Kamasi Washington – Heaven & Earth

20180417023241_main

Muzyka jazzowa uważana jest za bardzo hermetyczną muzykę, opartej w sporej części na mieszaninie dźwięków z różnych instrumentów w różnym tempie. Czasem bywa przeładowana dźwiękami, przez co odsłuch doceniają nieliczni. Czy do tej grupy zalicza się saksofonista Kamasi Washington? Jego poprzednie dzieło (trójpłytowy album “The Epic”) wywołało spore zamieszane, a muzyk tym razem postanowił wyciszyć swoje ambicje, tworząc zaledwie dwupłytowy “Heaven and Earth”, gdzie wsparli go starzy kumple  ze składu Next Step (basiści Miles Mosley i Stephen “Thundercat” Bruner, perkusiści Robert Bruner Jr. i Tony Austin, puzonista Cameron Graves, klawiszowiec Brandon Coleman oraz wokalistka Patrice Quinn), a także orkiestra z chórem. Innymi słowy, jest na bogato.

I tą moc czuć w otwierającym pierwszy album “Fists of Fury”, gdzie dęciaki ze smyczkami tworzą wręcz epickie dzieło. A kiedy wchodzą klawisze z perkusją oraz chór, to nie ma zmiłuj. Tutaj też wybija się dynamiczna gra na fortepianie oraz popis saksofonowy samego gospodarza, a także śpiew na początku oraz końcu. Znacznie spokojniej zaczyna się “Can You Here Him”, wręcz bujając samym rytmem oraz powoli nakładającymi się instrumentami (a także wokalizami), dodając do pięknego współgrania dęciaków ze sobą, a także solówki na klawiszach jakby żywcem wziętych z dyskotekowych lat 70., wznosząc całość w iście psychodeliczne rewiry. Troszkę egzotyki dodaje cudny “Hub-Tones” z fantastycznie grającymi dęciakami (wręcz rozbrykanymi) oraz bardziej wyciszone “Connections” z “falującymi” smyczkami, przyjemnymi wokalizami oraz popisem klawiszowo-kontrabasowo-dętym. Mimo, że utwory są bardzo długie (najkrótszy trwa ponad 5 minut), to nie ma tutaj miejsca ani na nudę ani rozwlekłość. Nawet jeśli pojawia się dźwiękowy chaos i jazgot (początek fuzyjnego “The Invincible Youth” I jego koniec, gdzie puszczono instrumenty od tyłu), jest tylko krótkim epizodem do kolejnych popisów instrumentalnych.

Z drugiej płyty największe wrażenie robi wręcz kosmiczny w formie “The Space Travellers Lullaby” z przepięknymi smyczkami oraz oszczędnym fortepianem osiągający wręcz spektakularne brzmienie, by w finale zakończyć całość solówką Kamasiego. Ale po drodze są jeszcze okraszone “karaibskimi” klimatami “Vi Lua Vi Sol”, bardzo rytmiczny i funkowy “Street Fighter Mas” czy rozpędzający się w środku “Song for the Fallen”.

I te dwie godziny mijają jak z bicza strzelił. Sam Kamasi czaruje swoją grą przechodząc od spokojniejszych po bardziej agresywne solówki. A mimo rozmachu aranżacyjnego całość jest bardzo przystępna dla zwykłego zjadacza chleba, co dla wielu będzie ogromnym plusem. Rzeczywiście czułem się jakbym odwiedzał niebo i ziemię.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Party

Każda impreza to dobry pretekst, by spotkać się ze starymi znajomymi, czyż nie? Nie inaczej jest w domostwie Janet i Billa. On był profesorem akademickim, ona właśnie została wybrana na ministra zdrowia w gabinecie cieni. Właśnie zaprosili paru znajomych na uczczenie tego wydarzenia. Przychodzi sarkastyczna przyjaciółka z mężem Niemcem wyznającym wiarę w medytację oraz alternatywną medycynę, para lesbijek oczekujących na dziecko oraz młody bankier, którego żona się spóźnia. Czas mija dość spokojnie, ale Bill swoim wyznaniem burzy spokój raz na zawsze.

party1

Sally Potter w swoim bardzo kameralnym filmie przygląda się ludziom z tak zwanego high-life’u, prezentujący różne poglądy oraz przekonania polityczne: od tych bardziej na lewo (para lesbijek) przez wiarę bardziej transcendentalną po cynizm i materializm (bankier Tom). Ale tak naprawdę „Party” to kolejne wyciąganie trupów z szafy, kolejnych tajemnic i kłamstw, czyli pozornie nic nowego. Niestety, to wszystko kompletnie nie angażuje. Początek jest dość obiecujący i czuć narastającą atmosferę pełnych sekretów (Kto tak wydzwania do Janet? Czemu Tom przyszedł ze spluwą? Co znaczy ta trójka?) i po wyjawieniu pierwszej tajemnicy dochodzi do pewnej eksplozji. Dalej widzimy rykoszety oraz kolejne odkrywane tajemnice, tylko że bardzo łatwo można się ich domyślić, tak samo jak ich reakcji, troszkę przerysowanych. I nie pomagają tutaj ani surowa scenografia, czarno-białe zdjęcia czy odrobina czarnego humoru (cudowna April), wybijając film na troszkę powyżej średniej.

party2

Tym bardziej boli mnie fakt, że udało się reżyserce zebrać zestaw naprawdę fantastycznych aktorów i nie w pełni wykorzystać ich potencjału. Bo czy można się nie zachwycać, skoro na planie mamy Timothy’ego Spalla (tutaj bardzo wycofany), Kristin Scott Thomas, Patricię Clarkson (kradnąca film każdym wejściem oraz tekstem), Emily Mortimer, Bruno Ganza (najbardziej sympatyczny z grupy) oraz nerwowy Cillian Murphy. Skład godny aktorskiej Ligi Mistrzów, tylko że najbardziej wybija się Clarkson z Murphym, bo reszta ekipy wydaje się dość mocno szarżować, chociaż wydaje się to celowym zabiegiem. Tylko, że to do mnie nie przekonuje i ta sztuczność kłuje mocno po oczach i uszach.

party3

„Party” mogło być bardzo przyjemną imprezką, jednak zarówno niezbyt angażująca fabuła, problemy gości oraz zagubienie gospodyni czyni całość ledwo strawną. Wnioski też nie wciągają, a że da się zrobić angażujący dramat pokazało włoskie „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Anglicy są chyba jednak bardziej sztywni, przez co tracą na sile.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

Niepoczytalna

Sawyer Valentini pracuje w banku jako analityk – pozornie to taka niepozorna kobieta, pełna ambicji oraz sukcesu. Ale tak naprawdę jest to osoba naznaczona pewnym traumatycznym doświadczeniem z przeszłości, spowodowana relacjami damsko-męskimi. Podczas rozmowy z terapeutką przyznaje, że mogłaby próbować popełnić samobójstwo, trafia do… szpitala psychiatrycznego jako pacjentka. Wcześniej niby podpisała jakieś dokumenty, ale to była tylko formalność przecież. Prawda?

niepoczytalna1

Steven Soderbergh to filmowiec, który zawsze lubił eksperymentować z formą, przez co nawet proste opowieści miały swój specyficzny smak. Zwłaszcza, gdy reżyser zaczął flirtować z kinem gatunkowym, co było widać w „Co z oczu, to z serca”, „Contagion” czy „Ściganej”. Nowe dzieło filmowca, czyli „Niepoczytalna” to kolejny przykład takiego eksperymentu. Thriller psychologiczny, gdzie początek oraz zawiązanie intrygi przypomina absurdalną sytuację wziętą z Kafki. Można odnieść wrażenie, że nasza bohaterka przez pomyłkę została wciśnięta w systemowe tryby, jednak to wszystko ma drugie dno. Z jednej strony bohaterka spotyka swojego dawnego stalkera z przeszłości, z drugiej mamy tutaj też bardzo krytyczne spojrzenie na służbę zdrowia. Tam mamy machlojki wiązane z naciąganiem ubezpieczenia (dopóki je masz, to jesteś w ośrodku), podmienianie leków oraz czynienie z pacjentów potulnych pacjentów. Tutaj administracja ma sporą władzę, a nasza bohaterka w zasadzie nie ma nic do gadania, a każda próba przebicia się kończy przemocą (przymusowym braniem leków oraz wiązaniem) oraz szybkim postawieniem Sawyer do parteru.

niepoczytalna2

Trudno nie pochwalić realizacyjnej sprawności. W końcu to Soderbergh, filmujący nawet proste sceny w dość nieoczywisty sposób. Kadry realizowane pod dziwnymi kątami (rozmowa Sawyer z szefem) tworzą pewną nierzeczywistą percepcję i potęgują coś w rodzaju dyskomfortu. Jak choćby w scenach, gdy bohaterka zwyczajnie przechodzi przez ulicę, ale perspektywa sprawia wrażenie, jakbyśmy ją podglądali. Równie świetna jest scena obłędu, gdy Sawyer dostaje szału, a na ekranie widzimy nakładające się na siebie jej głowę oraz jej tył. Jakby na chwilę pojawił się David Lynch. A czy wspomniałem, że całość była kręcona iPhonem? I to działa.

niepoczytalna3

Tylko, że im dalej w las, tym bardziej historia wydaje się coraz bardziej niedorzeczna. Soderbergh bardziej skręca w stronę kina klasy B, pełną miejscami dziur, zaskakująco niedorzecznych sytuacji czy brutalnych scen (chociaż w większości nie pokazanych wprost). Napięcie zaczyna siadać w momencie, gdy poznajemy przeszłość naszej bohaterki, mimo pewnego przyspieszenia tempa oraz akcji. Pochwalić trzeba za to należy zakończenie, bardzo mocno podkreślające, że pewnych demonów nie da się zwalczyć, mimo upływu czasu. Do tego efekt psuje także dziwaczna muzyka Thomasa Newmana, która jest tak nijakim, ambientowym tłem, że sprawia to ból.

niepoczytalna4

Zdecydowanie reżyserowi udaje się poprowadzić aktorów. Rewelacyjnie spisała się Claire Foy, a zadanie miała o tyle trudniejsze, że parę razy dochodzi do zbliżeń na twarz. Jako wycofana ofiara, twarda zawodniczka i sprawna manipulatorka (sceny końcowe) wykonuje swoją robotę wręcz bezbłędnie, zachowując wiarygodność aż do samego końca. Bardzo zaskoczył mnie Joshua Leonard jako David, czyli prześladowca Sawyer. Nie jest stereotypowy, nadekspresyjny psychopata, lecz bardzo wycofany, nieśmiały człowiek, pełen kompleksów oraz mający poważny problem z głową. Z drugiego planu warto wyróżnić Jaya Pharoah (Mike) oraz wyrazista Juno Temple (Violet). Jest też pewien ciekawy epizod, ale sami to odkryjecie.

Drugi film po powrocie Soderbergha do kina nie do końca spełnił oczekiwania, cierpiąc na syndrom dwóch nierównych połówek. Po intrygującym początku oraz kilku odjechanych scenach, twórcy za szybko odkrywają prawdziwe intencje, przez co napięcie robi sobie wolne. Troszkę szkoda, chociaż warto zobaczyć ze względu na Foy oraz jej wspaniałą rolę.

6/10

Radosław Ostrowski

Sweet Country

Australia kiedyś była słodkim krajem dla Aborygenów, lecz kiedy pojawił się pierwszy biały człowiek, wszystko się wywróciło do góry nogami. Jesteśmy w kraju już po I wojnie światowej i tutaj żyje Sam Kelly – poczciwy, porządny Aborygen mieszkający u pastora Freda Smitha razem ze swoją żoną i siostrzenicą. Ale spokojnie życie zmienia się z powodu sąsiada Harry’ego Marcha, który prosi Sama o pomoc w swojej farmie. March wypędza ich od siebie, gwałcąc wcześniej żonę Sama. Następnie wyrusza do ich domostwa w poszukiwaniu zbiegłego służącego, a kłótnia kończy się strzelaniną oraz śmiercią Marcha.

sweet_country1

Zapuszczenie się w australijską przeszłość przez Warwicka Thorntona to jedna z najciekawszych rzeczy tego roku. „Sweet Country” jest reklamowane jako western i po części jest to prawda. Mamy piękne krajobrazy, które są też bardzo niebezpieczne, szeryfa (tak naprawdę sierżanta armii) pilnującego porządku oraz ranczerów, próbujących żyć w tym obcym kraju. Ale tak naprawdę wszystko jest pokazane w bardzo mrocznych tonacjach, bo ludzie nie są tu dobrzy. A nawet jak się pojawi pozytywna postać, pozostaje bezsilna wobec okrucieństwa świata, pełnego uprzedzeń, nieufności oraz nienawiści. A wszystko to reżyser prezentuje w postawach trójki Aborygenów: małomównego, prostego Sama, próbującego wkupić się w łaski za pomocą posłuszeństwa starym Archie oraz młodego Philomaca, który dopuszcza się kradzieży i częściowo jest już „skażony” mentalnością białych. Sama intryga jest prowadzona w sposób bardzo powolny, a klimat gęsty i ciężki niczym australijska pustynia, zaś od samego pościgu, strzelanin czy scen akcji (których jest tutaj na lekarstwo) liczą się postacie.

sweet_country2

Reżyser bardzo powoli zagęszcza atmosferę bardzo prostymi środkami: krótkimi przebitkami montażowymi (pozbawionymi dźwięku), kompletnym brakiem muzyki, powoli budowanym napięciem. Dialogi może nie pojawiają się rzadko, ale ich obecność jest dość ograniczona. Dodatkowo unika prostych rozwiązań czy pójścia na łatwiznę, doprowadzając do bardzo gorzkiego finału i stawiając pytania o przyszłość Australii. Jaka jest szansa na wyrwania się z tego klinczu? Na to odpowiedzi nie ma.

sweet_country3

Thornton za to znakomicie prowadzi aktorów, w większości naturszczyków. Kapitalny jest zwłaszcza Hamilton Morris w roli wycofanego, małomównego Sama. To prosty człowiek, który jest bardzo ufny i budzi sympatię aż do samego końca. Na mnie jednak większe wrażenie zrobił Bryan Brown w roli sierżanta Fletchera. Szorstki, zmęczony życiem oficer, pełen wrogości oraz uprzedzeń. Ale ta sprawa (zwłaszcza sam proces) doprowadzają do zmiany postawy, co aktor pokazuje bardzo delikatnie i subtelnie. Klasę potwierdza za to Sam Neill w roli pastora, dodając troszkę ciepła do tego mrocznego świata.

Słodki kraj tak naprawdę okazuje się piekłem na Ziemi, gdzie przetrwają ci najbardziej bezwzględni oraz okrutni. Dobroć już dawno opuściła ten świat, przypominający „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Bardzo mroczny, gorzki dramat, będący bardzo nieoczywistym westernem, miejscami walący po gębie.

8/10 

Radosław Ostrowski

Mustang z Dzikiej Doliny

Mustang – dziki koń, będący symbolem nieskrępowanej wolności oraz Dzikiego Zachodu. To niemy bohater XIX-wiecznych przemian w USA, o którym postanowili opowiedzieć animatorzy z DreamWorks. Kiedy poznajemy naszego bohatera dopiero przychodzi na świat, który jest dla niego kompletnie nieznany i tajemniczy. Powoli zaczyna dojrzewać, aż staje się dorosłym koniem oraz wodzem swojego stada, hasającego po nieokiełznanych jeszcze przez człowieka terenach. Jednak nasz koń popełnia błąd i zbliża się do śpiących ludzi, który go schwytali i próbowali go złamać. Tak zaczyna się odyseja naszego bohatera.

mustang1

W dniu premiery „Mustang” robił bardzo duże wrażenie swoich technicznym wykonaniem, zgrabnie łącząc klasyczną animację z trójwymiarowymi wstawkami, co było mocno obecne na początku XXI wieku. Ale dzisiaj takie detale już kłują po oczach jak w scenie ucieczki podczas przewożenia lokomotywy, gdzie nawet eksplozje wyglądają bardzo sztucznie. Z drugiej strony sama animacja nadal wygląda ładnie (nawet bardzo), ze szczególnym uwzględnieniem krajobrazów godnych westernów – od kanionów, pustyni, lasów aż po jesienne błoto. Owszem, jest jedna lekko kiczowata scenka w lesie podczas „pływania” (wygląda wręcz prześlicznie), ale nigdy nie udaje się twórcom przekroczyć granicy przesłodzenia. A perspektywa zwierzęcia na wydarzenia związane z Dzikim Zachodem (próba złamania i ujarzmienia go przez kawalerzystów, pomoc przy budowie kolei) dodaje sporo świeżości do tej prostej opowieści o osiągnięciu wolności. Dialogów jest tu niewiele (zwierzaki odzywają się „swoim” językiem, a ludzie swoim), co jest dość nieoczywistym zabiegiem jak na animację, jednak dodaje to realizmu, zaś wiele scen akcji (w tym finałowa z przeskokiem przez przepaść) nadal imponuje tempem oraz wykonaniem.

mustang2

Jedynym mocnym zgrzytem całości jest muzyka Hansa Zimmera. Nie zrozumcie mnie źle, swoje zadanie na ekranie wykonuje solidnie, jednak mocno kłuje w uszy swoją prostotą, a nawet prostackim brzmieniem, bardziej nadającym się do radia. Za to przygrywane piosenki w tle (w oryginale śpiewane przez Bryana Adamsa) brzmią całkiem nieźle i dobrze komentują stan emocjonalny naszego bohatera.

mustang3

A jak sobie radzi polski dubbing? Tutaj postacie pełnią rolę tła dla naszego Mustanga nazwanego Duchem, ale słucha się ich z niemałą frajdę. Na tym polu najbardziej wybija się Wojciech Machnicki (bardzo twardy pułkownik) oraz Jacek Kopczyński (Wartki Potok), tworząc bardzo wyrazistych bohaterów. Jednak najważniejszy jest Mustang, tutaj mówiący głosem Macieja Balcara, bardziej znanego jako wokalista Dżemu. I daje radę swoim bardzo spokojnym głosem jako nasz bohater, mówiący cały czas z offu, zaś w partiach wokalnych wypada bardzo solidnie.

Z dzisiejszej perspektywy „Mustang” prezentuje się dobrze, a klimat Dzikiego Zachodu jest dobrze zachowany. A i sama historia potrafi wciągnąć, bo o wolności oraz życiu według własnych zasad dla wielu jest wartością identyfikowaną przez masę ludzi. Wiec dajcie się ponieść tej historii, nie będziecie żałować.

7/10

Radosław Ostrowski

Tulia – Tulia

tulia-special-empik-edition-w-iext52757757

Muzyka folkowa w Polsce ma bardzo bogate tradycje oraz korzeni. Ale pojawiają się pewne grupy czerpiące z tego nurtu, lecz miksującego go ze współczesnymi trendami jak Kapela ze Wsi Warszawa. Do tej grupy nie zalicza się śpiewany kwartet Tulia ze Szczecina w składzie: Joanna Sinkiewicz, Dominika Siepka, Patrycja Nowicka oraz Tulia Biczak. Panie wpadły na prosty pomysł na nagranie coverów znanych hiciorów na etniczno-ludową modłę. I co z tego wyszło?

Jestem pozytywnie zaskoczony, chociaż nie powinienem. Instrumentarium jest dość oszczędne i pozornie mało zaskakujące (fortepian, flety, bębny), lecz emocjonalnie te utwory potrafią rozsadzić, co pokazuje znany już z Internetu “Nieznajomy” czy ten zachowujący lekko “etniczny” klimat “Eli Lama Sabachtani”, którego do tego typu otoczenia pasuje wręcz idealnie ( a ten instrumentalny mostek z kalimba w tle jest kapitalny). Jeśli chcecie niespodzianek, to posłuchajcie “Nigdy więcej nie tańcz ze mną” (o wiele bardziej żywiołowe od oryginału), wręcz minimalistyczne “Nie pytaj o Polskę” (poza gitarą elektryczną pod koniec), mroczne “Kiedy powiem sobie dość” (ten wstęp na lirze korbowej – o matko!) czy “Krakowski spleen”. To, co tam wyprawiają panie, jak i muzycy robi wręcz piorunujace wrażenie, gdzie każdy instrument jest słyszalny, nie zagłuszany przez nikogo.

Ale żeby nie było są dwa autorskie dzieła. Wybrany na singla “Jeszcze Cię nie ma”, czarujący kolejnymi wejściami fletów oraz spokojniejszy “Wstajemy już”. I obydwie kompozycje nie odstają poziomem od reszty. By nie było słodko, najsłabiej prezentują się dwa covery anglojęzyczne. “Enjoy the Silence” mocno trzyma się oryginału, zaś “Nothing Else Matters” zaskakuje aranżacyjnie, wliczając w to klaskanie. Jednak język angielski nie brzmi tak naturalnie i przyjemnie niż polski.

Powiem szczerze, że jestem zdumiony tym cover albumem, chociaż okres wiosenno-wakacyjny na takie zimowe cudeńka to troszkę za szybko (bo byłby to idealny prezent pod choinkę. Niemniej Tulia ma w sobie  duży potencjał i gdyby troszkę urozmaicić to śpiewanie (jak w “Jaskółce uwięzionej”, gdzie zaczyna się od jednego wokalu, a potem dołączają pozostałe dziewuchy) może być jeszcze lepiej. Jak widać, ludowe wariacje nie muszą oznaczać cepelię.

8/10

Radosław Ostrowski

Amerykańska opowieść. Feiwel wyrusza na Zachód

Pamiętacie Fiewela Myszkiewicza? Ten rosyjski imigrant mieszkający w Nowym Jorku razem z rodziną nadal jest rozbrykanym dzieckiem. Ale tym razem kręcą go opowieści z Dzikiego Zachodu oraz legendarnym szeryfie Wylie Burpie. Jednak całe to spokojne życie zostaje zniszczone z powodu ataku kotów, niszczących dom, ale nie atakujących małych stworzonek. W zamian otrzymują od pewnego handlarza bilety do Green River – miasteczka na Dzikim Zachodzie, gdzie koty z myszami żyją w symbiozie. To wszystko jednak jest naprawdę pułapką, którą odkrywa Fiewel.

amerykanska_opowiesc21

Sukces pierwszej części „Amerykańskiej opowieści” spowodował, że ciąg dalszy był tylko kwestią czasu. Ale ten przybył dopiero po sześciu latach, już bez Dona Blutha na pokładzie. Pierwsze, co się rzuca w oczy to wtórność. Fabuła idzie szlakiem znanym z poprzednika, czyli przeniesienie się do nowego miejsca, rozdzielenie Feiwela od rodziny, samodzielne dotarcie oraz ostateczna konfrontacja. Niemniej przeniesienie całości do realiów Dzikiego Zachodu dodaje wiele świeżości, a także klimatu. Historia jest bardzo prościutka, postacie prosto zarysowane, a intryga poprowadzona bardzo gładko, przez co nie czuć tak mocno napięcia ani stawki. Jedynie końcowa konfrontacja w formie klasycznego pojedynku zaskakuje kreatywnością, suspensem oraz zaangażowaniem (poza oczywistym finałem). Także sama kreska wygląda nadal pięknie, utrzymując styl poprzednika. Animacja cieszy oko, postacie są dość szczegółowo zarysowane, a cieniowanie i oświetlenie wypada cudnie. Także muzyka Jamesa Hornera ciągle zachowuje poziom, zaś partie wokalne (tutaj zaskakująco dwa utwory pozostały w oryginalnej ścieżce dźwiękowej) nie wywołują irytacji.

amerykanska_opowiesc22

Polski dubbing nadal trzyma poziom, a znani z poprzednich części aktorzy (Krylik, Pawlak, Szydłowski, Sztejner) ciągle sprawiają przyjemność. Z nowych bohaterów najlepiej prezentują się Burp (świetny Sławomir Pacek) oraz pan Kociokwik (potwierdzający klasę Janusz Bukowski). Ten pierwszy jest już zmęczonym stróżem prawa, decydującym się na ostatnią akcję (szkolenie Tygrysa na następcę), ten drugi to klasyczny czarny charakter, ukrywający swoją demoniczność w szaty eleganckiego, dobrodusznego dżentelmena. Obydwaj panowie wznoszą całość na wyższy pułap.

amerykanska_opowiesc23

Druga część przygód Fiewela nadal potrafi sprawić przyjemność. Owszem, to powtórka z rozrywki i jest to przewidywalne, jednak klimat Dzikiego Zachodu potrafi dodać troszkę świeżości, zaś przygoda nie wywołuje znużenia. Czyli da się zrobić udany sequel?

7/10 

Radosław Ostrowski

Amerykańska opowieść

Rok 1885 w carskiej Rosji był bardzo trudny dla wszystkich. Tam też mieszkała mysia rodzina Myszkiewiczów (ojciec, matka, Feiwel, Tania), a tam ciągle jest śnieg, sera tyle, co kot napłakał, zaś koty szaleją i terroryzują okolicę. Ale wskutek pogromu i ataku Kozaków cała rodzina musi emigrować. A gdzie można wyruszyć jak nie do Ameryki – kraju, gdzie ser leży na ulicy, a kotów nie ma. Czyli istny raj na Ziemi, jednak chłopiec oddziela się od rodziny.

amerykanska_opowiesc11

Don Bluth był filmowcem, który w latach 80. podjął dość udaną próbę stanowienia konkurencji dla swoich byłych szefów, czyli Disneya. Po „Dzielnej panie Brisby” reżyser poszedł za ciosem i zrealizował klasyczną historię przybysza trafiającego do nowego dla siebie świata, próbując się w tym wszystkim odnaleźć. Bo Ameryka (a dokładnie Nowy Jork) nie jest takim rajem, jaki Feiwel poznaje z opowieści. Koty terroryzują okolicę, jest spore rozdrobnienie społeczne, panuje bieda i nędza, a imigranci muszą uważać na osoby, jakie spotykają na swojej drodze. Bo nie brakuje zarówno oszustów (Norman Szczur, który okazuje się… szefem kociej mafii), ale też i bardziej życzliwych bohaterów, stanowiących wsparcie jak arystokratka Lola czy zadziorny Tony Toponi.

amerykanska_opowiesc12

Ta całą historia potrafi zaangażować, ale – co najbardziej zaskakuje – jest bardzo mrocznie i dramatycznie. Już atak Kozaków na wioskę wygląda groźnie, jednak dalej też nie brakuje momentów wręcz przerażających (rejs podczas burzy, gdzie fale wyglądają niczym potężni tytani czy Feiwel trafiający do ścieków, będących kryjówką kotów), budujących wręcz niepokojący klimat. Czuć tutaj ducha dawnego Spielberga, będącego producentem tego filmu. I ten emocjonalny rollercoaster jest najmocniejszą siłą. Tak samo jak piękna animacja, broniąca się nawet dziś oraz poruszająca muzyka Jamesa Hornera, okraszona „rosyjskim” duchem. Są też i partie śpiewane, tylko że jest ich bardzo mało (raptem trzy) i są one uzasadnione fabularnie jak podczas rejsu poznajemy przeżycia imigrantów.

amerykanska_opowiesc13

Swoje też robi polski dubbing, co akurat jest standardem w przypadku animacji. Sam Feiwel w wykonaniu Magdy Krylik wypada bardzo dobrze, choć czasami potrafi być irytujący. Nie może to dziwić, bo ten chłopak pierwszy raz widzi świat i wszystko jest dla niego nowe (wchodzenie na statek), ale jego prostoduszność, naiwność są przedstawione przekonująco. Równie wyrazisty jest łotr, czyli Szczur okraszony głosem nieodżałowanego Marka Frąckowiaka – chciwy, podstępny oszust, wykorzystujący myszy do robienia kasy. Fason na drugim planie trzymają Brygida Turowska (Tony), Mieczysław Morański (lekko pijący polityk Prawy John), Wojciech Machnicki (Henri de Gołąb) oraz Jakub Szydłowski (sympatyczny kot Tygrys).

amerykanska_opowiesc14

„Amerykańska opowieść” jest przykładem świetnego kina familijnego, ciągle balansującego między przygodą a mrokiem. Przypomina o sile przyjaźni, więzach rodziny oraz pokazuje, że zawsze z każdej sytuacji jest jakiejś wyjście. No i Ameryka jest miejscem wielkich możliwości, pod warunkiem, że się nie poddasz.

8/10

Radosław Ostrowski

Mój sąsiad Totoro

Gdzieś na wsi z Tokio wprowadza się rodzina Katsukabe, a właściwie jej większość. Bo matka przebywa w szpitalu, zaś dziewczynki (Mai i Setsuke) oraz ojciec – wykładowca akademicki trafiają do podniszczonego domu. Cała trójka próbuje się aklimatyzować w nowej okolicy, co przychodzi zaskakująco łatwo. Cała familia czeka na przyjazd mamy, a Mei przypadkowo trafia do dużego lasu znajdując dużą, kudłatą istotę.

totoro3

Japońskie studio Ghibli w 1988 roku wręcz eksplodowało do emocji. W tym samym roku najpierw wskoczył mroczny „Grobowiec świetlików” oraz „Totoro”, który miał dodać radości po poprzednim dziele. To nadal klasyczna, ręcznie wykonana animacja zrealizowana w prostym, wręcz oszczędnym stylu. Wszystko toczy się bardzo spokojnym rytmem, bez efekciarskich tricków, gdzie widzimy dwa światy żyjące w pełnej symbiozie. Świat nasz, czyli ludzki oraz wiat baśniowy, pełen istot niewidocznych dla wszystkich. I to ten drugi świat reprezentuje Totoro, czyli bardzo duży zwierzak z wyłupiastymi oczami oraz szczerzącymi zębiszczami. Nie jest może za bardzo rozmowny, ale jest w stanie pomóc każdemu, kto go o to poprosi.

totoro1

Sama animacja jest prosta i utrzymana w typowo japońskim stylu, co mocno widać w wyglądzie twarzy czy sylwetkach postaci. A sami bohaterowie (poza siostrami) są bardzo oszczędnie zarysowane. Powoli odkrywamy kolejne fragmenty układanki, włącznie z obecnością samego Totoro – tego kim jest i czym może się zajmować. Miyazaki najbardziej podkreśla relacje miedzy siostrami – bardziej dojrzałej, poważnej Setsuke, a młodszej, ciągle zachowującej swoją dziecięcą wrażliwość Mei. Kiedy obie dziewczynki działają wspólnie, efekty są zachwycające (wykiełkowanie żołędzi czy czekanie na autobus), a proste scenki jak kąpiel potrafią podkręcić napięcie niczym w thrillerze. Tylko, że to wszystko wydawało mi się za proste, za łatwe i zbyt ciepłe. Równie zaskakujący jest tutaj brak czarnego charakteru. Za to warto wspomnieć o kapitalnej muzyce Joe Hisaishiego, tworzącego wręcz bajkowy klimat.

totoro2

Niemniej muszę wspomnieć, że „Totoro” całkiem przyjemnie się ogląda, bo jest ciepłą, bardzo delikatną historią rodzinną. Nadal wygląda przyjemnie, ma kilka ślicznych momentów oraz wyglądu stworków, nad którym unosi się „japoński” duch studia. Dla osób rzadko zwiedzających azjatyckie animacje, może być to porządek ciekawej przygody.

7/10 

Radosław Ostrowski

Lunatic Soul – Under the Fragmented Sky

under-the-fragmented-sky-w-iext52720562

Mariusz Duda jest bardzo prężnie działającym muzykiem. Po niecałym roku wraca ze swoim kolejnym dziełem sygnowanym jako Lunatic Soul. Tak naprawdę to miał być maxisingiel do przepięknego “A Thousand Shades of Heaven”, tylko że nagle rozrosło się do rozmiaru niecałych 40 minut. Zdarza się. I jest to album w większości instrumentalny. To też się zdarza. Ale czy jest to udane dzieło?

Kompozycji jest tylko osiem, ale za to są długie oraz – w przeciwieństwie do poprzednika – więcej jest tutaj elektroniki. Ale zdarzają się pewne zaskoczenia jak otwierający całość “Ha Ev En” z przerobionymi wokalami, tworzącymi troszeczkę sakralną aurę, w czym pomagają organy, a w tle przygrywa gitara. O wiele mroczniejszy jest “Trials” z pulsującą niczym otwierana butelka w zwolnionym tempie perkusją, ocierającą się o orient tłem, zaś nakładające się słowa (“I tried so, I tried so/I tried so hard to pretend”) wypowiadane przez Dudę na różnych rejestrach. Do tego zaczynają dochodzić jeszcze fortepian, bas oraz gitara, coraz bardziej potęgując atmosferę, tak jak marszowe werble. Oddech serwuje krótki, gitarowy “Sorrow”, chociaż zarówno wokaliza jak i dziwaczne tło są bardzo przygnębiające, płynnie przechodząc do tytułowego utworu, dając pole dla gitary akustycznej, zaś elektroniczny środek zmienia wydźwięk piosenki. Kosmiczne “Shadows” miesza całą paletę elektroniki, jednocześnie dorzucając do kotła gitarę oraz “strzelającą” perkusję, by przejść do niemal orientalnego “Rinsing the Night”. Niemal na sam koniec dostajemy “The Art of Repairing” z niemal mantrycznym wokalem, pulsującym basem, coraz bardziej przestrzennymi klawiszami, wokalizami Dudy, solówkami gitary, tworząc wręcz epickie dzieło, by zwieńczyć je piosenkowym “Untamed”, przypominającym dokonania Riverside.

Powiem szczerze, że “Under the Fragmented Sky” jest świetnym suplementem poprzedniej płyty Lunatic Soul, dającym więcej przestrzeni samej muzyce. Ta instrumentalna podróż potrafi wskazać na bardzo interesujące kierunki, pełne emocji oraz pasji, będącej troszkę towarem deficytowym. A to miało być dużo skromniejsze dzieło.

8/10

Radosław Ostrowski