Sobibór

Obozy koncentracyjne są miejscami, gdzie toczyły się najgorsze rzeczy, jakie człowiek może zrobić drugiemu człowiekowi. Czy była szansa na wyrwanie się stąd? Tylko, że czasem za to mogli zapłacić inni swoim życiem. Tak było w Sobiborze, gdzie szansa ucieczki była niemożliwa, bo teren był zaminowany, a za każdą ucieczkę zabijano co dziesiątego więźnia. Ale pojawia się szansa, gdy trafia do obozu pułkownik Aleksander Peczarski, który postanowił zorganizować ucieczkę wszystkich.

sobibor3

Tą historię postanowił opowiedzieć Konstantin Chaberski, który także zagrał Peczarskiego. Jednak sam film toczy się bardzo spokojnie i zaczyna się klasycznie. Sama historia to przede wszystkim normalne funkcjonowanie obozu: od zagazowywania przez wybieranie co cenniejszych przedmiotów aż do coraz bardziej barbarzyńskiego traktowania. Można odnieść początkowo wrażenie pewnego chaosu, bo jest wiele postaci, które nie zostają do końca wyraziście zarysowane. I ten zero-jedynkowy podział bohaterów może wydawać się dość męczący, wywołując kompletną dezorientację, przez co trudno nawiązać emocjonalną więź z kimkolwiek. Wiadomo, że Niemcy tutaj są źli, okrutni, zaś Żydzi są cierpiącymi ofiarami – bardzo cichymi oraz pokornymi. Jest jeszcze Peczarski, prześladowany przez poprzednią nieudaną akcję z Mińska. Niby widzieliśmy to już wszystko, ale im bliżej finału, tym bardziej film zaczyna zyskiwać na kolorach (mimo stonowanej warstwy wizualnej).

sobibor1

Reżyser nie boi się pokazywać drastycznych scen, pewnego psychicznego znęcania się nad więźniami. Symbolicznie pokazuje to bardzo długa sekwencja imprezy w obozie, gdzie strażnicy oraz oficerowie wykorzystują więźniów do czegoś w rodzaju wyścigu rydwanów, a gdy „koń” pada zostaje zastrzelony. Także sama finałowa scena ucieczki oraz mordu na katach, trzyma mocno za gardło. I to nie tylko z lejącej się posoki, ale też pokazania, jakie czasem spustoszenie ten mord dokonuje w ludzkiej psychice. Jest mięsiście, ostro, z obowiązkowym slow-motion na koniec.

sobibor2

O aktorstwie chciałbym powiedzieć coś sensownego, bo tu w zasadzie postaci nie ma. Jedynie Chaberski w roli Peczarskiego wydaje się najbardziej intrygującym bohaterem. Pewnym kontrastem jest Christopher Lambert w roli szefa obozu, który jest tutaj wyjątkowo blady (niczym trup), zmęczony oraz bardzo demoniczny. Jednak jest to dość mocno przerysowane – reszta postaci zlewa się w jedną masę, pozbawioną charakteru, przez co trudno się na kimkolwiek skupić.

Sam film może działać jako edukacyjny materiał, pokazującym jedną z najbardziej spektakularnych ucieczek w historii II wojny światowej. Szkoda, że nie potrafi mocniej z tego wycisnąć, by wyjść ponad przeciętność.

5/10

Radosław Ostrowski

Stephanie

Sam początek jest bardzo zagadkowy i dziwaczny. Jest duży dom oraz mała dziewczynka, która sama w nim mieszka. Rozmawia ze swoim pluszowym żółwiem, w miarę normalnie funkcjonuje, jednak okolicę terroryzuje pewne monstrum. Nikt nie wie, jak wygląda, wszędzie wprowadzona jest kwarantanna, więc strach wychodzić na zewnątrz. I właśnie wtedy do domu wraca… mężczyzna i kobieta, czyli rodzice Stehpanie.

stephanie1

Kolejny horror ze stajni Blumhouse, tym razem wyreżyserowany przez Akivę Goldsmana, czyli bardzo uznanego scenarzystę. Ale pisać scenariusz to jedno, a reżyserowanie to drugie. Sam film może wydawać się filmem pozornie wykorzystującą klasyczne chwyty: nagłe zgaszenie światła, jakaś niewyraźna postać w tle, niemal ciągły mrok oraz typowe sceny, będące koszmarami. Dużo jest tutaj tajemnic, niejasności oraz aury niepokoju, troszkę klimatem przypominając „Ciche miejsce” oraz „Thelmę”. Ale w 30 minucie pojawiają się rodzice i zaczynamy częściowo poznawać odpowiedzi, serwowane bardzo oszczędnie. Czy to oznacza, że „Stephanie” traci impet oraz swoją moc? Niekoniecznie, bo nie wszystko zostaje wyjaśnione (np. skąd bierze się ta cała epidemia), a częściowe strzępki z serwisów pozwalają troszkę dopisać parę rzeczy. I ogląda się to naprawdę nieźle, kilka razy zdarzyło mi się podskoczyć z fotela. Nie serwuje niczego, czego bym nie znał w tym gatunku, ale realizacja trzyma to wszystko w ryzach. Stylowe zdjęcia, bardzo elegancka muzyka oparta na wręcz kołysankowej melodii, dobry montaż – aż chce się oglądać.

stephanie2

Ale jest jeden bardzo mocny szkopuł w postaci zakończenia – nie, nie chodzi mi o to, że jest brutalne, krwawe oraz nie pasujące do nastroju czy konwencji tego filmu. Tylko, że ono wprawia w kompletny mętlik, pozostawiając wiele dziur. Co jest przyczyną tej epidemii? Dlaczego dotyka tylko dzieci? Wydaje się, że chodzi tutaj o poczucie pewnej bezradności człowieka wobec nieznanego, jednak nie umiem się do tego przekonać.

stephanie3

Aktorsko film tak naprawdę trzyma w ryzach Shree Crooks w roli tytułowej. Ona na samym początku jest praktycznie sama i musi skupić na siebie uwagę widza. Niby bardzo delikatna, ale zaradna, wystraszona, lecz silna, próbując opanować swoją nieprzyjazną stronę, pełną gniewu, wrogości oraz nienawiści. Wszystko to dziewczynka prezentuje bardzo dobrze, płynnie przechodząc ze skrajnych emocji, bez popadania w karykaturę. Przy niej dość blado prezentują się rodzice o aparycji Franka Grillo oraz Anny Torv, przy czym ta druga sprawia wrażenie troszkę zbędnej. To nie są złe role i emocje w ich wykonaniu są pokazane wiarygodnie, ale Crooks kompletnie zdominowała ekran, nie dając nikomu szans.

Ciężko mi jednoznacznie ocenić „Stephanie”. Z jednej strony to bardzo klimatyczny, mroczny horror z dość zgrabnie poprowadzoną intrygą wokół tytułowej bohaterki, ale z drugiej wykorzystuje ograne sposoby straszenia i nie daje pełnej satysfakcji. Po seansie nie zostanie na długo w pamięci.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Zakładnik z Wall Street

Wall Street – najsłynniejsza ulica w Nowym Jorku, gdzie spotyka się świat wielkiej finansjery. Ale to w tym mieście prowadzony jest program telewizyjny „Money Monster”, gdzie Lee Gates z dużym luzem oraz dystansem przekazuje i doradza jak inwestować, by zgarnąć dużą kasę w czym pomaga spora ekipa ludzi. Razem z reżyserką Patty Fenn na czele, ale pewnego dnia pewna duża firma finansowa traci 800 milionów dolarów – i nikt o nic nie pyta. Jednak pewien desperat uzbrojony w bombę oraz pistolet wchodzi do studia, bierze Gatesa za zakładnika i żąda wyjaśnień.

zakladnik_wall_street1

Wydaje się, że filmów na temat skomplikowanych mechanizmów związanych z funkcjonowaniem finansowego świata. Tym razem mamy do czynienia z klasycznym thrillerem, który jest niemal skupiony w jednym miejscu. Reżyserująca film Jodie Foster wie, jak zbudować napięcie i robi to bardzo konsekwentnie, bardzo powoli dawkując informacje. Zwłaszcza, że nasz główny niby zły (porywacz) wydaje się być niestabilną, tykającą bombą i jeden niewłaściwy ruch, słowo, może skończyć się eksplozją. Ale jednocześnie Foster przeskakuje przez różne miejsca, gdzie ludzie oglądają te wydarzenia (bary, metro, Rejkjavik, Tokio, siedziba firmy) i próbuje rozgryźć całą tą hecę. Pokazuje też jeszcze jedno: że każdy szary człowiek (oprócz finansowych watażków) nie jest w stanie ogarnąć, każdy jest manipulowany, oszukiwany. Jak mówi prezes firmy: „Nigdy nie pytasz o to, jak to działa, dopóki zarabiasz”. Czyli chciwość jest dobra, prawda? Tylko nie dla wszystkich.

zakladnik_wall_street2

Niby nie jest to nic, czego byśmy nie znali po filmach o wielkich finansach, gdzie tak naprawdę wszystko jest zasłoną dymną do większego kantu. Foster potrafi utrzymać odpowiednie tempo, w czym pomaga bardzo płynny, dynamiczny montaż, pulsująca muzyka oraz miejscami bardzo dużo złośliwego humoru. I to czyni „Zakładnika” bardzo przyjemną rozrywką, budującą suspens aż do końca (nawet jak… opuszczamy budynek). Może i bywa dość przewidywalny (łatwo się domyślić, kto narozrabiał), ale to wszystko potrafi wciągnąć.

zakladnik_wall_street3

„Zakładnik” ma też bardzo mocną obsadę. George Clooney jako Gates świetnie balansuje na granicy powagi i zgrywy, kryjąc pod tą postacią dość sumiennego, ale manipulowanego dziennikarza. Równie mocna jest Julia Roberts (Patty), który za pomocą słuchawek ma kontakt z Lee i próbuje opanować ten cały bajzel. Ten duet świetnie się uzupełnia, tworząc silną mieszankę spokoju z brawurą. No i jeszcze Jack O’Connell w roli desperata Kyle’a, będący najbardziej nieobliczalny, niepewny, ale budzący współczucie.

„Zakładnik z Wall Street” to niemal staroszkolny w konstrukcji thriller zrobiony za pomocą współczesnych wynalazków. Nie opowiada niczego, co byśmy o świecie wielkiej finansjery nie wiedzieli, ale to trzyma w napięciu i dostarcza rozrywki. Czasami to wystarczy.

7/10 

Radosław Ostrowski

Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu

Wszystko zaczęło się w roku 1979 podczas zwykłego spojrzenia. On – Peter Turner był młodym aktorem, dorabiającym w firmie meblarskiej, ona – Gloria Grahame była wielką gwiazdą, która lata świetności ma już dawno za sobą. Przeniosła się do Liverpoolu, gdzie gra spektakl z tamtejszą ekipą. A wszystko zaczęło się od drinka oraz tańca w rytmie disco; no i zaiskrzyło, bo pojawiła się miłość. Tylko, że 3 lata później wszystko się wywróciło do góry nogami; wszystko przez niejakiego pana Raka.

gwiazdy_liverpool1

Pozornie historia wydaje się typowym melodramatem, jednak reżyser Paul McGuigan nie opowiada tego w tak prosty i łatwy sposób. Sam początek z czołówką niczym z puszczonej filmowej taśmy wygląda nieźle. Ale to tylko początek, bo jest i zabawa chronologią (bardzo płynny montaż), ukazywanie zdarzenia z dwóch perspektyw (pod koniec filmu) oraz bardzo taki słodko-gorzki klimat. Ni ma co ukrywać, że jest słodko (przynajmniej na początku), co najmocniej czuć podczas przyjazdu do Kalifornii (obłędnie wyglądającej). Jednak reżyser nie zapomina przyłożyć i im bliżej końca, tym coraz bardziej dzieją się dramatyczne rzeczy. I to przypomina bardzo mocno, że miłość to nie tylko zauroczenie, pożądanie, ale też słuchanie, szanowanie czyjejś woli, nawet jeśli jest wbrew naszym przekonaniom czy zdrowemu rozsądkowi.

gwiazdy_liverpool2

Choć dla wielu ten film może wydawać się dość przewidywalny i bardzo nudny, to nie oznacza, że „Gwiazdy…” nie angażują. Bo emocje potrafią się wylać w najmniej spodziewanym momencie, by poruszyć (scena, gdy Peter z Glorią grają sami w teatrze scenę z „Romea i Julii” czy kłótnia w Nowym Jorku) bez stosowania emocjonalnego szantażu. Choć mamy do czynienia z opowieścią o gwieździe, reżyser nie skupia się na karierze Grahame, co nie znaczy, że o niej nie wspomina. Te drobiazgi są jednak tylko nadbudową dla postaci.

gwiazdy_liverpool3

Spokojna reżyseria czasem wymyka się pod koniec (bo jest zbyt intensywnie), jednak wszystko trzyma się fantastyczne aktorstwo. Tutaj robotę robi znakomita Annette Bening w roli Grahame. Jest to postać bardzo wyrazista, nadal kipiącą seksapilem dojrzała kobieta, pełną magnetyzmu oraz blasku. Ale jednocześnie jest to bardzo zagubiona, niepogodzona ze śmiercią, przerażona, co daje bardzo silną mieszankę, bez poczucia zgrzytu. Równie mocny jest Jamie Bell, który tylko pozornie wydaje się być w cieniu Bening (czuć chemię między nimi), bo jest bardzo młody, ale ciepły, zaangażowany emocjonalnie facet. I to bez popadania w efekciarstwo. Także drugi plan ze świetną Julie Walters (matka Petera) oraz drobnym epizodem Vanessy Redgrave (matka Glorii) świetnie funkcjonuje.

„Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu” jest pozornie melodramatem o związku wielkiej gwiazdy z szaraczkiem (pamiętacie „Mój tydzień z Marilyn”?), ale to nadal poruszająca historia miłosna pełna mocnych, poruszających scen. Gdy trzeba jest delikatny, wręcz kolorowy, by wszystko zgasić mrokiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Elvis i Nixon

20 grudzień 1970 roku miał być zwykłym dniem w Białym Domu, gdzie rządził wielki miłośnik nagrywania – prezydent Richard Nixon. Ale wszystko zmienia jeden list, z prośbą o spotkanie. Bardzo pilny list… od Elvisa Presleya, który poczuł, że kraj go potrzebuje. Bo nie podoba mu się świat pełen narkotyków, przemocy oraz seksu. Dlatego chce zadziałać jako… tajny agent FBI. Zdjęcie z tego spotkania zapadło mocno w pamięć.

elvis_nixon1

To prawdziwa historia, choć wydaje się dość nieprawdopodobna. Co gorsza, prezydent jeszcze nie nagrywał swoich rozmów w gabinecie owalnym. Reżyserka Liza Johnson pokazuje całe to wydarzenie z perspektywy Króla, ciągle rozpoznawalnego oraz cenionego artysty. Troszkę już znudzonego sławą, pieniędzy, mającego wielki fetysz na punkcie spluw, dość krytycznie odnoszącego się do rzeczywistości. Trudno jednak nie odmówić filmowi klimatu oraz stylizacji na kino z lat 70., co widać w bardzo fajnej czołówce oraz bardzo intensywnych kolorach. Sama historia opowiedziana jest kameralnie, z pewnymi wątkami pobocznymi, dodającymi pewnego smaczku związanego z pozornie drobnymi postaciami jak były asystent Elvisa, zaś obecnie scenograf czy duetu pracowników Białego Domu, próbujących przekonać Nixona do tej rozmowy. Wszystko tutaj balansuje na granicy powagi i zgrywy, zaś obecność Króla wywołuje ogromne poruszenie, dodając masę humoru.

elvis_nixon2

Reżyserka dodaje wiele lekkości do tej pokręconej historii, serwując zaledwie krótki wycinek z życia bohaterów. To jednak nie oznacza, że nie poznajemy Presleya oraz Nixona bliżej, z innej perspektywy. Bo nie brakuje pewnych poważnych wspomnień z życia Króla (śmierć brata bliźniaka przy porodzie), jak i troszkę ludzkiego oblicza Nixona, na ile można w nie uwierzyć. W tle mamy bardzo lekką muzykę, ocierającą się o stylistykę z lat 60., bardzo wiernie odtwarzając klimat epoki (świetna scenografia – zarówno dom Elvisa, jak i Biały Dom), choć czasem balans bywa zachwiany.

elvis_nixon3

Za to aktorsko jest tutaj bardzo mocno. Kevin Spacey w roli Nixona potwierdza klasę, bo takich śliskie postacie to dla niego chleb powszedni. Ale nie jest tutaj serwowany jako demoniczny, złowrogi polityk, tylko lekko konserwatywny gość, mocno trzymający się swojej rutyny. Dla mnie jednak największą niespodzianką był Michael Shannon jako Elvis. Gdy usłyszałem o tym castingu, nie byłem do niego przekonany, ale aktor wypadł naprawdę bardzo dobrze. Nie tylko z powodu charakteryzacji oraz strojów, lecz pewne gesty, ruchy stanowią jeden, spójny portret (śpiewania tylko zabrakło) faceta, któremu lekko odbiło (chęć zdobycia odznaki tajnego agenta wydaje się czymś absurdalnym). Ale jest absolutnie szczery w swoich przekonaniach, bez popadania w karykaturę, co jest cholernie trudne. Kompletnie zaskoczyli mnie na drugim planie Alex Pettyfer (Jerry Schilling) czy Johnny Knoxville (Sonny), który tutaj nie pajacuje i jest całkiem poważny, a fason trzymają Evan Peters (Dwight Chapin) z Colinem Hanksem (Egil Krogh).

Zaskakująco lekka produkcja z poważną polityką w tle, która dostarcza frajdy, choć po obejrzeniu nie zostaje zbyt wiele. Dowcipna, zgrabna, pokazująca troszkę inne oblicze wielkich tego świata z bardziej ludzkiej strony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Galveston

Jest rok 1988. Roy Cody pracuje dla niejakiego pana Pitko – polskiego gangstera jako osiłek do „prostowania” kilku osobników. Jak go poznajemy jest u lekarza z nieprzyjemną diagnozą (rak płuc).  Właśnie musi objaśnić pewnemu prawnikowi związanemu ze stocznią, żeby nie podskakiwał. Ale na miejscu okazuje się, że cała akcja jest ustawiona i o mały włos nie kończy się śmiercią. Mężczyzna znajduje też przywiązaną do krzesła młodą dziewczynę, którą zabiera ze sobą. Wyruszają do miasteczka Galveston, by się ukryć.

galveston1

Nazwisko Nic Pizzolatto fanom małego i dużego ekranu mówi bardzo dużo. Serial „Detektyw”, nowa wersja „Siedmiu wspaniałych” oraz powieść „Galveston”. To drugie postanowiono przenieść na ekran przez filmowców, a dokładnie przez… Melanie Laurent, co mnie kompletnie zbiło z pantałyku. Ta francuska aktorka, której blask zaświecił najmocniej w „Bękartach wojny” od lat próbuje swoich sił jako reżyserka. Sam film jest thrillerem w klimacie Nowego Orleanu, jaki znamy z „Detektywa”, tylko bez surrealistycznej otoczki. Jeśli jednak liczycie na krwawą rzeźnię, zawody w strzelanie, to nie jest najważniejszym elementem tego filmu (choć jest kilka mocnych scen jak zasadzka na początku czy ucieczka zrealizowana w jednym ujęciu). Tutaj najważniejsza jest relacja między zgorzkniałym Codym oraz Rocky, z dość pokiereszowaną przeszłością. Ci bohaterowie próbują – być może ostatni raz – zrobić coś dobrego i poukładać ten bajzel. Dla siebie, ale też i innych. Jednak reżyserka nie serwuje klasycznego, hollywoodzkiego happy endu, bo nad pewnymi rzeczami nie zawsze ma się wpływ. I to czyni „Galvestona” jedną z ciekawszych rzeczy w tym gatunku.

galveston2

Może i przydałby się większy pazur czy silniejsze napięcie w środku filmu, ale spokojna ręka Laurent sprawia, że ten dość ponury dramat potrafi uderzyć. W czym pomaga tutaj dość zaskakujący duet. Ben Foster w roli Cody’ego jest odpowiednio twardy, szorstki oraz prześladowany przez swoje demony, tworząc bardzo intrygującą mieszankę. Jednak bardziej zaskoczyła mnie Elle Fanning, która pozornie wydaje się taka jak zawsze. Ale Rocky w jej wykonaniu to jeszcze bardziej naznaczona piętnem kobieta, która chce wyrwać się z piekła, zaś więź między nią a Codym troszkę przypomina relację ojciec-córka (przynajmniej na początku), by potem ewoluować w coś znacznie głębszego, poważniejszego. I ten duet nakręca ten film, za to na drugim planie dominuje C.K. McFarland jako zadziorna  recepcjonistka Nancy.

galveston3

Muszę przyznać, że „Galveston” nie jest typowym kryminałem na jaki się zapowiadał. To bardzo wyciszony dramat o odkupieniu oraz próbie przewartościowania swojego życia, na które – podobno – nigdy nie jest za późno. Tylko, że nie każdemu jest dane to zrobić.

7/10

Radosław Ostrowski

W cieniu drzewa

Islandia – kraina chłodu, mrozu, wulkanów z tak długimi nazwami, że jedynie najstarsi górale islandzcy są w stanie je prawidłowo wymówić. Ale to tutaj zamieszkuje para sąsiadów: starsze małżeństwo oraz starszy mężczyzna z młodszą kobietą. Żyją sobie w miarę spokojnie, chociaż jest pewien poważny problem: bardzo wielkie drzewo, którego cień zasłania taras. W tym samym czasie małżeństwo syna starszych państwa rozsypuje się i dochodzi do walki o dziecko.

w_cieniu_drzewa1

Sam film jest dość dziwaczną hybrydą, jakie można spodziewać się po kraju Skandynawów. Pozornie wydaje się chłodnym dramatem, polanym mocno absurdalnym humorem. Z jednej strony powoli nakręcająca się sąsiedzka wojenka niemal w stylu „Samych swoich” zmieszanych z „Dzikimi historiami”, z drugiej jest tu dramat młodego związku ukazany z perspektywy męża. By wywołać jeszcze większą dezorientację w tle przygrywa muzyka przypominająca thrillerowy styl budowania napięcia (pulsująca elektronika, krótkie uderzenia fortepianu), co potrafi miejscami wywołać poczucie zagrożenia. Początkowo historia Arliego może wydawać się czymś, co zaburza główny wątek, jednak nawet on potrafi zaangażować i pokazuje, że pewne spięcia oraz konflikty są niejako „dziedziczone”. Im dalej w las, tym ta wojna zaczyna się nasilać, doprowadzając do wrzenia. A na wojnie – jak wiadomo – wszystkie chwyty są dozwolone: od drobnych złośliwości do bardzo brutalnych czynów, rozkręcając spiralę. Nieufność, wrogość, podejrzliwość połączona z bardzo osobistymi dramatami doprowadza do eskalacji i nie pozwala na zrobienie kroku w tył. Finał w takiej sytuacji może być tylko jeden, dosłownie wgniatając w fotel. Czy w ogóle jest szansa na spokój, przebaczenie i zakopanie topora wojennego? Reżyser raczej pozostaje pesymistą, choć widać światełko w wątku Arliego, jednak jego zakończenie jest dość zaskakujące.

w_cieniu_drzewa2

Świetna praca kamery, świdrująca muzyka, bardzo spokojny montaż tworzą intrygującą mieszankę, będącą ostrzeżeniem do czego może doprowadzić zaślepienie bólem z podejrzliwością. Jeśli dodamy bardzo mocne aktorstwo, balansujące między wyciszeniem a silną ekspresją (gdzie każda postać jest poprowadzona naprawdę fantastycznie, bez żadnej słabej sceny). I jeśli w Islandii serwują takie filmy, to chcę bliżej poznać tą kinematografię.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nie jestem czarownicą

Witajcie w Zambii – afrykańskim państwie, gdzie nowe zachodnie obyczaje zostały scalone z dawnymi, kulturowymi przesądami. I właśnie tutaj żyją czarownice; nie, nie przesłyszeliście się, wzrok nadal macie dobry. Mają przywiązane wstążki do ciał, a one są do takich wielkich szpul, by nie odleciały. Jak zostajesz czarownicą, to zazwyczaj jesteś atrakcją turystyczną i pracujesz na plantacjach. Wystarczy być oskarżonym imasz wtedy wybór albo jesteś czarownicą albo kozą i każdy może cię zabić, tak po prostu. Tak się stało z pewną 9-letnią dziewczynką, która zostaje oskarżona o rzucanie czarów.

nie_jestem_czarownica1

Debiutująca reżyserka Rungano Nyoni jest Brytyjką z zambijskimi korzeniami, która pokazuje tak nieprawdopodobną historię, że musi być prawdziwa. To bardzo spokojny dramat, gdzie wiele scen dzieje się poza kadrem. Ale nawet to, co widzimy wydaje się dość dziwaczne, niezrozumiałe, pokręcone. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy niby mamy XXI wiek, a nadal ludzie wierzą w czary, szamanów i inne zabobony. I nie chodzi nawet o szamana, który jakimś rytuałem decyduje, czy ktoś jest czarownicą (potrzebna do tego kura, krąg z jakiegoś proszku). Jak inaczej fakt, że Shula (tak zostaje nazwana dzioucha) jest wykorzystywana do wskazywania przestępców czy wymodlenia deszczu dla ministra. Dziwne i niejasne relacje między szamanami oraz czarownicami, żyjącymi w dwóch państwach (czarownice mają swoją królową), wywołują konsternację, niedowierzanie, szok. Bo o dziwo, działania Shuli przynoszą profity, jakie zamierza wykorzystać jej nowy „opiekun” (minister kultury), ale jednocześnie trzeba ją edukować.

nie_jestem_czarownica2

Pozornie historia jakoś się tam toczy i opowiedziana jest nie zawsze wprost, pokazując pewne sprzeczności rządzące Afryką. Z jednej strony bieda, susza i nędza, z drugiej artykuły związane z dobrobytem (magnetofon, telefon komórkowy, peruki znanych celebrytek), bogaty dom ministra. „etniczny” posmak, który służy do sprzedania magii kontynentu lub zwykłych towarów (scena w telewizyjnym talk-show) oraz ludzka zawiść, która wystarczy do oskarżenia o czary, zaś słowo feminizm praktycznie nie istnieje, jest pozbawiony praktycznego zastosowania.

Film jest świetnie zagrany przez kompletnie nieznanych aktorów, którzy są bardzo autentyczni, zwłaszcza bardzo wycofana Maggie Mulubwa (Shula) oraz Henry P.J. Bhiri (pan Banda), tworząc najbardziej wyraziste kreacje: od próbującej się powoli wyrwać ze schematu dziewczynki oraz bezwzględnie wykorzystującego ją pana i władcy. Niesamowite, bardzo magnetyzujące postacie.

Nie dziwię się, że Wielka Brytania wystawiła ten film do walki o Oscara za film nieanglojęzyczny. Mocny, bardzo prowokujący do refleksji nad dzisiejszym światem, którego coraz bardziej nie da się zrozumieć. Jak łatwo można wykorzystać zabobony i wiarę w budowaniu porządku tego dziwacznego świata.

7/10

Radosław Ostrowski

Kong: Wyspa Czaszki

Pamiętacie King Konga? To taka wielka włochata małpa, która została zabrana ze swojego naturalnego środowiska, chce zdobyć serce pięknej kobiety, ale ginie skasowany przez tępych ludzi. To wielkie pojawiało się w kinie parę razy (ostatnio w 2004 roku), lecz tym razem znowu powraca jako część większego uniwersum. Bo teraz po sukcesie Marvela, każdy chce mieć swoje własne uniwersum.

Początek to rok 1944, gdzie na opuszczoną wyspę spadają dwa rozbite samoloty, pilotowane przez żołnierzy dwóch stron konfliktu wojny na Pacyfiku. I już byli gotowy do wzajemnego wymordowania się, gdy pojawił się on – wielki, owłosiony, potężny małpiszon w rozmiarze XXL. Potem trafiamy do roku 1973, kiedy w Wietnamie rozpętuje się pokój, czyli amerykańscy wojacy zbierają dupę w troki i mają wracać do domu. Jednak tajemnicza organizacja Monarch kierowana przez Billa Randę chce zorganizować ekspedycję naukową na kompletnie nieznaną, niezbadaną przez ludzi Wyspę Czaszek. Do ekipy naukowców wchodzą żołdacy pod wodzą pułkownika Packarda, były wojskowy brytyjskiej armii, a obecnie tropiciel oraz fotoreporterka (anty)wojenna.

kong1

Reżyser Jordan Vogt-Roberts, który wcześniej zrobił ciepło przyjętych „Królów lata”, tym razem mierzy się z realizacją dużego filmu, mającego tak naprawdę być tylko popcornową rozrywką. Czyli tak jak w ostatniej „Godzilli”, mamy widzieć dużego, zmutowanego bydlaka, który będzie siał śmierć, spustoszenie oraz totalny rozpierdol. Czyli klasyczne kino z potworkami a’la „Godzilla” czy „Pacific Rim”, ale… jest zaskoczenie. Bo reżyser na samym początku idzie tutaj w kino akcji, gdzie mamy troszkę koszarowego humoru, fetyszu na punkcie militariów, zabawek, helikopterów oraz kilka efekciarskich popisów operatorskich. Ta przyroda wygląda bardzo pięknie (zbliżenia na zwierzęta czy odlatujące ptaki), mimo pewnego nadużywania ulubionego slow-motion (jak te helikoptery fajnie latają, jak ten Kong w tym słońcu wygląda imponująco), zaś kamera miejscami przykleja się do pewnych rzeczy (ujęcia ze spluwy wzięte niemal z gry komputerowej). A w tle muza rockowa z lat 70. – co z tego, że ograna (rzucanie bombek w rytm „Paranoid” Black Sabbath zawsze jest super), ale robi swoją robotę.

kong2

Potem fabuła rozpada się na dwa wątki (niczym oddział naszych bohaterów) związane z dwoma, a nawet trzema postaciami: powoli zmierzającemu ku obłędowi Packardowi, dla którego wojna nigdy się nie kończy (prawie jak w „Czasie Apokalipsy”), gigantycznego Konga, będącego bogiem i strażnikiem wyspy pełnej monstrum (zmutowanych mrówek, woło-bizonów, pterodaktylowych jaszczurek – czytaliście może „Zaginiony świat” Conan Doyle’a?) oraz wplecionych w to wszystko naszych ludzików, próbujących wyrwać się stąd jak najszybciej. Do tego są jeszcze jacyś ludzie pierwotni, przypominający jakieś afrykańskie plemiona, ale to tylko dekoracja, niemniej sam wygląd wyspy potrafi wzbudzić przerażenie.

kong3

Może i jest to przewidywalne, kilka postaci jest zbędnych (chińska pani naukowiec), ale jak przychodzi do rzezi, jest ciężko i brutalnie (co z tego, że jest PG-13 i nie ma krwawych scen). Jak Kong ruszy do akcji, japa mi się automatycznie zaczęła się cieszyć. Same starcia wyglądają imponująco (walka z pterodaktylami za pomocą katany jest niemal zrzynką z „300”), czuć siłę każdego ciosu, uderzenia i kompletniej demolki (pierwsze spotkanie z Kongiem), zwłaszcza w finałowej potyczce.

Aktorstwo – tak jak fabuła – jest tutaj bardzo pretekstowa, bo i te postacie nie są wychodzą poza pewne stereotypowe klisze i nie są zbyt pogłębione. Czyli dokładnie tak jak w „Godzilli”, tylko że jest tutaj dwóch odpowiedników Bryana Cramstona z filmu Edwardsa. Po pierwsze, bardzo zaskakujący John C. Reilly w roli zaginionego weterana II wojny światowej. Początkowo wydaje się takim trochę śmieszkiem, jednak ta postać skrywa w sobie więcej głębi oraz tajemnicy. Drugim mocnym punktem jest Samuel L. Jackson jako pułkownik Kurtz, eee, Packard, dla którego wojna oraz zabijanie staje się jedynym sensem życia. Niby nic nadzwyczajnego, ale Samuelowi z obłędem jest bardzo do twarzy. W ogóle drugi plan jest bardziej ciekawy niż grający główne role (chyba główne, nie wspominając Konga) Tom Hiddleston oraz Brie Larson (wygląda niemal jak Lara Croft z ostatniego „Tomb Raidera”) – oboje piękni niczym z czasopisma, którzy zawsze dobrze wyglądają oraz kompletnie nie zapadają w pamięć. Za to Toby Kebbell w motion capture jako Kong budzi ogromny szacunek jako bezwzględna, niemal brutalna siła natury, z którą lepiej nie zadzierać.

„Kong” jako kolejna część franczyzy oraz efekciarska rozpierducha jest w stanie dostarczyć rozrywki, pod warunkiem wyłączenia komórek mózgowych. Czuć klimat starych filmów przygodowych oraz aurę pewnej niesamowitości, której nie potrafię opisać słowami. Nie mogę się doczekać dalszego ciągu.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Steve Jobs

Żaden człowiek w historii współczesnej technologii nie miał takiego medialnego szumu jak Steve Jobs – wizjoner, geniusz, jeden ze współodpowiedzialnych za coraz bardziej fikuśne wynalazki. Komputery, telefony, iPad i Bóg wie, co jeszcze. Geniusz, manipulator, skurwysyn czy robot? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć narzucający swój styl scenarzysta Aaron Sorkin oraz reżyser Danny Boyle. Jak im się to udało?

steve_jobs1

Jednak nie jest to klasyczna biografia, jakiej należało się spodziewać z tego typu gatunkiem, dlatego że fabuła skupia się na trzech prezentacjach nowych wynalazków: Mac, Nexta oraz iMaca. A dokładniej na kulisach przed tymi wydarzeniami. Tam zaczynają iskrzyć spięcia między Jobsem a resztą jego współpracowników: Woźniakiem, Hoffmann, Sculley, Hertzfeld oraz kobietą z córką, uważająca Jobsa za ojca swojego dziecka. Skoro jest Sorkin, to wiadomo, ze będziemy mieli tzw. „walk & talk”, podczas której poznajemy kolejne konflikty, animozje, spięcia. I jak to w fabułach Sorkina była, dialogi serwowane są z prędkością karabinu maszynowego, podkręcając w ten sposób napięcie oraz atmosferę. Tutaj mamy jeszcze pewne montażowe tricki: podczas rozmowy na ścianie widzimy odpalaną rakietę, w innej pojawiają się wplecione na ścianie cytaty czy sam początek, gdzie mamy rozmowę Arthura C. Clarke’a (autora „2001: Odysei kosmicznej” – tej literackiej), a także równolegle przeplatającą się przeszłość z teraźniejszością (rozmowy Jobsa ze Sculleyem) tylko podbijają stawkę. A w tle jeszcze mamy elektroniczno-symfoniczną muzykę Daniela Pembertona, dodając jeszcze więcej oliwy do ognia.

steve_jobs2

Sam reżyser musi żonglować niczym cyrkowiec różnymi elementami, by opanować ten cały bajzel. Bo sprzęt w ostatniej chwili nie chce zadziałać, bo Steve nie przyznaje się do swojej córki, zaś jej matkę traktuje bardzo szorstko (ta go z kolei wykorzystuje jako skarbonkę do wyciągania forsy). Jeszcze po drodze są jeszcze Woźniak, który czuje się bardzo niedoceniony (zrobił Apple II), pełniący role ojca Sculley czy próbująca w miarę utrzymać Jobsa na wodzy Joanna Hoffmann. Jednocześnie Boyle z Sorkinem chcą pokazać tytułowego bohatera w sposób jak najbardziej uczciwy sposób, co udaje się naprawdę bardzo przekonująco (zwłaszcza pod koniec).

steve_jobs3

Boyle mocno się odnajduje w tym całym stylu i zbiera naprawdę mocną obsadę. Pewne emocje wywołał wybór Michael Fassbendera, który za cholery nie jest podobny do Jobsa, jednak jest absolutnie GENIALNY. Z jednej strony to bardzo twardy, przekonany o swojej nieomylności, nie znający słowa: „pomyłka”, „błąd”, „nie mam racji”, bardziej przypominający robota (pamiętacie Davida z „Prometeusza” czy „Alien: Covenant”?) niż człowieka, ale jednak coś się w nim gotuje. Te różne spięcia wygrywa absolutnie bezbłędnie, kompletnie dominując nad wszystkimi. Co nie znaczy, że reszta jest nieciekawa. Kompletnie zaskakuje Seth Rogen (Steve Woźniak), grając absolutnie poważnie, fason trzyma Jeff Daniels (John Sculley), który zawsze dobrze wygląda w garniaku oraz Michael Stuhlberg (Andy Hertzfeld). Jednak drugi plan kradnie i dzieli Kate Winslet, która wydaje się być najmniej widowiskowa ze wszystkich, lecz staje się czymś w rodzaju głosu sumienia dla Jobsa. Ich wspólne rozmowy jeszcze bardziej podsycają całą temperaturę.

Byłem troszkę sceptyczny wobec „Steve’a Jobsa” odkąd odwołano ze stołka reżyserskiego Davida Finchera. Jednak Danny Boyle odnalazł się w tym charakterystycznym stylu Sorkina, odpowiednio podkręcając napięcie i nawet te wątki obyczajowe potrafią zaangażować. Kolejne potwierdzenie, że współpraca z Sorkinem zawsze zmienia się w złoto.

8/10

Radosław Ostrowski