Jumanji: Przygoda w dżungli

Wszyscy pamiętamy pierwsze „Jumanji”, które niedawno sobie przypomniałem po latach. Więc na wieści o czymś w rodzaju kontynuacji czy bardziej współczesnej wariacji na ten temat. Bo tak należy nazwać „Jumanji: Przygoda w dżungli”, czyli nowy tytuł Jake’a Kasdana. Punkt wyjścia jest znajomy, tylko że planszówka „zmutowała” w port na konsolę. Jego pierwszą ofiarą był młody chłopak Alex w 1996 roku. Gra niejako powraca, kiedy czworo nastolatków 20 lat później odnajduje ją. Cała czwórka (nerd Spencer, mięśniak Fridge, ślicznotka Bethany, kujonka Martha) trafia na karę po szkole, gdzie mają posprzątać pracownię komputerową. Ale zamiast zrobić początek, biorą grę i… zostają wessani do środka gry. By z niej wyjść, trzeba ją ukończyć, czyli odłożyć diament na miejsce opanowane przez prof. Van Pelta.

jumanji21

Reżyser sięga po sprawdzone chwyty, jakie znamy z poprzednika, czyli rymowane zgadywanki, postać Van Pelta czy zwierzęta atakujące bohaterów. Ale jednocześnie reżyser wykorzystuje elementy gier komputerowych (ograniczona ilość żyć w formie tatuaży, retrospekcja w formie przerywnika, NPC mające ograniczone kwestie), przez co nowe „Jumanji” może się spodobać fanom gier. I ta cała mechanika daje radę, przez co film Kasdana potrafi dać wiele rozrywki. Poza drobnymi odniesieniami do części pierwszej, mamy pięknie wyglądającą przyrodę, masę humoru oraz całkiem zgrabnie zainscenizowanych scen akcji (bijatyka w bazarze, podnoszących powoli stawkę rozgrywki. Może i czasem pojawia się lekko moralizatorski ton (siła przyjaźni, kontakt z drugim człowiekiem nie musi być zły, a życie istnieje poza telefonem), a fabuła jest bardzo przewidywalna, ale wiele razy się uśmiałem (szybki kurs uwodzenia czy spotkanie bohaterów w „nowych” ciałach) i nie czułem znużenia. Ale w porównaniu z poprzednikiem, jest mniej mroczny i nie przeraża aż tak bardzo.

jumanji22

Mocnym punktem dodającym lekkości jest chemia między bohaterami oraz ich obsadzenie troszkę wbrew emploi. I tutaj najbardziej wybija się Dwayne Johnson (nieśmiały, strachliwy Spencer), który choć w ciele mięśniaka, jest dość wycofanym, przerażonym chłopakiem i ten klincz jest wygrywany świetnie. Ale prawdziwą petardą jest tutaj Jack Black, czyli Bethany uwięziona jako… podstarzały naukowiec niemal żywcem wzięty z XIX powieści. Zderzenie mentalności małolaty z intelektem naukowca tworzą wręcz bardzo mocny test przepony. Partnerujący im Karen Gilian (Martha, wybrana jako seksowna wojowniczka) oraz Kevin Hart (Frigde będący w grze zoologiem) uzupełniają ten skład. Troszkę słabiej wypada Bobby Cannavale, chociaż wynika to z faktu bycia przerysowanym bad guyem.

jumanji23

Muszę przyznać, że nowe „Jumanji” bardzo mnie zaskoczyło. Nadal dostarcza przyjemnej rozrywki, chemia między aktorami jest bardzo silna, humoru jest dużo, a dzieje się sporo. Może i mniej straszny, ale za to przyjemny film przygodowy.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Jumanji

Dawno temu była sobie pewna gra planszowa „Jumanji”. Ale była to gra bardzo niebezpieczna i nieobliczalna, gdyż każdy rzut kośćmi doprowadzał do pojawienia się kolejnych niebezpieczeństw z dżungli. Wie o tym Alan Parrish, który w 1969 roku przypadkiem znalazł tą grę. O swoim odkryciu opowiedział swojej przyjaciółce, Sarze Whittle. Gdy rodzice Alana wychodzą, dzieci zaczynają grać. Ale jeden rzut powoduje, że chłopiec wchodzi do środka gry, a dziewczynka ucieka. 26 lat później do tego samego domu trafiają wychowywane przez ciotkę Judy z Peterem, którzy znajdują grę. Chcąc nie chcąc, kontynuują rozgrywkę, nie wiedząc o tym i pakują się w tarapaty.

jumanji12

Nakręcony w 1995 roku film Joe Johnstona stał się dla wielu widzów produkcją otoczoną kultem, chociaż nie jest to typowy film familijny. Bo sama gra jest bardzo mroczna, niczym z horroru pojawiają się kolejne zwierzęta, coraz bardziej podkręcając wysoką stawkę – życie. A by wygrać, trzeba stosować prawa dżungli, wykazać się sprytem i pokonać tajemniczego myśliwego Van Pelta. Reżyser powoli buduje napięcie, rozładowywane przez nieco slapstikowy humor. Do tej pory wrażenie robią efekty specjalne, mieszające grafikę komputerową z praktycznymi efektami, broniąc się przed zębem czasu. Wyłażące pnącza, atak stada czy podłoga zmieniająca się w ruchome piaski do dziś wygląda świetnie. I nadal trzyma w napięciu, co widać podczas próby odzyskania gry z ręki Van Pelta czy finału. Klimat podkręca także muzyka Jamesa Hornera oraz pomysłowo inscenizowane sceny.

jumanji11

To wszystko mogłoby nie wypalić, gdyby nie wyraziste postacie. Robin Williams idealnie balansuje między żartem a powagą. Jako dorosły Alan próbuje odnaleźć się w nowym, obcym świecie, naznaczonym pobytem w dżungli, zmieniając go w połamanego człowieka. I to wygrane zostało znakomicie, bez poczucia fałszu, pokazując troszkę inne oblicze aktora. Również role dziecięce są świetnie poprowadzone, zarówno Kirsten Dunst (Judy), jak i Bradley Pierce (Peter) świetnie się uzupełniają, tworząc zgrabny duet. Także Van Pelt (mocny Jonathan Hyde) sprawdza się w roli czarnego charakteru, którego determinacja jest godna Terminatora, choć motywacja wydaje się bardzo prosta.

jumanji13

Mimo ponad 20 lat na karku, „Jumanji” nadal się broni jako świetny film przygodowo-familijny, pełen niebezpieczeństw oraz aury tajemnicy. Akcja ciągle zachowuje tempo, postacie są bardzo wyraziste i trzyma w napięciu do przewrotnego finału. Tak się robi klasykę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Siedem minut po północy

Conor O’Malloy to młody, 12-latek, mieszkający z ciężko chorą matką. Ojciec dawno wyjechał do USA, zaś babcia delikatnie mówiąc odstrasza go. Jakby tego było mało, jest nękany w szkole, czyli ma bardzo pod górkę i nie zanosi się na zmianę. Ale siedem minut po północy odwiedza go Potwór – duże cisowe drzewo, które zamierza mu opowiedzieć trzy historie, a w zamian chłopiec ma powiedzieć czwartą.

7_minut1

Jak zrobić baśń dla dzieci, która nie byłaby zbyt naiwna? Reżyser Juan Antonio Bayona stanął przed bardzo trudnym zadaniem, a pomocna okazała się powieść Patricka Nessa, sięgająca po temat traumy, przedwczesnego dojrzewania oraz przygotowania się na śmierć najbliższych. Bo przecież powinno być tak, że dzieci powinny dobrze się bawić, poznawać przyjaciół, może nawet przeżywać pierwszą miłość. Jednak los drwi sobie z takich planów, a reżyser uważnie przygląda się młodemu chłopcu (kapitalny Lewis McDougall), nie pogodzonego z najgorszym, pełnym gniewu, agresji i wściekłości na cały ten popieprzony świat. Chłopak niemal do końca wierzy, że jest jeszcze szansa i nie przyjmuje do wiadomości innego wariantu, dlatego dopuszcza się demolki w domu babci, dlatego śni mu się ciągle koszmar, w którym trzyma za rękę matkę nad przepaścią i nie chce jej puścić. Bayona sugestywnie pokazuje te zwichrowane stany emocjonalne, symbolicznie wykorzystując Stwora oraz jego opowieści.

7_minut2

Muszę przyznać, że ten segment został świetnie zrobiony, a historie zaprezentowanie w formie prostej animacji, wyglądającej niczym ręcznie malowana, buduje bardzo specyficzny klimat. Zaś same historie są bardzo przewrotne, jak na kino familijne, przez co wielu młodych widzów, może poczuć się równie zszokowanych jak Conor. Bo niby bohaterowie źli (albo, których za takich uważamy) wygrywają, a dobrzy wcale tacy dobrzy nie są, zaś taki finał historii nie oznacza, ze jest zła. Dla takiego starszego widza może nie jest to zbyt odkrywcze, jednak ten element najbardziej wyróżnia tą baśń, niepozbawioną mroku oraz przerażających fragmentów (pierwsze przybycie Potwora – świetnie animowanego), zdecydowanie nie dla młodych widzów.

7_minut3

Reżyser też bardzo dobrze prowadzi aktorów. O McDougallu już wspominałem, ale Felicity Jones (wyciszona, dość spokojna matka) oraz Sigourney Weaver (sprawiająca wrażenie demonicznej babcia) też dają z siebie wszystko. Ale tak naprawdę liczy się tylko jedna postać, czyli Potwór mówiący bardzo głębokim głosem Liama Neesona, nadającym mu majestat, ale też pewną mądrość. Cisowe drzewo wydaje się mocno doświadczoną istotą, zaś w jego historiach jest więcej prawdy o ludziach i świecie niż w przesłodzonych bajeczkach Disneya, zakończonych happy endem.

„Siedem minut po północy” jest mroczną, ale bardzo niegłupią, chwytającą za serce historią o godzeniu się z ostatecznymi sprawami oraz wybaczeniu za winę niepopełnioną. O tym, że życie toczy się dalej i trzeba z niego korzystać, póki jeszcze jest.

8/10

Radosław Ostrowski

Thelma

Tytułowa Thelma to młoda studentka, którą wychowują rodzice bardzo głęboko wierzący, ale też kontrolujący jej ruch. Nawet w Internecie, a próba zaadaptowania się do nowego otoczenia idzie dość opornie. Podczas wizyty w bibliotece, Thelma dostaje ataku i w tym samym czasie ptaki zderzają się z oknem, a lekarze początkowo nie wiedzą, co jest grane. Jakby tego było mało, pojawia się w życiu dziewczyny Anja.

thelma1

Kino skandynawskie w naszym kraju cieszy się dość dużą estymą i szacunkiem. Jednym z bardziej wyrazistych twórców jest norweski reżyser Joachim Trier, który nie jest w żaden sposób spokrewniony z Larsem von Trierem. „Thelma” to kino dość dziwaczne, co już czuć na samym początku. Pierwsza scena to ojciec z córką idący na polowanie. Tylko, że zamiast na jelenia, ojciec celuje w dziewczynkę. Już tutaj zaczynają się rodzić pytania, a retrospekcje rzucają inne światło na kolejne sceny. Reżyser ciągle podpuszcza i mąci, mieszając kilka różnych tropów. Bo jest tu zarówno inicjacja, odkrywanie i tłumienie swojego ja (relacja Thelmy z Anją), klincz z religią oraz nadprzyrodzone elementy. Na pierwszy rzut oka jest dość dużo wątków oraz scen wręcz na ostrych dragach (wszystkie oniryczne momenty z atakami niby-padaczki czy stroboskopowym światłem), wywołując kompletną dezorientację, z bardzo pulsującą muzyką w tle.  Masa tajemnic, tropów, symboli, surrealizmu – innymi słowy, skandynawska wersja „Carrie”, która pozornie spokojna, potrafi zaintrygować, wciągnąć czy sprawić mętlik w głowie.

thelma2

Wszystko sfotografowano bardzo tradycyjnie, bez udziwnień, chociaż w bardziej niepokojących scenach dominuje mrok. Poczucie grozy i niepokoju budowane jest zarówno onirycznymi scenami, gdzie sami domyślić się, o co tu chodzi, jak też powoli odkrywaną tajemnicą. Niestety, ostatnie 25 minut w wykonaniu Triera to popisowe wykorzystywanie ulubionego narzędzia każdego reżysera – łopaty. Wyjaśnienie z jednej strony wywołuje mindfucka, ale z drugiej można się go było spodziewać i lekko rozczarowuje.

thelma3

Za to pozytywnie prezentuje się aktorstwo, które jest cholernie dobre. Najbardziej to widać w tytułowej bohaterce o aparycji Eili Harboe, gdzie miesza się zagubienie, poczucie inności ze zderzeniem między wychowaniem a otaczającym światem. Wszystko to zostało pokazane oszczędnie, niepokojąco, magnetyzując. Tak samo Anja, czyli śliczna Kaya Wilkins, przyciągając urodą i tworząc dość nieoczywisty duet z Harboe. Po drugiej stronie mamy próbującego kontrolować córkę ojca-lekarza (tajemniczy Henrik Rafaelsen), pozornie zachowującego spokój. Jednak pod tą twarzą kryje się silny lęk przed następnymi wydarzeniami.

„Thelma” mogłaby zostać nakręcona przez Davida Cronenberga, gdyby zrezygnował z makabrycznych scen przemocy i deformacji ludzkiego ciała. Intryguje, ma bardzo niepokojącą aurę oraz tajemnicę, pokazując troszkę inną stronę dojrzewania. Takiej twarzy kina skandynawskiego nie znałem.

7/10

Radosław Ostrowski

Martyna Jakubowicz – Zwykły włóczęga

zwykly-wloczega-b-iext52573424

Wydawałoby się, że już kolejny album z utworami Boba Dylana po polsku już nie trzeba. Ale jak widać, myliłem się. Swoje trzy grosze do tego nurtu postanowiła dorzucić Martyna Jakubowicz, która po raz drugi w swojej karierze mierzy się z dorobkiem muzyka i noblisty (“Tylko Dylan” z 2004), wybierając tym razem 11 piosenek. Czy udało się drugi raz wejść do tej samej rzeki?

I jest to bluesisko, niepozbawione energii. Zaczyna się wręcz staroświecko, bo w “Balladzie o Chudzinie” wchodzi spokojna gitara z Hammondem, zaś środkowy riff jest bardzo zadziorny. Spokojniejszy, bo party na gitarze  akustycznej oraz pianinie jest utwór tytułowy, a rytmiczny “Nie mów nic, szkoda słów” przyspiesza, przyjemnie bujając. W podobnym tonie brzmi singlowe “Skąd tyle zmian”, ale “Ballada o Hollisie Brownie” zaskoczyła mnie bardzo oszczędną aranżacją w stylu folk-country, gdzie są… trzeszczące drzwi. Dynamika wraca do gitarowo-perkusyjnego “Posłańca zła”, zaś fani minimalistycznych dźwięków będą zachwyceni “Politycznym światem”. Akustyczna gitara potrafi się rozpędzić w “To nie dla mnie” oraz lirycznym “Do Ramony”.

Trudno nie przejść obojętnie wobec tłumaczeń, pełne refleksyjnych słów oraz obserwacji. A Martyna bardzo dobrze to wykonuje, naturalnie i bez zgrzytów. To nie jest zwykła płyta, bo z każdym odsłuchem zyskuje kolejne oblicza. Cudne, z paroma chwytliwymi numerami.

8/10

Radosław Ostrowski

Lustrzana maska

Kim jest Helena? To młoda dziewczyna, wychowana przez rodziców-cyrkowców, ale nie bardzo jej ten świat odpowiada. Przed jednym z występów kłóci się z matką, a ta przed kluczowym występem traci przytomność. Dzień przed operacją dziewczyna trafia do dziwnej krainy, gdzie równowaga między dobrem a złem jest zagrożona.

lustrzana_maska1

Film Dave McKeana jest oparty na scenariuszu Neila Gaimana – jednego z najpopularniejszych pisarzy fantasy. I ta pokręcona historia jest opowieścią o przyspieszonym dojrzewaniu oraz godzeniu się ze swoim miejscem na ziemi. Czuć, że to ten autor odpowiada, a wykreowany przez niego świat jest dość… specyficzny. Bo mamy tam noszącego maskę Valentine’a, który pokłócił się z… wieżą, uśpioną Białą Królową, złą Czarną Królową, Sfinksa, Gigantów. Wszystko jest tu polane animowanym sosem, tworząc bardzo surrealistyczną wizję, prowadząc do dość oczywistego finału.

lustrzana_maska2

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to animacja. Jest ona mocno koślawa, z naklejonymi twarzami do sylwetek postaci (koty, Sfinks) i jest, prawdę mówiąc, bardzo brzydka, pełna szaroburych kolorów, wykrzywionych postaci oraz dużej ilości mroku. Z jednej strony to buduje klimat, pełen tajemnicy czy niesamowitych scen (wieża pełna zamków czy siedziba Czarnej Królowej), ale z drugiej wygląda to dość odpychająco, strasznie i wręcz przerażająco. Miałem jednak wrażenie, że forma – miejscami intrygująca – jest ważniejsza od treści, dość prostej do odczytania.

lustrzana_maska3

Aktorsko jest zagrane całkiem nieźle, choć najbardziej wybija się wystraszony oraz niezdecydowany Valentine (świetny Jason Barry), a także Rob Brydon (ojciec Heleny i Premier z baśniowego świata). A jak sobie poradziła Stephanie Leonidas jako Helena? Całkiem przyzwoicie, balansując między lękiem, odwagą, a samotnością i bezradnością.

To trudny, wymagający film, który młodych widzów może odstraszyć, a wielu zmęczyć swoją oniryczno-surrealistyczną formą. Na pewno intryguje, wybija się z tłumu innych tego typu produkcji, ale to dość nierówne kino.

6/10

Radosław Ostrowski

Zbigniew Wodecki – Dobrze, że jesteś

dobrze-ze-jestes-w-iext52881401

To już rok odkąd nie ma już Zbigniewa Wodeckiego. Ten muzyk i wokalista renesans swojej twórczości przeżył dzięki albumowi nagranemu z Mitch & Mitch. Ale jednocześnie pracował nad nowym, premierowym materiałem. Niestety, album został niedokończony, lecz wydawca wpadł na pomysł, by pozapraszać gości, a całość została nagrana na setkę, bez poprawek, przeróbek i modyfikacji. Co wyszło z tej mieszanki?

Pop w klasycznym, wręcz szlachetnym wydaniu z orkiestrą oraz żywymi instrumentami, zamiast plastikowej sieczki. Elegancko zaczyna się “Dobrze, że słońce”, gdzie każdy instrument (klarnet, fortepian, dęciaki, flety) wybrzmiewa w całości, a klimatem przypomina jazzowe numery Franka Sinatry. Zresztą podobnie wybrzmiewa łagodny “Give It a Moment” o lekko soulowym zabarwieniu, dając większe pole klawiszom oraz… skrzypcom. I to na plumkaniach tego instrumentu oparty jest początek “Na paluszkach”, bardziej wyciszony utwór z niesamowitym klimatem, by rozpędzić się w funkowym “Tylko ty” oraz delikatnym walczyku “Chwytaj dzień”. Troszkę mroczniej jest w dramatycznym “Sobą być”, pełnym mocnych wejść perkusji, gitar oraz skrzypiec.

Nie trwa to jednak długo, gdyż wchodzi lżejsza oraz przyjemniejsza “Piosenka pierwszego olśnienia jazzem” oraz podtrzymująca tą stylistykę “Nie ma jak Bacharach” z drobnymi wejściami Wodeckiego (nawet pewna pszczółka się pojawia) oraz troszkę szybszy “Wykidajło czas”, by dać bardziej liryczne “Nad wszystko uśmiech twój”. Warto też wspomnieć wyciszone “Nauczmy się żyć obok siebie”.

Sam Wodecki wokalnie pojawia się rzadko, lecz to on napisał muzykę do wszystkich utworów. Jednak gdy się udziela, nadal czuć luz, dystans I elegancję w odpowiednich proporcjach. Ale nie boi się też bardziej zadziornego oblicza (“Kod dostępu”). Pozostali wokaliści udźwignęli zadanie, a najbardziej błyszczy Sławek Uniatowski (“Nie ma jak Bacharach”) oraz Beata Przybytek (“Nad wszystko uśmiech twój” i “Piosenka pierwszego olśnienia jazzem”), za to największą niespodziankę sprawił Junior Robinson, śpiewający po angielsku i nie odstający od reszty (“Give It a Moment”, “Good Night, Love”), fason zachowali Kuba Badach (“Tylko ty”, “Wykidajło czas”) oraz Andrzej Lampart (“Sobą być”).

Szkoda, że już więcej płyt od pana Wodeckiego nie będzie, bo tutaj bardzo mocno widać, iż miał jeszcze wiele do zaoferowania nam, słuchaczom. Pozostał ten album – przebojowy, klimatyczny, z inteligentnymi tekstami oraz sznytem, jakiego już nie spotyka się często.

8/10

Radosław Ostrowski

Ernest i Celestyna

Kolejna animacja, tym razem z Francji. Poznajcie dwójkę naszych bohaterów. Ernest jest misiem, który zamiast pełnić poważną profesję (sędzia, sklepikarz), próbuje spełnić się jako artysta. Tylko, że to nie przynosi mu żadnego dochodu. Z kolei Celestyna jest mała myszką, której przyszłość dawno zaplanowano (ma być dentystką i zbierać zęby), a sama woli malować i nie wierzy w historie o złych niedźwiedziach. Ale podczas akcji dochodzi do spotkania tej dwójki, co wywraca życie do góry nogami.

ernest_celestyna2

Sama historia może wydawać się mało zaskakująca, jednak twórcy potrafią zaangażować. Twórcy bardzo uważnie pokazują jak wielką siłę mają uprzedzenia, stereotypy i zwykły strach. A wyjście ponad to dla każdej ze stron jest ogromnym wysiłkiem, tylko czy komuś tak naprawdę chce się go podjąć. Kimś takim wydaje się nasza para – osoby idące mocno pod prąd, uznawane za raczej aberrację, dziwadła, ale nie dający się tak łatwo stłamsić. Ale oboje też początkowo traktują się z pewną nieufnością (oniryczne sceny koszmarów), które jednak udaje się przełamać dzięki… sztuce oraz empatii Celestyny. I te relacja czyni ich nie tylko silniejszymi, mimo ostracyzmu, ale wręcz samowystarczalni, nawzajem się uzupełniają. Może i opowieść jest dość przewidywalna, jednak film po prostu angażuje, wciąga, porusza.

ernest_celestyna1

Za to sama animacja jest zaskakująco archaiczna. Może inaczej, jest to klasyczna, wręcz ręcznie rysowana kreska, jaką wykorzystywano w tym gatunku jakieś 30-40 lat temu. Wykorzystanie tego zabiegu, tworzącego dość oszczędną, wręcz ascetyczną formę, staje się najmocniejszym atutem, wyróżniając ją z tłumu komputerowej animacji. „Ernest i Celestyna” mają dzięki temu swój własny charakter, choć jest to skierowane do zdecydowanie młodego odbiorcy. Nie jest to jednak kino naiwne, infantylne czy głupie, ale bardzo szczere, pełne ciepła oraz empatii. Tak samo jak bardzo „francuska” jest muzyka, budująca klimat.

ernest_celestyna3

Także do polskiego dubbingu nie można mieć zastrzeżeń, a duet Miłogost Reczek (Ernest)/Julia Kołakowska (Celestyna) wznosi całość na wyższy poziom. Pozornie dość oschły i wycofany miś w zderzeniu z bardzo serdeczną myszką, tworzy bardzo intrygujący, kapitalny duet. Tak samo na drugim planie błyszczy grający dwie role Grzegorz Pawlak (szef mysiej kliniki oraz niedźwiedzi sędzia), pokazując swoją wokalną wszechstronność.

Ja jestem zwyczajnie oczarowany „Ernestem i Celestyną”, który jest przykładem szlachetnej animacji dla dzieci w starym, dobrym stylu. Prosty, szczery, szlachetny, poruszający, ciepły – mógłbym wymieniać kolejne przymiotniki, ale miejsca by nie starczyło. Absolutnie godny polecenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Paddington

13 października 1958 dla dzieciaków z Wielkiej Brytanii miał się stać bardzo ważny, ponieważ otrzymały nowego, fajnego bohatera dla swoich czasów. Pochodził z Peru, lubił marmoladę, mówił po angielsku, był dobrze wychowany, ale też troszkę nieporadny i pakował się w różne tarapaty. Jego imię było dość trudne do wymówienia, więc dostał ludzkie imię – Paddington, gdyż na tym dworcu w Londynie został znaleziony. Miś Paddington spodobał się wszystkim, a ich autor Michael Bond (1926-2017) zapewnił sobie sympatię milionów czytelników. Kwestią czasu był fakt, żeby zainteresowali się nim filmowcy. Najpierw w formie animowanego seriali, by w 2014 stworzyć pełnometrażowy film aktorski. Zadania podjął się Paul King, reżyser wcześniej pracujący dla telewizji. I muszę przyznać, że z realizacji wyszedł dość obronną ręką.

paddington11

Sama historia to niejako – posługując się terminologią superbohaterską – origin story, gdzie poznajemy naszego misia jeszcze w Peru, wychowywanych przez wujostwo. Ich życie zmienia się z przybyciem pewnego odkrywcy, który poznał ich z cywilizacją i zaprosił ich do Londynu. Wiele, wiele lat później okoliczności zmuszają naszego misia do opuszczenia domu oraz ruszenia do Londynu, gdzie trafia do rodziny Brownów. Familia próbuje pomoc misiowi znaleźć odkrywcę i pozwalają na chwilę przenocować. Tylko, że ktoś bardzo dybie na życie niedźwiadka i chce zrobić z niego wypchanego pluszaka.

paddington12

Reżyser nie wstydzi się sięgać po ograne klisze i archetypy znane z kina familijnego – jest odpowiedzialny i zbyt nadopiekuńczy ojciec, zdrowo postrzelona matka, córka nie mogąca się odnaleźć w tym świecie oraz syn, marzący o karierze astronauty. Całość jest pełna ciepła, prostego humoru opartego na slapsticku, bo nasz miś jest strasznie nieporadny i potrafi wywołać wręcz mały Armageddon (pierwsza próba umycia się czy próba zaklejenia urwanej kartki taśmą), chociaż jest to bardzo sympatyczny i kulturalne zwierzątko z głosem Bena Whishawa. i mimo tego rodzaju humoru, to wszystko naprawdę działa. Choć film jest przewidywalny, serwuje proste przesłanie (bycie dobrym zawsze się opłaca, zło zawsze ukarane jest, a dobro zawsze wraca, rodzina to siła), robi to w sposób bezbolesny (chociaż końcówka korzysta troszkę z łopaty). A realizacyjnie ma kilka ciekawych pomysłów jak przedstawienie rodziny za pomocą… domku dla lalek, gdzie w każdym z pokoi widzimy członków i to, co robią, co dodaje troszkę świeżości czy wizyta w Gildii Geografów, wyglądającej w lekko retro-futurystycznej wersji.

paddington13

Aktorsko jest solidnie, każdy robi swoje, zaś postaci są na tyle zarysowani, że potrafią zapaść (zwłaszcza bardzo skontrastowani państwo Brown, czyli Hugh Bonneville i Sally Hawkins oraz ich sąsiad – lekko wścibski pan Curry w wykonaniu Petera Capaldiego). Ale film kradnie zarówno wspomniany Whishaw, jak i Nicole Kidman w roli czarnego charakteru – opanowanej, chłodnej manipulantki, której motywacja jest zaskakująco jasna, a w realizacji celu jest bezwzględna.

„Paddington” jako wprowadzenie do większej całości sprawdza się dobrze, mimo że troszkę trąci myszką. Niemniej potrafi zaangażować, ma w sobie wiele uroku, chociaż wydaje się być skierowany głównie do młodego widza. Ja się bawiłem całkiem nieźle i doceniam połączenie starego stylu z nowoczesnym sznytem. Widzę potencjał na większą serię.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Blef

Howard Hughes – żadna inna postać nie magnetyzowała i nie skupiała uwagi ludzi na całym świecie jak ten miliarder, którego życiorys jest pełen plotek, spekulacji. Zwłaszcza jego powojenne losy, gdy wycofał się z życia publicznego. Ale czemu by na tym nie zarobić kasy? Tak postanowił zrobić Clifford Irving – bardzo ambitny pisarz, który postanowił napisać „autobiografię” Howarda Hughesa, ale bez udziału Howarda Hughesa. Cała ta historia może wydawać się nieprawdopodobna, ale całość wiele lat później spisał ją sam Irving.

blef1

Jeszcze większym zaskoczeniem jest fakt, że tą wariacką historię postanowił opowiedzieć… Lasse Hallstrom, czyli specjalista od obyczajowych opowieści. A historia o dużej mistyfikacji ciągle zaskakuje. Reżyser bardzo spokojnie prowadzi fabułę, coraz bardziej komplikując całą intrygę. A ja ciągle zadawałem sobie pytanie, kiedy i czy w ogóle to wszystko się sypnie. Kradzieże, fotografowanie dokumentów, imitowanie nagrań i głosu Hughesa – wszystko podkręca tempo, potrafi zaskoczyć i trzyma w napięciu. Ale jednocześnie są pewne momenty, gdzie część (przynajmniej) informacji może wydawać się prawdziwa. Mam tutaj wątki polityczne związane z prezydentem Nixonem, którego brat dawno temu wziął pożyczkę od Hughesa, co miało pewne perturbacje. To wszystko wciąga totalnie, potrafi parę razy wyciąć brzydki numer i jest bardzo soczyste. To na pewno film Hallstroma?

blef2

Reżyser zachowuje klimat lat 70. – i nie chodzi tylko o stroje, muzykę czy fryzury, ale też przede wszystkim scenografię. Zarówno wnętrze Watergate, chata Irvinga czy szklane biura wydawnictwa oddano z pietyzmem. Ale też pytania o prawdę i to, w co można wierzyć pozostają aktualne. Są spowodowane nie tylko „pracą” autora nad książką, lecz także z „przesłuchaniem” Hughesa przed komisją przez… telefon czy momentów obecności współpracownika Hughesa, George’a Holmesa. Czy aby wszystko było kłamstwem, a może Irving był tylko pionkiem? Na to pytanie sami musicie udzielić odpowiedzi.

blef3

Największym atutem jest kapitalna, wręcz życiowa kreacja Richarda Gere’a, który z gracją i urokiem wciela się w Irvinga. Z jednej strony to facet posiadający talent literacki, lecz brakuje mu siły przebicia, ale to także łgarz, mający sporo szczęścia oraz skłonności do oszustw (scena wyznania o romansie). A kiedy udaje Hughesa na taśmie, robi to bezbłędnie. Za każdym razem magnetyzuje, zwraca uwagę i niemal cały czas nie wychodzi z roli. Partneruje mu Alfred Molina, który jest tak poczciwy, ze bardziej się nie da, ale daje się wkręcić w cała akcję. Obaj panowie tworzą dość ciekawy duet, z kolei drugi plan błyszczy (m.in. Stanley Tucci, Marcia Gay Harden czy Hope Davis), kradnąc parę minut.

„Blef” to jeden z nieoczywistych filmów Hallstroma, który nie zawiódł. Zgrabny balans między humorem a dramatem, ciągłe zachowanie tempa, chociaż końcówka jest lekko mroczna. Mocne, miejscami bardzo mięsiste kino.

8/10

Radosław Ostrowski