Caltiki – nieśmiertelny potwór

Wszystko zaczyna się od pewnej naukowej wyprawy, gdzieś w Ameryce Południowej. Badacze chcą ustalić, co spowodowało, ze w VII wieku naszej ery Majowie opuścili swoje domostwa. Jednak na miejscu dochodzi do zaginięcia jednego z członków ekspedycji, drugi zaś wraca w stanie szoku. Dr John Fielding decyduje się wyjaśnić sprawę, co doprowadza do tragedii (ciężko raniony członek wyprawy Max) oraz znalezienia pewnej mazi, która zostaje zabrana do badań.

caltiki1

Mario Bava znowu dokańcza film Richardo Fredy, który został zwolniony. Tym razem jednak mierzy się z horrorem SF, któremu troszkę też po drodze do monster movie. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się dość śmieszny, chociaż miewa momenty bardzo urocze. Reżyser obiecuje dość wiele i mimo skromnego budżetu oraz czarno-białej taśmy, potrafi zbudować klimat. Nieźle wyglądające budowle, podwodne ujęcia – to wygląda całkiem przyzwoicie. Podobnie jak prosty pomysł odtworzenia zaginionej taśmy (pra-początki found footage) czy powolne odkrywanie kolejny tajemnic związanych z dziwaczna mazią oraz boginią Caltiki. Wraz z powrotem do domu, akcja zaczyna iść wobec dwóch wątków: dr Fieldinga i badań nad mazią oraz „zarażonego” i okaleczonego przez nią Maxa, zmieniającego się w bardzo nieprzyjemnego osobnika.

caltiki2

Choć na pierwszy rzut oka wydaje się to interesujące, to „Caltiki” nie potrafi wykrzesać zbyt wielkich emocji. Sama istota, która posiada zdolność do klonowania, nie wywołuje takiego przerażenia, zaś sceny epickie (głównie finał z użyciem plastikowych makiet czołgów) mogą się wydawać dość zabawne. Podobnie jak kilka klisz związanych z próbą powstrzymania naszych protagonistów (aresztowanie przez policję, wypadek zakończony spektakularną eksplozją), bardzo teatralne aktorstwo czy bardzo wybijająca się muzyka. Ale nie brakuje kilku pomysłowo wykonanych scen: oszczędna czołówka, pierwszy atak Maxa po wypadku czy badanie za pomocą promieniowania nadal mogą sprawić wiele radości.

caltiki3

„Caltiki” bardziej dzisiaj śmieszy, choć pewnie w dniu premiery było czymś świeżym. Czas okazał się bardziej morderczy niż jakiekolwiek monstra z dawnych czasów, technicznie nie robi zbyt dobrego wrażenia, a realizacyjnie wypada najwyżej przeciętnie.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Herkules we wnętrzu ziemi

Herkules to wdzięczna postać dla filmowców, o czym przekonywali się widzowie wielokrotnie. Nic dziwnego, bo wiele przygód można było zaserwować z bogatego źródła, jakim jest mitologia. Swoje też postanowił zrobić Mario Bava na początku swojej kariery. W tej wersji Herkules razem z przyjacielem Tezeuszem wyruszają do domu. Na miejscu okazuje się, że wybranka naszego herosa wpadła w obłęd, zaś władzę przejął jej wuj. By jednak przywrócić swojej ukochanej władzę na umyśle, Hercules musi wyruszyć do Hadesu i zdobyć Kamień Życia.

herkules_19611

Jak widać sama fabuła przypomina przygodową grę: dotrzeć z punktu A do punktu B, znaleźć przedmiot i po drodze pokonać różne przeszkody. Klasyka gatunku, a całość ubrana w konwencję fantasy. Całość balansuje między akcją, przygodą a komedią (postać Telemacha), bardzo swobodnie czerpiąc z opowieści mitologicznych. Trzeba pokonać nieprzyjemne tereny, paskudne monstra czy posłużyć się podstępem. Tylko, że intryga jest bardziej skomplikowana, chociaż od samego początku wiemy kto jest złym, zaś akcenty komediowe już nie bawią tak mocno. Pochwalić za to trzeba – jak to u Bavy – stronę plastyczną, chociaż niektóre trickowe zdjęcia (przeskok do palącego morza) wydają się mocno przestarzałe. Niemniej sam Hades, pełen mgły oraz jaskiń, ma swój klimat. Scenografia i kostiumy też prezentują się całkiem nieźle (pałac, siedziba wyroczni). Sceny akcji (walka z kamiennym stworem) bardziej śmieszą niż angażują, niemniej ogląda się to bezboleśnie, ale też bez żadnego zaangażowania.

herkules_19612

Sytuację próbują ratować aktorzy, chociaż najbardziej wybija się tutaj Christopher Lee jako król Liko. Typowy czarny charakter, pragnący władzy, jednak posiada najwięcej charyzmy. Złego słowa też nie powiem o Regu Parku, który jest odpowiednio przypakowany, prostolinijny oraz całkiem przekonujący w roli Herkulesa. I czuć też chemię miedzy nim a bardziej wyluzowanym George’m Ardissonem (Tezeusz), będącym mieszanką lojalnego przyjaciela i bawidamka. Jeśli chodzi o panie, najbardziej wybija się George Ruffo (Dejanira), zgrabnie pokazując swój obłęd.

herkules_19613

„Herkules” od Mario Bavy to z dzisiejszej perspektywy bardzo pachnące naftaliną kino przygodowe, mocno zdradzające wiek. Niezbyt angażujące, z kilkoma niezłymi pomysłami operatorskimi, lekkim humorem oraz pewną skromnością budżetową.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Cudowna lampa Aladyna

Ileż to powstało opowieści o Aladynie – tego nie jestem w stanie policzyć. Ta baśń o młodym chłopaku, który znajduje lampę z dżinem była wałkowana od czasów „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Swoją wersje postanowił opowiedzieć Mario Bava, z drobnym wsparciem włosko-francuskim, kontynuując robotę Henry’ego Levina. Co z tego wyszło?

Tytułowy Aladyn to młody cwaniak, obibok, marzący o sławie, kobiecie i pieniądzach. Mieszka ciągle z mamą (jak na typowego Włocha, przepraszam, Araba przystało), która kupuje dla niego pewną małą lampę. I jak wszyscy wiemy, w lampie znajduje się dżin, który spełni trzy życzenia. Wskutek pewnych okoliczności chłopak wpakuje się w intrygę Wielkiego Wezyra, pragnącego dla siebie córki sułtana za żonę. A że ona jest przyrzeczona komuś innemu, to nie jest żaden problem.

aladyn11

„Cudowna lampa Aladyna” brzmi jak coś, co może być interesującą baśnią, pełna przygód, rozmachu i intryg? Niestety, ale całość ogromnie rozczarowuje. Za dużo jest tutaj slapstickowych gagów, gdzie Aladyn niezdarnie wplątuje się w skomplikowaną sytuację, z której jakimś cudem (m.in. dzięki partactwu wspólników wezyra czy nieprawdopodobnemu szczęściu) spada na cztery łapy. Czasem udaje się sprytowi (za pomocą „palącego” oleju czy gwoździom na ziemi), ale też dzięki wsparciu przyjaciół spotkanych na drodze. Jednak sam Aladyn kompletnie się nie zmienia, nadal pozostając nieodpowiedzialnym, cwanym dużym chłopakiem, co mocno mi przeszkadza.

Sama realizacja też mocno odstaje, bo czas okazał się tutaj bardzo bezwzględny. Podobać się może całkiem przyjemna muzyka, niektóre kadry (zatrudniono samego Tonino Delli Colli) wyglądają niezgorzej, jednak zarówno scenografia, jak i kostiumy wyglądają dość tandetnie oraz kiczowato. Zupełnie jakby wykonane po taniości. Tak samo efekty specjalnie dzisiaj nie dają zwyczajnie rady, chociaż pewnie w 1961 roku były niesamowite, dziś (choćby w finałowym starciu Aladyna z Wezyrem) prezentują się zwyczajnie śmiesznie.

aladyn12

A jak prezentują się aktorzy? No niestety, mocno średnio i nie zapadają za bardzo w pamięci. Wcielający się w roli głównej Donald O’Connell, próbuje być dość zabawny, jednak te żarty są dość mało zabawne, chyba że dla dzieci. Nawet jeśli pojawiają się znane twarze (Terence Hill, Michele Mercier) są zaledwie tłem i nie mają zbyt wiele okazji do wykazania. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest wcielający się w dżina reżyser Vittorio De Sica, który nawet całkiem nieźle się bawi jako lekko zblazowany gość.

Bava z Levinem nie podołali zadaniu zrobienia opowieści o Aladynie. Nudna, mało angażująca, z nieciekawymi bohaterami, masą nieprawdopodobieństw, słabym aktorstwem. Mógłbym wymienić, co jeszcze tu nie zagrało, ale lepiej będzie zasłonić to „dzieło” kurtyną wstydu.

2,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Operacja strach

Małe miasteczko, gdzieś daleko, gdzie diabeł mówi dobranoc. To tutaj przybywa dr Eswai, którego ściągnął inspektor Kruger. Ponieważ doszło tutaj do dość niejasnej śmierci pewnej kobiety, inspektor prosi doktora o przeprowadzenie autopsji. Okazuje się, że denatka miała wszytą w serce monetę, a miejscowi wierzą, że nad miasteczkiem krąży klątwa. Lekarz nie wierzy w te opowieści, a w sprawie pomaga mu Monika, która niedawno wróciła do miasteczka.

operacja_strach1

Mario Bava wraca do gotyckiego horroru, toczącego się gdzieś na początku wieku XX. Sama historia to zderzenie racjonalnego umysłu z ludowymi przekonaniami i przesądami, czyli klasyczne podejście do grozy. Samo miasteczko wydaje się strasznie puste, pełne ruin, cmentarza oraz tajemnicy. Gdzieś w tle słychać jakieś śmiechy oraz hałas, a noc jest znacznie ciemniejsza niż zwykle. Gdy jeszcze dodamy do tego panującą zmowę milczenia, a także elementy nadprzyrodzone, będziemy mieli do czynienia z poważną zagadką. Jednak Bava jest za sprytny, by od razu rzucić rozwiązanie, chociaż pewnych rzeczy możemy się domyślać. Historia potrafi zaciekawić, intryga pokazuje kolejne tajemnice oraz elementy układanki. Ale też paroma prostymi sztuczkami potrafi przestraszyć – nagłym zamknięciem drzwi, samym śmiechem, bijącym dzwonem nie pociąganym za sznurek. Ale tak naprawdę największą robotę robi dziewczynka. W momencie, gdy dotyka okna, kamera gwałtownie przyspiesza, a jej obecność rozkręca spiralę przemocy (wyjątkowo stonowanej i dziejącej się poza kadrem).

operacja_strach2

I tak jak większość filmów Bavy, także i „Operacja strach” ma bardzo piękną stronę plastyczną. Kamera jest tutaj spowita mrokiem, jednak każde miejsce wygląda imponująco. Zarówno surowa kostnica, pełna światła oberża, jak i siedziba pewnej tajemniczej wiedźmy, wiedzącej więcej niż reszta. Ale tak naprawdę największe wrażenie robi willa madame Graps z zakręconymi schodami, niepokojącym pokojem z lalkami oraz właścicielką. Do tego klimat podkręca pełna organowych dźwięków muzyka, sprawny montaż z całkiem niezłymi dialogi oraz lekko surrealistyczna aura.

operacja_strach3

Zaskakująco dobre jest tu aktorstwo, choć wiele postaci jest bardzo delikatnie naszkicowanych. Zarówno nasz sympatyczny protagonista (Giacomo Rossi-Stuart), jak i inspektor (Piero Lulli) są reprezentantami racjonalnego podejścia do wydarzeń, chociaż ten drugi wyraża to w bardziej ekspresyjny sposób. Po drugiej stronie mamy magnetyzującą Ruth (zjawiskowa Fabienne Dali), skrywającą wiele tajemnic oraz niewinną Monikę (śliczna Erika Blanc), wokół której krąży pewna niejasna przeszłość.

To wszystko potrafi wciągnąć, zaś sam Bava kolejny raz potwierdza klasę. Świetna reżyseria, wciągający scenariusz, przepiękne zdjęcia oraz techniczny poziom czynią „Operację strach” (ten tytuł jest bardzo słaby) jedną z bardziej klimatycznych horrorów lat 60. Wiele ze scen zostanie w pamięci na długo, zwłaszcza wydarzenia z willi.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Najeźdźcy

Wikingowie – naród znany z okrucieństwa i przemocy, podbijał kraje w okresie średniowiecznym, siejąc spustoszenie po całej Europie. W roku 786, doszło do opanowania części Brytanii, o czym opowiada ten film. Lud pod wodzą króla Haralda zajmuje Dorset, lecz wskutek podstępu barona Ruthforda, monarcha zostaje zamordowany. Podczas ucieczki jego dwaj synowie zostają rozdzieleni – jeden wraca do ojczyzny, drugi zostaje wychowywany przez królową. Paręnaście lat później wybucha wojna, w której bracia są zmuszeni do walki.

najezdzcy1

Mario Bava kojarzy się wielu widzom głównie z krwawych kryminałów zwanych giallo oraz horrorów, ale to tylko procent jego szerokich zainteresowań. „Najeźdźcy” (albo jak wolą Amerykanie „Eric the Conqueror”) to już historyczny film akcji, który dość umownie traktuje realia historyczne. Fabuła jest niemal żywcem skopiowana z filmu „Wikingowie” z Kirkiem Douglasem w roli głównej (kiedyś sobie ten film odświeżę), lecz to kompletnie nie przeszkadza. Może i reżyser nie miał tak dużego budżetu jak ziomki z Ju Es Ej, jednak udało się zrobić, wciągający, widowiskowy tytuł. Nie zabrakło w nim scen pojedynków (starcie Erona z Garianem o dowodzenie wojsk, morski abordaż czy finałowe oblężenie zamku z dość ciekawym wdrapaniem się na szczyt), solidnie wykonanych kostiumów, ciekawej intrygi pełnej zdrady oraz skomplikowanych losów czy epickiej – jak na lata 60. – muzyki, budującej klimat. Historia potrafi miejscami poruszyć, a bohaterów nie da się nie lubić. Może zbyt łatwo rozpoznać czarne charaktery, a i parę dialogów jest lekko patetycznych, to jednak „Najeźdźcy” potrafią dostarczyć sporo rozrywki.

najezdzcy2

Jednak najbardziej mnie w tym filmie urzekła strona plastyczna, zrealizowana w Technikolorze. Bava potrafi bardzo pomysłowo pokazać zarówno jaskinie Wikingów (bardzo mroczną, chociaż pełną mocnych kolorów), scenę przeprawy przez bardzo cienki most (sfilmowane z daleka niczym w dawnych grach video) czy dynamiczne sfilmowane pojedynki jeden na jeden. Nawet sceny zbiorowe potrafią zaprezentować się imponująco, mimo wieku, co też jest sporym plusem.

najezdzcy3

Równie dobrze prezentują się aktorzy. Zwłaszcza wybijają się Cameron Mitchell (Eron), jak i George Ardisson bardzo dobrze poradzili sobie w rolach dorosłych braci. Pierwszy jest dość pewnym siebie, odważnym wojownikiem, drugi bardziej posługuje się inteligencją, choć nie jest pozbawionym honoru człowiekiem. Solidnie prezentuje się tutaj Andrea Checchi w roli czarnego charakteru, zaś panie stanowią tutaj ładny dodatek, na którym można zawiesić oko.

„Najeźdźcy” to jeden z ładniejszych filmów Bavy, który nawet w kinie akcji osadzonym w realiach historycznych odnajduje się pewnie. Może i jest to troszkę skrótowo przedstawione, jednak dostarcza wiele rozrywki, zachwyca pięknym wyglądem, pomysłową realizacją oraz dobrym aktorstwem. Europejski fresk, nie gorszy od filmów zza Wielkiej Wody.

7/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

A Prayer Before Dawn

Filmy więzienne to gatunek, który ma swoje charakterystyczne elementy, zaś więzień stał się jedną z postaci, stających się archetypem bohatera. zazwyczaj w nich chodzi o przetrwanie lub ucieczkę z piekła. I wydawałoby się, że historia Billy’ego Moore’a pójdzie w te same rejony. Ten młody Brytol przebywa w Tajlandii, gdzie trenuje boks i zaczyna ostro ćpać. I za to ostatnie trafia do więzienia, bez znajomości języka, kompletnie nie znając reguł gry.

modlitwa_przed_switem1

I o tym opowiada film Jean-Stephane’a Sauvaire’a, będący ekranizacją wspomnień Billy’ego Moore’a. to bardzo brudny, wręcz szorstki film, któremu daleko do produkcji hollywoodzkich. Nie mocna mówić o szczęśliwym happy endzie, zaś sama historia jest bardzo trudna do przełknięcia. Ponieważ wszelkie dialogi są w tajskim języku, lecz bardzo rzadko są one tłumaczone na język angielski, co pomaga wejść w buty zdezorientowanego bohatera – białego, w obcym otoczeniu, obcym świecie, próbując rozpoznać reguły panujące w pierdlu. Gwałty, papierosy, brutalne morderstwa oraz dość nietypowa forma resocjalizacji – przez boks oraz zawody w boksie tajskim. Wizualnie jest bardzo chropowaty, z bardzo nieostrymi kadrami, minimalistyczną muzyką elektroniczną, zaś sama fabuła wydaje się bardzo szczątkowa. Niemniej reżyser nadrabia to wszystko klimatem – pełnym brudu, przeładowanych cel, śliskich strażników oraz załatwiania narkotyków.

modlitwa_przed_switem2

I to wszystko działa, zaś bardzo surowo zrealizowane sceny bokserskie, pełne ruchliwej kamery, mocnego montażu, potrafią chwycić za gardło, dając mocnego kopa. Powoli widzimy kolejne przygotowana, spięcia między Billym a resztą czy relację z handlującą Fran. Mimo pewnej skrótowości, „A Prayer Before Dawn” potrafi zaangażować, co jest zasługą kapitalnego Joe Cole’a w roli głównej. Aktor wyciska soki z pozornie prostej postaci, pełnej sprzecznych emocji: wściekłości, gniewu, strachu, wyobcowania oraz walki. Ten aktor jest wręcz sercem tego dzieła, bez którego byłaby to kolejna więzienna opowieść.

modlitwa_przed_switem3

Aż trudno mi było uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Może i ten film ma wiele niedopowiedzeń (rodzina, działanie struktur), jednak potrafi poruszyć, zaś brak oczywistego happy endu staje się zaletą. To bardzo realistyczne, mroczne, surowe kino, bardziej stawiające na psychologię postaci niż klasyczne łubu-dubu. Jeśli będziecie mieli okazję, zobaczcie.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Tajemnica Marrowbone

Rok 1969. Na amerykańską ziemię przybywa brytyjska rodzina Fairbairnów – matka z czwórką dzieci, którzy przenieśli się do dawnego domostwa. Jack, Billy, Rose i Sam powoli zaczynają się adaptować do nowego otoczenia, ukrywając się przed światem. Wkrótce w ich życiu pojawia się Allie – sąsiadka, pracująca w bibliotece. Wkrótce matka dzieci umiera i te zobowiązują się trzymać się razem. Lecz ich życie zostaje bardzo brutalnie przerwane z powodu ojca oraz jego brutalnej przeszłości.

marrowbone1

Hiszpański thriller/horror to coś, co ostatnio przeżywa dużą popularność. Albo przynajmniej tak było jeszcze 10 lat temu. Do tego nurtu próbuje się wpisać reżyserski debiut Sergio Sancheza, w którym nie pada ani jedno słowo po hiszpańsku. Ale europejski duch historii jest mocno obecny, gdyż całość jest mało efekciarska. Pozornie wydaje się klasycznym dreszczowcem z nawiedzonym domostwem. Coś tam skrzypi, lustra są popękane, słychać jakieś głosy, dodatkowo w tle jest jakaś tajemnica, „krwawe pieniądze” – coś zaczyna wisieć w powietrzu. Reżyser bardzo oszczędnie przekazuje informacje, gdzieś w połowie ujawniając najważniejsze. Jednak, ku wielkiemu zdumieniu, nie wszystkie karty zostają wyłożone na stół. I to jest ogromna zaleta „Marrowbone”, troszkę przypominającego stare, gotyckie opowieści, tylko bardziej uwspółcześnione.

marrowbone2

Ale Sanchez czyni atmosferę coraz gęstszą za pomocą prostych środków przekazu, coraz bardziej mnożąc kolejne tropy, doprowadzając do kolejnej przewrotki. Więcej wam nie zdradzę, ale kilka momentów potrafi podnieść ciśnienie (próba wejścia do zamurowanego strychu przez dach czy retrospekcje z ojcem), potęgowane przez liryczno-mroczną muzykę. Niby są tu dość dobrze odtworzone realia lat 60., jednak pełnią rolę tylko tła dla domu, gdzie nie ma prądu, źródłem światła są stare lampy. Ładnie to wygląda w obrazku, buduje to bardzo mroczny klimat, pod koniec nawet jest równoległy montaż oraz bardziej dramatyczne chwile, włącznie z odkryciem tajemnicy. Wtedy reżyser potrafi trzymać za gębę, nie puszczając aż do finału.

marrowbone3

Reżyserowie udaje się bardzo dobrze poprowadzić młodych aktorów, z których część może być już rozpoznawalna. Największe wrażenie robi George MacKay (Jack), który – jako najstarszy – próbuje utrzymać całą rodzinę w jedności. Świetnie wypada zarówno, gdy wydaje się opanowany i spokojny, jak i coraz bardziej przytłoczony nieprzyjemną sytuacją. Obok niego są także Charlie Eaton (narwany Billy), Mia Goth (rozsądna Jane) oraz Matthew Stagg (ciekawski Sam), tworząc bardzo silną więź, jaką czuć tutaj od samego początku. Po drugiej stronie mamy Anyę Taylor-Joy (Allie), będącą tym razem bardzo ciepłą, empatyczną dziewczyną. Jej relacja z Jackiem zaczyna nabierać rumieńców, zaś finał czyni jej decyzję świadomą.

„Tajemnica Marrowbone” to kolejny przykład ciekawego dreszczowca z klimatem oraz tajemnicą. Bardzo mroczny, pełen niepokojącego klimatu, świetnego aktorstwa, stopniowego budowania napięcia oraz inteligentnie poprowadzonej fabuły. Nie brakuje zaskoczeń, co z dzisiejszej perspektywy jest nieoczywiste i daje troszkę świeżości.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gorillaz – The Now Now

Gorillaz_-_The_Now_Now

Damon Albarn i jego rysowani kumple z Gorillaz wracają po zaledwie roku. Ale poprzednik był przeładowany gośćmi, za mało było Albarna, a i muzyka przypominała groch z kapustą. I teraz Gorillaz postanowiło zmodyfikować swoją filozofię, ograniczając gości do minimum. Co z tego wyszło?

Otwierające całość “Humility” zapowiada bardzo przyjemny, letni klimat. Dużo bujajacej elektroniki, funkowej gitary (gra na niej George Benson) oraz lekko odbijającego się niczym echo Albarna. Bardziej elektronicznie, ale i dyskotekowo robi się w “Tranz”, ocierajacym się o lata 80. Wreszcie pojawia się okraszony tłustym bitem “Hollywood”, gdzie Albarnowi wsparcia udzielił Snoop Dogg z Jamie Principlem, który kradnie ten kawałek. Nadal nie brakuje zabarwień funkowych (bujające “Kansas”, dynamiczniejsze “Sorcererz” z wyrazistym basem oraz wyciszonym środkiem), to pojawia się tutaj parę zaskoczeń. “Idaho” brzmi niczym zakoszone jakiejś folkowej indie grupie, gra gitara akustyczna (!!!), zaś elektronika zostaje zepchnięta na drugi plan. “Lake Zurich” jest niemal instrumentalny groove sprzed 30 lat, podrasowany współczesnym sznytem. Równie nieoczywiste jest “One Percent”, bardziej pasujące do blur, gdzie całość oparta jest na przestrzennej elektronice oraz gitarze. Tak samo jak finałowe “Souk Eye”, które zaczyna się niczym ballada z perkusją nie pasujacą za bardzo do reszty. Z czasem coraz bardziej wybijają się smyczki, a w tle wchodzimy w stronę techno.

“The Now Now” to dość dziwna hybryda, ale bardziej przystępna niż poprzednik. Bardziej przebojowa, chwytliwa, mniej chaotyczna, ale to nadal Gorillaz. Stare, dobre Gorillaz okraszone mieszanką gatunkową, polaną elektronicznym sosem, nadal dające sporo frajdy.

7/10

Radosław Ostrowski

Leski – Miłość. Strona B

milosc-strona-b-b-iext52917335

Pamiętacie takiego młodego chłopaka Leskiego? Taki młodzik z gitarą, który trzy lata temu zaskoczył wszystkich swoim debiutem “Splot”, będąca mieszanką folku, indie z popem. Pamiętam, że to był dobrze spędzony czas, a kilka piosenek (“Ulotny”, “Kosmonauta”) zostało w głowie do teraz. Ale w przypadku każdego muzyka przychodzi tzw. test drugiej płyty, czyli próba udowodnienia sobie, że debiut (tak udany) nie był kwestią przypadku, tylko mamy kogoś bardzo interesującego. Muzyka wsparł producencko Marcin Bors, co gwarantuje wysoką jakość. A jaka jest “Miłość. Strona B”?

Znałem wcześniej jedynie otwierający całość singiel “Skąd ten wir”, który daje jasny sygnał – to stary Leski. Z gitarą akustyczną oraz oszczędną perkusją, jednak więcej przestrzeni ma tutaj zapętlony sampel z dziwacznie obrobionymi dźwiękami w tle. Także wokal tutaj jakby przypomina echo, odbijające się z nieokreślonej przestrzeni. “Humanitarnie” też miesza niezależne folkowe granie z dziwacznie przesterowanym tłem, a w refrenie wskakuje elektronika niczym wzięta z 8-bitowych gier komputerowych. Etnicznie, choć i bogaciej zaaranżowana jest “Skóra”, z niemal baśniowym wstępem, do którego dołącza perkusja oraz znacznie zadziorniejsza gitara elektryczna, pod koniec zastąpiona przez akustyczną (ale na krótko). Tytułowa kompozycja miesza szybki rytm, pełen dziwacznej elektroniki z melancholijnym fortepianem (początek) oraz perkusyjnym uderzeniom, wprawiając w konsternację. Zwłaszcza, gdy dochodzi dość spokojny wokal Leskiego, tworząc dość trudną mieszankę. Bliżej folku, choć bardziej dynamiczny jest “Pocisk”, jednak nawet tutaj elektronika (na szczęście, delikatniejsza) zaznacza swoją obecność. Ciepły “Cukier” nie jest na szczęście przesłodzony, chociaż gitarka z oszczędną perkusją robią robotę.

Gitara akustyczna ma więcej do roboty w “Q”, stając się równym partnerem dla elektroniki z lat 80. (nawet perkusja się dostosowała) oraz rozmarzonemu “Polaroidowi”. A kiedy wydaje ci się, że tak łagodnie będzie do końca, wchodzi mniej przyjazny “Skowyt” z walącą perkusją oraz elektrycznymi riffami. “Bejrut” nadal przesiąknięty jest retro elektroniką, co daje minimalistyczna perkusja z przytłumionym basem. Zabarwieniem jest “orientalna” gitara w tle, a na finał dostajemy bardziej nastrojowe “Wszystko, co kocham”.

Sam Leski wokalnie nie zmienił się aż tak bardzo jak warstwa muzyczna, jednak potrafi się z nią dobrze zgrać. Tak samo jak z tekstami, które są bardziej intymne, choć nie pozbawione odrobinki poetyckości, bez popadania w banał. Na obecną porę roku idealne.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wenus z Ille

Małe miasto Ille, które kiedyś było tłumnie odwiedzane przez ludzi, ale teraz nikt już się tam nie zapuszcza. Jednak pojawiła się w okolicy pewna duża, wykonana z brązu rzeźba, przedstawiająca Wenus, którą znalazł pan de Peyrehorade. Ten prosi o pomoc znawcy sztuki, Francuza Matthieu, by ustalić autentyczność tego dzieła.

„Wenus z Ille” to jeden z odcinków telewizyjnego mini-serialu grozy „I giochi del diavolo” realizowanego w latach 1979-81. Ta adaptacja opowiadania Prospera Merimee została zrealizowana przez Bavę oraz jego syna, Lamberta. I od razu widać, że jest to produkcja przeznaczona na mały ekran. Krótki czas trwania, dość spokojnie płynąca narracja i – jak na produkcję w stylu horror – mało straszna. Albo inaczej, reżyser postanawia skupić się bardziej na tworzenie atmosfery i rozwiązaniu pewnej tajemnicy. Czym jest tajemnicza rzeźba? Czy naprawdę przynosi pecha? Czy jest ona prawdziwa? Historia toczy się swoim rytmem i skupia się bardziej na opowieści z perspektywy Matthieu, który próbuje odkryć wszelkie relacje oraz zawiłości, a po drodze pojawia się miłość.

wenus_ille1

Z drugiej strony nie brakuje tutaj skupienia na drobnych detalach, związanych z przygotowaniem do uczty czy gry w tenisa. Bava dość dokładnie odtwarza realia XIX wieku, ale nie mogę pozbyć się wrażenia emocjonalnego chłodu. Dialogi są w sporej części deklaratywne, sama historia dość gwałtownie się urywa, zaś napięcie w zasadzie pojawia się w śladowych ilościach (zwłaszcza finał). „Wenus” po prostu płynie, płynie i kiedy pojawiają się napisy końcowe, pojawiło się w głowie pytanie: „to już?”.

Sam film (w zasadzie odcinek) prezentuje się całkiem nieźle, bo kadry są ładne, skąpane w słońcu, zaś bardzo klasyczna muzyka dodaje pewnego sznytu. Aktorstwo jest w zasadzie poprawne, ale bez jakiegoś błysku, trudno kogokolwiek wyróżnić. A obejrzeć można tylko w ramach uzupełnienia filmografii Bavy.

6/10

Radosław Ostrowski