Afrojax – Nikt nie słucha tekstów

nikt-nie-slucha-tekstow-b-iext52851428

Kojarzycie taki zespół Afro Kolektyw, który działał aż do 2015 roku? Ta mieszanka popu, jazzu, rapu i lekkiego rocka dodawała wiele frajdy fanom muzyki alternatywnej. Jednak frontman znany jako Legendarny Afrojax poszedł solową ścieżką w stronę rapu. Teraz wyszła trzecia solowa płyta już jako Afrojax z dość przewrotnym tytułem “Nikt nie słucha tekstów”. Naprawdę tak jest?

Sam rap jest tutaj bardzo organiczny i wykorzystujący żywe instrumenty, co nie powinno dziwić, a pomogli kumple z dawnej formacji. Sam początek to idący ku funkowym rytmom (klawisze) “Tytułowy”, gdzie nasz gospodarz rozpatruje kwestie sławy, dość krytycznie patrzy na fanów, nie zwracających uwagę na tekst lub ich nie rozumiejących, zaś na końcu dostajemy siarczyste solo saksofonu. Ku bardziej gitarowym morzom wchodzi “Co tak głupio brzmi?”, by ustąpić pole rozkręcającej się elektronice. “Doliniarz z Pragi”, gdzie wybija się akordeon brzmi jak uliczna kapela, tak jak lekko pulsujący “Na wszelki wypadek” z mocniejszą perkusją oraz finałowym wejściem organów. Jedynie pojawiający się gościnnie Gospel może odrzucić swoja manierą. Bliżej Afro Kolektywu robi się w jazzowym “W końcu piosenka o miłości”, gdzie fajnie gra fortepiano z perkusją, a także smyczki. Niepokojący jest “Czarny lakier”, co zapowiada smyczkowy wstęp, chociaż dalej idzie w bardziej spokojne tony, dopóki nie wchodzi Ten Typ Mes, pędząc niczym rajdowiec. I to zderzenie pozornie przebojowej lekkości z mrocznymi tekstami potrafi porazić (szybki, lekko ambientowe “Dawno nie było tu wojny”, przyspieszone “Jeszcze mniej ufać”, chropowate “Tata wstał”).

Dla mnie jednak największym problemem są krótkie skity, okraszone industrialnym tłem oraz dziwacznymi tekstami, pełnymi dość obscenicznych opisów. Jednak poza tym Afrojax dość dowcipnie, ironicznie pokazuje pozornie ograne tematy jak miłość, rodzicielstwo czy relacja z fanami, zaś balansowanie między śpiewem a nawijaniem przychodzi bardzo łatwo, wręcz naturalnie. I choćby z tego powodu oraz naprawdę bardzo ciekawych tekstów (których podobno nikt nie słucha), zdecydowanie warto dać szansę Afrojaxowi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Proud Mary

Mary na pierwszy rzut oka wydaje się być zwykłą kobietą, jakich wiele chodzi po ulicach. Troszkę przy kości, ale nadal apetyczna. Nie dajcie się jednak zwieść – Mary jest mafijnym cynglem, dla której przemoc i spluwy to chleb powszedni. Jednak podczas jednego zlecenia pozwala żyć chłopakowi, wcześniej kasując jego ojca. Rok później znajduje dzieciaka na ulicy, pobitego i pracującego dla Wujka – handlarza narkotyków. I ta decyzja wywróci jej życie do góry nogami.

dumna_mary1

Sam początek filmu jest dość zwodniczy – czołówka w stylu lat 70., w tle „Papa Was a Rolling Stone”. To wszystko zapowiadało całkiem stylowego akcyjniaka. Tylko, że reżyser stawia na bardziej dramatyczne wątki związane z Mary. Kobieta już próbowała zerwać z mafijną przeszłością, lecz się nie udało, zaś relacja z chłopcem daje jej kolejną szansę na ucieczkę. Ale jedna decyzja doprowadza do mafijnej wojny, przez co „wyjście” staje się trudniejsze. Zamiast filmu akcji czy thrillera mamy tutaj do czynienia z dramatem ubarwionym od czasu do czasu jakimiś strzelaninami. Jednak sama intryga jest opowiedziana w sposób bardzo prosty, wręcz po sznureczku. Napięcia tutaj tyle co kot napłakał, bo i tło jest ledwo liźnięte (dwie rodziny mafijne), zaś drugi plan jest wręcz bardzo słabo zarysowany, choć pełen znanych twarzy.

dumna_mary2

To może chociaż sceny akcji są tutaj świetnie wykonane? No niestety, są to bardzo prosto wykonane strzelaniny, pozbawione jakiejkolwiek finezji i stylu. To zwyczajne pif-paf w wąskich korytarzach, gdzie Mary wali każdego strzałem w łeb niczym John Wick. Pewnym wyjątkiem jest finał w magazynie, gdzie jest moment z ruchem pięści, jednak to wszystko za mało, by uznać to za udanego akcyjniaka. Jedynie ta więź z chłopakiem potrafi zaangażować emocjonalnie, chociaż zdarzają się ckliwe fragmenty z pianinkiem w tle.

dumna_mary3

I jeśli jest jakiś powód, że to wszystko ogląda się bez bólu zębów oraz innych części ciała, to jest to kreacja Taraji P. Henson. Jej Mary jest bardzo przekonująca zarówno jako chłodna zabójczyni, zmęczona życiem kobieta, jak i potencjalna matka. I to wszystko jest zaprezentowała bez poczucia fałszu, trzymając to wszystko do kupy. Także partnerujący jej Jahi Di’Allo Winston (Danny), okazuje się dobrym graczem, wiarygodnie pokazującym jego zagubienia zmieszanego z zadziornością. Warto też wspomnieć solidnego Danny’ego Glovera jako ojciec chrzestny, pokazujący troszkę inne emploi.

„Dumna Mary” jest filmem mocno niezdecydowanym. Niby sensacyjniak, ale bardziej skupiony na wątkach dramatycznych, przez co stoi w dużym rozkroku. Nawet sama Henson nie jest w stanie ukryć średniej reżyserii oraz bałaganiarskiego scenariusza.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Pięć lalek w blasku sierpniowego księżyca

Piękna wyspa gdzieś na wyspie z daleka od świata. Tutaj przybywają straszni bogacze, ich żony oraz pewien profesor, który niedawno stworzył formułę, mogącą odmienić świat biznesu. Problem w tym, że sam naukowiec nie chcę sprzedać swojego odkrycia. I to wszystko zaczyna serię morderstw, dokonujących się w tej okolicy.

piec_lalek1

Mario Bava tym razem postanowił stworzyć własną wizję „Dziesięciu Murzynków” – samotna, odizolowana wyspa, sami podejrzani, ciągłe poczucie zagrożenia. Z drugiej strony to wszystko podane jest w bardzo lekkiej formie, wręcz zabawowej. Przynajmniej na początku, reżyser próbuje podpuszczać i bawić się napięciem (pierwsze „morderstwo”). Jednak im dalej w las, tym bardziej cała intryga wydaje się wydumana, postacie zachowują się co najmniej niedorzecznie (zamiast się ukrywać czy stosować środki ostrożności, spokojnie sobie chodzą po okolicy jakby nigdy nic), a suspens siada na łeb, na szyję. Niby zaczynają się wzajemne oskarżenia czy próby podchodów, lecz zwyczajnie to wszystko nie funkcjonuje tak jak powinno. To może sceny przemocy? Nic z tego, wszelkie zabójstwa (poza finałowym) dzieją się poza okiem kamery, co miałby pewnie zszokować i przerazić, lecz to też nie funkcjonuje. Muzyka w tle jest bardzo taneczna, wręcz imprezowa, przez co z jednej strony dodaje lekkości, lecz kompletnie nie potrafi zbudować napięcia.

piec_lalek2

Bava próbuje troszkę coś ugrać swoimi operatorskimi sztuczkami i trzeba przyznać, że zdjęcia wyglądają naprawdę ładnie. Wyspa jest urocza, krajobrazy, kolory bardzo przyjemne, przez co nawet sprawia to drobna frajdę. Drugą są piękne panie, objawiające swoje wdzięki, chociaż nie ma tutaj erotycznego napięcia. Zaś same postacie w dużej części są dojść antypatyczne (zwłaszcza panowie), przez co trudniej było mi się z nimi identyfikować. I przez co cały film oglądałem z obojętnością.

piec_lalek3

Niestety, ale „Pięć lalek” to kompletna strata czasu. Film paskudnie się zestarzał, intryga nie wciąga, bohaterowie nie obchodzą mnie wcale, aktorstwo takie sobie, nawet niezła strona formalna nie wystarczyła, by skupić uwagę do końca. Niby niecałe półtorej godziny, ale strasznie się to dłużyło. Męka.

4/10

Radosław Ostrowski


Skok stulecia

Macie takie wrażenie oglądając pewien film, że już go gdzieś widzieliście? I nie chodzi o wykorzystanie podobnego schematu czy szablonów, ale bardzo podobnych scen, sposobu realizacji? Właśnie przed chwilą obejrzałem dość skromny film, który przypominał mi pewnego klasyka sprzed kilkunastu lat. W gruncie rzeczy chodzi o grupę gliniarzy pod wodzą Nicka O’Briena ścigających gang napadający na banki. Szef grupy, składającej się z byłych żołnierzy, Ray Merrimen, planuje zrealizować najbardziej karkołomny napad w historii – na Bank Rezerw Federalnych.

skok_stulecia1

Debiut Christiana Gudergesta od samego początku budził jedno skojarzenie: „Gorączka” Michaela Manna. I nie chodziło jedynie o koncepcję, bo zabawy w policjantów i złodziei zawsze potrafiły przyciągnąć widownię. Bardziej chodzi tu o styl wizualny oraz parę podobnych scen: od nocnych panoram miasta przez pierwszy napad aż po scenę na plaży, skojarzenia nasuwały się automatycznie. Jasne, to nie jest klon 1:1, jednak inspiracja tutaj jest bardzo mocno wyrazista. Nawet odgłosy strzałów z broni wydają się bardzo zbliżone do siebie. Jednak mimo podobieństwa, film okazuje się całkiem przyzwoitą rozrywką dla miłośników sensacyjnych dzieł. Sama akcja zrobiona jest z nerwem, pełnym napięcia (zwłaszcza ostatnie pół godziny), strzelaniny i pościgi dostarczają frajdy, chociaż nie jest to aż tak realistyczne, jakby się mogło wydawać. Chociaż zabawa w podchody i mylenie tropów poprowadzona jest całkiem solidnie.

skok_stulecia2

Problemem dla mnie jest sama intryga, bo skok poprowadzony jest w dość pogmatwany sposób, a sama koncepcja poprowadzona jest w dość nieczytelny sposób. Niby zaczynamy powoli odkrywać elementy układanki, jednak te potrafią parę razy zaskoczyć logicznymi dziurami, a zakończenie wydawało mi się tak naciąganie, że w głowie się to nie mieści. Do tego jest parę scen, które wydają mi się zbędne wobec całej opowieści (krótki wątek z chłopakiem córki jednego z tych złych) oraz dość schematyczny wątek życia prywatnego O’Briena, chociaż to ostatnie aż tak nie przeszkadzało. Ale reżyser nie potrafi się zdecydować czy bardziej idzie w stronę heist movie czy mocnego dramatu, przez co wiele razy mamy taki groch z kapustą. Także drugi plan (zwłaszcza kumple O’Briena) wydaje się dość ubogi oraz niezbyt rozbudowany.

skok_stulecia3

Aktorsko jest za to dość ciekawie. Bryluje tutaj Gerard Butler, który jest tutaj turbo-macho z przypakowanymi mięśniami, długą brodą, kozackim wdziankiem oraz byciu po prostu twardym. Wydaje się być wzięty jakby z innej epoki, jednak do tej konwencji oraz takich postaci Szkot pasuje idealnie. Po drugiej stronie barykady mamy równie twardego i inteligentnego Pablo Schreibera (Merrimen), tworząc bardzo dobry kontrast, chociaż tutaj granice między dobrem a złem zatarły się dawno. Warto też wspomnieć dość wyciszonego O’Shea Jacksona Jr. (barman Donnie) oraz niezłego 50 Centa, który nie drażnił.

Sam „Skok stulecia” to bardzo przyzwoity kawał kina akcji, chociaż za bardzo miejscami zżynający z „Gorączki”. Niemniej jednak z masy filmowych klonów, ten potrafił dostarczyć sporo frajdy, mimo poczucia deja vu. Cieszy mnie za to wiadomość, że film zarobił na tyle, by powstał sequel. Jest szansa, że błędy zostaną poprawione.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Florence + The Machine – High as Hope

HighAsHope

Nie będę ukrywał, że jestem wielkim fanem Florence + The Machine. Zespół ten śledzę od samego początku, a każda płyta coraz bardziej zaskakiwała. Ciekawe, czy tak też będzie z czwartym wydawnictwem “High as Hope”, chociaż doszło do drobnych roszad w grupie (nowy perkusista, basista), a za produkcję odpowiada frontmanka zespołu do spółki z Emilee’m Haymie.

Już na poprzedniej płycie “How Big, How Blue, High Beautiful” widać było przełamywanie tego barokowego, wręcz monumentalnego stylu kilkoma rockowymi piosenkami przypominającymi brzmienie z lat 70. Na “High as Hope” zespół idzie jeszcze o krok dalej, bo jest bardzo oszczędnie, wręcz minimalistycznie, co czuć od otwierającego całość “June”. Przestrzennie brzmiąca perkusja, wyciszona elektronika w tle, powoli dochodzący bas z fortepianem, coraz bardziej nasilając się do troszkę podniosłego wokalnie refrenu (chórki w tle), by pod koniec dorzucić partię smyczków. Bliżej tego, co znamy, chociaż też spokojniejszy niż zwykle, jest przebojowy “Hunger” z bardzo nośnym refrenem, pełnym szybkiej perkusji. Rozmarzone “South London Forever” z cudną wokalizą, gitarą akustyczną, ukulele oraz klawiszami brzmi tak bardzo wakacyjnie, że już bardziej się nie da. Nawet perkusja ze smyczkami oraz sporadycznie wchodzący saksofon Kamasiego Washingtona, nie są w stanie zmienić tego wrażenia. Z kolei “Big God” serwuje przez większość czasu sama Florkę oraz fortepian, jednak z czasem wchodzi przebijająca się z tła oszczędna perkusja Jamiego XX oraz dęciaki, dodające rozmachu. Ale nie mogę się przekonać do “Sky Full of Songs”, gdzie jest tylko drobne perkusjonalia wraz z delikatną gitarą, za to świetnie wypada melancholijne “Grace” z pianistycznym solo Samphy. Bardziej mroczna jest “Patricia” – hołd złożony Patti Smith z bardzo nieprzyjemnymi smyczkami na wstępie, przyspieszając w refrenie z nakładającymi się głosami.

I kiedy wydaje się, że już nic nie zaskoczy pojawia się niepozorne “100 Years”. Początek to delikatny fortepiano, do którego dołącza “klaskana” perkusja (nasilająca się w refrenie), harfa oraz w połowie naznaczająca swą obecność gitara (gra na niej Father John Misty), by na finał dodać dęciaki ze smyczkami. I wtedy pojawia się najlepszy fragment, czyli “The End of Love”. Gdy wydaje się, że będzie bardzo mrocznie (smyczkowy wstęp oraz pojedyncze uderzenia fortepianu), dochodzą nałożone głosy Florence, robiąc piorunujące wrażenie, w czym pomagają także ciepłe klawisze, ale jak wchodzą pstryknięcia, robi się bardzo magicznie. Ten utwór mógłby spokojnie zamknąć album, ale dostajemy jeszcze krótkie “No Choir”, będące tylko zbędnym balastem.

Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem głosu Florence, silnego jak dzwon, znakomicie grającego emocjami I zawsze wchodzącego na pierwszy plan. Sama muzyka nadal pozostaje bardzo różnorodna, tak samo jak bardzo bogata warstwa tekstowa, gdzie nie brakuje osobistych wątków (“The End of Love”, “Grace”). Są pewne drobne potknięcia, jednak “High as Hope” utrzymuje wysoki poziom, pokazując troszkę inne, bardziej intymne oblicze grupy. Dla starszych fanów może być to trudne do przełknięcia, ale z każdym odsłuchem jest tylko lepiej.

8/10

Radosław Ostrowski

Hostiles

Rok 1892, czyli czas, gdy Dziki Zachód powoli zaczynał wygasać. To w tych czasach przyszło żyć kapitanowi amerykańskiej kawalerii, Josephowi Blockerowi. Ten człowiek mordował Indian tak mocno, ze już nawet nie pamięta, kiedy wybuchła ta cała nienawiść. Ale nim przejdzie na emeryturę, los da mu bardzo zaskakujące zadanie. Ma odstawić umierającego wodza Indian Żółtego Jastrzębia do dawnej ziemi, by mógł spokojnie umrzeć. Blocker niechętnie przyjmuje tę robotę.

hostiles1

Scott Cooper jest bardzo nierównym filmowcem, który tym razem postanowił zrobić rewizjonistyczny western. Chociaż punkt wyjścia przypomina klasyczne kino drogi, z czasem coraz bardziej zaczynamy widzieć jak wojna oraz walka z Indianami dokonała psychicznego spustoszenia w umysłach żołnierzy. Jak próbują się odnaleźć w nowych czasach, muszą powstrzymać swój gniew oraz żądzę zabijania, bo tego nakazuje reputacja oraz stopień wojskowy. Niektórzy (jak dołączony do grupy eskortowany dezerter) nadal chcą zabijać Indian, inni tłumią w sobie gniew, lecz traktują nowych pasażerów niczym zbędny bagaż. Jednak ta podróż będzie szansą na pogrzebanie swoich dawnych demonów oraz ostatecznego pogodzenia ze sobą. „Hostiles” toczy się bardzo powolnym rytmem, rzadko pozwalając sobie na akcję oraz strzelaniny, co wielu może zniechęcić.

hostiles2

Podobać się za to może wiele elementów: bardzo trafne dialogi, brak dużych ilości patosu, surowe zdjęcia i naturalizm w pokazywaniu scen akcji. Także muzyka Maxa Richtera odpowiednio budowała nastrój oraz poczucie zagrożenia. Ale także relacje między żołnierzami a Indianami oraz pewną kobietą, w między czasie przyłączającą się do grupy, dodają wiele ognia do tego pozornie skromnego filmu aż do samego finału, niepozbawionego przemocy, ale i pewnej nadziei.

hostiles3

Aktorsko film zdominował Christian Bale w roli kapitana Blockera. Bardzo wycofany, samą barwą głosu pokazuje jego gniew, wściekłość, wręcz szorstkość wobec Wodza (świetny Wes Studi), których traktuje jak zwierzęta. Ale jego przemiana pokazana jest bardzo subtelnymi środkami, dodając wiele wiarygodności. Trudno też wymazać z pamięci Rosamund Pike, czyli kobietę, która straciła całą rodzinę, a początkowy stan szoku tworzy tak sugestywnie, że to mrozi krew w żyłach. Poza nimi drugi plan przepełniają tak znane twarze jak Jesse Plemons (porucznik Kidder), Ben Foster (dezerter Wills) czy Rory Cochran (sierżant Metz).

Mimo dość powolnego tempa, „Hostiles” nadal ma siłę rozliczenia z niechlubną przeszłością Amerykanów. Jednak nie robi tego w prosty, banalny czy moralizatorski sposób, lecz bardziej delikatnymi środkami, co Amerykanie robią bardzo rzadko.

7/10

Radosław Ostrowski

Czerwona jaskółka

Czym są Jaskółki? To szkolone przez wywiad kobiety, mające za zadanie zdobyć informacje za pomocą uwodzenia oraz manipulowania mężczyznami. Przygotowywane są w specjalnych szkołach wywiadów nazywanych Szkołami Jaskółek i Kruków, znajdujących się na terenie każdego kraju. Do tej szkoły w Rosji trafia Dominika Jegorowa – młoda baletnica, siostrzenica zastępcy szefa rosyjskiego wywiadu. Jej kariera tancerki zostaje przerwana z powodu wypadku, więc wujek werbuje ją. Jej zadaniem miało być sprawdzenie pewnego ważnego polityka, jednak jest to pułapka. Dominika nie ma wyjścia i musi podjąć współpracę z wywiadem, a jej zadaniem jest wyciągniecie informacji o krecie pracującym dla Amerykanów z ręki Nate’a Nasha – oficera CIA.

czerwona_jaskolka1

Kino szpiegowskie może mieć bardzo różne oblicza: od dynamicznych akcyjniaków pokroju Jamesa Bonda czy Jasona Bourne’a poprzez bardziej psychologiczne dramaty i powolniejszą narrację w stylu Johna le Carre. Wydaje się, że w tym kierunku próbowała pójść „Czerwona jaskółka” – adaptacja bestsellerowego debiutu byłego agenta CIA, Jasona Matthewsa. Jest to bardzo powolna historia kobiety, której losy przestają być od niej zależne, a sama intryga jest pełna klasycznych „szpiegowskich” sztuczek: podchody, brak zaufania, wodzenie za nos wszystkich oraz ciągła gra. Jednocześnie przenosimy się z miejsca na miejsce (Moskwa, Wiedeń, Budapeszt, Londyn), próbując nadgonić za całością. Dla mnie najciekawsze i największe wrażenie robiły sceny związane ze szkoleniem. Tutaj reżyser pokazuje jak bardzo system zmusza do współpracy za pomocą upodlenia, szantażu oraz złamania charakteru. Tylko, że im dalej w las, tym bardziej to wszystko wydaje się naciągane.

czerwona_jaskolka2

Sama intryga nie tylko toczy się dość powoli, ale zwyczajnie zaczyna przynudzać. Brakuje tutaj suspensu, bo pojawia się on bardzo krótko. Czy to w scenie wymiany z asystentką senatora USA, czy podczas brutalnych przesłuchań, czuć zagrożenie oraz niepokój. Jednak reżyser Francis Lawrence kompletnie zaczyna się gubić. Mamy tu zbyt wiele scen zbędnych jak te z matką Dominiki (rozumiem, że to miało pokazać motywację, ale pojawiają się za często), relacja między naszą agentką a Nashem przebiega zbyt szybko, zaś samo starcie między USA (strażnikami wolności i tak prawymi ludźmi, że nawet agenci nie brudzą sobie rączek) a Rosją (grającą ostro, brutalnie i bezwzględnie) wygląda tak naiwnie, że aż trudno w to uwierzyć. Za mało jest tutaj odcieni szarości, jak na film szpiegowski, a za mało napięcia i akcji.

czerwona_jaskolka3

A jak sobie radzą tutaj aktorzy? Robią, co mogą i nawet dają sobie radę, jednak brakuje tutaj odcieni szarości. Wyjątkiem jest tutaj Jennifer Lawrence, która dość przekonująco pokazuje kobietę lawirującej między służbą i byciem „niewolnicą” wywiadu, a próbą osiągnięcia częściowej kontroli nad samą sobą. Nieźle sobie też radzi Joel Edgerton (Nash), jednak nie byłem w stanie uwierzyć w tą relację (poza dość niejednoznacznym początkiem) w dalszym przebiegu wydarzeń. Dla mnie film kradnie Matthias Schoenaerts jako Wania Jegorow, wyglądający niczym klon Władimira Putina, który jest bardzo śliski, mimo pozorów dobroci. To bardzo diaboliczna postać, dodająca pewnego kolorytu, tak jak bardzo chłodna Charlotte Rampling (dyrektorka szkoły Jaskółek).

„Czerwona jaskółka” to bardzo pokraczny film, próbujący złapać kilka srok za ogon. Niby pokazuje kolejny etap wywiadowczych rozgrywek między USA a Rosją oraz ich bezwzględność, jednak brakuje tutaj napięcia, zaangażowania oraz emocji. Dlaczego tego filmu nie zrobił David Fincher? To pozostanie największą tajemnicą.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Diabolik

Tytułowy Diabolik to nieuchwytny kryminalista, nie robiący sobie nic z kolejnych policyjnych zasadzek, dopuszczając się coraz bardziej bezczelnych kradzieży. A wspiera go w tym Eva – wspólniczka i kochanka. Jednak prowadzący sprawę inspektor Genko jest zdeterminowany i by dopaść przestępcę postanawia zawrzeć układ z szefem mafii.

diabolik1

Film Mario Bavy z 1968 roku, tym razem wspartego przez producenta Dino De Laurentiisa, zmierzył się z popularnym w swoim kraju komiksem. I jest to w jakimś stopniu kino superbohaterskie, ale troszkę inne niż zwykle, bo Diabolika trudno nazwać bohaterem. Owszem, ma kryjówkę pod ziemią, ma sporo gadżetów i lateksowe wdzianko niczym Batman, jednak to (anty)bohater, mający tylko jeden cel: spełnić zachcianki swojej kobiety. Pozornie historia wydaje się bardzo prosta, jednak reżyser idzie z duchem epoki, czyli lat 60. Z jednej strony bardzo psychodeliczna wizja, z bardzo szybkim montażem (czołówka), skupieniem na detalach oraz dość ciekawych kadrach, z dość nietypowymi kątami jak w scenach z kryjówki naszego protagonisty czy podczas scen akcji. Z drugiej jest to bardzo kampowy, lekko kiczowaty koktajl, przesiąknięty erotyzmem oraz pomysłami tak szalonymi jak przetopienie pieniędzy w jedną ogromną sztabę złota. Więc jest wywrotowo, zmysłowo, z szaloną muzyką Ennio Morricone oraz bardzo pomysłowymi inscenizacjami (zasadzka przy pomocy mafii, każda ucieczka oraz nowy gadżet czy finał), nawet jeśli troszkę maskują kwestie budżetowe (akcja z pociągiem). Intryga potrafi chwycić, realizacja wygląda imponująco (poza scenami jazdy, gdzie mamy przyklejone tło), pojawia się kilka niespodzianek i wolt, zaś finał wprawia w pewne zakłopotanie.

diabolik2

Bava świetnie się bawi formą, a i aktorami (mimo pewnego przerysowania i umowności) zajmuje się bardzo dobrze. Największe wrażenie robią tutaj Michel Piccoli (inspektor Genko) oraz Adolfo Casi (gangster Valmont), którzy zwyczajnie bawią się na planie przednio. Podobnie jak pojawiający się w epizodzie Terry Thomas (minister), dodający troszkę humoru. Z kolei sam Diabolik w wykonaniu Johna Martina Lawa to bardzo małomówny facet, nastawiony na czyny z aparycją przypominającą troszkę Alaina Delona. Ale gdy się odezwie jest zaledwie znośny. W przeciwieństwie do pociągającej Marisy Mell, z którą nasz zbrodniarz ma bardzo silną chemię.

diabolik3

„Diabolik” to bardziej komercyjny film Bavy, jednak nie należy tego traktować jako wady. Reżyser po swojemu zmierzył się z nieznaną sobie konwencją, naznaczył swoim piętnem i dorzucił luz. Dla mnie była to przyjemną wyprawa, dająca dużo zabawy.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Gra cieni

Przedwojenna Korea znajdowała się pod dyktatem Japonii, gdzie część mieszkańców poszła na współpracę z okupantem. Jednym z takich ludzi jest Lee Jeong-chool – kapitan japońskiej policji, który kiedyś należał do ruchu oporu. A wszystko zaczyna się od obławy na dawnego znajomego z młodości, która kończy się śmiercią ściganego. Jednak przełożony postanawia dać Lee drugą szansę: infiltracja środowiska ruchu oporu, by schwytać jego przywódcę Jeong Chae-san. By tego dokonać, kapitan musi się „zaprzyjaźnić” z niejakim Kim Woo-jin, właścicielem zakładu fotograficznego. Od tej pory zaczyna się ryzykowna gra, gdzie do zdobycia jest zarówno całe szefostwo ruchu oporu, jak i materiały wybuchowe.

gra_cieni1

Koreańskie kino to rejon dla mnie nadal dość dziewiczy, a tym bardziej kino szpiegowskie. Kim Jee-woon jednak łączy amerykański sznyt z koreańskim stylem. Realia epoki są odtworzone z ogromnym pietyzmem. Kostiumy, pojazdy czy wnętrza zarówno pociągu jak i budynków prezentują się imponująco. Ale najważniejsza jest tutaj sama historia, gdzie mamy zderzenie dwóch walczących siatek: japońskiej policji i wywiad oraz koreańskim ruchem oporu, walczącym o niepodległość kraju. Intryga tutaj jest bardzo mocno pogmatwana, bo w każdej ze stron działają podwójni agenci oraz zdrajcy. Nie do końca wiadomo komu można zaufać, a stawka jest coraz wyższa. Czy nasz kapitan zdradzi swoich przełożonych, którzy nim gardzą? A może udaremni plany ruchu oporu? Reżyser bardzo powoli buduje napięcie w pozornie prostych scenach (wspólne popijawy czy akcja w pociagu), przez co niepokój jest wręcz obecny cały czas. Za to zaskakuje pomysłowo zainscenizowanymi scenami akcji – zarówno początkowa obława z żołnierzami skaczącymi po dachach jak i bardzo efektowna strzelanina na dworcu podnoszą adrenalinę. Więc nie zabrakło widowiskowości w tej – pozornie kameralnej – historii o zdradzie, przyjaźni i lojalności.

gra_cieni2

Tylko, że ponad dwugodzinna opowieść ma pewne momenty przestoju i miejscami bywa odrobinkę teatralna, co może zniechęcić. Dodatkowo nadmiar postaci drugo- i trzecioplanowych, które mogą odegrać istotną rolę jest bardzo duży, przez co trzeba „Grę cieni” oglądać w dużym skupieniu oraz koncentracji, by nie pogubić się w tej całej układance. Dodatkowo wiele postaci jest ledwo zarysowanych, przez co trudno się z nimi identyfikować, tak samo jak emocjonalny chłód między głównymi bohaterami.

gra_cieni3

Ale jeśli dodamy do tego porządne aktorstwo (ze szczególnym wskazaniem na bardzo wycofanego Songa Kan-hoo oraz Yoo Gonga) i pewną reżyserię, w efekcie dostajemy sprytnie poprowadzone kino rozrywkowe, pełne zaskoczeń, rozmachu, stylu oraz brutalne.

7/10

Radosław Ostrowski

Kasia Kowalska – Aya

0007EL99RJC6UQ5I-C122

W latach 90. to była jedna z najpopularniejszych gwiazd polskiej sceny pop-rockowej, jednak ostatnie albumy spotykały się z coraz chłodniejszym odbiorem. Być może dlatego (oraz z powodów macierzyńskich) Kasia Kowalska zniknęła na długo. Na nowe wydawnictwo fani musieli czekać aż 10 lat, co w muzyce wydaje się wręcz wiecznością. Jednak dwa pierwsze single dawały nadzieję, ze warto było czekać. Jaka ostatecznie jest “Aya”?

Z jednej strony mocno pachnąca latami 90., ale z drugiej bardzo współcześnie wykonaną i mającą kilka mocny kart w talii. I to już serwuje utwór tytułowy, będący kompletną woltą przypominającą brzmienia bardziej alternatywne: soczysty bas, przesterowana elektronika, lekko zmodyfikowane gitary, wokalizy w tle, wybijające się dęciaki pod koniec każdej zwrotki oraz wręcz stadionowy, bardzo nośny refren. Magnetyzująca mieszanka, po której będziecie chcieli puszczać ten utwór non stop. Bardziej wyciszony jest utwór “Dla taty”, mieszającą folkową gitarę z poruszającym fortepianem oraz pojawiającym się w finale solo na klarnecie grane przez… ojca Kowalskiej. Razem z tekstem daje to prawdziwego kopa. A im dalej, tym różnorodniej: od pachnącej country “Alannah (Tak niewiele chcę)” (jest też anglojęzyczna wersja “Somewhere Inside” z tekstem Alannah Myles) okraszoną bluesową gitarą przez lekko rozmarzone “Teraz kiedy czuję” (bardzo urocza elektronika) i bardziej gitarowe wejścia w “Czas się kurczy” aż po dość niepokojąco wolną “Czerń i biel” z bardzo mocnym refrenem. O dziwo, ta cała różnorodność działa tutaj na plus, dodając wiele świeżości.

Do tego też jest parę niespodzianek jak przepiękne “Wyspy milionów gwiazd”, gdzie przewija się klawesyn w tle, rozpędzone “Przebaczenia akt” czy bardziej  rockowa “Krew ścinanych drzew”, chociaż początek tego nie zapowiadał. Na sam finał dostajemy nastrojowy “Tam, gdzie nie sięga ból”, jakby żywcem wzięty z lat 90., zaś sam wokal Kowalskiej ma szerszy wachlarz możliwości, w pełni go wykorzystując.

Muszę przyznać, że “Aya” to jedna z większych niespodzianek. Kowalska w pełni wykorzystała swoją przerwę, teksty niepozbawione są refleksyjności, ale nie są w żaden sposób prostackie, muzyka nie jest pozbawiona potencjalnych hitów (i nie jest to wada), dając kopa. A ja chcę więcej.

8/10

Radosław Ostrowski