnie zajebisty i zachwyca szczegółowością oraz rozmachem realizacyjnym. W innym przypadku może się poczuć bardzo rozczarowani i znudzeni.

6/10

Radosław Ostrowski

Bob Roberts

Wybory – jak wszyscy wiemy – to czas, kiedy pewni nieznani ludzie starają się o naszą uwagę, by móc dalej nic nie robić. Ci ludzie chcą dołączyć do pewnego kręgu zwanego politykami, czyli kompletnych nierobów udających, że chcą nam zrobić dobrze, a tak naprawdę dbają tylko o swój dobrobyt. Ale co innego jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie światli oraz odpowiedzialni obywatele wybierają najmądrzejszych, najbardziej rozsądnych oraz uczciwych polityków. I to tam w 1990 roku o urząd senatora postanowił powalczyć Bob Roberts. Kim on jest? To bardzo młody muzyk folkowy, który jest także biznesmenem o bardzo prawicowych poglądach. Kieruje fundacją wspierającą szpitale w walce z narkotykami, w swoich utworach mocno krytykuje bardziej liberalną politykę swojego przeciwnika, senatora Brickleya Paiste’a. A cała ta walkę poznajemy w formie… dokumentu, kręconego przez Terry’ego Manchestera, przyglądającemu się kampanii.

bob_roberts1

Nakręcony w 1992 roku film w reżyserii Tima Robbinsa jest polityczną satyrą – gatunkiem bardzo trudnym i ryzykownym, bo mogącym bardzo łatwo się zestarzeć. Chyba, że zamiast przyglądać się ówczesnej sytuacji politycznej, będziemy próbowali pokazać mechanizmy działania kampanii wyborczych, ze stosowaniem różnych nieczystych zagrań. W tle niemal ciągle pojawia się telewizja (a w niej zawsze włączony serwis informacyjny, gdzie dziennikarze komentują wydarzenia), wycinki z prasy, wrzucone fakty z życia muzyka-polityka (praca maklera w Wall Street, trenowanie szermierki). Reżyser wykorzystuje paradokumentalny styl, by pokazać jak bardzo łatwo można manipulować tłumem. Nie tylko chodzi o rzucanie prostych sloganów, ale chociażby teledyskami utworów, stosowaniem czarnego PR-u czy nawet… zamachem na samego siebie. Robbins niby żartuje w kilku miejscach (występ w programie telewizyjnym, brutalnie przerwanym przez jedną z pracownic czy nasz bohater jeżdżący w stroju szermierczym na motorze), jednak jest to śmiech przez łzy.

bob_roberts2

Bo pokazywany tutaj tłum fanów Roberta zderzony zostaje z pojedynczymi momentami, gdzie pewni ludzie nie godzą się na jego poglądy. Przeciwnicy Robertsa to ludzi inteligentni, sprawiający wrażenie oczytanych, dziennikarze czy lepiej wyedukowani, zaś stronę fanów reprezentują ludzie niekoniecznie wykształceni, mądrzy, tylko lekko prymitywni, prości ludzie, pragnący łatwych rozwiązań oraz szukających przyczyny swojej porażki u innych. Bo zawsze ktoś musi być winny. A jeśli znajdziesz jakąś skazę w tym niemal kryształowym wizerunku, koniec może być tylko jeden, gdyż każdy ma swoje za uszami. Tylko, co jest gorsze: oskarżenie o posiadanie kochanki czy współpraca z agentem CIA, zamieszanym w tworzenie lipnej firmy budowlanej jako przykrywki do zagranicznego handlu narkotykami? Nawet wytropienie wielkiej afery (odniesienia do sprawy Iran-Contras bardzo czytelne) nie może ujść ci płazem.

bob_roberts3

Aktorsko jest tu znakomicie, bo Robbinsowi udało się zebrać bardzo mocny skład. Tytułową rolę Robbins powierzył najlepszemu z najlepszych, czyli… samemu sobie. Robbins gra znakomicie charyzmatycznego polityka z bardzo konserwatywnym programem, mocno krytycznie oceniający przełom lat 60., uważając go za źródło wszelkiego zła. Ale kiedy wejdzie na scenę, zacznie przemawiać, a zwłaszcza śpiewać (głos to taki mocniejszy Dylan), nie można od niego oderwać oczu. Poza nim najbardziej zapada w pamięć bardzo Giancarlo Esposito (dziennikarz Bugs Raplin), który mimo wyglądu menela okazuje się być najbardziej rozsądnym oraz szczerym facetem. Nie można też nie wspomnieć o Alanie Rickmanie (tajemniczy Lukas Hall III) czy trzymającym fason Rayu Wise (Chet MacGregor – szef sztabu), zaś w epizodach dziennikarzy wiadomości pojawiają się takie znane twarze jak James Spader, Helen Hunt czy Susan Sarandon.

Choć można zaśmiać się parokrotnie (choćby z teledysków), to „Bob Roberts” pozostaje gorzką komedią o wydźwięku satyrycznym na politykę w ogóle. A to podsumowuje zarówno ostatnie słowa dziennikarza, jak i ostatnia scena przy pomniku Jeffersona oraz podane wyniki sondażu w sprawie interwencji w Iraku poddają w wątpliwość myślenie ludzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Zimna wojna

Rok 1949, czyli II wojna światowa niedawno się skończyła, a nikt nowej wojny zaczynać nie chce. Teraz nadchodzi czas budowania stabilizacji oraz triumfu nad kapitalistycznym, zgniłym zachodem, także na polu kulturalnym. Dlatego zostaje powołany Zespół Pieśni i Tańca „Mazurek”, który ma grać muzykę oraz pieśni ludu pracującego z czasów dawnych. Grupą kierują kompozytor oraz pianista Wiktor, odpowiedzialna za taniec Irena Bielecka, a także szofer i reprezentant władzy Kaczmarek. A wśród uczestniczek czegoś na kształt castingu jest zadziorna Zula, która chce się wyrwać stąd. I to ona wpada w oko naszemu pianiście, a resztę możecie sobie dopowiedzieć.

zimna_wojna1

Paweł Pawlikowski stał się reżyserem, który dokonał tego, czego żaden inny polski reżyser nie dokonał – zdobył Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Dlatego każdy jego kolejny film automatycznie będzie miał wysokie oczekiwania. Sam film w założeniu miał być melodramatem, dziejącym się na przestrzeni kilkunastu lat, w których losy naszej niby-pary przeplatają się ze sobą przez wiele części Europy (zachodnie Niemcy, Francja, Jugosławia, Polska), co po części tłumaczy poszatkowaną narrację, gdzie wiele rzeczy istotnych dzieje się poza kadrem. Być może (nie, na pewno) to spowodowało, że nie byłem w stanie uwierzyć w ten romans bez romansu. I nawet nie chodzi o to, że ta miłość jest bardziej deklarowana niż wyczuwalna (chociaż to też jest bardzo poważny błąd), ale zachowania dokonywane pod ich wpływem wydają się kompletnie niezrozumiałe (próba powrotu Tomasza do kraju czy Zula nie decydująca się uciec do Berlina Zachodniego). Ja rozumiem, ze miłość robi z człowieka osobę nie zawsze działającą w sposób racjonalny, ale nawet to mnie nie przekonało. Te rozstania i powroty mają chyba na cel pokazać, że ta miłość wystawiana na próbę przez historię oraz los, który gra wszystkim na nosie.

zimna_wojna2

No właśnie, czy to była miłość? Skoro oboje ze sobą nie potrafią funkcjonować (wydarzenia z Paryża), a Wiktor – bo z jego perspektywy poznajemy całą opowieść – coraz bardziej zaczyna się dusić. Reżyser bardziej stawia tutaj na spojrzenia, gesty, rzadko wypowiadane słowa. Ale chciałoby się więcej wiedzieć, więcej odkryć, lecz Pawlikowski nie daje na to żadnych szans. I to jest dla mnie największy problem – za dużo znaków zapytania. Trudno jednak „Zimnej wojnie” odmówić czegoś w kwestii audio-wizualnej. Piękne zdjęcia Łukasza Żala (nie tylko dlatego, że są czarno-białe) są same w sobie małymi dziełami sztuki – serio, każde ujęcie mogłoby być tapetą na ekranie komputera, zaś muzyka (nie tylko ludowa, ale jazz zaaranżowany przez Marcina Maseckiego) gra naprawdę cudownie. Tylko to wszystko jest tylko i wyłącznie otoczką dla (świadomie) dziurawego scenariusza.

zimna_wojna3

Aktorsko jest, szczerze mówiąc, troszkę nierówno. Film kradnie Borys Szyc w roli cwanego partyjniaka Kaczmarka, ze swoim świętoszkowatym wyrazem twarzy. Choć pojawia się dość rzadko, zapada w pamięć bardzo mocno. Tak samo jak Agata Kulesza (Irena Bielecka), która znika zaskakująco szybko. A jak główna para? Tomasz Kot w roli Wiktora jest bardzo wycofany, tajemniczy, przez co trudno wejść w jego umysł oraz psychikę, ale potrafi zaintrygować. Ale problemem jest dla mnie Joanna Kulig, a dokładnie z jej postacią. Z jednej strony jest bardzo prostą kobietą z dość trudną przeszłością, z drugiej bardzo wyrachowaną cwaniarą, próbującą się wybić. Tylko, że te dwa elementy nie chcą się w żaden sposób ze sobą połączyć, co wywołuje ogromny zgryz. A chemii między tą parą kompletnie nie czuć – jest zimno niczym na Syberii, choć miało być zupełnie inaczej.

Takie filmy jak „Zimna wojna” są bardzo problematyczne w ocenie, wywołuje we mnie bardzo skrajne emocje. Audio-wizualny zachwyt oraz dość pewna ręka przy realizacji nie jest w stanie wywołać emocjonalnego zaangażowania. Ładny jest ten kościół, tylko Bóg jakoś nie chce przyjść.

6/10 

Radosław Ostrowski

Wieża. Jasny dzień

Raz na jakiś czas pojawia się film, który trudno wcisnąć do jakiejkolwiek szufladki, prowokując do gatunkowego rozgardiaszu, nie do końca wiedząc, jak ugryźć tą zbieraninę. Takie wrażenie odniosłem oglądając debiut Jagody Szelc – „Wieża. Jasny dzień”, który jest oparty o przyszłe wydarzenia. Zaintrygowani?

Początek niemal żywcem przypomina „Lśnienie” Stanleya Kubricka, bo z drona mamy widok na wielkie miasto, by potem przenieść się ku leśnej drodze. A tam jest samochód, w którym jedzie młode małżeństwo z kobietą oraz dziećmi. A cel jest jeden – wkrótce odbędzie się I Komunia 6-letniej Niny. A przygotowania prowadzą jej rodzice – Mula oraz Michał. Tylko jest jeden mały szczególik: Mula nie jest biologiczną matką Niny, tylko przyjeżdżająca siostra kobiety – Kaja, która od razu zostaje sprowadzona do parteru i narzucone zostają jej zasady.

wieza_jasny_dzien1

Ale już od samego początku reżyserka buduje poczucie pewnego niepokoju, co serwuje nam już warstwa dźwiękowa – bardzo nieostra, niemal świdrująca uszy lub tłumiąc niemal całe tło by jeszcze bardziej wywołać rozgardiasz, te same sceny widzimy z innej perspektywy (głównie Kai), gdzie każde wypowiada słowo odbija się niczym echo, z czasem ustępując głosami natury. Im dalej w las, tym bardziej zaczynają się dziać dziwne rzeczy – a to nagłe uderzenie w okno, a to chora matka nagle odzyskuje siły, a to Nina nagle waha się co do tego, czy chce iść do Pierwszej Komunii, a to szukają uchodźcy zaginionego, a to w telewizji ogłaszają śmierć Dalajlamy. O co tu chodzi? Czego tak naprawdę chce Kaja? Szelc nie daje odpowiedzi na wiele pytań, mając do dyspozycji jedynie strzępki informacji, serwując kolejne pytania.

wieza_jasny_dzien2

Wszystko jest tutaj oparte na obserwacji relacji panujących w domu, którego Mula jest niejako strażniczką, próbującej ogarnąć swój bezpieczny świat. Niemal ciągle pilnuje i stara się obserwować Kaję, która dla niej staje się obcą, nieznaną siłą, mogącą stanowić zagrożenie. Szelc to podkreśla, nie tłumacząc niczego z jej życia – poza opowieściami matki o rodzeniu obydwu sióstr – co wywołuje jeszcze większą dezorientację. i realizacja podporządkowana jest budowaniu aury tajemnicy: od niemal paradokumentalnych zdjęć z ręki (chociaż sama przyroda wygląda oszałamiająco) czy znany z filmów Smarzowskiego cięć montażowych, wywołujących jeszcze większą dezorientację.

wieza_jasny_dzien3

Za to w punkt (poza naturalnymi dialogami) jest aktorstwo, pełne kompletnie nieznanych (poza Arturem Krajewskim w roli księdza) twarzy, co jest bardzo świeże i odprężające. Zarówno Anna Grotowska (Mula), jak i Małgorzata Szczerbińska (Kaja) tworzą bardzo wyraziste postacie, choć o tej drugiej wiemy bardzo niewiele. Ale kompletnie mnie zaskoczyło, jak bardzo dobrze tutaj są poprowadzone dzieci, mówiące bez fałszu, co w naszym kinie praktycznie się nie zdarza. Nie wiem, jakie sztuczki stosowała reżyserka, lecz to działa.

Jeśli liczycie na rozwiązanie kilku tajemnic, „Wieża. Jasny dzień” nie da wam tej satysfakcji, pozbawiając niemal narzędzi do wgryzienia się w film. Z drugiej strony w tej wariackiej strategii jest metoda, bo film dał poczucie obcowania z czymś, co zastanawia, intryguje, prowokuje. Nawet jeśli wiele rzeczy pozostaje niejasnych (jakaś chmura nad drzewem, zakończenie). To jest jak skok do bardzo głębokiej studni bez dna – nie wiem, z czym to porównać.

7/10 

Radosław Ostrowski

Apostoł

Początek XX wieku. Gdzieś z dala od cywilizacji znajduje się wyspa, której mieszkańcom przewodzi prorok Malcolm. Ostatnio jednak coraz bardziej doskwierają problemy, bo ziemia nie chce dać plonu, mimo silnych modlitw, a dodatkowo pojawiają się tam szpiedzy króla, próbujący zinfiltrować wyspę. Dlatego jedną z metod utrzymania się jest porywanie ludzi dla okupu, by móc jakoś przetrwać. Dlatego pojawia się tam Thomas Richardson, by odbić przebywającą tam siostrę.

aposto1

Tym razem dla Netflixa poszedł tworzyć Gareth Evans, czyli twórca nowych klasyków kina kopanego – „Raid” oraz „Raid 2”. Jednak jego nowe dzieło ma z kinem kopanym tyle wspólnego co rap z disco polo. „Apostoł” to bardzo mroczny thriller, niepozbawiony elementów horroru, gdzie nie ma tak naprawdę pośpiechu. Spokojne tempo narracji pomaga budować klimat, oparty na tajemnicy dotyczącej czemu oddaje się cześć na tej wyspie oraz funkcjonującym tu zasadom. Powoli zaczynamy poznawać kolejnych mieszkańców, kto jest kim, a także jakie wkrótce mogą dojść spięcia. Bo będziemy mieli zarówno młodych kochanków, świetnie sobie radzącą z medycyną córkę proroka oraz kompletnie inaczej podążających ojców założycieli wyspy. Cała ta aura wywołuje ciągłe poczucie zagrożenia, wręcz klaustrofobii, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać, dopiero w finale wykładając wszystkie karty na stół.

aposto2

Wrażenie robi strona wizualna i widać tutaj spory budżet, bo wiernie odtworzono stroje oraz budynki z początku XX wieku. Na początku – zanim trafiamy na wyspę – mamy krótkie momenty ówczesnej rzeczywistości, gdzie nie brakuje zarówno pociągów, jak i dość bogatego domostwa. Surowa scenografia, pełna drewnianych budynków, jakiegoś tunelu czy tajemniczego budynku a’la stodoły, gdzie… o nie, tego wam nie zdradzę. Muzyka wręcz niemal świdruje uszy, operator serwuje kilka tricków, jak choćby znany z „Upgrade” sceny, gdzie kamera przykleja się do boku bohatera.

aposto3

Musze jednak ostrzec: to seans dla ludzi o bardzo mocnych nerwach i jeszcze twardszych żołądkach. Bo krew leje się ostro i jest bardzo naturalistycznie przedstawiona przemoc, która zostanie w pamięci na długo. Tak jak pytania o to, do czego może doprowadzić wiara jako narzędzie kontroli oraz posłuszeństwo (pamiętanie „Brimstone”?), a także do czego jest w stanie dopuścić się człowiek, by osiągnąć cel słuszny dla swojej grupy.

Reżyser nie tylko pewnie prowadzi narrację, pełną intensywnych emocji, krwawych scen oraz świetnego aktorstwa. Dan Stevens jako Thomas z błyskiem szaleństwa oraz cynizmem zmieszanym z determinacją tworzy postać bardzo przesiąkniętą mrokiem oraz naznaczoną mroczną przeszłością. Trudno mu nie kibicować, choć musi działać podstępem. Dla mnie największe wrażenie zrobił Michael Sheen w roli proroka Malcolma, który stara się zachować swoje stado w jedności, choć miewa momenty zwątpienia, zaś siłę stosuje tylko w ostateczności. Świetny jest także drugi plan, któremu przewodzi Lucy Boynton (Andrea, córka proroka) oraz wręcz diabelski Mark Lewis Jones (Quinn).

Coś ostatnio dziwnego się dzieje, bo Netflix w realizowaniu filmów chyba zaczyna łapać wiatr w żagle. „Apostoł” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ta sieć miała do zaoferowania w tym roku, a Gareth Evans potwierdza klasę jako reżyser. Bez ciosów z karata, ale nie bez przemocy. Wiele kadrów oraz scen zapamiętacie na długo.

7,5/10

Radosław Ostrowski