Super Dark Times

Ile można opowiadać o okresie dojrzewania nastolatków? Czasami mam wrażenie, że filmów na ten temat jest ostatnio coraz więcej. Zwłaszcza dziejących się w latach 80., ale tym razem będzie troszkę inaczej. Tym razem są lata 90., przedmieścia podobne do innych przedmieść. Rodzice są zajęci oraz pochłonięci pracą, a dzieciaki robią różne typowe rzeczy jak jaranie zioła, spotykania się z kumplami czy próby umówienia się z dziewczynami. Tak jest z Zachem oraz Joshem – dość pokręconym nerdowskim duetem. Chodzą razem z Darylem oraz Charliem, czyli innymi kumplami. Standarcik, prawda? Ale nic tak nie przyspiesza dojrzewania jak przypadkowe morderstwo – Daryl nadziewa się na katanę, a reszta decyduje się schować ciało i pozbyć się broni.

super_dark_times1

Nadal myślicie, że „Super Dark Times” to typowy coming-of-age? Reżyser Kevin Philips postanowił połączyć dwie rzeczy pozornie nie pasujące do siebie: film młodzieżowy z thrillerem w lekko noirowym stylu. Pozornie mamy typowe motywy dla tego filmu dylematy, czyli przyjaźń, pierwsze miłostki, bieda, bogactwo i lekko nerdowskie odniesienia do gier czy filmów. Ale klimat miesza się tutaj non-stop, dodając pewnego smaczku. Z drugiej strony są bardziej thrillerowe, wręcz oniryczne sceny. Sam las wygląda dość niepokojąco, a początek z jeleniem w klasie bardzo zaskakuje. Napięcie potęguje jeszcze bardzo nieprzyjemna muzyka, ocierająca się o ambient. Reżyser często wchodzi w głowę Zacha, który musi się zmierzyć ze zbrodnią, którą widział – coraz bardziej zaczyna popadać w paranoję, zdarza się przysypiać, by w finale zaatakować ostrą i niepozbawioną krwi starcie. Problem jednak w tym, że te nastolatkowe momenty wydają się dla mnie dość… schematyczne i wręcz usypiające (choć wątek relacji Zacha z Allison jest zgrabnie poprowadzony), zaś napięcie najmocniej czuć w ostatnich 30 minutach. Do tego jeszcze jest tutaj mocno zachwiane tempo, przez co środek miejscami nie angażuje i wręcz można o nim zapomnieć.

super_dark_times2

Sytuację próbuje ratować niezła reżyseria oraz dobre aktorstwo młodych, nieznanych twarzy (poza Charliem Tahanem z „Miasteczka Wayward Pines”). Zarówno lekko rozedrgany Owen Campbell, jak i śliczna niczym z obrazka Elizabeth Cappuccino (Allison) wypadają bardzo wiarygodnie, naturalnie, zaś chemia między nimi jest wręcz namacalna (chociaż wspólnych scen jest bardzo niewiele). Także drugi plan z dość drobnymi postaciami też wypada bardzo solidnie, bez poczucia wstydu czy żenady, ale bez jakiegoś blasku.

Film bywa dark, chociaż nie jest aż tak super jak się wydaje. Niby kolejny film młodzieżowy, ale troszkę inny od reszty, bo mieszanka filmu młodzieżowego z dreszczowcem nie zdarza się zbyt często. Całkiem niezła rozrywka, chociaż można było bardziej podkręcić.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Druga strona wiatru

Kino zna historie filmów, których realizacja jest o wiele ciekawsza niż ostateczne dzieło. I trochę się obawiałem, że  z tym filmem będzie podobnie. „Druga strona wiatru” to ostatni, niedokończony za życia twórcy film Orsona Wellesa. Kręcony (z przerwami) w latach 1970-76 zawierał ponad 100 godzin materiału, ale filmu nie udało się zmontować, zaś taśmy zaginęły. Dopiero w 2014 udało się znaleźć rolki z filmem, a prawa wykupił Netflix. Ekipa pod wodzą montażysty Boba Murowskiego („The Hurt Lokcer”) oraz Petera Bogdanovicha zaczęła realizować wizję Wellesa, przy okazji poddając obraz cyfrowej obróbce.

Film jest ubrany w formę dokumentu, w którym poznajemy reżysera Jake’a Hannaforda. To już starszy facet, próbujący po latach wrócić do świata swoim nowym filmem „Druga strona wiatru”. Pokaz tego dzieła ma się odbyć w ranczu filmowca, do którego zjeżdżają krytycy, kinomani oraz najbliżsi współpracownicy, w tym Brooks Otterlake (Peter Bogdanovich) – twórca tego dokumentu.

druga_strona_wiatru1

Sama koncepcja filmu jest dość intrygująca, chociaż początek wywołuje ogromną dezorientację. Z jednej strony mamy bardzo enigmatyczne fragmenty filmu, gdzie nie pada ani jedno słowo. Z drugiej są filmujący wszystko dziennikarze, pasjonaci, którzy próbują bliżej poznać Hannaforda oraz zaczynamy odkrywać pewną tajemnicę wokół tego filmu. Bo praca nad nim nie jest zbyt prosta z dwóch powodów: brakuje forsy na dokończenie materiału oraz zniknął grający główną rolę aktor. Żeby jeszcze bardziej namieszać nam w głowie, reżyser bawi się formą po całości: zmiana kolorystyki z kolorowej (film Hannaforda) na czarno-białą, przechodząca w kolor, dużo zbliżeń, bardzo szybki montaż, przeskok z postaci na postać i początkowo ciężko jest złożyć to wszystko do kupy.

druga_strona_wiatru2

Reżyser bardzo złośliwie odnosi się do samego środowiska, które troszkę niczym sępy, chce jak najwięcej odkryć, poznać, zrozumieć. Obrywa się przemądrzałym krytykom, którzy – jak nie wiedzą – mówią zbyt dużo, nieufnym producentom oraz troszkę po części samemu reżyserowi, będącemu mitomanem, realizującym kino w troszkę partyzancki sposób: bez scenariusza, mocno wyciskając z aktorów wszystkie soki, zmuszając do posłuszeństwa. Wszystko poznajemy jedynie w rozmowach, dialogach, gdzie jest wiele niedopowiedzeń, kolejno odkrywanych kart, konfliktów, pretensji oraz niejasnych układów. I wiem, że dla wielu ten seans może być bardzo męczący, ale warto zaryzykować. A największe wrażenie i tak robią sceny z filmu – bardzo wysublimowanego wizualnie, z kilkoma operatorskimi trickami (scena z lustrzanymi odbiciami na wystawie) oraz zabawą oświetleniem (bardzo zmysłowa scena erotyczna podczas jazdy samochodem, gdzie widzimy tylko kobietę z przodu, a światło pulsuje niczym u Davida Lyncha) oraz eleganckim jazzem w tle. Ale gdybyście mnie chcieli zapytać o czym to było, nie umiałbym wam odpowiedzieć, bo byłem kompletnie zahipnotyzowany kadrami, a także bardzo enigmatycznymi kreacjami Oli Kodar i Roberta Randona.

druga_strona_wiatru3

Także grający tutaj główne role John Huston (Hannaford) oraz nieznany mi z tej strony Peter Bogdanovich (Otterlake) tworzą bardzo wyraziste kreacje, początkowo przypominającą relację mistrz-uczeń. Ale im dalej w las, tym więcej jest tutaj niejasności, skrywanej zazdrości oraz wrogości, dodającej wiele toksyn do tego dziwnego duetu. Welles w postaci reżysera pokazuje niejako samego siebie, czyli będącego poza głównym nurtem wizjonera, próbującego dotrzeć do współczesnej widowni.

Czy „Druga strona wiatru” ma szansę przebicia się dla kinomanów nie znających w ogóle postaci Orsona Wellesa? Czy będzie czymś więcej niż ciekawostką dla filmoznawców? Dla pewnego wąskiego grona widzów jak najbardziej, zaś kilka kadrów bardzo mocno zapadnie w pamięć. Welles potrafi uwieść, zaintrygować, zaskoczyć, nie zawsze dając odpowiedzi.

7/10 

Radosław Ostrowski

Circus of Fear

Wyobraźcie sobie, że organizujecie wielki skok, zgarniacie kupę forsy i trzeba ją gdzieś ukryć. Jakie może być ostatnie miejsce do ukrycia forsy, gdzie na bank nie będzie jej szukać policja? Oczywiście, że jest to cyrk. Policja prowadzi śledztwo, lecz sprawa utyka w martwym punkcie. Dochodzi jednak do przełomu, kiedy w cyrku Berberiniego dochodzi do morderstwa.

cyrk_strachu1

Dziwaczny to kryminał z Wysp, któremu troszkę bliżej do włoskich giallo czy niemieckich produkcji niż stricte kryminału. Muszę jednak przyznać, że początek (scena napadu) wygląda nadal dobrze. Jest wyczuwalnie napięcie, dobry montaż, kompletny brak muzyki oraz gwałtowna przemoc. Przez dłuższy czas jest aura tajemnicy, bo nie wiemy kto jest szefem grupy oraz mózgiem całej operacji. I po pierwszych 30 minutach akcja toczy się dwutorowo: mamy inspektora Elliotta, a także środowisko cyrkowców. Tam mamy pewne konflikty, spięcia oraz tajemnice. Tylko problem w tym, że historia kompletnie nie angażuje. Niby są próby mylenia tropów, wiele poszlak, jednak kompletnie brakuje napięcia, wątki kompletnie nieciekawe (zemsta za śmierć członka rodziny, tajemniczy Gregor, co zawsze nosi maskę oraz jego córka, pewien szantaż), zaś postacie – może poza Gregorem – są zwyczajnymi szablonami, pozbawionymi ducha oraz charakteru. Wizualnie też wydaje się taki sobie, zaś klimat kompletnie znika, a nawet muzyka wydaje się zwyczajnie sztampowa.

cyrk_strachu2

I nawet te bardziej cyrkowe fragmenty (tresowanie lwów, rzucanie nożem do tarczy – dwa razy) wydają się bardzo mechanicznie sfilmowane. A sam cyrk sprawia wrażenie niewykorzystanego potencjału. Żeby było mało, to i aktorstwo wydaje się dość sztuczne, teatralne (sceny umierania), zaś bardzo znane twarze (Christopher Lee, Klaus Kinski) nie mają tutaj zbyt wiele pola manewru, bo albo pojawiają się bardzo krótko (Kinski) albo są „pozbawieni” twarzy (Lee). Pozostali członkowie ekipy z Leo Gennem w roli inspektora policji jest zwyczajnie przeciętna, nie zapadająca w pamięć.

Niby jest cyrk, niby jest strach w tytule, ale kompletnie tego nie czuć strachu, napięcia, niepokoju. Zamiast tego jest nuda, poczucie senności oraz brak czegokolwiek ciekawego. Za takie marnotrawstwo, twórców nie powinno się dopuszczać do pracy w jakimkolwiek charakterze.

4/10

Radosław Ostrowski

Lekarstwo na życie

Byliście kiedyś w sanatorium, gdzie ludzie spokojnie odpoczywają i chcą w nim zostać na zawsze? Tak jest w małym miasteczku gdzieś w szwajcarskich Alpach, do którego trafił szef pewnej dużej korporacji, wplątanej w duże tarapaty. I właśnie tam zostaje wysłany niejaki Lockhart – młody korposzczurek, który zrobił pewne drobne przekręty w firmie przed fuzją. Jednak sam ośrodek wygląda jakby początek XX wieku nadal trwał. Jednak podczas powrotu Lockhart ma wypadek, podczas którego łamie nogę i zostaje pacjentem ośrodka, gdzie poznaje pewną młodą dziewczynę o imieniu Hannah.

lekarstwo_na_zycie4

Pamiętacie takiego reżysera jak Gore Verbinski? Ten zdolny filmowiec po rejsach z piratami na Karaibach oraz zrobieniu najdroższego westernu, który się nie zwrócił („Jeździec znikąd”), dostał o wiele mniejszy budżet, by zrealizować dziwaczny horror/thriller, jakiego dawno nie było. I nie chodzi tylko o to, że trwa prawie dwie i pół godziny (co jest ogromną rzadkością), ale i samą realizację, mieszającą wystawność z kameralnością w jednym. No i nie ma w nim jump-scare’ów oraz lejącej się wiadrami posoki. Zamiast tego reżyser skupia się na budowaniu aury tajemnicy wokół tytułowego ośrodka, który wygląda dziwnie niewspółcześnie. Brak zasięgu, przez co są tylko tradycyjne telefony, hydroterapia, jakieś stare sprzęty jak duża komora pełna wody niczym z „Kształtu wody” czy pełna korytarzy sauna potrafią zrobić duże wrażenie. Verbinski ma niesamowity zmysł wizualny, gdzie kilka scen to prawdziwe perełki (pociąg wjeżdżający do tunelu, początek w korporacji, gdzie umiera jeden z pracowników), które cieszą oko.

lekarstwo_na_zycie1

W ogóle realizacyjnie film zachwyca. Nie tylko mocno wyczuwalną zielenią przewijającą się w wielu scenach, tworząc bardzo chropowaty, dziwny klimat. Wszystko to potęgująca scenografia – samo sanatorium wygląda jakby żywcem wzięte z początków XX wieku (te kafelki, mroczne podziemia), który mrozi. Do tego Verbinski bardzo powoli odkrywa mroczną tajemnicę ośrodka, z bardzo niepokojącą przeszłością. By jednak nie było tak łatwo, każdy z napotkanych bohaterów przekazuje informacje, będące wobec siebie bardzo sprzeczne, co wywołuje jeszcze większy mętlik. I przez większość czasu ta aura mocno trzyma za pysk, w czym pomaga bardzo dobry montaż, gdzie zdarzają się sceny równoległe (Lockhart i Hannah podążający ku dwóm różnym miejscom), łamana chronologia (śmierć matki, rozmowa z szefami przed wyjazdem) czy wplecione sceny snów (Hannah w wannie pełnej węgorzy), zaburzające percepcję. I jest jedna mocna scena u dentysty – wierzcie, będą was zęby bolały.

lekarstwo_na_zycie2

Ale żeby jednak nie było tak słodko, reżyser w pewnym momencie zaczyna zdradzać troszkę zbyt wiele, przez co szybciej rozgryzłem tajemnicę sanatorium od bohatera (jakieś 30-40 minut przed finałem), zaś sam finał oraz rozwiązanie było dla mnie kompletnym rozczarowaniem. Dlaczego? Bo wyjaśnienie (niczym w „Uciekaj” czy „Hereditary”) jest po prostu idiotyczne, wzięte z jakiegoś straszaka ubarwionego elementami fantasy, które kompletnie nie pasuje do – w miarę realistycznego – portretu świata do tej pory. I nawet ostatnia scena nie jest w stanie tego zrekompensować, a dość powolne tempo pod koniec filmu zaczyna działać usypiająco. Do tego cały czas nie mogłem pozbyć się z głowy skojarzenia, że już podobny film widziałem: „Wyspę tajemnic” Martina Scorsese. Tam też był szpital, nowy przybysz oraz aura tajemnicy, tylko było to lepiej wykonane.

lekarstwo_na_zycie3

Jednak „Lekarstwo na życie” całkiem przyjemnie mi się oglądało ze względu także na dobre aktorstwo. Błyszczy tutaj Dane DeHaan jako nasz protagonista, który jest troszkę takim śliskim cwaniakiem, próbującym ugryźć to całe dziwne sanatorium i coraz bardziej zaczyna gubić się w tym wszystkim. Bardzo dobrze udaje się zaprezentować wszelkie stany emocjonalne: od pewności siebie, opanowania po gniew, paranoję oraz poczucie zagrożenia. Świetnie wypada też Jason Isaacs jako bardzo życzliwy i opanowany dyrektor Volmer, który jednak ma w sobie coś demonicznego, niepokojącego oraz skontrastowana wobec nich śliczna Mia Goth jako bardzo naiwna, niedoświadczona Hannah. I to trio najbardziej przyciąga uwagę do samego końca, choć reszta obsady też prezentuje się solidnie.

Mam bardzo duży problem z nowym filmem Verbinskiego, który z jednej strony ma jaja, by być czymś zupełnie innym od reszty filmów z tego gatunku – bardzo stylowym, wysmakowanym horrorem z ambicjami (i to jestem w stanie docenić), z drugiej jego spokojne tempo oraz długi metraż potrafią zmęczyć, a im bliżej końca, tym bardziej klimat zaczyna się rozpływać. Ale „Lekarstwo” ma coś w sobie, co nie pozwala o sobie zapomnieć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mgła

Antonio Bay – małe miasteczko nad morzem, które zaraz będzie obchodzić 100-lecie istnienia. I już w pierwszej godzinie rocznicy, nad miastem zaczyna pojawiać się mgła tak gęsta, że wręcz można zrobić z niej wiele ciast. I podczas jej obecności dzieją się coraz dziwaczniejsze rzeczy: telefony same dzwonią, włączają się alarmy w samochodach oraz telewizory, tak same z siebie. Oprócz tego kryje się za nią grupa ktosiów, którzy dawno opuścili ludzki żywot.

mgla_19802

Kolejny wygrzebany z mroków przeszłości film Johna Carpentera, który tym razem serwuje opowieść o duchach. Impulsem prowokującym całe wydarzenie jest wygrzebany ze ściany kościoła dziennik prowadzony przez proboszcza 100 lat temu, który pokazuje prawdę na temat powstania miasta. Bo jest to miejscowość zbudowania na krwi, chciwości oraz okrucieństwie mieszkańców, którzy wymordowali, a następnie okradli szukających schronienia trędowatych pod wodzą Blake’a. Jednak reżyser szuka swojego sposobu na strasznie i prowadzi narrację w dość nieoczywisty sposób. Dość szybko poznajemy genezę samej mgły, a sama historia toczy się wokół grupy osób, które niemal do końca nie spotykają się ze sobą. Mamy radiową prezenterkę, miejscowego księdza, autostopowiczkę, właściciela zaginionego okrętu oraz panią Williams – bardzo istotną personę w mieście.

mgla_19801

I te przeskoki między postaciami dają wiele świeżego do tego gatunku, chociaż sama historia potrafi intrygować. Klimat budowany głównie dzięki nocnym zdjęciom oraz bardzo pulsującej muzyce, jednak sam sposób straszenia dziś już nie robi tak silnego wrażenia (może z wyjątkiem finałowego oblężenia kościoła, gdzie jest bardzo przewrotne zakończenie). I nie chodzi o użycie jump-scare’ów, ale sposobu działania mgły (nawet rozwala generatory), potrafiącej się poruszyć niczym człowiek.

mgla_19803

Także aktorstwo jest tutaj strasznie nierówne, albo inaczej, nie wszyscy zostali w pełni wykorzystani. Największą robotę wykonuje tutaj Adrienne Barbeau (Stevie Wayne) oraz Hal Holbrook (opanowany ojciec Malone), który dość szybko odkrywa prawdę na temat założenia miasta. Prosto zarysowane postacie, zmuszone do działania pod wpływem okoliczności. Zdecydowanie zmarnowano Jamie Lee Curtis (Elizabeth), która w zasadzie nie ma tu zbyt wiele do roboty, podobnie jak Janet Leigh (pani Williams), którzy zwyczajnie się snują na ekranie.

„Mgła” ma dość prostą fabułę o duchach, ale ma dość obiecujący początek oraz ogromny potencjał na coś więcej. Dziś całkiem nieźle się sprawdza jako klasyczny w duchu film grozy z aurą tajemnicy, przenikającą przez cały seans, chociaż samo źródło strachu nie robi takiego wrażenia jak w dniu premiery.

6/10

Radosław Ostrowski

Wielka draka w chińskiej dzielnicy

Często zdarza się tak, że zwykły człowiek pakuje się w historię tak nieprawdopodobną, że nie może być prawdziwa. Bo jak na chłopski rozum wyjaśnić udział sił magicznych w naszej rzeczywistości – zwłaszcza, jeśli jest to chińska czarna magia. Tego nie spodziewał się spotkać Jack Burton. Kim on jest? Zwykłym kierowcą ciężarówki, który przyjazdem trafił do San Francisco, by odwiedzić kumpla – Wang Chi. Czeka on na swoją dziewczynę z Chin, jednak odbiór dziewczyny z lotniska mocno się komplikuje, w czym ma udział drobne gangi oraz pradawny demon ukryty pod postacią Lo Pana.

wielka_draka1

John Carpenter kojarzy się głównie z mrocznymi filmami grozy, jednak „Wielka draka w chińskiej dzielnicy” to kino tak inne, że nie można było się tego spodziewać po twórcy „Halloween”. I znowu jest to mix różnych elementów: niepozbawionej elementów fantastyki baśni, połączonej z kinem akcji oraz polanej komediowym sosem. Mrok tutaj pojawia się bardzo rzadko (kanały, podziemia), chociaż czuć mocno stawkę. Jest bardzo zabawnie, wręcz kolorowo, choć nie brakuje scen przemocy. Dynamicznie zmontowane bijatyki niczym z jakiegoś karate czy pojedynek na broń białą ze skokami oraz lataniem niczym z „Przyczajonego tygrysa…” do dziś potrafią zrobić wrażenie. Tak samo jak niemal wystawna scenografia, pełna wschodnich motywów, strojów, dekoracji oraz polana „orientalnym” wschodem muzyka. I ku mojemu zdumieniu naprawdę dobrze się bawiłem, mimo że główny bohater jest troszkę pierdołowaty, ale do tego jeszcze dojdę.

wielka_draka2

Sama intryga poprowadzona jest bardzo zgrabnie, a humor z akcją idą ręka w rękę. Nawet efekty specjalne prezentują się całkiem nieźle (pioruny, pirotechnika), choć dziś wydają się archaiczne. Carpenter bardzo sprawnie miesza konwencję, nie wywołując dużych zgrzytów (co się nie udało w późniejszym „Oni żyją”) oraz dostarczając masę frajdy.

wielka_draka3

A największym nośnikiem jest kompletnie odjechany Kurt Russell, który tutaj troszkę parodiuje typowego amerykańskiego twardziela. Burton wydaje się twardym facetem, z silnymi pięściami, chodzący niemal non stop w podkoszulku, rzucający bon motami. Ale na chińskie moce może to nie wystarczyć, bo Jack nie jest typowym zbawcą świata i wiele razy dostaje łupnia, wkracza jak jest po wszystkim, co dodaje wiele świeżości. Tworzy on bardzo ciekawy duet z Dennisem Dunem (Wang Chi), który robi na ekranie cuda niewidy. Pięści, nogi, miecze idą w ruch, co daje prawdziwego kopa. Tak samo świetny jest James Hong w roli Lo Pana – taki czarny charakter, który bywa przerysowany, ale w granicy konwencji. Troszkę bladziej prezentują się panie, ograniczone do roli damy w opałach, chociaż Kim Cattrall (Gracie Law) bywa bardziej zadziorna i charakterna.

To jeden z bardziej nieoczywistych filmów Johna Carpentera, który postanowił się zwyczajnie zabawić. „Wielka draka…” ma w sobie coś z kina nowej przygody, niepozbawiona mroku, lecz zaskakująco lekka. Bardzo barwne, dynamiczne kino akcji z bardzo jajcarskim Kurtem Russellem.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Ślepnąc od świateł

Warszawa – miasto leżące między Pruszkowem a Wołominem, gdzie wszystko żyje i oddycha tylko jedną rzeczą: kokainą. Ona czyni ten świat w miarę funkcjonującym, a jednym ze sprzedawców tego dopalacza jest Kuba. Nikt nie wie o nim nic, jego chata bardziej przypomina ascetyczną twierdzę, zaś jego jedyną przyjaciółką jest Pazina. Kuba pracuje dla niejakiego Jacka, który wydaje się być szefem tego mrocznego świata. A nasz Kubulek planuje wyjechać z miasta na troszkę dłużej, gdzieś tak przed świętami. Tylko, że wtedy wszystko zaczyna się wywracać do góry nogami, co spowodowane jest pewną torbą oraz wychodzącym z więzienia gangsterem Dario.

slepnac_od_swiatel1

O adaptacji powieści Jakuba Żulczyka mówiło się od dwóch lat, ale w końcu się udało. Reżyser Krzysztof Skonieczny miał bardzo trudne zadanie, bo cała historia była jednym wielkim monologiem głównego bohatera, przeplatanym z onirycznymi wstawkami. Więc jak z tego skleić historię? Skonieczny bardzo mocno bawi się formą, co pozwala jeszcze bardziej wejść w ten chropowaty, brudny świat. Świat stroboskopowych świateł nocnych klubów, brudnych kamienic, bogatych apartamentów przeplatających się ze skromnymi pokojami jeszcze z czasów PRL-u. i ten świat jest nakręcany przez pieniądze, narkotyki, stanowiące paliwo dla niepowstrzymanego wyścigu szczurów. Tutaj przetrwanie jest ważniejsze, a głód tak silny, że bez niego nie jesteś w stanie w żaden sposób funkcjonować.

slepnac_od_swiatel2

„Ślepnąć od świateł” to także brudny, brutalny świat gangsterów, którzy za Chiny nie przypominają tych legendarnych szlaków znanych z „Ojca chrzestnego” czy nawet filmów Martina Scorsese. Tutaj każda próba cwaniactwa czy pójścia na skróty może skończyć się tylko w jeden sposób – zgonem. Tutaj wszyscy biorą dragi: bogaci biznesmeni, skorumpowani gliniarze, politycy, celebryci oraz szaraczki ze szkół. Gangsterzy mogą wydawać się tutaj bardzo przerysowani i nie tylko dlatego, że strasznie klną czy szablonowych obrazów. Bo są bezwzględni brutale z ulicy (Stryj i jego świński duet), drobne płotki z dilerki, troszkę wyżej mierzący Jacek o mentalności dresa czy bardziej bezwzględnego mafioza ze starej szkoły.

slepnac_od_swiatel3

Skonieczny potrafi pokazać ten brudny i ostry świat w taki sposób, że nie byłem w stanie oderwać oczu. Walące po oczach neony, opuszczone budynki w teledysku (nawija Piorun), ale z drugiej strony mamy piękną wyspę, gdzie nasz bohater wyobraża sobie przyszłość, zaś z trzeciej są jeszcze oniryczne sny bohatera (wyglądają jakby filmowane z VHS-u, gdzie jest wąski ekran, mocno wyprane kolory oraz bardzo lepka czerń).  Nie brakuje tutaj zarówno fantastycznych zdjęć, pełnej długich ujęć, wręcz lepkiego mroku, z bardzo wręcz ostrym montażem. Pozornie może wydawać się dziwacznym, chaotycznym eksperymentem, jednak reżyser panuje nad materiałem i wsysa. I jeszcze mamy na dokładkę bardzo eklektyczną muzykę, mieszającą dźwięki klasyków muzyki, jak i bardziej popularne dźwięki (KNŻ, Myslovitz, Run the Jewels, PROBLEM, The Streets), co wywołuje stan prawdziwego odlotu. I to jest ten świat, który nas otacza.

slepnac_od_swiatel4

Do tego jeszcze Skoniecznemu (grąjącemu także rapera Pioruna) udało się zebrać wręcz mocarną obsadę i każdy – nawet drobny epizod – zapada bardzo mocno w pamięci. I nie ważne czy mówimy o Zbigniewie Suszyńskim (poseł), Krzysztofie Szczerbińskim (inspektor Zgrywus), ekspresyjnym Krzysztofie Zarzeckim („Maluch”), czy choćby Michale Czarneckim (prokurator). Klasę potwierdza bardzo szorstki Janusz Chabior (ostry „Stryj”), coraz bardziej wybijający się Jacek Beler („Sikor”) czy coraz bardziej wracający do dyspozycji Cezary Pazura (szowman Mariusz Fajkowski) oraz Eryk Lubos (gliniarz-hazardzista Marek). Serial jednak kradną Marta Maliszewska, Robert Więckiewicz oraz Jan Frycz. Maliszewska w roli Paziny potrafi przykuć uwagę swoją naturalnością, intrygującą osobowością, potrafiącą nawiązać dziwną więź z Kubą. Więckiewicz jako lekko nerwowy, bluzgający Jacek potrafi rozbawić swoimi wiązankami. Ale to Frycz tutaj rozdaje karty – sprawia wrażenie bardzo spokojnego, wręcz stoickiego Dario (ten opanowany głos), jednak w jego oczach jest coś demonicznego, co nie pozwala mu się sprzeciwić. Magnetyzująca petarda, na której wybuch czekasz z niepokojem, bo nie wiesz, co zrobi i do czego jest zdolny.

slepnac_od_swiatel5

A jak sobie radzi w roli głównej debiutujący Kamil Nożyński? Moim zdaniem całkiem nieźle, choć Kuba to bardzo specyficzna postać. Sprawia wrażenie jakby nieobecnego, elegancko ubranego ziomala, skupionego na jak najlepszym wykonaniu swojego fachu, z bardzo twardymi zasadami, które zostają przez niego złamane (nie z własnej winy). Ma w sobie pewną tajemnicę – te oniryczne sceny – ale kiedy zaczyna się wypowiadać, wydaje się sztuczny, bardzo mechaniczny, jakbyśmy słuchali robota. I to może odrzucić wiele osób, jednak dla mnie jest to metoda pokazująca, jak bardzo fałszywy jest sam bohater, że jego pedantyczna kontrola była tylko pułapką.

Chociaż miniserial ma otwarte zakończenie, „Ślepnąć od świateł” pozostaje zamkniętą historią człowieka, który zamiast wyrwać się ze zgniłego miasta, coraz bardziej się w nie zapada. I trudno oderwać od tego brudu oczy, co przypomina troszkę „Taksówkarza”. Niesamowite, chropowate dzieło, którego na naszym podwórku po prostu nie było i na pewno jeszcze do niego wrócę.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Oni żyją

Wszystko zaczyna się jak w klasycznym westernie: pojawia się przybysz znikąd do wielkiego miasta. Nie chodzi mu o wiele: szuka pracy, która została mu odebrana, a całe życie ma w dość sporym plecaku, jaki nosi ze sobą. Wszystko przebiega bardzo spokojnie, nawet znajduje lokum w dużym obozie. Ale wszystko się zmienia z powodu pewnego nawiedzonego kaznodziei oraz dziwnym informacjom z telewizji, które są zagłuszane. Jeszcze są te tajemnicze okulary, po założeniu których świat wygląda jakoś dziwacznie.

oni_zyja1

To był jeden z pierwszych filmów Johna Carpentera jakie zobaczyłem. Jest to dziwne kino SF, w którym element fantastyczny jest tylko pretekstem do bardziej satyrycznego spojrzenia na ówczesną rzeczywistość. Czasy prezydenta Reagana, mające być czasem wielkiej prosperity (to wtedy powstał „Wall Street” Olivera Stone’a, gdzie padło hasło: „Chciwość jest dobra”), niby rozpędziły gospodarkę, tylko że – jak zawsze – skorzystali na tym nieliczni. Reszta albo znajdowała się na marginesie społeczeństwa, albo byli robolami do wynajęcia. Reżyser mocno drwi z konsumpcyjnego stylu życia (czarno-biały świat po założeniu okularów, gdzie zamiast reklam są hasła typu: „Bądź posłuszny”, „Żeń się i rozmnażaj”, „Śpij”), który okazuje się być tak naprawdę pułapką i zmienia ludzi w niewolników. A jak widzimy naszych rządzących, możemy odnieść wrażenie, że nie pochodzą z tego świata, prawda? Jeśli tak uważacie, to Carpenter potwierdzi wasze obawy, zaś policja jest tu podporządkowana prawdziwym mocodawcom i dlatego nie przebiera w środkach.

oni_zyja2

Ale „Oni żyją” nie są poważnym, głębokim dramatem z filozoficznym zacięciem. To kolejny niskobudżetowy film, mieszający westernowy szablon z pięknymi widokami miasta, wątkiem SF, odrobiną humoru oraz akcji. I ta hybryda tworzy całkiem niezły koktajl. Chociaż sama fabuła toczy się początkowo dość ospale, by troszkę przyspieszyć, polać sosem niedorzeczności (Nada po założeniu okularów jest w takim szoku, że zaczyna obcych zabijać – zamiast znaleźć kogoś, kto objaśni ten cały bajzel) oraz dziwacznych zachowań postaci (bijatyka między Nadą a Frankiem – to tylko pretekst, by pokazać kilka sztuczek wrestlerowskich), dorzucić popisami strzeleckimi, by zakończyć bardzo śmieszno-gorzkim finałem. By jeszcze bardziej namieszać we łbie, w tle słyszymy westernową muzykę (harmonijka ustna z gitarą robią robotę).

oni_zyja3

Aktorsko jest całkiem nieźle, choć szału nie ma. Naszego protagonistę, który jest prosty jak konstrukcja cepa zagrał wrestler Roddy Pipper i daje sobie radę. To prosty chłop z twardym kręgosłupem oraz sucharami w zapasie. Lepiej wypada Keith David (Frank), który staje się mimowolnym wspólnikiem naszego bohatera, a moment poznania prawdy poprzedzony jest solidnym łomotem. Ale ten duet zgrabnie się uzupełnia. Drugi plan dominuje Meg Foster (bardzo chłodna Holly) oraz zdystansowany George „Buck” Flower (przewodnik w finale).

Jak dla mnie, „Oni żyją” to dziwaczna hybryda w bardzo komiksowym sosie, gdzie Carpenter miesza satyryczne spojrzenie, otoczkę SF oraz kino akcji. Miejscami bywa mocno ciosane, tempo jest mocno niestabilne, a aktorstwo wręcz śladowe, to można się na nim całkiem przyjemnie bawić, jak się wyłączy myślenie.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Deadpool 2

Trudno było mi zapomnieć tego kolesia w czerwonym, lateksowym stroju, który miał dość luźne podejście do życia. Wade Wilson, bardziej znany jako Deadpool, pojawił się na dużym ekranie z hukiem w 2016 roku. ten moment był dla kina superbohaterskiego tym, czym pierwsza erekcja u nastolatka – punktem granicznym, po którym już nic nie będzie takie samo. Żaden film o superherosach nie był tak samoświadomą parodią tego gatunku, co przygody Najemnika z Nawijką. Film zgarnął w chuj hajsu, więc musiał nadejść ciąg dalszy. Pytanie tylko, czy jest to zwykły skok na kasę, czy może jednak coś więcej?

deadpool_21

W jedynce fabuła była tylko pretekstowym origin story, gdzie poznawaliśmy losy naszego (anty)bohatera po bardzo ciężkich przejściach. Ale teraz Wade wydaje się być szczęśliwy ze swoją kobietą Vanessą. Poza tym, normalnie pracuje: a to trzeba odrąbać łeb kilku kretynom, pozarzynać kilku złych typków, by pokój i miłość zapanowały na świecie. Szczęście jednak nie trwa długo, a świat dla Wade’a stanie się jednym wielkim kurestwem, pozbawionym sensu i nadziei. Czy jest dla niego szansa? Na jego drodze pojawia się dwóch kolesi, którzy wywrócą jego życie do góry nogami: młody, narwany mutant Russell oraz przybywający z przyszłości Terminator (z powodu problemów związanym z prawami autorskimi nazywany jest tutaj Cable).

deadpool_22

Choć zmienił się reżyser (debiutującego Tima Millera zastąpił troszkę bardziej doświadczony David Leitch), to Deadpool w zasadzie pozostał tym samym kolesiem, co zwykle. Nadal pajacuje i wykorzystuje każdą sytuację, by przyłożyć jakimś żartem (od seksualnych podtekstów oraz olania politycznej poprawności poprzez popkulturowe aluzje oraz całą konwencję kina superhero), ale jednocześnie pozostaje troszkę bardziej serio. W końcu to przecież film familijny, w którym nasz bohater próbuje odnaleźć swoje miejsce na ziemi po wielkiej tragedii, przy okazji odkrywając siłę rodziny (niczym ekipa Vina Diesela w „Szybkich i wściekłych”). I jak to w każdym filmie familijnym, muszą pojawić się – cytując pewnego rapera – „pościgi, strzelaniny, skurwysyny” z krwią oraz bluzgami. A co mnie najbardziej uderzyło to fakt, jak płynnie te dwa tony przeplatają się ze sobą, bez wywoływania poważniejszych zgrzytów.

deadpool_24

Także sceny akcji są po prostu lepiej zrealizowane, jest troszkę więcej efektów specjalnych oraz bardzo dynamicznego montażu zmieszanego z kreatywną choreografią. Co w przypadku tego reżysera nie jest niczym zaskakującym (w końcu pomógł zabić psa Johna Wicka oraz uruchomił zabójczą Atomową Blondynę), ale jak przyjemnie się to ogląda (atak na więzienie czy próba odbicia Russella z konwoju), odpowiednio podkręcając adrenalinę. Takiej dzikiej frajdy nie miałem przy filmie o gościach w lateksowych ciuchach od czasu obydwu części „Strażników Galaktyki”. Nadal film pozostaje zgrywą z konwencji (skomentowanie punktu zwrotnego, początek, walka dwóch postaci wygenerowanych komputerowo, czy finałowa scena umierania, ciągnięta tak długo, by docenić ją mogli członkowie Akademii Filmowej), ale robi to po prostu lepiej. Jest tylko jeden, poważny problem: dwójka to w zasadzie jedynka, tylko na sterydach. Nie ma tego zaskoczenia, co w przypadku jedynki. Z czego ono wynikało? Że poza wielkimi fanami komiksów nikt nie widział, kim do chuja Pana jest Deadpool. Dla szaraczka wyglądał jak Spider-Man noszący katany.

deadpool_25

Drugi „Deadpool” to nadal one man show Ryan Reynoldsa, który ewidentnie czuje tą postać i bezczelnie drwi z samego siebie. Różnica między aktorem a postacią odgrywaną przez niego jest praktycznie niezauważalna, co jest tutaj ogromnym plusem. Bo nie wiadomo, czy Reynolds gra Deadpoola, czy Deadpool gra Reynoldsa. Stara ekipa nadal radzi sobie bardzo dobrze, ale to nowe postacie tutaj intrygują. Świetnie wypadł Josh Brolin jako Thanos, eee, znaczy Kabel (przy „Deadpoolu 2” dystrybutor powinien nakleić: Nie pomyl roli Brolina 😉  ) – naznaczony tragedią mściciel z przyszłości. Poważny dramat bohatera świetnie uzupełnia się z nie do końca poważnym Deadpoolem, dodając jeszcze więcej ognia w tej pokręconej relacji. Coś czuję, że w sequelu jeszcze namiesza (i dobrze). W podobnym tonie krąży Julian Dennison w roli młodego, wkurwionego Russella. To osobnik, potrzebujący wsparcia, z mroczną przeszłością oraz żądzą zemsty. Ta mieszanka słabości oraz napędzającego go gniewu działa bardzo mocno i pozwala stworzyć pamiętną postać. Równie wyrazista jest Zazie Beats w roli „fuksiary” Domino – jak jej moc jest pokazana, staje się kolejnym pretekstem do żartów, chociaż w dalszych scenach nie praktycznie wiele do roboty.

Powiem to krótko i oszczędnie: drugi Deadpool jest zajekurwabistym filmem. Co z tego, że w zasadzie daje to samo, skoro jest nadal soczystym stekiem z bluzgów, polanym sosem z czarnym humorem, nie uznając litości dla nikogo (poza politykami – ci oberwą w „Deadpoolu 3: Zrobieni w chuja”), jednocześnie dostarczając mnóstwo frajdy. Boję się myśleć, co filmowcy odjaniepawlą w trójce.

deadpool_23

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mandy

Raz na jakiś czas pojawia się taki film, po obejrzeniu którego masz kompletny mętlik w głowie i nie wiesz, czego byłeś świadkiem. Czy to było zachwycające, ohydne, złe, głupie, nielogiczne, ale ma w sobie coś takiego, że nie potrafisz oderwać oczu. A jeśli gra prawdziwy mistrz aktorstwa, jakim jest Nicolas Cage, zaś w pierwszych scenach słychać w tle „Starless” King Crimson, będziesz świadkiem czegoś niesamowitego.

mandy1

Cage gra w tym filmie niejakiego Reda, który jest zwykłym drwalem mieszkającym bardzo głęboko w lesie. Ma bardzo fajną chatę oraz dziewczynę o imieniu Mandy. Wygląda bardziej jak facet, ale nie mnie to oceniać. Żyją sobie dość spokojnie z dala od cywilizacji, pełni szczęścia oraz miłości. Jednak, jak wszyscy wiedzą, szczęście bywa ulotne niczym spalony popiół wiatrem. A wszystko z powodu grupy świrniętych, podstarzałych hipisów pod wodzą nawiedzonego Jeremiasza. Goście porywają Mandy, potem zabijają ją i zostawiają Reda związanego… drutem. A to oznacza jedno: czas na zemstę.

mandy2

Reżyser Panos Cosmatos tym razem serwuje tak wielki odlot, że wszelkie LSD, dopalacze oraz inne narkotykowe cuda wianki. Wizualnie to jest po prostu prawdziwa orgia, bo kolorami wali po oczach, miejscami wręcz pulsuje (scena porwania Mandy z niemal stroboskopowym światłem), przechodząc przez jakieś inne stany świadomości (jakieś animowane wstawki), nie mogąc w pełni zorientować się, co tu naprawdę jest grane. Cały klimat jest pełen jakiegoś psychodelicznego tripu, gdzie logika oraz ciąg przyczynowo-skutkowy kieruje się ścieżkami, jakich nikt nie jest w stanie ogarnąć trzeźwym umysłem. Czego tu nie ma: demony w zbrojach, pojedynek na… piły mechaniczne, użytymi niczym miecze, kusza z lunetą, dialogi pełnymi bełkotliwego pierdolenia, jakie może wypowiedzieć ćpun albo szaleniec. Mało wam? Jeszcze tygrys, w chuj krwi, troszkę bluzgów, świdrującą muzykę Johanna Johanssona.

mandy3

No i jest jeszcze Nicolas Cage, który tutaj odnajduje się kompletnie bez problemu, tak samo jak porąbany Linus Roache w roli Jeremiaha. Obaj panowie dają popis szarżującego (ale kontrolowanego) aktorstwa, jakie w pamięci zostaje na BARDZO długo. Warto też wspomnieć o Billu Duke’u (Caruthers) oraz intrygującej Andrei Riseborough w roli tytułowej.

Co tu się odjaniepawliło, nie mam kompletnie pojęcia. „Mandy” to bardzo dziwaczna wyprawa w kompletnie nieznane rewiry, które albo wprawi was w zachwyt, albo kompletnie odrzuci. Stanów pośrednich nie udało się stwierdzić, więc oglądacie na własne ryzyko.

Radosław Ostrowski