Schock

Dla Dory Baldini powrót do domu jest niezbyt przyjemny. To w nim jej pierwszy mąż popełnił samobójstwo, zaś kobieta zapłaciła za to dłuższym pobytem w szpitalu psychiatrycznym. Ale to już było ponad pół roku temu, a teraz kobieta razem z synem oraz drugim mężem powraca do domu. Wydaje się, że będzie sielanka, spokój i najgorsze już jest za sobą? Ale powoli zaczynają dziać się coraz dziwniejsze rzeczy: od poruszających się przedmiotów aż po dziwaczne zachowanie chłopca.

schock1

Dla Mario Bavy „Schock” był ostatnim kinowym tytułem, zrealizowanym pod koniec lat 70. horrorem. Bardzo nietypowym, jak na reżysera, mającego duży zmysł wizualny. „Schock” jest bardzo surowy, zrealizowany jest wręcz niemal jak reportaż, co sugeruje już sam początek. I reżyser ciągle podpuszcza, co do wydarzeń na ekranie. Czy to jest stricte horror z nawiedzonym domem? A może mamy do czynienia z „opętanym” dzieckiem, będącym pod silnym wpływem domostwa? Czy może jest to horror psychologiczny w stylu pierwszych filmów Romana Polańskiego? Tropów jest bardzo wiele, a Bava ciągle zmienia sposób straszenia. Raz mamy poruszające się przedmioty, raz dziwaczne zachowanie chłopca (jak mówi do Dory: „Mamo! Muszę cię zabić”), który kłamie, mąci i miesza, by potem wskoczyć dość makabrycznym koszmarem. Do tego jeszcze retrospekcje z bardzo nieostrymi kadrami, całkiem niezłymi efektami (latająca brzytwa) oraz coraz bardziej gęstniejącym klimatem.

schock2

I mimo sięgania po pozornie oczywiste sztuczki, parę razy Bava potrafi nastraszyć. I nie ważne, czy mówimy o montażowej sklejce huśtawka-metronom, zagrożeniu dla samolotu czy kolejnych marach, nawiedzających Dorę. Niepokój potęguje też muzyka, mieszająca bardziej popowe brzmienie z organami, chórami i elektroniką, tworząc bardzo zgrabną mieszankę. A zakończenie potrafi chwycić za gardło.

schock3

Całkiem nieźle radzi sobie także obsada. Film kradnie całkowicie Daria Nicolodi, znakomicie wcielając się w Dorę. Pozornie jest to kobieta radosna i szczęśliwa, która zaczyna się czuć coraz bardziej obco w swoim domostwie, by znaleźć się na skraju szaleństwa. A my razem z nią, próbujemy ustalić, co się tak naprawdę dzieje. Ale w kontraście do niej strasznie drażni David Colin Jr. jako Marco. Może i wygląda dość niepokojąco, jednak kiedy zaczyna się odzywać doprowadza do prawdziwego bólu uszu. Jest sztuczny, nienaturalny, wręcz irytujący, przez co jest największą wadą filmu.

„Schock” pokazuje, że Bava nie skończył się w latach 60., ale później też potrafił pokazać wysoką formę. Jest mrocznie, tajemniczo, z bardzo gęstym klimatem, nierównym aktorstwem i kilkoma mocnymi scenami. Nadal potrafi wywołać szok.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Ostatnie pokolenie

Wyobraźcie sobie świat, w którym coraz trudniej jest zdobyć wodę z powodu ogromnej suszy. Z tego powodu dystrybucja tego surowca jest mocno ograniczona, zaś ranczerzy, by przetrwać, muszą handlować alkoholem i liczyć na cud. Kimś takim jest Ernest Holm, ale bardzo brakuje mu umiejętności. Mężczyzna mieszka z synem i córką, która umawia się z dość szemranym Flemmingiem, który ma inne plany wobec tej ziemi.

ostatnie_pokolenie1

Początek dzieła Jake’a Paltrowa może budzić skojarzenia z postapokaliptyczną wizją świata, pełnego pustynnych krajobrazów, szalejących bandytów oraz zwykłych ludzi, próbujących przetrwać. Reżyser przez dłuższy czas prezentuje wizję swojego świata, gdzie nie brakuje pomysłowych gadżetów (futurystyczny telefon czy mechaniczny osioł), jednak nie one są tu najważniejsze. Degrengolada świata, pełna biurokracji, korupcji oraz drobnych cwaniaków jak Robbie, handlujący dziećmi czy licytacje sprzętu. I tutaj mamy zwykłą rodzinę oraz mocno przywiązanego do ziemi Flema, który do realizacji swoich celów nie cofnie się nawet przed morderstwem. Historia skupia się na zabójstwie, zemście, brutalnej inicjacji oraz uczynieniu ziemi znowu żyznej. Niby nie dzieje się wiele, ale reżyser powoli zaczyna odkrywać kolejne elementy intrygi, prowadząc do dość oczywistego finału, naznaczonego krwią, odpowiedzialnością oraz mrokiem. Wszystko to wsparte przez bardzo surowe zdjęcia, pełne pustynnych krajobrazów (na początku) oraz niepokojącą muzykę. Może czasami dialogi wydają się dość suche, a pewne wątki związane ze światem poza rolniczym, gdzie trzeba mieć przepustki, są szybko urwane i można było je rozwinąć, niemniej seans jest całkiem przyjemny.

ostatnie_pokolenie2

Za to nie zawodzą aktorzy, z których najbardziej wybija się trzech panów. Michael Shannon zawsze się sprawdzał w postaciach z tajemnicą oraz nieprzyjemną przeszłością, tutaj jedynie potwierdza swoje umiejętności. Ernest jest bardzo wycofanym, skrytym facetem, próbującym wytrwać do końca. Bardziej wybija się za to Nicholas Hoult, przechodzący olbrzymią ewolucję Flemming. Na początku chłopak na motorku, wyglądający jak bandzior, z czasem stający się panem na włościach, pewnym siebie facetem. Wreszcie bardzo wycofany Kodi Smit-McPhee (Jerome), który jest zapatrzony w ojca, też zmienia się w sprytnego, dojrzałego mężczyzny.

ostatnie_pokolenie3

„Ostatnie pokolenie” to kolejny ciekawy głos w nurcie niezależnego kina SF. Niby nic nowego, a sama intryga może też wydaje się niezbyt zaskakująca, ale potrafi miejscami poruszyć i trzymać w napięciu, chociaż wydaje się spokojny. Te paradoksy nie wykluczają się nawzajem.

7/10 

Radosław Ostrowski

Opowieść

Poznajcie Jennifer – to dziennikarka przed 50-tką, ale nadal atrakcyjna. Od lat żyje w narzeczeństwie z wziętym operatorem i powoli szykuje się do ślubu. Jednak jej dość spokojne życie zmienia się przez telefon od przerażonej matki. Pozornie kobieta ignoruje ten telefon, aż w końcu zostaje wysłana przyczyna: opowiadanie napisane przez Jen w wieku 13 lat, gdzie wspomina okres pobytu u nietypowej pary, zajmującej się trenowaniem (dzieci) oraz hodowlą koni. Tylko, że jest też o relacji intymnej z dorosłym mężczyzną.

opowiesc1

Reżyserka filmu Jennifer Fox postanowiła opowiedzieć o sobie samej oraz próbie pokonania swojej traumy, która dawno temu została wyparta przez pamięć. Sama Jenny pamięta samo miejsce, wrażenia, postacie, ale szczegóły dawno się zatarły, a wiele rzeczy oraz pozostało nienazwanych. To obyczajowy dramat, poprowadzony jednak troszkę inaczej niż tego typu produkcje nas przyzwyczaiły. Wiele scen, dialogów i fragmentów opowiadania zostaje powtórzonych, chociaż kontekst coraz bardziej zaczyna się zmieniać. Z jednej strony jest tu prowadzone dochodzenie własne śledztwo, gdzie poznajemy kolejne retrospekcje, rozmowy z bohaterami tamtych wydarzeń i odkrywanie kolejnych elementów układanki. Czyli klasyka tego typu produkcji. Z drugiej zaś Jenny „rozmawia” poprzez łamanie czwartej ściany i zwracanie się bezpośrednio do tych bohaterów już jako dorosła kobieta. Robi to nawet z młodszą wersją siebie, co na pewno czyni całość o wiele bardziej atrakcyjnie.

opowiesc2

Bardzo przekonująco odtworzono realia lat 70. – czasów bardziej liberalnych, gdy takie słowa jak molestowanie, pedofilia były nieznane, zaś o niewłaściwych zachowaniach nie mówiło się wprost. Tylko co zrobić w takiej sytuacji, jak odkryć prawdę i czy jest szansa na oczyszczenie, rozwianie wątpliwości. Nawet sceny intymnych relacji pokazane są na tyle delikatnie, by nie oskarżać twórców o pornografię, ale potrafią nadal przerazić. I co najważniejsze, nie daje tutaj mocnej kropki nad i w sprawie co dalej. Czy będzie szansa na związek, jaka była prawda i jaki będzie kolejny ruch? To może troszkę przeszkadzać.

opowiesc3

Za to film nadrabia świetnym aktorstwem. Tutaj błyszczy znakomity Laura Dern w roli Jennifer – pozornie spokojna, opanowana, lecz drobnymi modyfikacjami głosu oraz gestami widać, że w środku zaczyna się tutaj gotować. I to jest postać mocno trzymająca za gardło, której losy zaczynają nam zależeć. Równie mocna jest Elisabeth Debicki jako zjawiskowa pani G, będąca mieszanką delikatności, surowości oraz ciepła, a także partnerujący jej Jason Ritter (bardziej śliski, choć tego nie widać od razu Bill). Tak samo klasę prezentuję Ellen Burstyn jako matka oraz nieźle radzący sobie Common. Ale największą niespodzianką jest młodsze oblicze Jennifer, czyli Isabelle Nelisse – bardzo delikatna, naiwna oraz zagubiona dziewczynka, zauważona przez obcych ludzi.

„Opowieść” znowu pokazuje, że jeśli chodzi o realizację filmów telewizyjnych, HBO nadal pozostaje wyznacznikiem wysokiej jakości. Może czasami tempo może wielu znużyć, jednak sam film prowokuje do refleksji i dotyka (na szczęście, nie powiechrzownie) poważnego tematu, wspierany przez świetne aktorstwo. Ta „Opowieść” porusza i angażuje.

7/10

Radosław Ostrowski

Krwawy obóz

Mała, spokojna zatoczka, gdzieś na odludziu. Tam przebywa pewna starsza hrabina, poruszająca się na wózku inwalidzkim. Ale jej samotny żywot kończy się morderstwem. Żeby jednak nic nie było takie proste jak wygląda, jej zabójca też kończy żywot. Do tego po okolicy panoszy się pewna niemłoda parka, żyje pewien architekt, dość ekscentryczne małżeństwo i przyjeżdża czworo nastolatków.

krwawy_oboz1

Mario Bava tym razem postanowił zrobić dość dziwaczne cudadło. Początek zapowiada wręcz klasyczne giallo (morderca w czarnych rękawiczkach), by przez krotką chwilę (wątek nastolatków) wejść w buty slashera zapowiadając krwawe „Piątki 13-tego”, a następnie coraz bardziej zachowując się jak thriller z domieszką horroru. Początkowo wątki wydają się dość mocno oderwane od siebie i płynnie przeskakują między sobą, kończąc się czasem dość gwałtownie. Sama intryga jest bardzo zamotana i dotyczy walki o majątek, czyli posiadłości na zatoce. Mimo dość krótkiego czasu trwania, czasem dość trudno się w tym wszystkim połapać, zwłaszcza w pierwszej połowie panuje chaos oraz brak czytelności. Kto tak naprawdę jest najważniejszy w tej całej układance, kto gra jaką rolę, a kto pełni rolę tylko zapychacza. Jeśli to miało uczynić intrygę coraz bardziej skomplikowaną, to się naprawdę udało.

krwawy_oboz2

Warto jak zawsze pochwalić stronę plastyczną, z pięknie wyglądającą zatoką, zarówno rano jak i nocą. Bava znowu potrafi oczarować, tak samo jak oszczędnie budując napięcie prostymi sztuczkami w postaci gwałtownej, krwawej przemocy czy drobnych jump-scare’ów (wypłynięcie zwłok z jeziora czy nagłe wyskoczenie z mroku postaci). I o dziwo ogląda się to całkiem nieźle, m.in. odrobinie humoru oraz przewrotnemu finałowi. Pod koniec jeszcze zaczynają się retrospekcje, objaśniające całą tą układankę (w miarę sensownie).

krwawy_oboz3

Samo aktorstwo jest co najwyżej niezłe, ale trudno było mi polubić jakąkolwiek postać. Nie tylko dlatego, że za mało poznajemy każdą z postaci, lecz także z powodu niejasnych motywacji, szczątkowego charakteru, a także pewnej ekscentryczności (małżeństwo etymologa z tarocistką). To może sprawiać pewne problemy, niemniej nie wywołuje to irytacji.

„Krwawy obóz” może sprawić frajdę fanom kina grozy, mieszając brutalną przemoc z pogmatwaną intrygą, zapowiadając przyszłe slashery. Może nie ma równego tempa, historia bywa dość nieczytelna, a niektóre wątki (studenci) są zbędne, niemniej daje pewną satysfakcję.

6,5/10

Radosław Ostrowski


nadrabiambave1024x3071

Dom egzorcyzmów

Lisa Reiner jest turystką, która przebywa z wycieczką gdzieś we Włoszech. Jednak podczas odwiedzania placu, odłącza się od grupy i gubi się po okolicy. Po drodze trafia na małżeństwo, które przybywa i razem znajdują się w dworku gdzieś na odludziu. Dworek należy do hrabiny, jej syna oraz dość ekscentrycznego służącego.

lisa_i_diabel1

Mario Bava tym razem wraca do tego, co umie najbardziej, czyli do horroru. I nie jest to klasyczny horror, tylko gotycka opowieść z romansem w tle. Chociaż sam początek niczego takiego nie zapowiada, bo mamy zagubioną kobietę w obcym otoczeniu. Reżyser powoli zaczyna budować atmosferę tajemnicy, wynikającej z poczucia osaczenia, ale też obecności bardzo podobnych do ludzi manekinów. Wszystko się zmienia w momencie przybycia do domostwa, pełnego mrocznej tajemnicy rodu, mroczniejszego klimatu oraz atmosfery niepokoju. Bava sięga z jednej strony po klasyczne elementy (niepokojący dźwięk, niepokojące kadry), ale też parę razy zaskakuje wizualnie jak podczas scen igraszek pokazanych z odbijającej się papierośnicy. No i nadal wygląda pięknie, co widać w scenach na dworze.

lisa_i_diabel2

Po drodze pojawiają się pewne retrospekcje, które mogą wprawić w kompletną dezorientację, zarówno wobec postaci, jak i miejsca. Pewną poszlaką może być bardziej rozmyte oświetlenie w kadrach, jednak sama intryga jest dość zaplątana, sprawiając dużą konsternację. Także muzyka, niepozbawiona lirycznych fragmentów, brzmi bardzo współcześnie dla realizacji, czyli latami 70. Nie brakuje też zarówno scen przemocy z cieknącą krwią oraz złowrogich miejsca jak pokój kamerdynera pełen manekinów czy kaplica. Jednak na mnie wrażenie zrobiło przewrotne, wręcz surrealistyczne zakończenie, które potrafi zmrozić.

lisa_i_diabel3

Aktorstwo wydaje się tu troszkę przerysowane, jednak nie wywołuje ono w żaden sposób żenady czy frustracji. Najbardziej wybija się tutaj dystyngowany, elegancki Leandro w wykonaniu Telly’ego Savallasa, już z lizakiem w ustach. Opanowany, spokojny, ale jednocześnie z dużym dystansem oraz luzem. Dobrze sobie też radzi ładna Elke Sommer (Lisa) oraz bardzo wyrazista Alida Valli (hrabina), grając bez popadania w manieryzm czy przesadę.

„Dom egzorcystów” to bardzo klasyczny, wręcz elegancki horror w starym stylu, w którym Bava trzyma fason. Mimo pewnych logicznych dziur oraz miejscami średniego aktorstwa, dostarcza wiele frajdy, co sugeruje już bardzo ciekawa czołówka. Zawodu raczej nie będzie.

7/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Rebel in the Rye

Filmy o pisarzach mogą dla wielu być niezbyt interesującym materiałem, bo jak pokazać proces twórczy, skoro nasi autorzy tylko skrobią coś ołówkiem, długopisem oraz ewentualnie na maszynie. Ale nie znaczy to, że nie da się zrobić ciekawej biografii pisarza, bo jego losy mogą być inspiracją dla jego dzieł. I o jednym taki twórcy jest „Rebel in the Rye”, który nie trafił do polskich kin. A szkoda, bo to bardzo interesujące dzieło.

rebel_in_the_rye1

Czy czytaliście taką książkę „Buszujący w zbożu” niejakiego Jerome’a Davida Salingera? Bo ja nie miałem okazji ani w szkole, ani w dorosłym życiu. A jaki był sam autor? Cały film można podzielić na dwie części, gdzie punktem zwrotnym jest rok 1945. Gdy poznajemy J.D., przebywa w szpitalu psychiatrycznym, otępiały, przybity i wyniszczony psychicznie po tym, co zobaczył podczas wojny od lądowania w Normandii aż do wyzwolenia obozu koncentracyjnego. I wtedy po raz pierwszy pada nazwisko Holdena Caulfielda, a następnie cofamy się do roku 1939, gdy przyszły autor chce podjąć swoich sił jako literat. Syn handlarza serem, wspierany przez matkę decyduje się zapisać na kurs literatury prowadzony przez Whita Burnetta. To zdarzenie staje się pierwszym przełomem, a reżyser Danny Strong skupia się na dwóch wątkach: samym autorze, jego emocjach i przeżyciach oraz pokazywanie sensu pracy twórczej, rozwijania warsztatu, dbania o uczciwość wobec siebie. A druga część to próba poskładania się do kupy, realizacja swojego opus magnum oraz… życie tuż po.

rebel_in_the_rye2

Sam film może sprawiać (zwłaszcza w drugiej części) wrażenia bardzo skrótowego, pokazującego wydarzenia z kilku lat w ciągu paru minut, bez informowania nas o tym. Na mnie największe i najciekawsze dostajemy na początku, czyli relacja Salingera z Burnettem, który staje się dla niego mentorem, w pewien sposób zastępując ojca. Wtedy film nabiera rumieńców, dostarczając kopa. Sam wątek wojenny jest pokazany w kilku scenach, jednak jego reperkusje dotykają aż do samego końca. Próby wyrwania się z wojennych koszmarów doprowadzają nie tylko do napisania „Buszującego w zbożu”, ale też do większego wyalienowania wobec świata. Czy to musi być cena za tworzenie swojego dzieła? Reżyser w tym przypadku pokazuje, że może tak być, jednak cały czas próbuje zrozumieć swojego bohatera.

rebel_in_the_rye3

Pisarz ma tutaj twarz Nicolasa Houlta, który bardzo dobrze poradził sobie z budowanie zagubionego outsidera, konsekwentnie walczącego o realizację swoich pasji. Rzadko sobie pozwala na wylewanie emocji, mieszając strach, wątpliwości, ale także upór w dążeniu do celu, na własnych warunkach. To bardzo złożona, intrygująca kreacja. Na tym samym poziomie wchodzi Kevin Spacey (czy może powinienem napisać Kevin S.?) w roli Burnetta, spełniający się w roli mentora, budząc uznanie od pierwszego zdania. Chociaż wygląda niepozornie (sweterek, okulary), ma w sobie większą siłę, przekonując swoim doświadczeniem, co aktorowi zawsze wychodziło bez problemu. Drugi plan zawłaszcza Sarah Paulson (wydawca Dorothy Olding), tworząc sympatyczną wspólniczkę oraz śliczna Zoey Deutch (Oona O’Neill – pierwsza miłość pisarza), dodając smaczku.

Film Danny’ego Stronga może nie jest przełomową biografią literacką, ale potrafi wciągnąć i pokazuje inną stronę pracy pisarza. Nie brakuje zarówno stylowych zdjęć czy rekonstrukcji okresu lat 40. oraz 50., świetnie budującej klimat muzyki oraz wspaniałych kreacji duetu Hoult/Spacey. Bardzo solidnie opowiedziany, gdzie nawet ta skrótowość nie przeszkadza stworzeniu wiarygodnego portretu psychologicznego bohatera.

7/10

Radosław Ostrowski

W ułamku sekundy

Zaczyna się dość sielankowo, bo od ślubu w miejscu, gdzie rzadko zawiera się małżeństwa – w więzieniu. Tam pojawia się Katja, śliczna Niemka oraz skazany za narkotyki Turek Nuri. Parę lat później ich życie wydaje się synonimem szczęścia, oboje prowadzą firmę, mają dziecko – wszystko idzie w dobrym kierunku. Ale w jednym wieczorze wszystko rozpada się niczym domek z kart. Wszystko z powodu eksplozji niszczącej cały budynek, zaś mąż i dziecko giną. I niestety, nie był to wypadek.

w_ulamku_sekundy1

Turecki Niemiec Fatih Akin po kilku latach wraca ze swoim nowym filmem i na pewno wkurwi parę osób. „W ułamku sekundy” jest podzielony na trzy części, a każda zaczyna się sfilmowanym fragmentem z życia rodziny, a po drodze reżyser serwuje wiele wątków oraz poszlak, zmieniając tempo oraz emocjonalną intensywność. Bo o czym będzie ten film? O zemście i próbie wymierzenia sprawiedliwości? Śledztwie na tle polityczno-religijnym? Próbie radzeniu sobie ze stratą najbliższych? Reżyser na początku miesza tropy i najbardziej akcentuje to ostatnie – wszystko widzimy z perspektywy Katji, próbującej ogarnąć ten bajzel. Niby ma wokół siebie ludzi, lecz nie wszyscy są w stanie pomóc (rodzice i teściowie, rzucający oskarżenia), zaś ból pozostaje jej, tylko jej. Pozornie drobnymi gestami buduje bardzo przekonujący portret owdowiałej kobiety, by w drugiej części zmienić historię w dramat sądowy z oskarżonymi. Bo okazuje się, że ten zamach to robota młodych, niemieckich neonazistów. I tutaj zaczyna robić się coraz gęściej: bardzo chłodni, niczym roboty sprawcy kontra rozedrgana, próbująca opanować emocje Katja.

w_ulamku_sekundy2

Mimo pozornej zero-jedynkowej wizji (zwłaszcza obrońca oskarżonych wydaje się prawdziwą mendą), Akin potrafi uderzyć, zwłaszcza podczas scen przesłuchań w sądzie. Chłodne opisy ran odniesionych przez ofiary, kolejne zeznania, wreszcie wyrok. A trzeci akt był pokłosiem wydarzeń z poprzedniego aktu, pokazującego jak niesprawiedliwość może doprowadzić do poczynań terrorystycznych, bez względu na pochodzenie, rasę czy płeć. Szkoda tylko, że to zakończenie jest tak szybko poprowadzone, wręcz za szybko (tak jak wyjaśnienie, kim są sprawcy). Ten akt mocno osłabia ten film, choć ostatnia scena jest bardzo mocna.

w_ulamku_sekundy3

Ale to wszystko trzyma w swoich barkach Diane Kruger, tworząc magnetyzującą, ale jednocześnie bardzo przyziemną postać. Z jednej strony pociągającą, charakterną kobietę, z drugiej zrozpaczoną, pełną gniewu, wściekłości, pragnącej sprawiedliwości. Kradnie film w każdym momencie i nieważne, czy mówimy o próbie samobójczej, scenach w sądzie czy w finale, tworząc bardzo skomplikowaną, wiarygodną psychologicznie postać. I to ona wznosi ten film na wyższy poziom.

Fatih Akin bardziej wskazuje i pokazuje, że w czasach fali imigrantów Europejczycy powinni bardziej spojrzeć na siebie niż na obcych. Wielu może się ten wniosek nie spodobać, zaś sam film potrafi sprowokować do dyskusji, dając troszkę satysfakcji.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Free Fire

Gdzieś w Ameryce ma dojść do prostej transakcji: kasa za spluwy. Kasę mają Irlandczycy ze słynnej IRA, spluwy załatwia handlarz z RPA, a pośrednikami w interesie są Justine oraz Orb. Wszystko miało pójść łatwo, gładko i bez zbędnych komplikacji. Co może pójść nie tak? A co dwóch z członków grupy pomocników poznało się wcześniej i wyszła z tego duża awantura? To niezbyt dobrze wróży interesom, a zwykła transakcja zaczyna się zmieniać w pole bitwy.

free_fire1

Ben Whitley to jeden z bardziej intrygujących brytyjskich filmowców, chociaż moje dwa poprzednie spotkania („Pole w Anglii” oraz „High-Rise”) nie do końca mnie przekonały. „Free Fire” to prosta, nieskomplikowana historia kryminalna a’la Tarantino. Emocje zaczynają się coraz bardziej rozkręcać, a karuzela przemocy wydaje się nie mieć końca. Wszyscy chowają się gdzieś za każdą osłoną, każdy do każdego strzela, rzucając się wyzwiskami, sprawdzając stan zdrowia i próbując się jakoś z tego wykaraskać. Do tego dochodzi zdrada z zewnątrz, poczucie urażonej dumy, próby zastosowania różnych podstępów, a broń czasem lubi się zacinać. Wszystko wygląda jak jakiś film z lat 70., gdzie mamy kolesi w kurtkach, kolesi w wypasionych garniakach, kolesi z wąsami oraz jedną lalunię, a w tle gra John Denver. Reżyser niby gra znaczonymi kartami, ale wie jak podkręcić napięcie, bardzo dynamicznie montując i dodając parę roszad, niespodzianek oraz krwawej jatki.

free_fire2

Do samego końca nie można być pewnym jak to się wszystko skończy i kto przetrwa, a wszystko zależy od zwykłego farta. Kto celniej strzeli, kto szybciej się przemieści, kto będzie bardziej wytrzymały oraz odporny. Whitley podrzuca to także swoim poczuciem humoru, dostarczając bardzo przyjemnej rozrywki.

Tak samo znakomicie odnajdują się aktorzy w tym całym bajzlu. Najbardziej błyszczy tutaj rzucający ciętymi ripostami Orb w wykonaniu Armiego Hammera oraz wręcz przerysowany, mający wielkie ego na swój temat Vernon, brawurowo zaprezentowany przez Sharlto Copleya. Swoje robi też honorowy oraz nieufny Chris (świetny Cillian Murphy), a także porządny Frank (Michael Slovis) czy naćpany Stevo (zaskakujący Sam Riley). Oczywiście, jest tych postaci więcej i nawet drobne kreacje Patricka Bergina, Noah Taylora czy Brie Larson zapadają w pamięć.

free_fire3

Kolejny przykład jak wiele zależy od przypadku. „Free Fire” to bezpretensjonalna kanonada strzelanin, przekleństw oraz przewrotek w klimacie lat 70. Takiego pieprznika oraz bałaganu (kontrolowanego) nie widziałem od dawna, a wszystko tak bezpretensjonalnie jak się da.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Różni wykonawcy – Albo Inaczej 2

okladka_ALbo Inaczej alkopoligamia 2

Pamiętacie taki projekt, który się nazywał Albo Inaczej? Alkopoligamia postanowiła zaprosić weteranów polskiej muzyki (poza Marylą Rodowicz i Krzysztofem Krawczykiem) do zmierzenia się z klasyką polskiego rapu, dodając nutkę jazzowego posmaku. Do tego udział wykonawców takiego kalibru jak Krystyna Prońko, Zbigniew Wodecki czy Felicjan Andrzejczak sprawił, że znane hity Peji, Kalibra 44 czy Mor W.A. zyskały nowy blask. Wytwórnia postanowiła pójść za ciosem i zrobić część drugą, ale tym razem z innym składem. Do sequela zaproszone młode pokolenie wykonawców kojarzone z szeroko rozumianą muzyką alternatywną, zaś aranżacjami oraz opracowaniem tekstów zajął się Mariusz Obijalski – pianista jazzowy. Czy możemy mówić tutaj o sukcesie? Hmm.

Pierwszy na scene wchodzi Piotr Zioła idący na starcie z “Nie mamy skrzydeł” Miousha,który tutaj przypomina typowy dla tego wykonawcy retro pop z lat 60., gdzie dominuje gitara elektryczna z klawiszami. Przyjemnie to buja, chociaż mroczna aura słów potrafi sprowokować. Jazzowo-reagge’owa hybryda towarzyszy w “Mogę wszystko” z całkiem nieźle sobie radzącą Natalią Nykiel, jednak szoł kradnie sekcja dęta w środkowej partii. Więcej ognia serwuje za to (ku mojemu wielkiemu zdumieniu) Mrozu w niemal rockowym “Gdyby miało nie być jutra”, zwłaszcza w refrenie. Ale też zwrotka z powoli tykającym fortepianem potrafi zaskoczyć. Efekt jest piorunujący. Znowu gitarowo, chociaż mniej agresywne jest “Nic”, gdzie refren jest tak cudnie zapętlony, że mógłbym słuchać go w nieskończoność, a delikatny głos Darii Zawiałow jest wartością dodaną.

I wtedy pojawia się perła w postaci melancholijnych “Sznurowadeł” z chropowatym głosem Fismolla, mającym w glosie tyle emocji, że można nimi obdzielić masę innych wykonawców. A gdy dodamy kolejne wejścia instrumentów, ze szczególnym wskazaniem gitarowej solówki oraz dęciaków, efekt jest znakomity. Znacznie intymniejszy (lecz nie gorszy) jest drugi mocny punkt, czyli “Chodź ze mną” z nisko śpiewającym Ralphem Kamińskim oraz fortepianem. Równie spokojna (poza refrenem oraz gitarą w tle), ale też naznaczona pewnym mrokiem jest “Czerwona sukienka”, co bardzo mnie zaskoczyło. Tak samo jak występująca Justyna Święs, dodająca pewnej delikatności. Za to większy groove dodaje Monika Borzym w bardzo dynamicznych “Złych nawykach”, zaś retro rockiem zaleciał Igo ze swoją zachrypniętą wersją “Mówią mi”. Nieźle wypada Rosalie naszpikowanym basem “Ile mogę” oraz mroczniejszy, przerobiony wokalnie Krzysztof Zalewski z “Chwilą”, zaś na finał wszyscy wykonują “Chwile ulotne” Paktofoniki.

Do samych aranżacji czy wykonań nie mam poważnych zastrzeżeń, ale jest jeden poważny zgrzyt jaki fanom rapu się nie spodoba – opracowania tekstów. Owszem, wiadomo, ze nie da się przenieść utwór jeden do jeden, bo wokaliści nie rapują i ślepe rekonstruowanie byłoby nijakie. Na poprzednim albumie też były pewne skróty, jednak Obijalski z wokalistami dokonali wręcz rzezi na materiale źródłowym. W wielu przypadkach wyleciało nawet ¾ całości, co najmocniej słychać w “Czerwonej sukience” (takie cięcia przy utworach będącymi opowieściami są bardzo bolesne), “Mogę wszystko” oraz “Ile mogę”, gdzie wiele niezapomnianych fraz poszło do kosza. I tego żadne wykonanie nie jest w stanie zastąpić.

Czy to znaczy, że sequel nie wypalił? Raczej nie do końca wykorzystał swój potencjał, a nowe wersje raczej nie będą w stanie przebić oryginału (może poza “Sznurowadłami”), chociaż niektórym zabrakło naprawdę niewiele. Bardzo przyzwoicie wykonane, chociaż nie jest w stanie dorównać poprzedniej części. Mimo to, kibicuje tej inicjatywie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ciche miejsce

Wyobraźcie sobie świat, w którym ludzkość rozpadła się, a świat opanowały paskudne i nieprzyjemne monstra. Są nie do zabicia, wojsko nie daje radę, jednak to wszystko poznajemy z perspektywy pewnej rodziny i to od 89 dnia po całym tym zamieszaniu. Rodzina (w tym głuchoniema córka) obecnie przebywa w opuszczonym domostwie gdzieś na wsi. Tylko, że wkrótce do tej ma dołączyć kolejny członek, co podkręca niepokój.

ciche_miejsce1

Kolejny przykład kina zrobionego przez aktora, jednak tutaj mamy do czynienia z kinem gatunkowym. Niejaki John Krasinski, którego można kojarzyć z serialu „The Office” tym razem idzie w stronę horror und groza. Ale jak wszyscy wiemy, strach i napięcie można robić na kilka różnych sposobów: od jump scare’ów po bardziej podskórne poczucie zagrożenia, bez pokazywania wszystkiego wprost. Reżyser idzie tutaj gdzieś po środku, bo z jednej strony wszystko jest budowane za pomocą dźwięków. Albowiem bestie są wyczulone na wysokie dźwięki, przez co bohaterowie porozumiewali się za pomocą języka migowego. I to jest jedno z ciekawszych doświadczeń, jakie zdarzają się zbyt rzadko w kinie. Klimatem najbliżej „Cichemu miejscu” do „To przychodzi po zmierzchu”, gdzie jest wiele niedopowiedzeń, które dla wielu mogą być dość problematyczne. Skąd się wzięły te monstra (przypominające zmutowanego Demigorgona), dlaczego bohaterowie mają wodę oraz prąd (chociaż ludzkości praktycznie nie ma), a także kto wpadł na pomysł, że urodzenie dziecka w czasach opanowanych przez szybkie monstra jest dobre. Sama wizja świata, gdzie trzeba stłumić jakiekolwiek emocje i dźwięki (scena gry, gdzie pionki nie wydają dźwięków czy przechodzenie boso na piasku), potrafi dodać wiarygodności.

ciche_miejsce2

„Ciche miejsce” ma konstrukcję klasycznego horroru, gdzie trzeba się ukrywać przed bestiami i powoli poznajemy metody działania naszych bohaterów. Jest parę momentów, gdzie (w szczególności dzieci) nasi bohaterowie nie zachowują się racjonalnie jak choćby na samym początku, lecz reżyser parę razy potrafi przyspieszyć tempo (sam poród, scena w silosie), dając wiele satysfakcji. Wszystko psuje jednak zakończenie, które jest wręcz idiotyczne.

ciche_miejsce3

Krasinski częściowo sytuację ratuje aktorstwem, które – z racji wizji świata – jest bardziej wyciszone, powściągliwe i skupione na mowie ciała. Rodziców zagrali sam reżyser oraz Emily Blunt, między którymi czuć silną chemię, mimo dość rzadkich scen wspólnych. Ale dla mnie całość skradli dzieci – ze szczególnym wskazaniem na Milicent Simmons (dziewczynka naprawdę jest niesłysząca), kradnąca ekran swoją obecnością.

Koncepcja może wydawać się bardzo ciekawa i sam początek daje kopa. Ale im dalej w las, reżyser coraz bardziej zaczyna się potykać, przez co napięcie miejscami potrafi opaść. Przez co nie do końca sprawdza się jako straszak. Na pewno trudno nie odmówić ambicji, lecz czegoś zabrakło.

6,5/10

Radosław Ostrowski