Oliver i spółka

Teraz coś ze starszych dzieł studia z Myszką Miki, będący wariacją na temat „Olivera Twista”. Ale zamiast slumsów XIX-wiecznego Londynu, jesteśmy we współczesnym Nowym Jorku. A kim jest Oliver? Bezdomnym kotem, próbującym jakoś żyć po tym mieście. I wtedy poznaje niejakiego Bajera, psiego cwaniaka należącego do gangu, mającego jeden cel: pomóc spłacić dług swojego pana.

oliver_i_ferajna1

Od razu ostrzegam: „Oliver i spółka” jest animacją zrobioną w bardziej staroświecki sposób, jaki znany jest z produkcji lat 70. oraz 80., czyli bardzo prosta kreska, z bardzo niewielkimi szczegółami, jeśli chodzi o tło. Dzisiaj coś takiego może wydawać się bardzo archaiczne, ale to raczej z powodu rozleniwienia dzisiejszymi popisami speców od grafiki komputerowej. Niemniej film George’a Scribnera ma w sobie wiele uroku, a zwierzaki wyglądają bardzo uroczo. O dziwo scen śpiewanych jest bardzo mało i nie są w żaden sposób musicalowe (może poza popisem Bajera), co jest pewnym zaskoczeniem. Ale od razu ostrzegam: to bardzo mroczny film, gdzie nie brakuje przemocy, chociaż krwi oszczędzono nam. Bo mamy szantaż, gangstera z bezwzględnymi dobermanami (ksywy Landryn i Karmel wydają się złośliwym żartem), doki czy podniszczone doki – to nie jest świat, z jakim dzieci zazwyczaj mają do czynienia. I to zderzenie bezwzględnego świata z siła przyjaźni jest najmocniejszą rzeczą tego filmu.

oliver_i_ferajna2

Film jest bardzo króciutki (niecała 80 minut), a intryga nie należy do skomplikowanych. Niby wszystko jest na miejscu, ale poza zakończeniem i odbiciem pewnej dziewczynki, sama historia mnie nie zaangażowała za bardzo. Prawdopodobnie dlatego, że już z takich filmów jak „Oliver i spółka” zwyczajnie wyrosłem, chociaż doceniam mroczniejszą tonację oraz poważniejsze motywy. Tak samo warto pochwalić polski dubbing, w którym najbardziej bryluje wyluzowany Robert Czebotar (Bajer) i urocza Edyta Jungowska w roli głównej. Nie można też nie wspomnieć kradnących każdą scenę Jana Prochyrę (Frankie) oraz Jacka Kawalca (Tino), dodających lekkości.

oliver_i_ferajna3

Gdybym obejrzał ten film w wieku 6-7 lat, byłoby OGROMNE prawdopodobieństwo, że spodobałby mi się o wiele, wiele bardziej niż teraz. Z dzisiejszej perspektywy to prosta historia, gdzie sporo problemów i komplikacji rozwiązywanych jest dość szybko, kreska jest dość skromniutka, muzyka popowa (a piosenki chwytliwe), niemniej jest to na swój sposób urocze. Dla najmłodszych, którzy chcą zacząć przygodę z kinem.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Hercules

Disney przez bardzo długie lata był potęgą nie do zniszczenia, a każdy film spotykał się z bardzo dobrym odbiorem u wszystkich, realizując czasami dość karkołomne przedsięwzięcia jak „Dzwonnik z Notre Dame”. Ale w 1997 roku zdecydowali się zmierzyć z grecką mitologią, a dokładniej z losami niejakiego Herculesa, będącego wariacjami na ten temat. A wszystko tak naprawdę zaczyna się, gdy w dzień narodzin naszego herosa przybywa Hades – bóg zaświatów, który z Zeusem ma na pieńku i planuje przejęcie władzy nad Olimpem. Ale żeby zrealizować plan musi usunąć (w sposób ostateczny i nieodwołalny) Herculesa, tylko najpierw trzeba pozbawić go nieśmiertelności. Jednak wskutek zbiegu okoliczności bobas trafia do rodziny śmiertelników, nie znając swojego prawdziwego pochodzenia. A kiedy je odkrywa, by wrócić na Olimp musi stać się bohaterem.

herkules1

Reszta jest klasyczna, czyli jest śpiewanie (tutaj jednak głównie robią to opowiadające historię Muzy, sztuk 5 w bardzo popularnym w starożytności stylu soulowo-gospelowym), sporo akcji, komplikacji oraz humoru. Twórcy wykorzystują mit do sięgnięcia po bardziej ponadczasowe motywy: poszukiwanie swojego miejsca na ziemi, swojego ja oraz odkrywania świata niczym dziecko. Jest też próba radzenia sobie ze sławą, co jest dość ciekawym i przyjemnym detalem. Ale tak naprawdę to stary schemat w nowych fatałaszkach. Zaskoczeniem jest „uwspółcześniona” wizja świata. I nie chodzi tylko w wplecenie billboardów, miejskiej komunikacji, ale sposobu marketingu (sklep z gadżetami), uwieczniania portretów (nasz heros ze skórą lwa, wyglądającego jak… Skaza), dodając lekko postmodernistycznego zacięcia.

herkules2

Sama animacja wygląda bardzo ładnie i jest to jeszcze ręcznie wykonana kreska (aczkolwiek Hydra jest troszkę trójwymiarowa), imitująca malunki z greckim waz oraz malunków. Ale jednocześnie twórcy potrafią zaszaleć z wizerunkami bogów (Hermes wyglądający niczym podchmielony gwiazdor w okularach, Hades z „płonącą” głową) czy mitycznymi bestiami. A historia potrafi wciągnąć i zaangażować (bardzo dramatyczny finał w zaświatach), dostarczając także mnóstwo zabawy, mimo wykorzystania znajomych szablonów.

herkules3

A całość na wyższy pułap wznosi polska wersja językowa, nie tylko dzięki bardzo zgrabnemu tłumaczeniu (nawet potoczny język ładnie został wpleciony), świetnie wykonanym piosenkom oraz fantastycznej obsadzie. Herkiem przemawia najpierw Paweł Iwanicki oraz Jacek Kopczyński, którzy trzymają fason (chociaż ten drugi wypada lepiej), tworząc przekonująco rolę młodego herosa. Jednak całość kradną rewelacyjni Witold Pyrkosz oraz Paweł Szczesny. Pierwszy to lekko nabuzowany satyr, będący dla naszego protagonistę mentorem, z kolei drugi jest mściwym bogiem, bywającym bardzo, BARDZO impulsywnym czarnym charakterem. Inteligentny, przebiegły, rozgadany, ale mający dość kiepskich pomagierów, przez co staje się komediową petardą.

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, „Hercules” bardzo dobrze się broni i nawet te piosenki nie doprowadzają do bólu uszu. Animacja nadal wygląda ładnie, postacie są bardzo wyraziste, dowcip ciągle bawi, doprowadzając do łez… ze śmiechu.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Skandal w angielskim stylu

Skandal i władza to połączenie, które zawsze przyciągało ludzi niczym sępy żer. Nie inaczej się działo się w 1979 roku, gdy doszło do procesu. Oskarżonym był były szef Partii Liberalnej, Jeremy Thorpe, a oskarżycielem był mało znany Norman Scott – homoseksualista, z którym polityk miał romans. Thorpe’a oskarżono o spisek i podżeganie do zabójstwa. Jak do tego doszło? O tym postanowił dla BBC opowiedzieć Stephen Frears. A wszystko zaczęło się w 1962, gdy Thorpe powoli zaczynał rozkręcać swoją karierę w partii i swojemu przyjacielowi, postanowił opowiedzieć o początkach związku. Zapalnikiem był bardzo szczegółowy list do matki Thorpe’a.

very_english_scandal1

Reżyser w krótkiej formie – bo mamy tylko trzy odcinki po niecałej godzinie – rekonstruuje przebieg wydarzeń, pokazując wszystko z obydwu perspektyw – Thorpe’a oraz Scotta: od pierwszego spotkania przez odrzucenie, oskarżeń na policję (to były czasy, gdy pederastia były nielegalna) aż do próby morderstwa. I obydwaj bohaterowie muszą się zderzyć z reperkusjami wydarzeń, jakie następowały – ukrywanie swojej orientacji (poza wąskim gronem przyjaciół), osobiste dramaty aż do konfrontacji w sądzie. Frears wiernie odtwarza przebieg wydarzeń, zaś obaj bohaterowie sprawiają wrażenie dość antypatycznych, bo pierwszy jest politykiem (a jak wiadomo politycy to kłamcy, oszuści i ludzie jakim ufać nie należy w żaden sposób), drugi jest mitomanem, nieudolnym szantażystą oraz nie radzącym sobie z emocjami gościem. I ja mam takie prowokacyjne pytanie: komu wierzycie?

very_english_scandal2

Czas bohaterów jest rozdzielony po równo, a mimo obecności wielu postaci, nie miałem poczucia dezorientacji, chaosu czy gubienia się w poszczególnych wydarzeniach. Skutecznie wykorzystywany montaż równoległy, pokazuje bardzo silną więź tych postaci oraz jak wiele ich ze sobą łączy (utrata partnerów, radzenie z tożsamością seksualną), zaś napięcie powoli jest podkręcano z sekundy na sekundę jak w scenach próby zabójstwa czy finałowym procesie, który okazał się jedna, wielką kpiną (sami zobaczycie dlaczego).

very_english_scandal3

Wrażenie robi też scenografia, odpowiednio dobrana muzyka, kostiumy, pojazdy. Czuć, ze to lata 60. oraz 70., chociaż mentalność oraz sposób działania wyższych sfer mają charakter bardziej ponadczasowy. Jednak Frears nie piętnuje żadnej ze stron – przynajmniej wprost – a pokazuje Thorpe’a i Scotta jako ludzi czasem zagubionych, żałosnych, naiwnych, ale gdy wymaga tego sytuacja nawet bezwzględnych. Zaś wiarygodność tych postaci budują rewelacyjne role Hugh Granta oraz Bena Whishawa. Ten pierwszy przeżywa wręcz drugą młodość, coraz bardziej zaskakując swoim rzadko wykorzystywanym warsztatem – od męża i ojca, ukrytego homoseksualisty (krótka scena, gdy obrońcy opowiada o swoich doświadczeniach) aż po bezwzględnego, pewnego siebie polityka z troszkę lisim wyrazem twarzy. Dla niego reputacja jest ważniejsza niż prawda, dążąc do tego celu wręcz po trupach. Whishaw jako Scott jest jego przeciwieństwem – początkowo rozedrgany, nie do końca stabilny, troszkę, jakby to ująć, zniewieściały, zaczyna przechodzić ewolucję, nabiera pewności siebie (oskarżenie na komisariacie czy przesłuchanie w sądzie) i zaczyna akceptować to, kim jest. I to są prawdziwe petardy, spychające wszystkich na dalszy plan, choć reszta obsady też gra bardzo dobrze (jak Alex Jennigs, Michelle Dotrice czy Adrian Scrborough).

very_english_scandal4

Jeśli ktoś się spodziewał kolejnego „House of Cards”, to musi się rozczarować. Ta mieszanka dramatu, kryminału, polityki i kina obyczajowego sprawdza się zaskakująco dobrze, a Frears przypomina, że nadal ma w sobie pazur. Ten skandal jest zaiste w brytyjskim stylu, czyli elegancko pokazany, ale w żaden sposób nie próbuje wybielić czy oczernić.

8/10

Radosław Ostrowski

Dinozaur

Era prehistoryczna zawsze pociągała filmowców, także odpowiedzialnych za kino animowane. Wszyscy pamiętamy „Epokę lodowcową” z triem mamut/leniwiec/tygrys. Ale rok wcześniej Disney też postanowił opowiedzieć historię z dinożarłami w rolach głównych pod wielce mówiącym tytułem „Dinozaur” zrealizowaną przez młodych filmowców – Ralpha Zondaga i Erica Leightona.

Punkt wejścia jest prosty – poznajcie Aladara. Jego los bardzo przypomina Mowgliego, bo jego rodzina zginęła, a jak był jajkiem znalazł się pod opieką lemurów, Yara i Pino. Chłopak dobrze sobie radzi, mimo bycia innym. Ale spokojna egzystencja na wysepce nie trwa długo, bo pojawia się deszcz meteorytów, niszczący wszystko dookoła. Poza Aladarem przeżyły tylko cztery lemury i pozbawione domu muszą znaleźć nowe miejsce dla siebie. I tak trafia na stado dinozaurów kierowane przez Krona, rządzącego twardą ręką, co doprowadza do spięć.

dinozaur1

Ten film z 2000 roku jest jednym z najbardziej nieoczywistych filmów Disneya, który wybija się z kilku powodów. Po pierwsze, jest tutaj dość zaskakująca realizacja, gdzie animacja jest komputerowa i były poddane jej wszelkie stwory. Cała reszta, czyli natura wygląda jakby żywcem wzięta z filmu przyrodniczego, do którego animacja została „doklejona”. Z czymś takim jeszcze nie miałem do czynienia, tylko że sama animacja mocno pachnie naftaliną i wygląda troszkę brzydko oraz mało szczegółowo z dzisiejszej perspektywy. Historia też nie należy do skomplikowanych, podział na dobrych i złych jest czytelny, a racje pozornie wydają się równoważne (słabsi odpadają ze zmęczenia, a silniejsi bardziej znoszą to, co się dzieje). Więc kiedy Aladar ma wybór czekać na resztę już dość zmęczonych towarzyszy czy przeć dalej, wtedy film staje się głębszy i ciekawszy, a konsekwencje tej decyzji stają się niezłym morałem.

dinozaur2

Sami twórcy nie boją się pokazywać scen brutalnych, bo przemoc jest częścią naszego życia, ale nie uważają, że jest to jedyny sposób na rozwiązywanie konfliktów. I to jest na pewno zaleta. Tak samo jak przepiękna muzyka Jamesa Newtona Howarda, dodającego wręcz epickiego rozmachu. Podobnie całe tło wygląda przyjemnie, choć dość monotonnie. Z kolei dubbing prezentuje się całkiem nieźle, a najbardziej wybija się mocarny Tadeusz Huk (Kron), rozbrajający Jacek Kawalec (podrywacz Zini) oraz duet dinozaurów staruszek w interpretacji Wiesławy Mazurkiewicz i Zofii Rysiówny (Eema i Baylene).

dinozaur3

Disney w „Dinozaurze” bardzo mocno postanowił odejść od swojej bezpiecznej strefy, co należy pochwalić. Jednak komputerowa animacja nie do końca zniosła próbę czasu, bohaterowie są ledwo zarysowani, a obecność lemurów w tych realiach jest co najmniej zastanawiające. Ale ogląda się to nieźle, postacie potrafią wzbudzić sympatię, zaś dubbing jest wartością dodaną. I są dinozaury, a to może wystarczyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Grobowiec świetlików

Wrzesień 1945. Dla Japończyków wojna jest już przegrana, a sny o niezwyciężonej armii oraz boskości swojego cesarza okazały się zwykła fikcją. A sama historia zaczyna się od śmierci naszego bohatera – młodego chłopca o imieniu Saito. Chłopak umiera z niedożywienia na dworcu nocą, leżąc gdzieś obok innych ledwo dyszących ludzi. I wtedy zaczynamy się cofać, gdy mieszkał razem z matką oraz młodszą siostrą Setsuko. Ojciec walczył jako dowódca okrętu, więc nie było go w domu, a życie toczyło się dość szczęśliwie. Ale bombardowanie wioski zmieniło wszystko, a dzieci wyruszają do ciotki.

grobowiec2

Bardzo rzadko się zapuszczam poza produkcje z Europy i Ameryki, jednak postanowiłem zaryzykować. Anime Isao Takahaty z 1988 roku uważane jest za jedną z bardziej poruszających historii w ogóle. Zderzenie dziecięcego spojrzenia na świat z bardzo brutalną wizją wojny może wywołać bardzo dużą konsternację. Strona plastyczna w żadnym wypadku nie osłabia antywojennego przekazu oraz dramatycznych wydarzeń na ekranie: bombardowania samolotów, kolejne trupy, poczucie obowiązku ważniejsze niż człowieczeństwo oraz duma. Ta ostatnia, zakorzeniona w kulturze Japonii, stanie się źródłem tragedii, gdyż z powodu dumy chłopak decyduje się wprowadzić się do opuszczonego bunkra z siostrą. A im dalej w las, tym beztroska zaczyna się zderzać z brutalnym światem, gdzie coraz trudniej jest zdobyć jedzenie, a głód staje się nierozerwalną częścią życia.

grobowiec1

„Grobowiec” wygląda przepięknie, choć jest to ręcznie rysowana kreska, co w czasach realizacji było po prostu standardem. Czuć „japońską” rękę, ale kompletnie to nie przeszkadza, bo prostota jest najmocniejszą siłą tego małego dzieła, zaś kilka obrazów (zabandażowana matka, pierwsze bombardowanie czy desperacka kradzież żywności z pola) potrafią przerazić i trzymać za gardło. A im bliżej finału, tym ciężej się to ogląda. Widać silną więź między rodzeństwem oraz poświęcenie brata wobec siostry, tylko że ono nie wystarcza.

grobowiec3

W tej relacji z jednej strony widać silną indoktrynację narodu, co najmocniej wydać w postaci ciotki, starającej się wykonywać swoje obowiązki wobec kraju (pomoc w gaszeniu, w pracach domowych) i próbującej namówić do tego Saito, zarzucając mu nieróbstwo oraz to, że woli spędzić czas z siostrą. Także sam chłopak, syn oficera, jest przekonany o sile swojego narodu (wspomniana scena parady i podśpiewywanie pieśni patriotycznych), co też poddane zostaje weryfikacji. Postacie są bardzo wyraziste, zaś zakończenie potrafi doprowadzić do łez.

Mimo 30 lat na karku, „Grobowiec” jest jednym z mocniejszych filmów antywojennych jaki powstał – bez słodkości, lukrowania i naiwności, za to z silną dawką emocji, mieszając piękno z grozą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Łowcy potworów

Wszyscy pamiętamy bolesną wpadkę pt. „Mumia” z zeszłego roku, która miała być wstępem do nowego – uwaga, niebezpiecznie popularne słowo – uniwersum Universala, wskrzeszającego klasyczne monster movie oraz stworów takich jak Dracula, Potwór z Bagien czy Wilkołaka. Tylko, że film z tymi kreaturami występującymi razem już powstał ponad 30 lat temu, a w Stanach ma status dzieła kultowego.

lowcy_potworow1

Bo co by się stało, gdyby Dracula po stu latach pojawił się wśród żywych i zamierzał przejąć władzę nad światem? Razem z Wilkołakiem, stworem Frankensteina, Mumią oraz Potworem z Bagien muszą odnaleźć pradawny amulet, który może ich powstrzymać i zniszczyć go. Powstrzymać go próbują młode dzieciaki tworzące „Klub Potworów”. Sean, Patrick, Horace, Rudy i Phoebee to pasjonaci horrorów oraz filmów z potworami, czyli tacy współcześni geecy. Tylko, że wiedzę mają tylko teoretyczną, ale to się zmienia z pomocą dziennika samego Abrahama Van Helsinga.

lowcy_potworow2

Reżyser Fred Dekker do spółki z Shanem Blackiem postanowili pobawić się konwencją horroru, sklejając go z Kinem Nowej Przygody w stylu „Goonies”. Czuć tutaj klimat lat 80. z lekko taneczną muzyką oraz kolorystyką z klasycznymi chwytami kina grozy, polewając całość humorem. Wychodzi z tego pozornie dziwny, ale bardzo przyjemny w smaku koktajl. Sama historia toczy się dość szybko, niepokojący klimat budowany jest zarówno odpowiednim nastrojem, wziętym niemal z klasycznych filmów grozy sprzed lat. Podniszczone domostwo, bagna, akcja w sporej części toczy się nocą, a nasi antagoniści potrafią się odnaleźć w dzisiejszych czasach („Give me this amulet, bitch!” – tego słownictwa po Draculi raczej się nie spodziewaliście). Do tego jeszcze świetnie dopasowana muzyka Bruce’a Broughtona oraz kilka udanych dowcipów (akcja z poszukiwaniem dziewicy czy ojciec „usuwający” potwory z pokoju dziecka) i dialogów. I to nadal działa, zaś finałowa konfrontacja na ulicy nadal potrafi trzymać w napięciu.

lowcy_potworow3

Także aktorsko jest bardzo solidnie. Młode dzieciaki dają sobie radę, mimo ogrywania szablonów (nieustraszony lider, wystraszony grubasek, cool wyglądający nastolatek czy dość rezolutna dziewczyna), są bardzo przekonujący i czuć chemię między bohaterami. Także monstra sprawdzają się bez zarzutu, z czego wybija się demoniczny Dracula (Duncan Regehr) oraz budzący sympatię Frankenstein (Tom Noonan). Poza nimi warto wspomnieć zarówno w zdeterminowanym ojcu Seana (Stephen Macht), jak i tajemniczym starszym panu z Niemiec (Leonard Cimino), wiedzącym dość sporo na temat potworów, choć innych niż mogliby się spodziewać protagoniści.

lowcy_potworow4

Owszem, nie brakuje tutaj klisz i szablonów, ale mimo lat to ciągle daje sporo zabawy. Dekker bierze konwencję w nawias, tworząc wręcz klasyczną postmodernistyczną grę w starym stylu. Ubranie tego w komediowy strój dodaje uroku i żywotności tego dzieła.

7/10

Radosław Ostrowski

Lady Pank i goście – LP1

lp1-w-iext52920669

Lata 80. w polskiej muzyce to był czas eksplozji rocka w każdej możliwej wersji: od przebojowych, chwytliwych numerów przez punkową wściekłość i nowofalowe wycieczki aż po cięższe, metalowe popisy. Wśród grup z tego okresu jedną z bardziej pamiętanych było Lady Pank, którego filarem są gitarzysta Jan Borysewicz i wokalista Janusz Panasewicz. Ich debiutancka płyta “Lady Pank” z 1983 roku była kopalnią wielkich przebojów jak “Kryzysowa narzeczona”, “Mniej niż zero” czy “Zamki na piasku”. Z okazji 35-lecia tej płyty, kapela postanowiła dokonać remake’u tego wydawnictwa, zapraszając gości przed mikrofon.

Zazwyczaj, gdy słyszę o tego typu przedsięwzięciach nie mogę pozbyć się wrażenia, że to skok na kasę w najprostszy i najprymitywniejszy ze sposobów. Jednak pomysł, by do głosu dopuścić innych, a Panasewicza zepchnąć na dalszy plan (udziela się raptem w czterech utworach), był sam w sobie dość intrygujący. Przedsmak dostajemy w “Mniej niż zero”, gdzie wprawne ucho wychwyci m.in. Grzegorza Markowskiego, Kasię Kowalską i Piotra Roguckiego, nie ograniczających się tylko do chórku w refrenie (na szczęście), a zamiast solówki na gitarze wchodzi… akordeon Marcina Wyrostka, wywołując lekkie zamieszanie. Jedynie perkusja mocno zdradza, że jest to współczesna realizacja, ale nadal to ma w sobie tę moc, co 35 lat temu. Ale paradoksalnie, nie jest to w żadnym wypadku wadą. Ten hołd (bo tak należy odebrać “LP1”) wypada naprawdę dobrze, nie rezygnując z ognistych dźwięków (“Fabryka małp”, mroczniejsze “Pokręciło mi się w głowie” ze skromnym udziałem Lecha Janerki czy instrumentalne “Zakłócenie porządku”).

A jak poradzili sobie sami wokaliści? Każdy próbował odcisnąć swoje własne piętno, co zdecydowanie udało się Krzysztofowi Zalewskiemu (“Fabryka małp”), Kasi Kowalskiej (“Zamki na piasku”), nawet Piotrowi Roguckiemu (“Vademecum skauta”), który jakoś mniej irytował swoją manierą. Zaskoczył mnie za to Artur Rojek (“Wciąż bardziej obcy” z lekko zmienionym instrumentalnym finałem), którego delikatny, wręcz leciutki głos początkowo może nie pasować do tego utworu, a jednak nie było zgrzytu. Lech Janerka ograniczony jest do roli tła, a Markowski trzyma fason.

Za to niespodzianką są dorzucone 3 utwory, których w podstawowej wersji nie było, ale zostały nagrane przed wydaniem pierwowzoru jako single. “Mała Lady Pank” z Borysewiczem na wokalu nadal potrafi oczarować, w “Tańcz głupia tańcz” Maciej Maleńczuk ze swoim zachrypniętym głosem może wielu zirytować, ale jest dość znośny (poza refrenem). Ale największe wrażenie robi “Minus 10 w Rio”, gdzie swoje bardziej zadziorne oblicze prezentuje… Kasia Nosowska, kasując wręcz wszystkich (bo od tego ona jest, tak samo jak solo na trąbce, dodając lekko jazzowego animuszu).

Czy “LP1” było skokiem dla kasy? Muzycznie nie poddano utworów jakimś poważniejszym modyfikacjom, chociaż Borysewicz nadal potrafi czarować swoimi solówkami. Chociaż nie wszystkich zaproszonych gości wykorzystano w 100% (Janerka), to same utwory ciągle się bronią tekstami, melodyką oraz energią, a zmiennicy na mikrofonie wyciskają wszystko, co się da, a to wyróżnia całość. Pozycja godna polecenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Król – Przewijanie na poglądzie

przewijanie-na-podgladzie-w-iext52593199

Błażej Król to muzyk sceny alternatywnej, który od wielu lat idzie swoją własną ścieżką. Wcześniej znany jako członek duetu UL/KR, teraz wydaje solowo, pisząc teksty i muzykę. Teraz powraca po dwóch latach z czwartym materiałem, wspartym producencko przez samego Emade. Co daje nam „Przewijanie na podglądzie”?

To dalej jest to pełna elektronicznych pasaży wydawnictwo z oszczędnymi tekstami. Co dziwne, większość tytułów jest podwójna, a inspiracja latami 80. (silnie obecna w „Wiju”) powraca. Przedsmak daje singlowy „Całą ciszę/Pokój nocny”, pełen pulsującego basu, perkusyjnych ataków oraz lekko zapętlonej gitary, zaś tło coraz bardziej się nasila. A pod koniec odbija się niczym echo kobiecy wokal. Troszkę mroczniej, niemal jak z 8-bitowej gry czaruje „Niemożliwe”, równie pulsujące jak poprzednik, z bardziej oszczędną perkusją, zaś głos Króla nakłada się na siebie. Dynamika wraca do „Przypominaj/Culpa”, z bardziej egzotycznie brzmiącej perkusji oraz wokalizami, dodającymi niemal sakralnego charakteru, spotęgowanego przez elektronikę. Ale kiedy wchodzi gitara, w połowie utworu dochodzi do przyspieszenia oraz wjazdu saksofonu. Dziwaczny „Kiedyś/Czekałam” zaczyna się jak pulsujący koszmar (można odnieść wrażenie, że to zapętlone słowo), gdzie Król wręcz krzyczy, wsparty przez modyfikowany wokal w tle. W podobnym tonie wybrzmiewa niemal sakralny (przez te klawisze a’la organy) „Z Tobą/Do Domu”, gdzie dołącza saksofon oraz żeński, melorecytujący głos (żona Króla), przez co miałem wrażenie dialogu między postaciami, a mrok wraca do wręcz lynchowskiego w duchu „Przyjdę/Sztuczna krew”, by zmienić tempo w gitarowym „Spróbuję/Strażnik”, chociaż tło nie jest pozbawione niepokoju. Na finał dostajemy pulsującą „Złą widoczność” oraz bardzo krótki „Ósmy/Alte Pude”.

Teksty są bardzo oszczędne i wieloznaczne, co na pewno jest sporą zaletą dla ludzi poszukujących własnych interpretacji, tak samo jak barwa głosu Króla, stanowiąc jedną spójną całość. Sami posłuchajcie „Przewijania na podglądzie”, by poczuć mieszankę estetyki lat 80., która nie jest tylko kopiowaniem tego klimatu. Król konsekwentnie rozwija swój styl z solowej ścieżki kariery. Na więcej niż tylko jeden raz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Atlantyda – zaginiony ląd

Ta mityczna kraina miała być miejscem potężnego rozwoju technologicznego, która zatonęła wskutek naturalnego kataklizmu. Do dzisiaj nie wiadomo, gdzie dokładnie miała się znajdować i co się dokładnie na niej znajdowało, w zamian dając mnóstwo inspiracji dla filmowców. Tak też postanowił zrobić na przełomie wieków Disney. Poznajcie Milo – pracuje w waszyngtońskiej uczelni AD 1914 w kotłowni, chociaż ma znacznie większe ambicje. Wychowywany przez dziadka, marzy o odkryciu Atlantydy, chociaż dla środowiska pozostaje ona mityczną krainą. Ale znajduje się ktoś, kto chciałby zorganizować ekspedycję – Preston Whitmore, który był przyjacielem dziadka Milo. Zebrano sprzęt oraz zebrano ekipę specjalistów pod wodzą kapitana Rourke’a.

atlantyda1

„Atlantyda” to ostatnia animacja zrobiona przez Gary’ego Trousdale’a i Kirka Wise’a, pracujących dla studia od 1991 roku, ale nie tylko dlatego jest taka nietypowa. I to czuć od samego początku, gdzie widzimy upadek Atlantydy. Tutaj trójwymiarowe modele statków nakładają się na ręcznie rysowaną grafikę. Pewnie w dniu premiery robiło to piorunujące wrażenie, ale dziś bardzo zdradza wiek produkcji (zwłaszcza w scenie konfrontacji ze zmechanizowaną bestią). Po drugie (poza napisami końcowymi) nie ma żadnej piosenki, a bohaterowie nie śpiewają, co wtedy było rzadko spotykane. Film ma w sobie ducha kina przygodowego spod znaku Stevena Spielberga, ale wykorzystuje elementy świata znanego z książek Juliusza Verne’a, tworząc bardzo unikatową hybrydę.

atlantyda2

Sama historia może wydawać się prosta, bo mamy młodego naukowca-idealistę, chcącego badać nieznany, zapomniany świat oraz grupę najemników pomagających mu. Tylko, ze kapitan Rourke ma inne plany, związane z kradzieżą oraz sprzedażą potężnego „serca Atlantydy”. Jak na animację Disneya, to kino bardzo mroczne, niepozbawione przemocy i śmierci, co też nie jest oczywiste. Świat Atlantydy też potrafi wciągnąć swoim wyglądem (za animacje odpowiadał m.in. twórca „Hellboya” Mike Magnola), mimo dość silnego ugryzienia przez ząb czasu. Szkoda tylko, że nie poznajemy tej cywilizacji głębiej, bo jest w niej coś tajemniczego i fascynującego. Animacja wygląda nadal ładnie, historia wciąga (mimo pewnych uproszczeń, zwłaszcza w trzecim akcie), za to jest wiele scen akcji – bardzo dynamicznych, pełnych wybuchów oraz podnoszących adrenalinę, w szczególności finałowa potyczka powietrzna. Do tego nadal mamy galerię ciekawych postaci oraz rewelacyjną muzykę Jamesa Newtona Howarda, godną wysokobudżetowej superprodukcji.

atlantyda3

A jak sobie radzi polski dubbing? Reżysersko-dialogowy duet Joanna Wizmur/Bartosz Wierzbięta wstydu nie przynosi, a drobne smaczki (wypowiedzi pani Packard) dodają nutkę humoru. Świetnie wypada Kacper Kuszewski w roli sympatycznego, naiwnego protagonisty, który w decydującym momencie ma więcej charakteru niż ktokolwiek. Solidnie wypada Marek Barbasiewicz (kapitan Rourke) oraz Małgorzata Masalska (Helga Sinclair), ale całość kradnie ciągnący rosyjskim akcentem oraz słownictwem Arkadiusz Jakubik (Vincenzo Santorini ps. Wołodia), czyniąc tę troszkę mroczną postać odrobinę sympatyczniejszą, podobnie jak Monika Kwiatkowska (Audrey Marinez) czy Tadeusz Kwinta (ekscentryczny „Mol” Moliere).

Choć „Atlantyda” poległa w kinach i ma swoje minusy, to pozostaje jedną z bardziej nietypowych produkcji Disneya, który eksperymentował oraz próbował przełamywać swoje standardowe szablony. Nawet zakończenie, w którym bohater decyduje się zostać na Atlantydzie, jest dość nieoczywiste. Aż chciałoby się głębiej eksplorować tą krainę.

8/10

Radosław Ostrowski

Jaskiniowiec

Jak myślicie, kiedy powstała piłka nożna? Stworzyli ją Chińczycy czy Anglicy? Prawda jest jeszcze bardziej szokująca, bo już pierwsze mecze zaczęto grać w czasach prehistorycznych. Gdzieś w okolicach Łodzi, podczas pory obiadu, gdy ludzie i dinozaury się naparzały, na ziemię spadł meteor. Jednak zamiast zmieść wszystko w pył, przyniósł małe, okrągłe coś. Ponieważ było gorące i nie można było dotykać rękoma, zaczęli używać nóg. Tak zaczęto grać w piłkę nożną.

jaskiniowiec1

Jednak nowy film studia Aardman nie jest filmem naukowym, opartym na faktach. Ale właściwa akcja toczy się wiele wieków później. Poznajcie Douga – młodego chłopaka z plemienia jaskiniowców, będących dość prymitywnym stadem. A ich spokojne życie – pełne polowania na króliki –  w dolinie, otoczonej wulkanami, zostaje brutalnie przerwane przez ludzi bardziej rozwiniętych pod wodzą lorda Knuta. Chłopakowi udaje się zwiać, ale przez przypadek trafia na murawę piłkarską. Tam decyduje się zawrzeć umowę w sprawie doliny: jak on wygra z Realem Bronzio, dolina zostaje dla Douga i jego ludzi.

jaskiniowiec2

Sam pomysł na tą opowieść może wydawać się bardzo prosty, bo zrobienie filmu sportowego nie jest niczym trudnym. Mamy walkę drobnej drużyny, bez wsparcia, zaplecza kontra wielkich gwiazdorów pod wodzą prezesa-cwaniaka, który jest bardziej chciwy niż Scrooge. Wynik oczywisty do przewidzenia? Tak, ale kumple z Aardman potrafią zaangażować, a przeszczepienie znanej nam rzeczywistości do kompletnie innej epoki staje się źródłem dowcipu. Każde wejście kurczaka pocztowego (mieszanka poczty głosowej z gołębiem), małe krokodylki jako spinacze czy niekonwencjonalny trening to przykład dowcipu pierwszego sortu. Do tego wszystko zrobione w typowym dla tego studia plastelinowym stylu (odcinając się od „Artura ratuje Gwiazdkę”), wyróżniając go z tłumu innych filmów animowanych. Zderzenie to pokazuje, że nie można się cofnąć przed postępem i jedynie rozwój, korzystanie z nowych wynalazków może dać szansę na przetrwanie.

jaskiniowiec3

Z drugiej strony nie można pozbyć się – przynajmniej na początku – pewnej wtórności wobec poprzednich dokonań studia pod wodzą Nicka Parka. Nadal mamy kluczowego bohatera zwierzęcego (tutaj świnka Maciorek zamiast psa Gromita), młodego idealistę zderzonego z rzeczywistością, drobnego złodziejaszka ekranu na trzecim planie (królik). Ale im dalej w las, tym bardziej „Jaskiniowiec” zaczyna nabierać rumieńców, zabawa jest przyjemniejsza, a żarty coraz lepsze.

jaskiniowiec4

Także polska wersja językowa jest zrobiona porządnie. Nie może jednak być inaczej, jeśli całą akcją kieruje Bartosz Wierzbięta, który nie tylko przetłumaczył dialogi, ale także wyreżyserował całość. I słucha się tego z dużą frajdą. Także głosy są bardzo dobre. Świetnie się sprawdził Paweł Ciołkosz w roli Douga, troszkę przypominając Artura z poprzedniego filmu Aardmana, ale też troszkę bardziej ekspresyjny. Również bez zarzutu spisuje się Krzysztof Dracz w roli lorda Knuta, będącego mieszanką sprytu z lękiem przed żoną oraz niemieckiego akcentu. Nie można nie wspomnieć też o Janie Kulczyckim (wódz Kieromir) czy Marcie Dobeckiej (ambitna Guna, pomagająca Dougowi), tworzącymi bardzo wyraziste kreacje.

„Jaskiniowiec” to zaskakująco dobry film sportowy, mimo grania znaczonymi kartami. Historia wsysa, jest wiele dowcipu (zwłaszcza teksty komentatorów sportowych czy dwuznacznych aluzji w przedstawieniu zawodników Realu Bronzio), a animacja wygląda uroczo, mimo wtrącanych komputerowych efektów w postaci wybuchów wulkanów. Niemniej to smakowita porcja kina, idealnie pasująca do Mundialu.

7,5/10

Radosław Ostrowski