Kiedy po raz pierwszy pojawiły się informacje, że ma powstać film na podstawie gry „Angry Birds”, byłem co najmniej zdumiony. Bo czy da się opowiedzieć historię, gdzie mamy ptaki walczące ze świniami? Animowany dział studia odpowiedzialnego za grę, postanowił udzielić odpowiedzi. Głównym bohaterem jest Czerwony – bardzo impulsywny ptak, zesłany za karę na kursy kontroli gniewu prowadzone przez dość ekscentryczną Matyldę. Tam poznaje szybkiego niczym błyskawicę Chucka oraz bardzo dużego, „eksplodującego” ptaka o ksywie Bomba. Między ptaszyskami zaczyna się tworzyć pewna nić sympatii. Ale w tym samym czasie na wyspę naszych bohaterów trafiają świnie kierowane przez Leonarda, nastawione dość serdecznie. Może poza zniszczeniem domu Czerwonego, co mocno go wkurza. I przy okazji odkrywa, że świnie mają inne zamiary.
Innymi słowy, scenariusz „Angry Birds” istnieje i proponuje może dość ograną, ale potrafiącą zaangażować opowieścią. Mamy grupkę outsiderów, którzy odkrywają prawdziwe oblicze świniaków, stając się nowymi bohaterami. Ale ta wyspa żyje, ma wiele wyrazistych postaci (nawet na trzecim planie jak ptaka-mima czy dużego, groźnie warczącego Terrance’a), a akcja miejscami wręcz galopuje. Jest nawet powiązanie z grą, czyli strzelanie z procy, co jest istotnym fragmentem fabuły. Powoli zaczynamy odkrywać intencje, a wplecione retrospekcje nie są pozbawione humoru (przebicie się Chucka przez zamek czy pozbycie się strażników w stylu Quicksilvera z „X-Men”). I to nie tylko dla młodszych, bo i zgrabnie wpleciono piosenki (m.in. Black Sabbath, Scorpions), a tłumaczenie nie jest pozbawione dwuznaczności. Także animacja jest zrobiona na bardzo dobrym poziomie – każdy ptak wygląda inaczej, porusza się płynnie (a Chuck nawet ekstra szybko), zaś bohaterów nie da się nie lubić.
Także polski dubbing trzyma poziom, za co należy pochwalić zwłaszcza odtwórców głównych ról. Jacek Bończyk (Czerwony), Janusz Zadura (Chuck), jak i Piotr Bąk (Bomba) zapadają mocno w pamięć, oddając wyraziste cechy swoich bohaterów: wybuchowość, szybkość i zwinność, a także skłonność do wybuchu pod wpływem stresu. To trio nakręca całość, wsparta przez równie mocne głosy Marty Dubeckiej (lekko hipisowskiej terapeutki Matyldy) oraz jak zawsze solidnego Pawła Szczęsnego (król Leonard).
„Angry Birds Film” ku mojemu zaskoczeniu to udany film, będący jedną z najlepszych adaptacji gier. Dynamiczna, zabawna, pełna akcji bajka z niegłupim morałem oraz dającym wiele zabawy. Nie tylko dla najmłodszych.
Poznajcie rodzinę Baudelaire’ów – to bardzo zdolna familia, z której członków najbardziej poznajemy dzieci. Najstarsza, 14-letnia Wioletka ma duże zdolności manualne godne samego McGuyvera, 12-letni Klaus to klasyczny mol książkowy, z których czerpie ogromną wiedzę, a najmłodsze Słoneczko posiada bardzo twarde zęby, mogące rozerwać wszystko. Ich spokojne życie zmienia się, gdy ich dom spłonąć, a rodzice zginęli. A sierotki obdarzone ogromnym majątkiem trafiają do tajemniczego krewnego, hrabiego Olafa. Ten jednak zamierza przejąć kontrolę nad majątkiem Baudelaire’ów, bez względu na wszystko.
Serial Netflixa powstał w oparciu o cykl powieści niejakiego Lemony’ego Snicketa, który… jest także narratorem całej opowieści. Obecność narratora w filmie zawsze traktowana jest jak wada, jednak Snicket nie jest kimś, kto pełni rolę łopaty dopowiadającej coś, czego nie widzieliśmy lub wskazujący, że tak powinniśmy myśleć czy czuć. O nie, to byłoby za proste. Jedynie przypomina, że to nie będzie radosny i pogodny serial, tylko pełen smutku oraz tragedii, co częściowo jest prawdą. Bo ekipa pod wodzą Barry’ego Sonnenfelda („Rodzina Addamsów”, „Faceci w czerni”) oraz Daniel Handlera dokonuje na widzu czegoś w rodzaju syndromu sztokholmskiego, bo mimo dramatycznych wydarzeń CHCIAŁEM (i zapewne inni widzowie też się w to wpakują) oglądać dalej. Dlaczego? Serial ma wiele tajemnic, które nie są zbyt szybko rozwiązywane, lecz stawiają kolejne pytania (chyba, że ktoś przeczytał cały 13 tomowy cykl), będące haczykami dla takich ludzi jak ja. A każdy tom rozbity jest na dwa odcinki, przez co nie ma sztucznego wydłużenia.
Wizualnie jest wręcz oszałamiająco, na granicy mroku znanego z dzieł Tima Burtona oraz silnej kolorystyki i symetryczności kadrów a’la Wes Anderson. Mrok pojawia się zarówno w paskudnym domostwie hrabiego Olafa, wyglądającym jak kompletnie zagracone, podniszczone i nieużywane czy okolica nad Jeziorem Łzawym przed huraganem. Nie znaczy to jednak, że jest szaroburo, co pokazuje chociażby dom dr Montgomery’ego, pełen kolorów oraz gadów. Nawet muzyka ma w sobie coś z klimatów Burtona, co nie jest wadą, a pojawiający się gdzieniegdzie czarny humor, dodaje smaku. Tak samo jak wiele zagadek związanych z lunetą, tatuażem na nodze Olafa czy przeszłości rodziców, która dla dzieci pozostaje kompletną niewiadomą.
„Seria…” bardzo mocno pokazuje jedną rzecz, przez co wywraca troszkę konwencję kina familijnego do góry nogami. Bo tutaj dorośli są przedstawieni w sposób może nie negatywny, lecz zamiast być wsparciem dla naszych bohaterów albo są bezradnymi marionetkami Olafa (sędzina marząca o karierze aktorskiej) albo cynicznymi draniami wykorzystującymi ich (Sir, właściciel tartaku) albo kompletnymi idiotami (pan Poe, dla którego praca w banku i przyszły awans są najważniejsze, a naiwny jest jak diabli). Dlatego hrabia Olaf, choć nie posiada talentu aktorskiego, tak łatwo podpuszcza i osiąga sukces. Także z powodu, że dorośli nie wierzą dziecku, bo jak ono mówi prawdę, to zmyśla (bo przekonanie, że Olaf przebiera się, by osiągnąć swój plan jest niemożliwe, prawda?) albo kłamie. Nawet sami Baudelaire’owie zaczynają się zastanawiać, czy warto dorosłym zaufać czy pogodzić się z tym, że jest się zdanym tylko na siebie. To nie jest częsty zabieg w tego typu produkcji.
Wspaniałe wrażenie robi obsada. Neil Patrick Harris w roli hrabiego Olafa jest wręcz znakomity, ciągle balansując na granicy groteski i przerysowania, wcielając się w kolejne postacie (włoski asystent, recepcjonistka czy stary marynarz), odpowiednio modulując głos, zmieniając swoje ruchy oraz mowę ciała. Coś nieprawdopodobnego, mimo że sama postać Olafa jest beztalenciem w swoim fachu. Tak samo świetni są odtwórcy ról Baudelaire’ów, czyli Malina Weissman (zaradna i sprytna Wioletka), Louis Hynes (oczytany Klaus) oraz Presley Smith (Słoneczko z głosem Tary Strong), tworząc świetnie uzupełniający się duet. Tak samo wyrazisty jest drugi plan, gdzie błyszczą tacy aktorzy jak Don Johnson (Sir), Aasif Mandvi (dr Montgomery, jedyny dobry opiekun), Joan Cusack (poczciwa sędzia Strauss) czy K. Todd Freeman (mocno kaszlący pan Poe). No i jest jeszcze jedna istotna postać, czyli Lemony Snicket. Patrick Warburton dodaje temu bohaterowi wiele melancholii, zaś jego życiorys pozostaje na razie tajemnicą. Wiemy, że próbę ustalenia losów rodziny uznaje za swój obowiązek, chociaż mam wrażenie, że nie mówi nam wszystkiego (Kim jest Beatrycze, którą tak kocha i dedykuje jej każdą część historii? Czy znał wcześniej rodzinę? Dlaczego się ukrywa – ostatni odcinek to mocno sugeruje – i przed kim?), ale to z czasem zostanie rozwiązane. I nie jest to w żadnym wypadku postać zbędna dla historii.
Nie wiem jak wy, ale zamierzam poznać dalszy ciąg młodych Baudelaire’ów, mimo pewnej schematyczności (dzieciaki trafiają do opiekuna, wkrótce zjawia się Olaf, próbuje bruździć, by na końcu zostać zdemaskowanym i ucieka). Ale to tylko intryguje, a kolejne pytania czekają na odpowiedzi, które mogą Wam się nie spodobać.
Ile razy wam się zdarzyło, że brakowało wam jednej skarpetki do pary? Jakby ktoś ją ukradł albo zjadł? Jak się okazuje robią pewne stworki zwane niedoparkami, które jedną skarpetę (z pary) kradną, drugą zostawiają. Tak działa gang pod wodzą Padre’a, w przeciwieństwo do Kudły Dederko, wolącego pary skarpet. Do grupy Padre’a trafia jego siostrzeniec Hihlik, któremu zmarł dziadek. A nasz bohater pakuje się w małe tarapaty, a wszystkich ich szuka pewien ekscentryczny naukowiec.
Kiedy wydaje się, że już nic nie może zaskoczyć, to okazuje się, że jest coś takiego jak czeska animacja. Czyli coś, co nie trafia się do naszych kin zbyt często. Sama historia oparta jest na popularnych w kraju miłośników piwa książkach dla dzieci. Wiadomo, że technicznie nie można osiągnąć pułapu zza Wielkiej Wody, więc nasi sąsiedzi musieli kombinować. Co z tego wyszło? Dość dziwne kino, które wygląda co najmniej ciekawie, chociaż świat naszych skarpetopodobnych tak mocno przypomina świat ludzi – tylko, ze tutaj mamy dwa gangi walczące ze sobą oraz wiele patologii w postaci „ćpania” śmierdzących skarpet, zaślepienia bogactwem i bezwzględnym okrucieństwem. A w to zostaje wplątany prostoduszny Hihlik, który szuka swojej nowej rodziny. Taka wizja świata to coś bardzo spotykanego w animacjach skierowanych dla dzieci.
Sama animacja nie wygląda najgorzej, chociaż sceny szybszych przejść z miejsca na miejsce są jakieś takie rozmazane i nieczytelne. Grafika jest uproszczona, chociaż nasi bohaterowie wyglądają dość oryginalnie. Takie troszkę skarpety z ustami, swoimi ubraniami i charakterami, pełnymi ekspresji, zaś ich ruchy balansują między byciem niezdarą a nieszablonowym kombinowaniem. W to wszystko są wplątani bohaterowie nie pozbawieni pozytywnych cech: oddania, lojalności, zdolności do poświęcenia, a ich konfrontacja z resztą otoczenia potrafi poruszyć.
Jednak „Niedoparki” i sama historia może się wydać dla młodego widza zbyt mroczna i przerażająca, zaś starszego odbiorcę może odrzucić strona wizualna, sprawiając pewien dysonans. Sceny włamań są zrobione całkiem nieźle, kreska nie kłuje mocno w oczy, ale czegoś mi tutaj brakuje i nie wiem za bardzo czego. Sam dubbing jest całkiem niezły (wyróżniają się starzy wyjadacze: Robert Tondera i Jarosław Domin w roli antagonistów, zaś mało znany Maksymilian Michasiów daje radę jako protagonista), chociaż pod koniec dość często pada słowo „Bóg”, ale to kwestia tłumaczenia (solidnego). W ostatecznym rozrachunku to ciekawa odskocznia wobec produkcji z Ameryki.
Ktoś może zapytać, czy nadal jest miejsce dla superbohaterów? I nie chodzi mi o trzaskane wręcz taśmowo filmy od Marvela, ale w ogóle. Kiedyś ci goście ratowali świat, pomagali wyciągać koty z drzew czy wspierali policję w swoich akcjach. Wszystko jednak zmieniła biurokracja oraz procesy przeciw superbohaterom, którzy muszą się ukrywać i nie eksponować swoje moce. Taki los spotkał Boba Parra aka pana Iniemamocnego oraz jego żony Elastyny, a także ich dzieci. Zduszony, znudzony szarym życiem Bob nie potrafi się do końca w tym odnaleźć. Więc kiedy dostaje propozycję od tajemniczego zleceniodawcy, zgadza się wziąć udział.
Jak wiadomo, ze pojawia się Pixar, to musi być ogromny hit (przynajmniej komercyjny), choćby zamysł wydawał się karkołomny. Realizacji podjął się Brad Bird, wcześniej odpowiedzialny za „Stalowego giganta”. Niby jest to klasyczne kino akcji, gdzie obdarzenie nieprzeciętnymi mocami osoby robią to, co zawsze. Jednak koncepcja posiadana własnej rodziny posiadającej megamoce (elastyczność ciała, niewidzialność, wielka siła, niezwykła szybkość), która nie może się publicznie zaprezentować bardzo odświeża tą konwencję. I to rozdarcie między byciem sobą (superheros), a ukrywaniem się jako szary człowiek (pracownik ubezpieczeń) jest rozegrane bez cienia fałszu, przez co było łatwo mi się identyfikować z Iniemamocnym.
Sama intryga jest poprowadzona bardzo solidnie, gdzie nie brakuje kilku niespodzianek oraz zabawy konwencją (monologi łotra, opisującego swój plan, przygotowanie strojów czy problem z pelerynami), co dodaje pewnej lekkości. Ale nie jest to stricte komediowe dzieło, więc żartów jest troszkę malutko. Jednak same sceny akcji, wzięte z kina superhero czy filmów szpiegowskich, są zrobione bardzo dobrze, podkręcając tempo oraz odpowiednio podbijając stawkę. Zarówno akcje na wyspie, jak i finałowa potyczka z robotem, nadal robią wrażenie. Może i bywa troszkę przewidywalne, niemniej przyjemnie się bawiłem.
No i polski dubbing, który podtrzymuje wysoki poziom. Klasę potwierdza Piotr Fronczewski jako pan Iniemamocny, znakomicie oddając zarówno zaangażowanie podczas czynów, jak i klincz między tym, co było a rutyną dnia codziennego. W kontraście do niego jest Dorota Segda (Elastyna), będąca bardziej skłonna dostosować się do nowych warunków, jednocześnie tracąc swój zadziorny charakter. Ale pod wpływem pewnych wydarzeń, wraca do dawnego oblicza. Równie łotr z głosem Piotra Adamczyka (Bobby/Syndrome) pasuje bardzo dobrze, nie przekraczając granicy przerysowania. Ale szoł kradnie niejaka Edna, czyli projektantka strojów (niby niziutka, ale wyrazista) z głosem… Kory.
Zanim pójdziecie do kina na nowych „Iniemamocnych”, przypomnijcie sobie, od czego się to wszystko zaczęło. Mimo prawie 15 lat na karku, superbohaterska rodzinka trzyma się mocno, trzyma za kark, siejąc ogromne spustoszenie. Czy teraz dadzą sobie radę?
Jesteśmy rzuceni w sam środek historii, gdzie dwóch mężczyzn ukrywa się w motelowym pokoju. Do tego z nimi jest chłopiec, noszący… gogle na twarzy. O co tu chodzi? Kim są ci ludzie i przed kim się ukrywają? Reżyser Jeff Nichols bardzo szczątkowo przekazuje informacje, dopiero z czasem tworząc pewien obraz wydarzeń, dlatego nie będę streszczał fabuły, bo im mniej się wie, tym lepiej dla widza. Powiem tylko tyle, że naszymi uciekinierami interesuje się pewna sekta, policja, FBI, a nawet NSA. Twórca bardzo konsekwentnie buduje aurę tajemnicy, do której możemy się przebić słuchając dialogów czy informacji z radia lub telewizji. Żadnej dokładnej ekspozycji, szczegółów, ale będą się dziać rzeczy nie z tego świata, pozbawione racjonalnego wytłumaczenia.
To wyjaśnia dlaczego większość scen toczy się nocą, a im bardziej próbujemy rozgryźć przyczynę, tym bardziej to wszystko zaczyna wciągać, bo kim jest ten chłopak? Nowym Mejsaszem (jak chce sekta), bronią (jak uważa rząd) czy może kimś zupełnie innym. Nichols jednocześnie prowadzi historię w sposób oszczędny, kameralny, przez co nie ma tu zbyt widowiskowych scen. Ale to wszystko pozostaje intrygujące, tajemnicze oraz opowiedziane pewną ręką. Choć pozornie zawiera pewne dziury oraz niedopowiedzenia, to jednak nie czułem się zdezorientowany, zagubiony. Jedyne, co mocno psuło mi efekt to zakończenie, które wywołuje we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony wygląda piorunująco, z drugiej może wydać się zbyt łopatologiczny, pokazując troszkę więcej niż – być może powinna.
Choć postacie są bardzo zarysowane i nie wiemy zbyt wiele, zagrane są co najmniej bardzo dobrze. Zarówno Michael Shannon (Roy), jak i Joel Edgerton (Lucas) są świetni w roli duetu przyjaciół, łączących siły w sprawie chłopca, a wszelkie emocje prezentują wręcz całym sobą. Tak samo przyciąga Jaeden Lieberher (Alton), magnetyzujący swoim specyficznym wyglądem oraz tajemniczymi umiejętnościami. Odrobinkę humoru udaje się przemycić Adamowi Driverowi, który jako wycofany, małomówny analityk NSA Paul Sevier, wypada dość zaskakująco.
„Midnight Special” wydaje się być hołdem Nicholsa dla filmów spod znaku Kina Nowej Przygody, ale nie podejmuje gry na nostalgii czy bycia zbiorem cytatów. To mroczna tajemnica, która skupia uwagę, mimo pewnej szczątkowości fabuły oraz małej dawce informacji o bohaterach czy świecie przedstawionym. Bardzo intrygujące, pociągające i nieoczywiste kino.
Dawno, dawno temu, a dokładnie w połowie lat 90. bracia Goddfrey oraz wokalistka Skye Edwards stworzyli trip-hopową grupę Morcheeba. Grupa nie brzmi tak mrocznie jak Portishead czy Massive Attack, ale zdobywa grono wielbicieli ciepłymi dźwiękami, lekko popowym sznytem oraz przypominającym troszkę Sade wokalem Skye. Po troszkę zignorowanym albumie “Head Up High” z 2013 roku, grupę opuszcza Paul Godfrey, zaś Skye z Rossem najpierw wydają płytę jako Skye & Ross w 2016, a teraz już jako Morcheeba wracają po pięciu latach. Jak te wszystkie perturbacje wpłynęły na brzmienie?
To nadal trip-hopowa mieszanka w stylu grup z Bristolu (stylistyka z lat 60.), ale w porównaniu z ostatnimi płytami wydaje się powrotem do korzeni. Wracają elektroniczne sample, wyrazisty bas oraz gitary, tworząc lekko psychodeliczny nastrój, troszkę podobny do ostatniej płyty Arctic Monkeys, lecz bardziej przebojowy. Taki jest ocierajacy się o kosmiczne dźwięki syntezatorów i przerobionej perkusji “Never Undo”, będący początkiem ten wyprawy. Kiedy w tytułowym utworze wskakuje raper Roots Manuva, słychać funkową gitarę, ziomalsko rytmiczną perkusję, a klawisze dalej podkręcają klimat. “Love Dub” – jak sama nazwa wskazuje – to skręt ku dźwiękom z Jamajki, gdzie przyjemnie bujające rytmy mieszają się z elektronicznymi eksperymentami, przełamując tą konwencję. Dla fanów bardziej lirycznych, intymnych fragmentów jest wsparte na akustycznej gitarze “It’s Summertime”, ale na końcu solówka na elektryku kosi.
“Sweet L.A.” ubarwione ciepłym Rhodesem skręca w soul, by w “Paris sur Mer” zaśpiewanym z Benjaminem Biolayem pójść ku mieszance pulsującej perkusji, akustycznej gitary oraz francuskich słów. Romantycznie robi się też w cudnym “Find Another Way”, gdzie skontrastowano cymbałki i gitarę akustyczną z mroczniejszą elektroniką oraz gitarą elektryczną, zaś mrok wraca do transowego “Set Your Sails” oraz krótkiego “Free of Debris”, a także finałowego, instrumentalnego “Mezcal Dream”.
Przystępne i jednocześnie bogato zaaranżowane, jak każdy utwór. A co najbardziej zaskakujące, przeskoki stylistyczne nie gryzą, tylko są w stanie połączyć się w jedną całość, spinają przez uwodzicielski wokal Skye, bardzo oszczędnie wykorzystującą swoją ekspresję.
Kiedy wydawało się, że po odejściu Paula Godfreya więcej już o Morcheebie nie usłyszymy, grupa jako duet nagrywa swój najlepszy album od dawien dawna. Kreatywny, nieszablonowy, mieszający gatunki jak w kalejdoskopie, a jednocześnie elegancki i po prostu piękny. Mogę mieć tylko nadzieję, że “Blaze Away” zacznie nowy etap w karierze (już) duetu.
Dawno, dawno temu w dżungli działał oddział bohaterów zwany Championami, stającymi w obronie przed misiem koala Igorem. Ale podczas jednej z nieudanych prób zginął jeden z wojowników, guziec Fred, ratujący jajko pingwina. Maurycy zostaje wychowany przez tygrysicę Nataszę, ale wbrew jej woli, inspirując się pozostałymi Championami, wyrusza ścieżką wojownika tworząc własną ekipę, zwana Kumplami z dżungli. Ale Igor ucieka z bezludnej wyspy i planuje zemstę.
„Kumple z dżungli” to kinowa wersja francuskiego serialu animowanego z 2011 roku, gdzie Maurycy kierował swoją własną ekipą (rybka Junior, tarsjusz Gilbert, nietoperz Batrycja, goryl Miguel oraz żaby Al i Bob). Niestety, nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie, jak poznał tą grupkę wojowników, jednak działają już od dłuższego czasu. Sama historia jest dość prosta, a jej motywem jest współpraca między dwoma pokoleniami wojowników, co idzie dość opornie. Spięcia między matką a synem są silnie zaznaczone, a konfrontacja z Igorem daje wiele satysfakcji. Twórcy tworzą tutaj kino akcji ze zgrabnym, pozbawionym łopatologii morałem o sile wspólnego działania. Wszelkie potyczki są zrobione w sposób finezyjny, co czuć już na samym początku, pokazując zgranie ekipy, wykorzystujących otoczenie. I to robi robotę.
Sama historia wygląda całkiem nieźle, a animacja jest tylko nieco słabsza od produkcji Disneya czy Pixara. Nie jest aż tak szczegółowa jak w/w, ale jest za to bardzo przyjemna dla oka, kolorowa oraz z pomysłowo zarysowanymi zwierzątkami, co dzieciom na pewno się spodoba. Do tego mamy jeszcze bardzo dobrze współgrającą muzykę oraz inspiracje klasykami kina pokroju „Indiany Jones” (pościg w tunelu), „Rocky’ego” czy „Mission: Impossible”. Także bardzo delikatny humor może spodobać się dzieciom.
No i polski dubbing, który prezentuje się dobrze, chociaż brakuje zapadających w pamięć postaci, a aktorzy dobrze oddają swoich bohaterów. Największe brawa zgarnia Zbigniew Suszyński, czyli pingwin Maurycy, będący charyzmatycznym wodzem, a jednocześnie pragnącym uznania swojej matki dzieckiem. Na drugim planie najbardziej zapadł mi Janusz Wituch (jajogłowy Gilbert) oraz duet Jarosław Domin/Cezary Kwieciński (Al i Bob). Solidnie prezentował się Maciej Maciejewski w roli pyszałkowatego Igora, pełnego megalomańskich zapędów.
„Kumple z dżungli” to bardzo przyzwoita animacja, dająca dużo rozrywki. Przesłanie niegłupie, historia angażuje, mimo pewnej przewidywalności oraz dość prostego poczucia humoru. Lekkie, przyjemne kino przygodowe dla dzieci, ale i starsi znajdą tu coś dla siebie.
Poznajcie Julkę – młodą dziewczynkę, której rodzice mieszkają w Kanadzie i ma wkrótce do nich pojechać na wakacje. Niestety, rodzice to dość zapominalscy ludzie, więc dziewczynka spędza więcej czasu z ciotką, specjalistką od dzieł sztuki. Zapalnikiem wydarzeń jest kradzież cennych planów z domu ciotki, w czym Julka – pośrednio – miała wpływ (zostawiła otwarte okno). I wtedy na jej drodze pojawia się Olek – chłopiec prowadzący na własną rękę śledztwo w sprawie częstych kradzieży.
Wydawałoby się, że w Polsce już kina dla młodych widzów się nie robi, chociaż ostatnio powoli coś się zmienia. Do tego trendu próbuje się wpisać debiut Marty Karczewskiej, przypominający troszkę klimaty książek Adama Bahdaja oraz Edmunda Niziurskiego, przeszczepiony do dzisiejszych realiów. Widać, że to produkcja skierowana do bardzo młodego widza, zaczynającego swoją przygodę z X Muzą. Jest to klasyczne kino, pełne zagadek, mylenia tropów oraz poszukiwania skarbu, który jest bardzo ciekawy (rysunek warszawskiej Syrenki od Pablo Picassa). Sama historia niezbyt mnie wciągnęła i jest pełna ogranych klisz (antypatyczny duet niań Pulchna i Chuda, oschła ciotka, troszkę nieporadni dorośli), które starszym odbiorcom będą zwyczajnie przeszkadzać. Całość idzie bardzo po sznurku, czasami jest dużo zbiegów okoliczności, a miejscami jest wręcz mrocznie jak w tunelu i zaskakująco poważnie jak na film familijny. Tutaj najważniejsza jest kwestia zaufania do innych, która jest wystawiana na próbę oraz przyjaźń Julki z Olkiem, o czym ciągle opowiada sama bohaterka z offu.
Trudno się przyczepić do realizacji, bo jest bardzo porządnie wykonana. Ładne są zdjęcia z wykorzystywanym motywem z perspektywy otwieranych drzwi czy niszczonej ściany. Nawet dialogi są całkiem niezłe. Ale brakuje jakiegoś błysku czy czegoś, co wybijałoby ze stanu średniego, chociaż doceniam wyjście poza budynki.
Aktorsko nie ma tu zbyt wiele do popisu, zaś dzieciaki (Hania Hryniewiecka oraz Jakub Janota-Bzowski) miejscami brzmią sztucznie, przyprawiając parę razy o ból uszu. Ok, to są debiutanci i nie należy wiele wymagać, jednak można było nad tym popracować. Troszkę luzu wniósł Piotr Głowacki (tajemniczy „Szef”) oraz przerysowany duet Maria Maj/Jadwiga Jankowska-Cieślak. Poważniejsza jest Joanna Szczepkowska (ciotka) i pojawiający się na dość krótko Krzysztof Stroiński (muzealnik).
Jeśli chcecie zobaczyć film dla młodego odbiorcy, to lepiej sięgnąć po „Za niebieskimi drzwiami” czy nawet „Klub włóczykijów”. Debiut Karwowskiej jest pewną nadzieją dla kina dziecięcego, chociaż dla mnie troszkę działał ziewogennie. Niemniej chciałbym więcej tego rodzaju kina w Polsce.
Ta polska wokalistka jazzowa stała się rozpoznawalna na świecie już w latach 80. Do tej pory nagrała 5 studyjnych płyt, z których każda osiągnęła co najmniej status Złotej Płyty. I teraz po 9 latach wraca z premierowym materiałem. Jak wyglądają te “Motyle”?
To nadal stara, dobra Basia śpiewajaca w języku Anglosasów, chociaż zarzuty o granie jednego utworu w kółko są bardzo przesadzone. Sam początek to “Bubble”, czyli klasyczny, elegancki swing z rozpędzonym fortepianem i akustyczną gitarą. Ale bardziej pewnie czuje się w klimatach samby, co wykazuje singlowy “Matteo”, gdzie delikatnie grają klawisze, by zaraz rozpędzić się w funkowym “No Hearthache” z bujającym saksofonem. Tytułowy utwór jest przesiąknięty elektroniką, co jest sporym zaskoczeniem, ale wszystko wraca soulowym “Where’s Your Pride”, w którym nie zabrakło miejsca ani dla smyczków, ani chórku czy “cięższego” saksofonu. Tajemniczy “Be.Pop” przypomina klasyczny swing, a większa obecność dęciaków dodane staroświeckiego sznytu. Jest jeszcze jedna niespodzianka w postaci egzotycznego “Liang & Shu” z “azjatycko” brzmiącymi skrzypcami, duet z Markiem Reillym (Matt Bianco) “Show Time”, będący wypadkową jazzu z sambą czy zaczynający się od wokaliz a capella “Like Crazy”. Ciekawostką można nazwać krótki, instrumentalny “Rachel’s Waltz”, pozwalający lekko złapać oddech przed pędzącym “Pandora’s Box” z dęciakami oraz gitarrą.
Każdy utwór jest inny, a wszystko łączy Basia oraz jej cudowny wokal, dodający nutki elegancji, ciepła, szyku. Dzięki czemu “Butterflies” brzmi tak przyjemnie, że już bardziej się nie dało. Taki jazz w starym stylu, dający wiele satysfakcji, do słuchania ze szklanką whiskey lub przy kominku.
Czy są tu jacyś fani świata Harry’ego Pottera? Mugole, Hogwart, magia, niezwykłe stwory, zaklęcia, ale też i mroczniejsza strona magii. Jednak nowy film Davida Yatesa toczy się w czasach, kiedy rodzice Pottera jeszcze się nie znali. Jest rok 1926, a świat jest terroryzowany przez ataki zbiegłego Gellerta Grindenwalda, próbującego doprowadzić do konfrontacji między czarodziejami a nie-magami. W tym samym czasie do Nowego Jorku przybywa Newt Scamander – brytyjski mag, badający niezwykłe stworzenia i przechowujący je w swojej małej walizce. Tylko, ze ten przyjazd to nie jest dobry pomysł, bo obowiązuje zakaz sprzedawania magicznych zwierząt, a miasto jest niszczone przez tajemnicze monstrum. Dodatkowo po przybyciu, wskutek nieprzyjemnego zbiegu okoliczności, kilka stworzeń uciekło z walizki.
Jak można wywnioskować, dzieje się tu wiele, ale reżyser wsparty przez samą J.K. Rowling (producentka i scenarzystka w jednej osobie) daje sobie radę w tworzeniu tego spin-offa. Przeniesienie akcji z Anglii do purytańskiej Ameryki lat 20., dodaje wiele świeżości. Dodatkowo bardzo trafnie podaje tło epoki, gdzie wszelkie relacje z nie-magami są wręcz zabronione, a każdy świadek działań czarodziejów musi zostać pozbawiony pamięci. Dodatkowo wyczuwalna jest pewna wrogość wobec magii, a w powietrzu wisi wielkie niebezpieczeństwo, wynikające z ryzyka zdemaskowania. I to daje „Fantastycznym zwierzętom…” bardziej poważny ton. Wrażenie robi nadal strona wizualna, a zwłaszcza odtworzenie klimatu lat 20.: od strojów, samochodów aż po fryzury i budynki. Nawet efekty specjalne prezentują bardzo przyzwoity poziom, co widać w wyglądzie każdej z bestii.
Ale miałem jeden, bardzo poważny problem – Yates chce dużo upchnąć do tej historii, przez co parę wątków jest ledwo liźniętych. Bardzo podoba mi się bardziej mugolska perspektywa na magiczny świat (postać Jacoba Kowalskiego, wplątanego w całą intrygę), z drugiej strony jest stowarzyszenie walczące z magami i przedstawiające ich w najgorszym świetle, z trzeciej jest Magiczny Kongres USA, którego funkcjonowanie pokazano bardzo pobieżnie. Do tego mamy kilka scen z humorem bardziej slapstikowym, który bardziej pasuje do filmu dla dzieci (ściganie Niuchacza – stworka lubiącego błyskotki – w sklepie jubilerskim) i spowalnia tempo, wybijając z rytmu. Niemniej całość ma wiele uroku, angażuje, zaś sama intryga wsysa, mimo pewnych ogranych chwytów.
A jak sobie radzą nowi bohaterowie? Zaskakująco dobrze. Eddie Redmayne świetnie odnajduje się w postaci młodego Newta, który jest bardzo wycofany, a same zwierzęta traktuje z sympatią, empatią, bez przemocy i agresji. Uroczy chłopak, tak jak panna Tina Goldstein w wykonaniu Katherine Waterson. Niby służbistka, ale nie zawsze działająca zgodnie z prawem. Film jednak kradnie Dan Fogler, czyli wspomniany Kowalski – mugol, który wplątał się w sprawy czarodziejów. Niby prosty facet, ale jak się okazuje, bywa pomocnym kompanem, tak samo jak flirtująca i czytająca w myślach Queenie Goldstein (przeurocza Alison Sudol). Po drugiej strony jest bardzo mroczny i tajemniczy Graves (trafnie dobrany Colin Farrell), którego motywacja długo pozostaje niejasna, a prawdziwa tożsamość może wprawić w szok. Z drugiej strony kilka postaci robi tutaj tylko za tło, nie mając zbyt wiele do zagrania jak Jon Voight (wydawca Henry Shaw) czy Carmen Ejogo (prezydent Kongresu, Seraphina Picquery).
Jedno można wywnioskować od razu: „Fantastyczne zwierzęta…” to wstęp do większej całości, która bardzo mnie ciekawi i interesuje. Polubiłem tych nowych bohaterów, mimo drobnych potknięć scenariusza, wszedłem w ten świat i chciałbym poznać kolejne przygody Scamandera i spółki. Może w końcu poznamy też samego Dumbledore’a.