Człowiek, który wymyślił Święta

Kto nie zna „Opowieści wigilijnej” Charlesa Dickensa? Jeśli nie samej książki, to przynajmniej z mnóstwa adaptacji – filmowych, scenicznych, teatralnych. A czy wiecie jak powstała tak książka?

Charles Dickens jak go poznajemy jest opromieniony sukcesem „Olivera Twista”, zdobywając rozgłos na świecie. Ale półtora roku później sam pisarz napisał trzy powieści, które jednak poniosły klęskę. Autor do tego przeprowadza remont w mieszkaniu, w drodze jest kolejne dziecko, a jakby tego było mało z Devon przybywa ojciec. Relacje obu panów Dickens są nie najlepsze, co przeszkadza w realizacji kolejnego dzieła. Dzieła, którego dotychczasowi wydawcy nie są zainteresowani.

czlowiek_swieta1

Reżyser Bharat Nalluri próbuje z jednej strony troszkę bliżej przedstawić portret samego Dickensa oraz pewnych wydarzeń z przeszłości, które rzutowały na jego dalsze losy. Mamy tutaj zarówno ojca-lekkoducha, który wnosił wiele światła, ale też z powodu długów został skazany, przez co Karol musiał – jako dziecko – pracować. Z drugiej widzimy jego dość zaskakującą metodę pracy. I nie chodzi tutaj o zwykłe pisanie na papierku, ale wręcz o „interakcję” ze swoimi postaciami. Ożywają bohaterowie kierowani przez Ebenezera Scrooge’a, jednak nie mamy z przenoszeniem fragmenty z powieści 1:1. Do tego pisarz lubił kolekcjonować nazwiska, wykorzystywał sytuacje z ulicy, a nawet zasłyszane słowa z rozmów (dialog ze starcem po spotkaniu w domu dziecka). Ale wszystko to wydaje się może nie tyle powierzchowne, lecz miejscami dość chaotyczne. Dla mnie najciekawsze były wątki dotyczące tworzenia tej powieści (zwłaszcza dialogi ze Scrooge’m) oraz próba pokonania swoich demonów z przeszłości. Wszelkie momenty związane z próbą wydania, stworzeniem ilustracji nie pociągały mnie aż tak bardzo, wręcz przynudzały.

czlowiek_swieta2

Nie mogę jednak nie wspomnieć o solidnej realizacji, gdzie skupiono się na klimacie XIX wieku. Bardzo dobrze wypadają kostiumy oraz scenografia, gdzie nie brakuje zarówno mroku (podniszczona fabryka butów, lekko podniszczone ulice). Jednak przejścia między fikcją a rzeczywistością (m.in. wizyta grobu Scrooge’a) wyglądają wręcz niesamowicie, pozwalając na pewną zabawę formą. Troszkę szkoda, że nie ma tego więcej.

Na szczęście udało się zebrać świetną obsadę. Znakomity jest Dan Stevens w roli Karola Dickensa, który znajduje się w klinczu. Podczas pracy jest bardzo szorstki, ciężki w obyciu, wręcz porywczy, ale nie jest on w żadnym wypadku oschły. Aktor znakomicie pokazuje zarówno tłumione chwile gniewu, spięcia z ojcem, jak i zderzenie ze swoją przeszłością. Równie mocny jest Christopher Plummer w roli Scrooge’a, który tutaj jest mroczniejszym odbiciem samego pisarza – jego wręcz ciemnej strony, cynizmu, rozgoryczenia, samotności. Te spięcia między Dickensem a Scrooge’m dodają dynamiki temu tytułowi, przez co zapadają w pamięć. Nie można też nie wspomnieć Jonathana Pryce’a, czyli ojca Dickensa – lekkoducha, ale mającego wiele uroku.

czlowiek_swieta3

„Człowiek, który wymyślił Święta” to solidnie wykonana, choć nie brakuje kilku eksperymentalnych pomysłów. Ogląda się ze sporą frajdą zarówno jako przykład pokazania kreacji dzieła, jak i biografia samego pisarza, mimo pewnych przestojów.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis – Fogg – pieśniarz Warszawy

fogg-piesniarz-warszawy-b-iext53006665

Co rok Muzeum Powstania Warszawskiego z okazji rocznicy powstania zawsze wydaje album z tą tematyką. Jednak tym razem postanowiono pójść w zupełnie innym kierunku, bo postanowiono przypomnieć dorobek przedwojennego klasyka polskiej piosenki – Mieczysława Fogga. Zadania podjął się znany już duet Jan Młynarski (wokal, produkcja) oraz Marcin Masecki (pianista, aranżaer), powołując Jazz Camerata Varsoviensis.

A jakie my tu znajdujemy frykasy? Od największych hiciorów, po te troszkę zapomniane lub mniej kojarzone z tym wykonawcą utworem. Produkcyjnie przypomina to poprzednie dzieło duetu Młynarski/Masecki, czyli nagrania brzmią jakby powstały te 70-80 lat temu i ktoś po latach je odgrzebał, zremasterował oraz rozpowszechnił. Początek to zwiewne “A ja sobie gram na gramofonie”, gdzie na początek dostajemy śliczne klarnety z wręcz falującymi smyczkami (zwłaszcza w refrenie). By nie było tak nudno pojawia się rozpędzone “Polowanie na tygrysa” – foxtrot wspólnie śpiewany, gdzie instrumenty nie są w stanie złapać oddechu, a Masecki szaleje na pianinie oraz przy aranżacji (“tuptanie” w środku), dodając lekkości. I kiedy wydaje się, że będzie tak leciutko, wręcz przyjemnie, wchodzi prawdziwy walc (a nawet walec) – “Ja mam czas, ja poczekam”, z melancholijnymi skrzypcami oraz wręcz “grobowym” fortepianem. Tutaj instrumenty mają więcej do powiedzenia, a nawet swoje solo ma mandolina. Lekkość pozornie wraca do “Ameryki”, gdzie czuć pewien – nie wiem, jak to nazwać – żydowski klimat, spowodowany specyficzną grą skrzypiec oraz szybkim tempem walca, a także w lirycznym “Nic o Tobie nie wiem”. Tutaj znowu smyki falują, fortepian uwodzi, robi sie cieplej na serduszku, zaś melodia przewodnia wybrzmiewa tak uroczo, że nawet głos Młynarskiego może wydawać się zbędny.

Ale wszystko zmienia się w rzewnej piosence “Związane mam ręce”, brzmiącej niczym grana przez barową kapelę. Tutaj wybija się saksofonowy początek, delikatne popisy smyków oraz dęciaków w tle. To trwa jednak chwilkę, bo radość wraca do “O-key”, gdzie znów fortepian pozwala sobie na wiele, a w tle trąbeczki, perkusja i robi się tak przyjemnie. W podobnym tonie, chociaż troszkę minorowo gra “Może kiedyś, innym razem”, a odrobina melancholii pokrywa nieśmiertelne “Tango milonga”. A jeśli myśleliście, że nie pojawi się “Ta ostatnia niedziela”, no to się pomyliliście. I ten utwór nadal ma w sobie moc oraz porusza. Po drodze jeszcze będzie szalona, czasami brzmiąca spektakularnie “Argentyna”, chwytająca za serce “Warszawo ma”, ciągle czarujące, pogodne “Młodym być i więcej nic”, by zakończyć to “Piosenką o mojej Warszawie”.

Sam Młynarski radzi sobie wokalnie tak jak przyzwyczaił nas choćby w Warszawskim Combo Tanecznym. Jednak nasz duet postanowił zaprosić kilkoro gości. Klasę potwierdza Joanna Kulig (“Związane mam ręce”), potrafi poruszyć Barbara Kinga Majewska (“Warszawo ma”), jednak dla mnie całość skradli śpiewający dość nisko, ale bardzo energicznie Szymon Komasa (m.in. “A ja sobie gram na gramofonie” oraz “Młodym być i więcej być”) oraz Agata Kulesza (“Ameryka”, “Może kiedyś, innym razem”), ubarwiając całość.

“Fogg – pieśniarz Warszawy” to spojrzenie szersze na tego niezapomnianego artysty, zachowującego przedwojenną elegancję oraz szyk, a także i błyskotliwy dowcip. Jednocześnie przypomina, że Fogg to nie tylko “Ta ostatnia niedziela” i – jak głosił Bolec w niezapomnianych “Chłopakach nie płaczą” – to był gość, zaś aranżacje Maseckiego dodają tylko blasku całości. Cudowne wydawnictwo.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks

Kolejna telewizyjna produkcja o dziennikarskim śledztwie. Reporterka Rebecca Skloot próbuje wyjaśnić sprawę niejakiej Henrietty Lacks – czarnoskórej kobiety zmarłej na raka macicy w 1951 roku. Ale lekarze bez jej zgody, wykorzystali jej komórki nazwane He-La. Dzięki niej medycyna osiągnęła wielki postęp, dzięki czemu znaleziono leki na polio, AIDS, ślepotę. Tylko, że rodzina o tym nic nie widziała i nie otrzymała z tego tytułu żadnej rekompensaty.

henrietta_lacks3

HBO znowu dotyka tematu, prowokując do dyskusji na temat etyki i odpowiedzialności. George C. Wolfe próbuje mieszać narrację dwutorowo. Z jednej strony są wrzucone retrospekcje z lat 40. i 50., by choć troszkę przybliżyć tą postać, z drugiej bardziej pokazuje losy jej dzieci po śmierci. Tego, że o swojej matce nie wiedzą zbyt wiele, że zostali oszukani przez lekarzy, rząd. Jednocześnie skrywają wiele ukrytych traum, tajemnic, z jakimi musi się zmierzyć dziennikarka, by wyciągnąć informacje od rodziny. Wszystko toczy się bardzo powolnym rytmem, jednak reżyser w żaden sposób nie przynudza. Zaczynamy odkrywać kolejne układanki oraz rodzinne sekrety, pokazujące losy dzieci pozbawionych matki: jeden z synów trafił do więzienia, córka cierpi na afektywność dwubiegunową, a jeszcze inna zmarła w dzieciństwie. I ta mieszanka potrafi zadziałać, w czym pomaga przeplatany montaż.

henrietta_lacks1

Odtworzenie lat 40. i 50., choć jest to fragment filmu, potrafi budzić szacunek: stroje, fryzury czy scenografia trzyma poziom, nie wygląda tandetnie. Tak samo napięcie potęguje dynamiczna, jazzowa muzyka z wybijającą się perkusją. A wiele momentów (z finałem) potrafi poruszyć i chwycić za serce.

Jednak prawdziwym skarbem jest fantastyczna kreacja Oprah Winfrey w roli Deborah Lacks – córki próbującej odnaleźć prawdę. Aktorka świetnie prezentuje jej stany emocjonalne: od zaufania, szoku i nieufności. Do tej pory mrozi mnie moment, gdy wyznaje bardzo traumatyczną przeszłość. Cala reszta (w tym Rose Byrne jako Skloot) tak naprawdę robi tylko za tło, choć jest kilka niezapomnianych epizodów jak śliskiego, złotoustego adwokata sir Coefielda (Courtney B. Vance), religijnego kuzyna Cliffa (John Beasley) czy brata Zakariyya (ostatnia rola Rega E. Catheya).

henrietta_lacks2

HBO przypomniało zapomnianą historie kobiety, która – nieświadomie – miała ogromny wpływ na rozwój medycyny, chociaż rodzina nie miała z tego tytułu nic. To z jednej strony wciągający dramat, pełen odkrywania tajemnic, z drugiej brutalne przypomnienie o tym, że postęp nie zawsze jest osiągany etycznymi metodami. I to potrafi zaboleć.

7/10 

Radosław Ostrowski

Mario Bava – 31.07

bava

Reżyser, scenarzysta, operator filmowy.

Urodził się 31 lipca 1914 roku w San Remo. Jego ojciec, Eugenio Bava, był rzeźbiarzem i jednym z pierwszych włoskich operatorów filmowych. Sam Mario początkowo chciał być malarzem, jednak nie był utrzymać się z tego i zdecydował się wejść do branży filmowej. Zaczynał jako asystent operatora, pomagał też ojcu przy tworzeniu efektów specjalnych w wytwórni filmowej założonej przez Benito Mussoliniego, the Istitute Luce. Jako samodzielny operator debiutował w 1939 roku, kręcąc dwa krótkie metraże Roberto Rosselliniego. Pracował później z takimi reżyserami jak Jacques Tourneur, Raoul Walsh czy Aldo Fabriziego.

W 1956 roku zadebiutował jako reżyser, chociaż okoliczności były nietypowe. Podczas realizacji filmu „Wampiry”, reżyser Riccardo Frieda popadł w konflikt z producentami i został zwolniony. Bava, odpowiedzialny za zdjęcia został wyznaczony do kontynuowania pracy już jako reżyser. Zdarzały się później sytuacje, że Włoch współreżyserował filmy innych (m.in. „Caltiki”, „Bitwa pod Maratonem”), chociaż jego nazwisko nie było wymieniane. Samodzielnie debiutował w 1960 roku horrorem „Maska szatana”. W dorobku reżyser lawirował między horrorami, będąc prekursorem nurtu giallo (krwawych kryminałów, niepozbawionych elementów gore), slashera, adaptację komiksu dla dorosłych czy SF. Mierzył się także z peplum (włoska odmiana widowisk historycznych w realiach starożytnych), westernem czy kinem akcji, jednak to produkcje grozy przyniosły mu największą rozpoznawalność. Pod koniec życia wycofał się z działalności filmowej, a przyczyną były problemy z dystrybucją swoich dzieł. Jednak na prośbę swojego syna, Lamberto Bavy nakręcił w 1977 roku dla włoskiej telewizji „Schock”.

Zmarł 27 kwietnia 1980 roku na zawał serca w wieku 65 lat.

A teraz to, na co tygryski czekają najbardziej – ranking filmów Bavy od kompletnych miernot po perełki kina. Tres, due, uno, zaczynamy!

Miejsce 24. – Dr Goldfoot i bombowe dziewczyny (1966) – 2/10

Do tej pory zastanawiam się, jakim cudem reżyser zrealizował to dziwadło. Film, chyba w założeniu parodia filmów szpiegowskich, z antagonistą przypominającym Fantomasa – nieuchwytny geniusz zbrodni, będący zawsze kilka kroków do przodu. Powstrzymać go próbuje niezdarny duet, pozbawiony jednak wdzięku inspektora Clouseau. Komedia głupawa, pełna slapstickowych, nudnych gagów, przerysowanego aktorstwa oraz tony absurdalnych sytuacji z lotem balonem do Nieba. Jedynie Vincent Price w roli tytułowej daje troszkę luzu, lecz to nie wystarczyło na cały film. Recenzja tutaj.

Miejsce 23. – Cudowna lampa Aladyna (1961) – 2,5/10

Kolejne, w założeniu kino baśniowe, ale znowu wyszły zgniłe jaja. Pozornie elementy są znajome: Aladyn, lampa z dżinem, zły wezyr, prawy książę oraz pewna ślicznotka w tle. Do tego jeszcze mamy pewną polityczną intrygę, jednak reżyser (tutaj poza Bavą, Henry Levin) kompletnie olewa zaangażowanie widza. Humor kompletnie nieśmieszny i prostacki, do tego bardzo ubogo wyglądające kostiumy ze scenografią, zaś efekty specjalne są mniej specjalne. O bardzo słabym aktorstwie nawet nie wspomnę (poza lekko zblazowanym Vittorio De Siką jako dżinem). Realizacyjna padaka. Recenzja tutaj.

Miejsce 22. – Wampiry (1956) – 3/10

Film, nazywany pierwszym horrorem, zmieszanym z kryminałem. Punktem wyjścia jest prywatne śledztwo paryskiego dziennikarza w sprawie tajemniczych morderstw kobiet. Ofiary, mimo braku obrażeń, są pozbawione krwi. Z jednej strony, czuć kilka ciekawych realizacyjnych tricków (transformacja fizyczna jednej z antagonistek), jednak czas był bardzo bezlitosny. Nie trzyma w napięciu, wyjaśnienie intrygi brzmi niedorzecznie, sama opowieść jest kliszowa do bólu, aktorstwo jest bardzo teatralne, zaś muzyka strasznie nachalna. Recenzja tutaj.

Miejsce 21. – Bitwa pod Maratonem (1959) – 4/10

Co prawda jako reżyser wymieniony jest Jacques Tourneur, to Bava uczestniczył w post-produkcji, przy realizacji scen trickowych. Typowe kino peplum, wykorzystujące bitwę pod Maratonem jako pretekst do opowieści polityczno-romantycznej z prawym bohaterem (olimpijczyk Filipiades) w roli głównej. Po drodze dostaniemy sporą ilość patosu, dość oszczędną scenografię i kostiumy, zaś sceny batalistyczne wyglądają troszkę teatralnie. Nie brakuje ładnych zdjęć oraz ładnych twarzy, jednak nawet to nie czyni z niego średniaka. Recenzja tutaj.

Miejsce 20. – Pięć lalek w blasku sierpniowego księżyca (1970) – 4/10

Tym razem Bava postanowił zrealizować własną wersję „Dziesięciu Murzynków” Agathy Christie. Jest piękna, odizolowana wyspa, gdzie przebywa grupa bogaczy, parę pięknych kobiet oraz… morderca. Wszystko kręci się wokół pewnej formuły, jaką chcą nabyć ludzie od pewnego profesora. Zaczyna się karuzela przemocy, bohaterowie nie do końca się zachowują racjonalnie (poza tym są bardzo antypatyczni). Sytuacji nie ratuje ani czarny humor, ani bardzo obiecujący początek czy kobiece wdzięki. Recenzja tutaj.

Miejsce 19. – Caltiki – nieśmiertelny potwór (1959) – 5/10

Tym razem reżyser (znowu kontynuując robotę Riccardo Fredy) postanowił się zmierzyć z monster movie. Wyprawa naukowa w Ameryce Południowej, próbuje ustalić przyczynę migracji Majów, ale wszystko komplikuje do zaginięcia kilku członków, ranienia jednego z nich oraz uchwycenia pewnej tajemniczej mazi. Oczywiście, wywołuje to komplikacje i śmierć. Nie brakuje tutaj kilku pomysłów (zapowiedź found footage), jednak dzisiaj nie wywołuje to przerażenia, z wyjątkiem wątku Maxa, skręcającego w stronę klasycznego horroru z obłąkanym człowiekiem. Całkiem sympatyczny średniak. Recenzja tutaj.

Miejsce 18. – Herkules we wnętrzu ziemi (1961) – 5/10

Przygodowe kino fantasy z potężnym Herkulesem w roli głównej. Tym razem nasz bohater wyrusza do Hadesu, by ocalić Dejamirę przed obłędem. Sama opowieść to klasyczna kino przygodowe, okraszone humorem, pewnymi zbędnymi wątkami pobocznymi (miłość Tezeusza do Persefony) i lekkim humorem, chociaż brakuje w tym napięcia. Jest parę pomysłowych pułapek (przepaść z „ognistą” wodą), ale niektóre sceny akcji wyglądają dziś śmiesznie. Ale za to mamy charyzmatycznego łotra w wykonaniu Christophera Lee, przez co seans nie jest do końca stracony. Recenzja tutaj.

Miejsce 17. – Ringo zwany Nebraska (1966) – 5,5/10

Klasyczny wręcz western, gdzie mamy przybysza znikąd (dobrze zbudowany Ken Clark), który pakuje się w lokalny konflikt. Po przeciwnych stronach barykady mamy farmera Hillmana z żoną oraz Raya Cartera. Sama intryga wydaje się prosta, ładnie prezentuje się muzyka oraz ciekawe plenery. Także sceny akcji (zdominowane przez bijatyki) dają troszkę frajdy, tak jak powolne odkrywanie tajemnicy dwóch przeciwników. Całkiem, całkiem ten western. Recenzja tutaj.

Miejsce 16. – Droga do Fortu Alamo (1966) – 5,5/10

Bandyta Bud Massany przypadkowo znajduje martwych żołnierzy z rozkazem odbioru pieniędzy. Razem z poznanymi wspólnikami, dokonuje napadu na bank w strojach wojskowych, ale dochodzi do zdrady. Massany w stroju żołnierza dołącza do konwoju zmierzającemu ku fortowi Alamo. Punkt wyjścia był bardzo obiecujący, gdzie mamy bohatera (znowu Ken Clark) w obcym otoczeniu, którym gardzi. Przemiana jest pokazana bardzo skrótowo, wiele postaci to chodzące stereotypy, a kilka pomysłów wydaje się kuriozalnych (łódki z dolarów). Jednak w czasach Leone nie robi to takiego wrażenia. Recenzja tutaj.

Miejsce 15. – Wenus z Ille (1979) – 6/10

Ostatnie dzieło, będące fragmentem włoskiego serialu „I giochi del diavolo”, zrealizowane wspólnie z synem Lamberto. Adaptacja opowiadania Prospera Merimee, skupiona jest wokół pewnej tajemniczej rzeźby Wenus. Bardziej twórcy skupiają się na budowaniu nastroju niż klasycznym straszeniu. Niestety, czuć tutaj telewizyjny rodowód, przez co całość nie trzyma za bardzo w napięciu. Dla mnie troszkę za szybko się kończy, choć ma kilka mocnych scen (finał). Recenzja tutaj.

Miejsce 14. – Ostrza zemsty (1966) – 6/10

Ubrany w konwencje kina peplum western. Ukrywająca się kobieta z dzieckiem, ścigający ją Hagen oraz tajemniczy przybysz, będący mistrzem noża. Sama akcja prezentuje się miejscami okazale, zagrane jest to naprawdę przyzwoicie, a klimat jest bardzo mroczny. Sytuację osłabiają sceny „familijne”, chociaż dodają głębi naszym bohaterom. Cierpi na tym jednak tempo, mimo pomysłowego filmowania. Solidnie wykonane kino zemsty. Recenzja tutaj.

Miejsce 13. – Krwawy obóz (1971) – 6,5/10

Pierwszy filmowy slasher, gdzie cała intryga toczy się wokół małej zatoczki. Dochodzi tu do kolejnych mordów, a zabójca pozostaje nieuchwytny. Początkowo trudno rozgryźć, kto jest głównym bohaterem, co może wiele osób wprawić w konsternację. Ale nie brakuje makabrycznych zbrodni, aury tajemnicy oraz odrobiny czarnego humoru, co może zrekompensować. A finał jest bardzo rozbrajający. Recenzja tutaj.

Miejsce 12. – Planeta wampirów (1965) – 6,5/10

Tutaj czuć zapowiedź pierwszego „Obcego”. Statek kosmiczny odbiera sygnał z planety Aura. Jednak po lądowaniu zaczyna dochodzi do dziwacznych sytuacji, a załoga próbuje się nawzajem pozabijać. Reżyser nie mając praktycznie nic, zrobił coś i strona wizualna jest wręcz niesamowita. Sam wygląd planety, scenografia statków (może kostiumy są lekko tandetne), jak i kolorystyka się broni. Intryga jest nieźle poprowadzona, nie brakuje zaskoczeń, jest lekki strach, ale też i parę drobnych głupotek, teatralne bijatyki oraz średnie aktorstwo. Niemniej to całkiem przyzwoity horror SF. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Najeźdźcy (1961) – 7/10

Kolejne kino przygodowe w realiach historycznych. Tym razem jest to opowieść o dwóch synach króla Wikingów, którzy zostają rozdzieleni podczas bitwy (jako dzieci). Po latach ich losy znowu się łączą, choć jeden z nich jest wychowywany przez królową Brytów. Może historia jest prosta, ale film wygląda przepięknie, sceny akcji potrafią zaimponować (przejście na mury za pomocą strzał czy walka o dowodzenie), czuć rozmach i jest bardzo dobrze zagrany. Może i troszkę zżyna z „Wikingów” Richarda Fleischera, ale to bardzo zgrabnie wyszło. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Topór na miodowy miesiąc (1971) – 7/10

Historia Johna Harringtona – szefa domu mody, gdzie modelki noszą stroje ślubne. Jest on także mordercą kobiet, który próbuje rozgryźć pewną tajemnicę z przeszłości. Dziwna wypadkowa Hitchcocka z czasów „Psychozy”, opowieści o duchach oraz wcześniejszych giallo od Bavy, jednak tutaj proporcje są odwrócone. Niby kryminał, ale wiemy kto zabija, niby thriller psychologiczny, lecz niepozbawiony przemocy oraz czarnego humoru. Sama intryga jest pewnie prowadzona, chociaż jest jedno ciało obce. Nie mniej wciąga, jest dobrze zagrane, a finał wywraca wszystko do góry nogami. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Diabolik (1968) – 7/10

Może i Deadpool obecnie kosi konkurencję w świecie komiksowych ekranizacji, ale już wcześniej były adaptacje dla dorosłych. „Diabolik” to pastisz kina akcji, gdzie nasz bohater jest błyskotliwym kryminalistą z gadżetami od Bonda oraz jaskinią podwędzoną Batmanowi. Kino zrobione z jajem, dystansem oraz lekko psychodelicznym klimatem lat 60. Czysta rozrywka, która nadal się broni kreatywnością, finezją, humorem oraz szaleństwem, jakiego u Bavy nie było ani przedtem, ani później. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Schock (1977) – 7/10

Prawdopodobnie najbardziej surowy film w dorobku Bavy. Kobieta wraca do domu, w którym doszło do tragicznej śmierci. Reżyser miesza horror z thrillerem psychologicznym w stylu Romana Polańskiego. Niemal do samego końca nie wiemy, czy te dziwne zdarzenia dzieją się naprawdę, czy też są tylko wytworem obłąkanego umysłu, co potęguje mroczny klimat. Za to zakończenie potrafi mocno uderzyć obuchem. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Dom egzorcyzmów (1973) – 7/10

Amerykańska turystka zgubiła się we Włoszech. By się odnaleźć, trafia do dworku, gdzie znajduje się pewna starsza hrabina, dość ekscentryczny lokaj oraz młody syn. Zaś wszystko skrywa pewna mroczną tajemnicę. To niepokojący horror w gotyckim stylu, z niepokojącą tajemnicą. Po drodze są manekiny, postacie z przeszłości, oniryczną aurę oraz brawurowego Telly’ego Savallasa. No i parę klasycznych elementów gotyckich, w tym bardzo niesamowity finał. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Czarne święto (1963) – 7/10

Filmowa antologia opowieści grozy, gdzie czuć inspiracje dokonaniami klasyków. Najbliżej współczesności jest historia kobiety prześladowanej przez nieznanego rozmówcy telefonicznego. Dalej mamy gotycką opowieść z powrotem ojca oraz klątwą, a na finał pielęgniarkę opiekującą się pewną starszą panią. Bava ciągle się bawi gatunkami (podpuszczający finał), bogatą wizualnie z nasyconymi kolorami, a wszystko jest mocno wzięte w nawias. Do tego jeszcze perłą jest występ Borisa Karloffa. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Dziewczyna, która wiedziała za dużo (1963) – 7,5/10

Pierwszy film giallo, tylko że czarno-biały. Nora Davis przybywa do swojej ciotki we Włoszech, ale po przyjeździe dzieją się dziwne rzeczy. Najpierw umiera ciotka, potem wieczorem zostaje pobita i widzi morderstwo. Przynajmniej tak się jej wydaje. Bava ciągle trzyma w napięciu, mieszając kryminał, horror i romans, płynnie przewodząc w każdy z nich niczym cyrkowiec. Świetnie zrealizowana (kapitalne zdjęcia), z wyrazistym aktorstwem oraz bardzo dobrą intrygą. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Blood and Black Lace (1965) – 7,5/10

Kolejne giallo, które skrystalizowało ten gatunek. Miejscem akcji jest dom mody, prowadzony przez hrabinę oraz jej partnera. A wszystko zaczyna się od morderstwa jednej z modelek przez zamaskowanego sprawcę. Kto zabił? Bava rzuca kolejne tropy, a każdy z bohaterów próbuje na własną rękę wybadać sprawę, chociaż policja też prowadzi śledztwo. Pięknie wygląda, są piękne kobiety, a klimat czuć od pierwszej zbrodni. Tak się to robić powinno. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Operacja strach (1966) – 8/10

Początek XX wieku, gdzie do małego miasteczka przybywa lekarz. Ma on za zadanie wybadać śmierć jednej z mieszkanek. Gotycki horror, gdzie mamy zderzenie racjonalnych umysłów ze sprawami nadprzyrodzonymi. Klątwa, tragiczna śmierć, duchy oraz przesądy – pozornie nie wydaje się to dziś interesujące, ale Bava wyciska z tego wszystko. Jest świetny klimat (willa Grapsów, cmentarz, gospoda), niepokojąca muzyka, świetne aktorstwo oraz odrobinę surrealistycznych kadrów, jakich nie powstydziłby się David Lynch (pościg za nieznajomym w willi). Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Bicz i ciało (1963) – 8/10

Do rodzinnego zamku wraca marnotrawny syn Kurt, który porzucił swoją narzeczoną (obecnie wzięła ślub z jego bratem). Rodzina go nienawidzi, bo mężczyzna chce odzyskać swoje. Wieczorem zostaje zamordowany. Bava najlepiej czuje się w gotyckich opowieściach, a jednocześnie jest to mieszanka tajemnicy z horrorem oraz toksyczną miłością z perwersyjnym zabarwieniem. Napięcie (także erotyczne) jest coraz silniejsze, Christopher Lee magnetyzuje, film wygląda przepięknie, zaś finał nadal potrafi zaskoczyć. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Maska szatana (1960) – 8/10

Wydawałoby się, że takie horrory nie potrafią przerazić. Debiut (samodzielny) Bavy to historia dwóch naukowców, którzy – nieświadomie – budzą czarownicę, pragnącą zemsty. Co z tego, że film jest czarno-biały, skoro atmosferę – godną tych ekranizacji dzieł Poego od Cormana – można kroić nożem, jest kilka klimatycznych scen (początkowy proces czarownicy, otwarcie trumny), świetnie poprowadzona kamera, fantastyczne aktorstwo i jedynie muzyka zdradza wiek produkcji. Dla mnie perła w dorobku mistrza. Recenzja tutaj.

Nieobejrzane:
Esther and the King (1960; wersja włoska)
Roy Colt e Winchester Jack (1970)
Baron krwi (1972)
Quante volte… quella notte (1972)
Cani arrabiatti (1974)

Jakim reżyserem był Bava? Przede wszystkim skupionym na stronie plastycznej, co wynika z pasji malarskiej. Gdy wykorzystywał kolor, nasycał nim kadry oraz ożywając klimat gotyckich opowieści. Uważany – zasłużenie – za prekursora włoskiego kina grozy. Chociaż nie wszystkie filmy wytrzymały próbę czasu, filmowiec nadal potrafi zaintrygować, a jego wpływ jest obecny w takich tytułach jak „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”, „Piątek trzynastego II” czy dziełach Dario Argento.

A jak wy oceniacie dorobek Mario Bavy? Oglądaliście jego filmy. Piszcie w komentarzach. Dziękuję blogowi Po napisach, za uczestnictwo w tym kompletnie nieznanym świecie.

Radosław Ostrowski

Topór na miodowy miesiąc

John Harrington jest szefem domu mody, w którym modelki noszą tylko stroje ślubne. Ale kiedy poznajemy go po raz pierwszy, zabija w pociągu parę nowożeńców. Za pomocą tasaka. Zresztą sam bohater określa siebie jako paranoika, żyje z niekochaną żoną i jest świadomy swoich zbrodni. Jednocześnie zabija, by rozwiązać pewną tajemnicę z przeszłości.

topor_na_miesiac1

Mario Bava na początku lat 70. flirtował z różnymi gatunkami, by wrócić do gatunku, w jakim sprawdzał się najlepiej – krwawego horroru z wątkiem kryminalnym. Tylko, że reżyser zaczyna wywracać tą konwencję do góry nogami. Od początku wiemy kto zabija, policja zna podejrzanego, lecz nie mogą tego udowodnić. Kolejne zbrodnie, coraz bardziej pogłębiający się obłęd, zaś Bava miesza pewne pozornie nie pasujące do siebie elementy: psychologiczny thriller, zagadka z przeszłości, a nawet pojawiają się elementy nadprzyrodzone czy tajemnicza kobieta. Czy mimo wszystko potrafi zaangażować? Przez pewien czas tak. Sceny retrospekcji dają twórcy pole do eksperymentów, gdzie mamy zniekształcony obraz i krótkie przebitki, serwując kolejne elementy układanki. Nie brakuje odniesień do innych filmów, ze szczególnym wskazaniem na „Blood and Black Lace” czy „Psychozy”. Chociaż pewien problem wywołuje wątek związany z duchem jednej z ofiar. Z jednej strony daje to pewne pole do pokazania pogłębienia obłędu, ale z drugiej sprawia wrażenie ciała obcego. Co ciekawe, nie przeszkadza to w zaskakiwaniu.

topor_na_miesiac3

Bava potrafi utrzymać w napięciu przez 2/3 całości, serwując czasem odrobinę czarnego humoru. Nie można nic zarzucić malarskim kadrom, dotyczącym głównie rezydencji Johna, przypominającą gotycki pałac. Intryga pokazuje bardzo skomplikowany psychologiczny dreszczowiec, gdzie bohater (świetny Stephen Forsyth) z jednej strony sprawia wrażenie opanowanego, chłodnego gościa, z drugiej jest coraz bardziej rozedrgany, bardzo niespokojny. Równie schizofreniczna jest muzyka, mieszająca typowe dźwięki syntezatorowe pod underscore z bardziej lirycznymi fragmentami. Uderza też dość niewielka ilość krwi oraz golizny, mimo wielu pięknych pań przed kamerą.

topor_na_miesiac2

Troszkę dziwaczny to film: niby kryminał, ale bardziej psychologiczny thriller, niby ładny, chociaż pod tym względem bardziej oszczędny, z niezłymi dialogami, zabawą montażem oraz ujęciami. Świeże, zaskakujące, choć nie wszystkim ten miks przypadnie do gustu. Mimo lat, nadal ten tasak jest ostry.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Ringo zwany Nebraska

Czasy Dzikiego Zachodu nigdy nie były łatwe. Ale czasem potrafi pomóc pewien jeździec znikąd, pojawiając się we właściwym miejscu i czasie, by rozwiązać wszelkie problemy. Kimś takim jest niejaki Ringo zwany Nebraską – inteligentny, sprytny, z szybkim spustem. Pojawia się w ranczu Marthy’ego Hillmana oraz jego żony, Kay. Oboje są prześladowani przez niejakiego Cartera, który ma do nich wielkie pretensje.

ringo1

Kolejny włoski western, gdzie pośrednio realizował Mario Bava. I jeśli ktoś liczył na spaghetti western, to się musiał przeliczyć. Chociaż i tak jest lepiej niż zrealizowana w tym samym roku „Droga do fortu Alamo”. Intryga jest o wiele prostsza, podział na dobrych i złych zachowany oraz sygnalizowany kolorami, ale nasz bohater pozostaje nie do końca facetem z jasną motywacją. Zarzewie konfliktu jest nam zdradzane bardzo powoli, wyrzucając karty dopiero w finale. Ta kameralna historia sprawdza się całkiem nieźle, chociaż zwroty akcji są przewidywalne (aresztowani zbiegowie zostają wypuszczenia). Niemniej jest parę przyjemnych momentów, ładnie sfotografowanych bijatyk (tutaj elementy dekoracji są wykorzystane, zaś ciosy są mocne), zaś kilka kul zaświszczy. W tle gra przyjemna muzyka a’la Ennio Morricone (gitara, trąbki), plenery wyglądają bardziej surowo niż w USA, a i technicznie jest po prostu solidnie.

ringo2

Także aktorstwo jest jak najbardziej w porządku. Znani z poprzednich filmów włoskiego mistrza Ken Clark (Ringo) oraz Piero Lulli (Carter), sprawdzają się w rolach antagonistów bardzo dobrze. Clark jest bardziej człowiekiem czynu z twardymi pięściami oraz celnym okiem, z kolei Carter jest bardziej bezwzględny, stosujący podstęp oraz nieczyste zagrania. Dla mnie największym problemem była Yvonne Bastien, czyli Kay. Kobieta brzmi sztucznie, bardzo nieprzekonująco, a jej postać – mająca w zamyśle być więźniem pewnej dawnej umowy – drażniła swoją deklaratywnością.

„Ringo” to całkiem przyjemny, choć może zbyt prosty western z europejskiej ziemi. Z dzisiejszej perspektywy jest niezbyt oryginalny, jednak potrafi parę razy wciągnąć i ma solidną obsadę. Wstydu nie ma.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Dr Goldfoot i bombowe dziewczyny

Dr Goldfoot już raz na ekranie się pojawił w 1965 roku. Z jednej strony miał być takim żartem z bondowskiego Goldfingera, połączonego z nieprzewidywalnym Fantomasem, zawsze będącym o krok przed swoimi przeciwnikami. W kontynuacji zrobione przez Mario Bavę, nasz zbrodniarz tym razem planuje zaostrzyć stosunki między USA a ZSRR za pomocą swoich dziewczyn-robotów z ładunkami wybuchowymi. Panny zabijają generałów NATO, a jednocześnie organizuje eksplozję bomby jądrowej z amerykańskiego samolotu na Syberię.

dr_goldfoot1

Sama historia brzmi dość bzdurnie i idiotycznie. Bo i w sumie tak jest, chociaż reżyser próbuje wycisnąć z tej fabułki ile się da. Tylko, że całość jest ciągiem slapstickowych gagów, sfilmowanych w przyspieszonym tempie niczym z serii o Bennym Hillu. Wszystko toczy się na bardzo cienkiej granicy podobieństwa, dowcipy oparte są na improwizacji, powtarzalnych gagach (odbicie się ciapowatych agentów przed wpadnięciem) oraz lekko erotycznych podtekstach. Głupota zarówno bohaterów (portierów Cichio i Franco, próbujących zostać agentami), jak i miejscami samego antagonisty wprawia w zakłopotanie. Każdy absurdalny pomysł (willa zamieniona w szkołę prowadzoną przez zakonnicę czy ucieczka z samolotu za pomocą… parasola) zamiast rozbawić, niczym w komediach z Leslie Nielsenem, tutaj wprawia w osłupienie i jest co najwyżej głupawy, pozbawiony finezji oraz frajdy.

dr_goldfoot2

Bava nie chce, ale musi zrobić ten film, kompletnie nie potrafią się w tym cyrku odnaleźć. Fabuła nie angażuje, postacie są kompletnie przerysowane i sztuczne, aktorstwo bardzo przeszarżowane, humor bardzo koślawy oraz troszkę prymitywny. Z całego projektu wybija się jedynie Vincent Price w roli głównego złego, sprawiający wrażenie najbardziej wyluzowanego w tym całym chaosie. Jednak nawet on nie jest w stanie wyciągnąć tej miernoty na wyższy poziom. Po obejrzeniu najlepiej wymazać z pamięci.

2/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Ostrza zemsty

Wracamy do czasów nordyckich, pełnych okrucieństwa, przemocy i krwi. W tym świecie ukrywa się kobieta z dzieckiem. Oboje pochodzą z królewskiego rodu, prześladowani przez demonicznego Hagena. Mężczyzna chce zmusić kobietę do ślubu, by objąć tron. I wtedy na jej drodze pojawia się – niczym z klasycznego westernu – przybysz znikąd, sprawnie posługujący się nożem.

Tym razem Mario Bava wraca do historycznego fantasy, okraszonego przygodowym duchem. Sam początek z przepowiednią na plaży, robi mocne wrażenie. Jednak im dalej w las, tym akcji jest coraz mniej, za to pojawia się więcej scen, gdzie nasz tajemniczy przybysz staje się figurą ojca dla młodego chłopca. Wspólne polowanie, nauka posługiwania się bronią – wszystko idzie to dość szybko, chociaż sam bohater skrywa pewną mroczną tajemnicę. Niby są to spowalniacze, ale dzięki nim troszkę bliżej poznajemy naszych bohaterów, ich motywacje, losy. Wszystko to prowadzone jest bardzo spokojnie, a realizacja broni się przyzwoicie.

ostrza_zemsty1

Podobać się może scenografia oraz kostiumy, nie przypominająca żadnej taniochy, bliżej nieokreślonych realiów fantasy. Także całkiem nieźle sprawdzają się sceny akcji, mimo teatralności scen śmierci. Sposób realizacji kilku scen (konfrontacja w tawernie) przypomina nawet western. Zbliżenia na twarze, ujęcia z kąta na broń, nerwowe budowanie napięcia – ta scena potrafi wessać i zaangażować. Ale klasycznego Bavę czuć dopiero w finałowej potyczce w jaskini. Tu mamy tą grę światłocieniem, wyraziste kolory, choć sama lokalizacja troszkę przypomina Hades z wcześniejszego filmu o Herkulesie.

ostrza_zemsty2

Zagrane jest to naprawdę porządnie, choć pozornie materiału nie było zbyt wielkiego. Cameron Mitchell bardzo płynnie przechodzi od tajemniczego „przybysza znikąd”, z dobrym sercem po żądnego zemsty mściciela z celnością godną prawdziwych twardzieli. Równie wyrazisty jest Fausto Tozzi w roli czarnego charakteru – demonicznego, sprytnego, lecz nie przerysowanego, szarżującego. A między panami jest ładna, długowłosa Elissa Plichelli (Karin), próbująca być niezależną, silną kobietą.

„Ostrza zemsty” to całkiem zgrabne przejście Bavy do nordyckiego peplum. Solidnie poprowadzone i zagrane, z paroma scenami trzymającymi w napięciu oraz klasycznym motywem zemsty. Może dałoby się troszkę wydłużyć i pogłębić niektóre postacie, jednak jako czysto rozrywkowy film dostarcza. Przyjemne, lekkie kino.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Droga do Fortu Alamo

Dziki Zachód czasów wojny secesyjnej. To w tych okrutnych czasach żyje niejaki Bud Massany – zwykły bandzior, który stracił rodzinę i ranczo wskutek działań wojennych. Przejeżdżając znajduje ciężko rannych żołnierzy, z czego jeden z nich zawiera rozkaz wypłacenia z banku 150 tysięcy dolarów. Razem z poznanymi nowymi wspólnikami decyduje się dokonać skoku, ale coś poszło nie tak, bo są ofiary, a i wspólnicy dopuszczają się zdrady. Bud zostaje ogłuszony, a że ma na sobie tylko mundur żołnierski, zostaje włączony do przejeżdżającego w kierunku fortu Alamo konwoju.

fort_alamo2

Włoski western kojarzy się głównie z popisami Sergio Leone, który przełamał wiele elementów gatunku, dając mu w zamian drugie życie. Jednak niektórzy próbowali przed nim realizować opowieści o koniach, kowbojach i Dzikim Zachodzie. Mario Bava próbował wejść w kowbojki, jednak bardziej czerpiąc z amerykańskich wzorców. Jednak sam punkt wyjścia był dość interesujący: droga Buda jako fałszywego żołnierza w drodze towarzysząc osobom, za którymi nie przepadają. I to mogło dać duże pole do popisu, a reżyser serwuje karuzelę atrakcji: bezwzględni Indianie, niekompetentny dowódca, opanowany sierżant, chciwi zdrajcy, troszkę nieprzystosowane do życia kobiety. A na początku jeszcze mamy próbę oszustwa karcianego.

fort_alamo1

Problem jednak w tym, że cała ta opowieść sprawia wrażenie bardzo skrótowej, troszkę po łebkach. Sama przemiana bohatera wydaje się mało przekonująca, chociaż miał wiele okazji do ucieczki. Do tego parę troszkę dziwacznych pomysłów (łódki z banknotów do zwabienia żołnierzy), chociaż akcja miejscami pędzi na złamanie karku. Troszkę widać, że to jednak nie jest Dziki Zachód, tylko jakaś włoska pustynia, zaś samo miasteczko wygląda dość ubogo. Na szczęście nie pojawiamy się tam na długo, a strona plastyczna jest całkiem solidna.

fort_alamo3

Tak samo aktorstwo stoi na przyzwoitym poziomie, dając troszkę życia swoim bohaterów. Solidnie prezentuje się Ken Clark, balansując między byciem gościem z mroczną przeszłością a próbującym zmienić swoją życiową drogę. Choć pokazano to dość szybko, aktor daje sobie radę. Podobnie jak będący bardziej życzliwym niż zwykle sierżant (Gustavo De Nardo) oraz będąca więźniem Janet (ładna Jany Clair). Z kolei postacie negatywne są troszkę przerysowane, tak samo jak Indianie, którzy albo zabijają albo skalpują.

Bava nie do końca czuje konwencję opowieści z Dzikiego Zachodu, przez co „Droga do fortu Alamo” sprawia wrażenie dziwnego eksperymentu. Dość negatywne pokazanie amerykańskiej kawalerii, niejednoznaczny główny bohater oraz zaskakująca szansa na odkupienie dawały dość duże pole manewru oraz pokazania pewnych szarości. Może się podobać, akcja przychodzi dość szybko, film jest krótki (około 80 minut), a w tle gra sympatyczna piosenka.

5,5/10

Radosław Ostrowski


Bitwa pod Maratonem

Wszyscy z historii słyszeli (przynajmniej ja) o starożytnej bitwie pod Maratonem między wojskami Aten i Sparty z Persami w 480 r. p.n.e. Wspomina się o niej także z powodu wysiłku jednego z wojowników, Filipiadesa, który po zwycięstwie ruszył (biegiem) do Aten pokonując ok 40 km, po czym zmarł z wyczerpania. To zdarzenie, zostało też inspiracją do stworzenia filmu z końca lat 50. zrealizowanego przez Jacquesa Tourneura oraz Mario Bavę, który odpowiadał także za zdjęcia.

Sama historia nie jest tutaj zbyt skomplikowana, jednak wiele rzeczy przeinacza. Ok, to nie jest rekonstrukcja i byłbym w stanie to przełknąć, gdyby to angażowało. Bohaterem jest wspomniany Filipiades, który wygrywa ostatnie igrzyska olimpijskie. Wracając do kraju, zostaje wybrany dowódcą świętej straży, pilnującej świątyni Ateny. W samym mieście zawiązuje się spisek kierowany przez Teokratesa oraz Kreusa, który przyrzekł temu drugiemu swoją córkę, Andromedę. I wtedy pojawiają się wieści o przybyciu Persów na pole Maratonu.

maraton1

Innymi słowy jest tutaj miszmasz, jakiego reżyserzy nie byli w stanie do końca opanować. Z jednej strony polityczne knowania, z drugiej wątek miłosny, z trzeciej zaś walka oraz próba zdobycia pomocy od Spartan. Problem w tym, że tutaj wszystkie problemy są rozwiązywane w sposób bardzo prosty, zbyt prosty. Niby są po drodze komplikacje, jednak kompletnie nie czuć wagi zagrożenia, ani napięcia. Nawet kilka drobnych tricków operatorskich (morska potyczka) nie są w stanie wciągnąć. Także sceny batalistyczne wypadają dość teatralnie, nie czuć żadnych uderzeń mieczy, ciosów. Nawet statyści sprawiają wrażenie niezaangażowanych, a to już jest poważny błąd. Scenografia i kostiumy są ok, także podniosła muzyka nie wywołuje irytacji.

maraton2

Chciałbym pochwalić kogoś z obsady, jednak wszyscy grają postacie tak papierowe, że choćby nie wiem, jakby się starali, nie są w stanie dać im życia, uczynić ich przekonującymi. Do tego miejscami rzucają podniosłe, patetyczne dialogi, sprawiając miejscami duży ból. Oko można zawiesić na Mylene Demongeot (Andromeda), która wygląda apetycznie.

„Bitwa pod Maratonem” jest reliktem swoich czasów, czyli – z dzisiejszej perspektywy – tanich, bardzo skromnych filmów historycznych, próbujących wyglądać imponująco, dynamicznie i efektownie. Czas jednak był wobec niej bardzo okrutny, nie zostawiając absolutnie nic zapadającego w pamięci, co nie świadczy zbyt dobrze.

4/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071