Peter Sellers – Życie & Śmierć

Ostatnio coraz mocniej emocje wywołują gwiazdy z pierwszych stron, a dokładniej ich prywatne życie. Tak już było, jest i będzie. Bo nie zawsze wielki czy wybitny artysta oznacza wielkiego człowieka, co wielu fanów wśród widowni sprawie ogromny ból rozczarowania. To temat na szerszą wypowiedź, ale nie o tym (do końca) chciałem opowiedzieć.

peter_sellers1

Każdy kinoman słyszał (lub powinien) słyszeć o Peterze Sellersie – jednym z najpopularniejszych aktorów brytyjskich lat 60. i 70., któremu nieśmiertelność przyniosła rola inspektora Clouseau w serii filmów „Różowa Pantera” (jak sam aktor stwierdził tytuł „brzmi jak nazwa klubu ze striptizem”). Jednak film Stephena Hopkinsa nie jest tylko zbiorem anegdot czy typową biografią. Sam początek, gdzie widzimy samego aktora włączającego telewizor, w którym widzimy film ustawia wszystko. Bliżej tutaj realizacją oraz klimatem do takiej zabawy gatunkiem jak w przypadku „Amerykańskiego splendoru”, gdzie prawda z fikcją przeplatają się ze sobą. Mocno pokazują to sceny, kiedy kluczowe postacie z życia aktora nagle otrzymują twarz… Petera Sellersa, co wywołuje dezorientację. Mimo, że przeskakujemy w czasie, między planem filmowym i życiem prywatnym aktora, całość jest bardzo klarowna, budując mocny portret człowieka „bez osobowości i właściwości”. Osoby z kompleksem bycia sławnym, próbującym wyrwać się z szufladki komika, ale też mającego wiele na sumieniu. Mitoman, egoista, niedojrzały człowiek pozbawiony empatii oraz szacunku do innych, wywołujący zarówno wściekłość (niszczenie zabawek syna w odwecie za „próbę” naprawy jego samochodu), miewa swoje fochy (odchodzi z „Casino Royale”), jednocześnie ma wiele uroku osobistego (początek związku z Britt Elkind, próba uwiedzenia Sophii Loren), co tworzy dziwną mieszankę.

peter_sellers2

I wszystko to jest znakomicie wygrane przez Geoffreya Rusha, który niemal wygląda jak kalka Sellersa. Przejmuje jego gesty (bardzo mocno to widać w scenach realizacji poszczególnych filmów), znakomicie wygrywa każdy stan jego pokręconej psychiki. Człowieka, którego trudno nie podziwiać, ale jeszcze trudniej polubić, potrafiącego być każdym, lecz nie sobą. Dobitnie pokazuje to scena, gdy Sellers przegląda się w lustrze i nie widzi swojego odbicia. Także jego przygotowania do kolejnych filmowych ról (zwłaszcza do inspektora Clouseau, którym staje się w… samolocie czy przed zdjęciami w studio) budzą ogromne wrażenie. To jest wielka rola, zasługująca na wszelkie możliwe nagrody. Poza nim jest tutaj bardzo bogaty drugi plan ze świetnymi rolami Emily Watson (pierwsza żona Sellersa), Charlize Theron (druga żona Sellersa), Johna Lithgowa (reżyser Blake Edwards) oraz Stanleya Tucci (Stanley Kubrick).

peter_sellers3

Fabularna biografia Petera Sellersa jest nieodgadniona i złożona niczym sam Sellers – mistrz kreacji, wodzący za nos, zawsze wchodzący w swoją rolę. Ale to kolejne potwierdzenie tezy z początku tego tekstu: że szeroko rozumiany artysta to też człowiek, niepozbawiony wad, słabości oraz własnych demonów. Tylko, ze my widzowie nie zawsze chcemy tego wiedzieć ani oddzielić. A sam film to perła w kinie biograficznym.

peter_sellers4

8/10

Radosław Ostrowski

Najlepszy

Kiedy poznajemy Jerzego Górskiego, jest końcówka lat 70. Kiedyś był naprawdę zdolnym sportowcem, ale potem pojawiły się narkotyki. Kumple, dziewczyna (córka komendanta MO), kumple, meliny, ucieczki przed milicją. Zszedł on na samo dno, ciąża, śmierć przyjaciela, wreszcie nieudane samobójstwo. Czy w ogóle jest szansa wyjścia na prostą?

najlepszy1

Ostatnio coraz bardziej widoczny jest trend realizacji biografii obsadzonych w realiach PRL-u. Po „Bogach” i „Sztuce kochania” tym razem przyszła kolej na „Najlepszego”. Tym razem historia opowiedziana przez Łukasza Palkowskiego, tym razem przedstawia losy człowieka, o którym mało kto słyszał (przynajmniej przed filmem). Jest to mieszanka dramatu, kina sportowego oraz odrobinę komedii. I jak zawsze udało się wiernie odtworzyć realia epoki – wrażenie robi scenografia, ze szczególnym wskazaniem na melinę oraz ośrodek Monaru. Surowa faktura, meble, sprzęt szpitalny czy kostiumy tworzą klimat tamtego okresu, bez wywoływania zgrzytu. Dialogi też są zrozumiałe i niepozbawione błysku, a gdy dodamy świetną, rockową muzykę Bartosza Chajdeckiego, to wszelkie zmysły są zaspokojone. „Najlepszy” trzyma w napięciu, mimo sięgania po sprawdzone klisze kina sportowego (szybki montaż a’la „Rocky”, trener będący mentorem czy nowa kobieta wspierająca bohatera), co nie jest wcale takie proste. Na pewno pomaga w tym wiele humoru (pierwsze próby pływania pod okiem trenera czy nauka tanga – perełki) oraz pewna ręka reżysera.

najlepszy3

Żeby nie było tak słodko, to są dwie mocne łyżki dziegciu. Po pierwsze, czuć pewną skrótowość i uproszczenia w historii. Głównie podczas scen odwyku oraz przygotowań, aż chciałoby się wejść głębiej. Drugim problemem (chociaż nie dla mnie) mogą być sceny „rozmów” bohatera z samym sobą przed lustrem, pokazujące jego mroczną stronę. Dla wielu takie sceny mogą być zbyt dosłowne i łopatologiczne (chociaż w finale potrafi to zbudować suspens), chociaż nie każdemu będą one przeszkadzały.

najlepszy2

Jednak to wszystko jest kapitalnie zagrane. Do wielkiej formy wraca Jakub Gierszał, który ostatnio pogubił się lekko, ale tutaj jest wręcz znakomity, przechodząc bardzo dużo zarówno fizycznie (sceny sportowe oraz „głodu”), jak i psychicznie. Zagubienie, gniew, poczucie bezsensu, determinacja, wreszcie walka. To wszystko jest przedstawione przez aktora bezbłędnie, przez co chciałem kibicować Górskiemu. Ale za to drugi plan jest wręcz gwiazdorski (jak na hollywoodzkie kino przystało). Na mnie największe wrażenie zrobił niezawodny Arkadiusz Jakubik (kierownik basenu, przyszły trener), świetny Janusz Gajos (Marek Kotański, scena rozmowy w samochodzie – klasa), opanowany Szymon Piotr Warszawski (Paweł, kierownik ośrodka) oraz w drobnym epizodzie Mateusz Kościukiewicz (kumpel Andrzej) i Mirosław Haniszewski (instruktor tańca). Muszę też wspomnieć debiutującą Kamilę Kamińska jako pielęgniarkę Ewę – nie tylko wyglądającą naturalnie i uroczo, ale też odgrywającą kluczową rolę w całości.

najlepszy4

Powiedzmy sobie to od razu: „Najlepszy” to nie jest najlepszy polski film, jaki widziałem w tym roku. To jest przykład dobrego, miejscami nawet bardzo dobrego kina, przeszczepiającego hollywoodzki styl na nasze podwórko. Palkowski wyrasta na rzemieślnika z wysokiej półki i powiem tylko jedno: chcę więcej takiego kina na poziomie.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Kryptonim HHhH

Pamiętacie taki film „Operacja Anthropoid”? Wydawałoby się, że już wszystko opowiedziano o zamachu na Reinharda Heydricha – protektora Czech i Moraw. Fanatyczny wyznawca nazizmu, wcześniej oficer marynarki wojennej wydalony za romans. Tym razem tą historię postanowili opowiedzieć spece z Hollywood, więc należało spodziewać się najgorszego.

hhhh1

Cedric Jimenez postanowił cała historię opowieść dwutorowo. Pierwsza część to historia Heydricha, z kolei druga część to przygotowanie do zamachu z perspektywy zamachowców. Sam pomysł na ten sposób opowieści wydawał się fantastyczny, gdzie rozbicie perspektywy dawało spory potencjał na wciągającą opowieść. Niestety, wszystko jest zrobione tutaj bardzo płytko. Historia Heydricha jest zbiorem przypadkowo rzuconych scenek, które (na siłę) można jakoś powiązać w pewną całość. Mamy wyrzucenie z marynarki i sąd wojskowy, by po paru minutach przenieść się na farmę Himmlera, który proponuje Heydrichowi kierowanie nową komórką wywiadowczą. A następna scena to likwidacja komórki komunistycznej, szantaż na generale, wreszcie atak na Polskę. Skaczemy z wątków na wątek niczym z kwiatka na kwiatek, a najciekawsze (czyli prywatne życie Heydricha oraz jego drogi ku ideologii) zostaje tylko liźnięte. Na szczęście Heydrich nie jest traktowany jako komiksowy, przerysowany czarny charakter, ale brakuje jakiegoś głębszego portretu psychologicznego.

hhhh2

Taki sam mam problem ze scenami przygotowań do zamachu. Po pierwsze dlatego, że widziałem wspomnianą wcześniej „Operację Anthropoid”, skupioną tylko na tym wątku (świetnie poprowadzony i trzymający w napięciu). Sprawiło to, że ten wątek wydawał mi się bardzo skrótowy, a zamachowców (Kubis i Gabcik) też potraktowano tylko jako papierowy schemat – młodzi patrioci, ale też normalni chłopcy z marzeniami. Scena zamachu i tuż po nie potrafiły mnie już utrzymać w napięciu.

hhhh3

Sytuację (poza naprawdę ładnymi zdjęciami oraz sugestywną muzyką) próbują ratować aktorzy. I dobrze wywiązują się ze swoich zadań. Pochwalić trzeba przede wszystkim Jasona Clarke’a w roli Heydricha, czyli mieszanka opanowana i czułości z bezwzględnym posłuszeństwem wobec ideologii. Co czasem doprowadza do krótkiego spięcia z żona (solidna Rosamond Pike), ale to zostaje tylko w jednej scenie. Reszta aktorów po prostu jest, chociaż może Mia Wasikowska jako ukrywająca jednego z zamachowców kobieta oraz kompletnie zaskakujący Stephen Graham w roli Himmlera zapadają w pamięć

hhhh4

Wszystko tutaj wydaje się takie mechaniczne, pozbawione emocji i zaangażowania. Przez co „Kryptonim HHhH” jest kompletnie nieangażujący, nudny oraz nieciekawy. Kolejny przykład zmarnowanego potencjału świetnego tematu.

5/10

Radosław Ostrowski

LemON – Tu

tu-w-iext48384938

Polsko-łemkowsko-ukraińska mieszanka zwana LemON pod wodzą Igora Herbuta kojarzona jest dzięki programowi Must Be The Music. Od tej pory doszło do kilku roszad w zespole, wyszły trzy płyty (w tym jedna świąteczna) dające ogromny potencjał komercyjny. Jednak wiosną tego roku pojawił się czwarty album “Tu”. A efekt okazał się zaskakujący do wszystkich. Dlaczego?

Już sam początek, czyli tytułowy utwór to zapętlony (długi) walczyk na fortepiano oraz bardzo minimalistyczną perkusję, do której dołączają kolejne instrumenty, wprawiając w niemal oniryczny charakter. Wtedy nagle utwór się urywa, jest ciza, by wróciła sama melodia, cudnie zagrana. A im dalej w las, tym coraz większa jest obecność gitar. Skoczna, lekko reggae’owa w tempie “Myśl” przypomina klimatem wczesnego Lecha Janerkę, coraz mocniej uderzając w refrenie, by na końcu wejść z klawiszami. Mroczna “Sowa” mogłaby spokojnie znaleźć się w filmie Davida Lyncha, a niepokój zbudowany jest na zasadzie kontrastu: bardzo spokojna zwrotka (fortepian, perkusja oraz dźwięki tła) I agresywny, rockowy refren. O tej porze roku brzmi to nocą wręcz przerażająco. Chwilę oddechu daje akustyczna “Kalka” z przestrzenną gitarą, tworząc delikatną perełkę, by troszkę zahaczyć w stylu wczesnego Coldplaya w “Tak nie nie”, by pod koniec zaatakować cięższym riffem. Podobnie hardrockowy wręcz jest “Papier” (refreny są tu mocne i ostre) oraz łagodniejszy, wręcz bluesowy “Akapit”. Znacznie mroczniej (i dłużej) jest w przypadku “Ostatniego walca”, bardzo spokojnie się rozkręcającego z mocno przesterowaną gitarą, serwującą prawdziwy ogień w środku, by się wyciszyć na końcu. To na pewno LemON, a nie jakaś progresywna kapela? Podobnie mocno kończy się “Pollock”, a “Full Moon” to najbardziej rockowe oblicze grupy, pełne niepokoju oraz

Igor Herbut próbuje pokazać różne oblicza swojego głosu: od delikatnych wejść, wręcz szeptów po prawdziwe wrzaski (co prawda nie takie jak w heavy metalowych kapelach, ale jednak), zaś reszta grupy pokazuje troszkę inne oblicze. Problemem jednak pozostają teksty, które nie ocierają się o banał czy kicz, ale bywają czasem zagłuszone przez muzykę lub niezrozumiałe. Niemniej jest to dość zaskakujące zderzenie dla fanów grupy. LemON próbuje rozwijać się, chociaż niektóre kompozycje bardziej zahaczają o wręcz progresywne dźwięki (najdłuższe “Tu” i “Ostatni walc”). Kto wie, co jeszcze z tego wyjdzie?

7,5/10

Radosław Ostrowski

The Circle. Krąg

Czym jest tytułowy Krąg? To duża korporacja, która tworzy aplikacje pomagające ludziom. Chyba, bo mamy urządzenie do mierzenia zdrowia czy kamery wbudowane niemal wszędzie i aplikacja pozwalająca na pełną transparentność (znaczy się pełną inwigilację). I to tam dostaje pracę Mae Holland, a to dzięki swojej przyjaciółce, a kariera nabiera przyspieszenia. Ale zaczyna dostrzegać, że coś nie tak.

krg1

Powieść Dave’a Eggersa była niemal skrojonym materiałem na film, jednak musieli pojawić się goście z Hollywood i wszystko spieprzyć. A zadania ekranizacji podjął się James Ponsoldt, czyli specjalista od kina niezależnego („Cudowne tu i teraz”, „Koniec trasy”). Powinno być dobrze, ale kompletnie nic tu nie pasuje. Nawet to ostrzeżenie przed współczesną technologią, która może służyć do inwigilacji oraz kontroli w imię poprawy naszego życia. Ale w zamian za to musimy zrezygnować z życia prywatnego, a jeśli będziemy przeciwko nie będzie dobrze (przykład pani senator). Problem jednak w tym, że kompletnie mnie to nie obchodziło, a nie to było celem. Nawet sceny pozornie mające trzymać w napięciu (pościg za przestępczynią czy ucieczka byłego chłopaka zakończona wypadkiem) kompletnie nie interesują, a wnioski wyciągane z filmu są bardzo banalne. Wszystko jest tak czarno-białe (owszem, książka była taka, lecz pewne wątki wyrzucone w filmie jak aplikacja pozwalająca poznać swoich przodków czy kompletnie zmieniony finał), zrealizowane sterylnie i bezpiecznie. Brakuje konfliktu, wyrazistych bohaterów oraz emocji. I nie wiem, co poszło nie tak.

krg2

Ale czasami nawet słabe postaci można zbudować, jeśli odpowiednio poprowadzi się aktorów. Tylko trzeba im dać pole do popisu. Niestety, tutaj zmarnowano potencjał obsady, tak jak wszystko. Grająca protagonistkę Emma Watson jest bardzo przezroczysta, niemal ślepo zapatrzona w działalność Kręgu. Tylko, że potem następuje przemiana, chociaż nie jestem tego pewny. Za to strzałem w stopę było obsadzenie Toma Hanksa jako szefa Kręgu, Baileya. Niby facet w stylu Steve’a Jobsa, czyli wizjoner, wyluzowany i zdystansowany. Tylko, że ma być demoniczny i straszny, ale kompletnie mu nie wychodzi. Jedynymi wartymi uwagi postaciami są rodzice Mae (Glenne Headey oraz nieodżałowany Bill Paxton), ale oni mają za mało czasu.

krg3

W rozmowie do Kręgu na pytanie czego się boi, odpowiada: zmarnowanego potencjału. Tutaj zepsuto niemal wszystko, co się dało: brakuje fajnych postaci, intryga jest prowadzona ślamazarnie i bez polotu, aktorsko jest średnio. Nawet lęk przed Internetem wywołuje znużenie, a tym miało uderzyć. Z tego Kręgu będziecie się chcieli wypisać.

4/10

Radosław Ostrowski

Marcin Januszkiewicz – Osiecka po męsku

osiecka-po-mesku-b-iext51427642

Od kilkunastu lat jest organizowany konkurs “Pamiętajmy o Osieckiej”, gdzie młodzi i aspirujący artyści mierzą się z dorobkiem jednej z największych autorek tekstów. Ale dopiero w 2011 roku udało się wygrać mężczyźnie – Marcinowi Januszkiewiczowi. Teraz wokalista i aktor postanowił wydać własne interpretacje utworów Osieckiej, z którymi koncertuje po kraju. Więc jak brzmi zapis “Osieckiej po męsku”?

Zaskakująco dziwacznie, bo nowa wersja “Niech żyje bal” miesza reggae, jazzem (skrzypce) oraz beatboxem. Dziwaczna mieszanka, ale brzmiąca bardzo odświeżająco oraz kreatywnie. Tak samo jestem pod wrażeniem wyboru piosenek, które niekoniecznie są pierwszymi lepszymi dziełami z tekstami Osieckiej. Tak jest z bardzo melancholijną “A ja wolę moją mamę” ze skocznymi smyczkami oraz łagodnymi klawiszami w tle czy opartymi na Hammondach “Diabłami w deszczu”. Także gitary odbijające się niczym echo w “Częściach zamiennych” w połączeniu z ksylofonem tworzą nieoczywisty duet. Elektroniczno-minimalistyczna wersja “Kołysanki dla okruszka” porusza fantastycznym solo skrzypiec oraz bardzo delikatnym wokalem. Ale prawdziwa wolta dokonuje się w przypadku “Deszczy niespokojnych”. Na początku gra fortepian, w tle strojone smyczki, by w połowie wejść w niemal taneczne dźwięki, zastanawiając się, czy aby nie pomyliliśmy imprez. Podobne przełamanie następuje w przypadku “Od nocy do nocy”, brzmiące bardzo mrocznie I niepokojąco (znowu te skrzypce), a Januszkiewicz bardziej recytuje niż śpiewa. Klimat niczym ze snu, w czym pomaga także gitara, podobnie działając w “Na kulawej naszej barce” czy opartej na wokalizach “Wybacz mamasza”.

Sam Januszkiewicz swoim głosem operuje niczym kameleon kolorami. Raz bywa mocno ekspresyjny (finałowe “Nim wstanie dzień”), ale dominują tutaj bardziej delikatne tony. No I słychać, że to koncert jest, bo brawa są częste, a dźwięki wyraźne. Męskie spojrzenie na Osiecką zaskakuje pomysłowymi aranżacjami oraz wokalem samego Januszkiewicza, dokonującego wręcz cudów. Takich coverów chce się słuchać jak najczęściej oraz z takim udanym skutkiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Służąca

Korea znajduje się pod okupacją Japonii. I to w tym brudnym świecie działa Sook-hee – młoda złodziejka, pracująca w gangu, zajmującym się kradzieżami, handlem dziećmi oraz podrabianiem. Tym razem jednak dostaje trudne zadanie od szefa, czyli cwanego oszusta podającego się za hrabiego. Ma pomóc mu uwieść i zdobyć serce bogatej arystokratki, przejąć jej majątek, a przyszłą żonę umieść w wariatkowie. Brzmi łatwo, ale każdy – nawet najbardziej precyzyjny plan – nie jest w stanie zadziałać, gdy pojawiają się uczucia w grze.

suca1

Im bardziej oglądam filmy Chan-wook Parka, tym bardziej jestem zafascynowany tym filmowcem. „Służąca” to film-układanka, gdzie mamy bardzo skomplikowaną intrygę zmieszaną z pieniędzmi, fałszywą (i prawdziwą) miłością, perwersją oraz grą pozorów. Reżyser z jednej strony jest bardzo precyzyjny – skupia się na detalach, bawi się montażem, powtarza pewne dialogi i sceny z zupełnie innej perspektywy. I to wszystko działa, zwodzi i uwodzi, przez co czułem się jakbym oglądał prawdziwą paradę oszustów, gdzie nie wiadomo kto kogo udaje.

suca2

Świat „Służącej” jest okrutny, gdyż o wszystkim decydują tutaj mężczyźni, a kobiety są ograniczone do ról trybików w wielkiej maszynie. Ich głównym zadaniem jest spełnianie wszelkich zachcianek lub bycie obiektem erotycznego pożądania u mężczyzn. Jak przetrwać w tym świecie? Tylko za pomocą podstępu, ale to wymaga wielkiego wysiłku. Jedyne, co mogę powiedzieć to fakt, że reżyser mocno wprawia w konsternację w ciągu pierwszej godziny. Tylko po to, by podkręcić tempo i wywrócić wszystko, co do tej wiedzieliśmy. Spokojnie, nie będę spojlerował, ale to pokręcone love story trzyma w napięciu aż do brutalnego finału. Nie zabrakło miejsca i na perwersyjne momenty (mocne sceny licytacji książek oraz ich czytania), jak i odważnych scen erotycznych.

suca3

Ale jak to jest zagrane. Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że w filmie dominują panie: Tae-ri Kim („służąca” Sook-hee) oraz fenomenalna Min-hie Kim (pani Hideko), które zaczynają prowadzić z nami grę. Pierwsza wydaje się idealną manipulantką, a druga delikatną i zagubioną kobietą, wchodzącą w dorosły świat. Ale łączy je więcej niż to się wydaje na pierwszy rzut oka: skrywają bardzo mroczne tajemnice, potrzebę bliskości oraz życia na własnych warunkach. Kiedy dojdzie między nimi do bliższego kontaktu, całość nabiera nowych barw. Poza tym specyficznym duetem nie można zapomnieć o lisim Jung-woo Ha („hrabia”) oraz Jin-woong Jo (perwersyjny wuj, który też chce położyć rękę na Hideko), wnosząc całość na jeszcze wyższy poziom.

suca4

Precyzja w realizacja Parka robi ogromne wrażenie. Pulsująca muzyka, ciągłe zbliżenia na twarz, ciągła zabawa montażem oraz scenografia i kostiumy z epoki. To tworzy niesamowitą, kuszącą historię pełną napięcia, zaskakujących zwrotów oraz pełnokrwistych postaci, zagranych koncertowo. A wszystko to tworzy bardzo wyrafinowane kino z najwyższej półki, pełne mroku oraz piękna.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

To przychodzi po zmroku

Głównymi bohaterami tego filmu jest rodzina mieszkająca gdzieś w leśnej chacie. Mąż z żoną (Paul i Sarah) oraz 17-letnim synem (Travis), psem i teściem zarażonym paskudną, roznoszącą się chorobą. Gdy ich poznajemy starszy pan zaczyna coraz mniej przypominać siebie, więc musi umrzeć. Ale spokojną egzystencję familii zmienia obecność mężczyzny, szukającego jedzenia dla rodziny. Paul decyduje się sprowadzić resztę rodziny Willa do siebie.

po_zmroku1

Nie brzmi to zbyt ciekawe jak na fabułę horroru. Ale reżyser Trey Edward Shults postanowił zrobić film kompletnie niepasujący do konwencji kina grozy. Bardziej jest to psychologiczny thriller, skupiającym się na lękach świata w stanie rozpadu. Jakaś postapokalipsa znana choćby z gry „The Last of Us”, gdzie najbardziej boimy się nie tylko tego, czego nie widać, ale całego otoczenia. Zawsze trzeba było być przygotowanym, uzbrojonym w broń, nie zostawiać nigdy otwartych drzwi. Poczucie paranoi, każdy obcy jest traktowany jako zagrożenie, udaje się zbudować za pomocą ciasnych korytarzy, niemal kompletnego mroku, oszczędnego oświetlenia. A żeby było jeszcze ciekawiej, historię poznajemy z perspektywy Travisa. Dla niego powinien to być czas, w którym poznaje dziewuchy, kończy collage i spędza więcej czasu z rówieśnikami, ale zamiast tego, musi pilnować bezpieczeństwa, nosić maskę na zewnątrz i rękawiczki, by się nie zarazić. By jeszcze bardziej namieszać we łbie, chłopak ma niepokojące koszmary. I to mocno miesza w głowie.

po_zmroku2

Reżyser pamięta o tym, by podkręcić napięcie (pojawienie się intruza, strzelanina, zaginiecie psa), ale jednocześnie bardzo wolne tempo działa osłabiająco. Do tego jeszcze majaki Travisa wywołują totalną dezorientację, mając na celu tylko dokonania finałowej wolty. Sama historia nie jest tutaj najważniejsza i parę razy było mi wszystko jedno, co się działo na ekranie. Wnioski o przekraczaniu granic oraz tego, do czego można dopuścić, by chronić najbliższych są bardzo oczywiste i to ogromny minus.

po_zmroku3

Mimo, że realizacja jest pierwszorzędna (bardzo mroczne zdjęcia, nerwowa muzyka), a do aktorów ze świetnym Joelem Edgertonem na czele nie można mieć żadnych zastrzeżeń, to film był dla mnie zbyt hermetyczny i nie dałem się wciągnąć w tą tajemnicę. Troszkę żałuję, bo punkt wyjścia dawał ogromne pole do popisu i mogło wyjść z tego mocne kino.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sprzymierzeni

Rok 1942, Maroko. Tam zostaje wysłany kanadyjski szpieg, Max Vatan. Jego zadaniem jest sprawdzenie członkini francuskiego ruchu oporu i razem z nią mają zabić niemieckiego ambasadora. Po drodze zdarza się coś, co podczas wojny nie powinno się wydarzyć – oboje zakochują się w sobie. Takie okoliczności nie zapowiadają nic dobrego, ale wbrew realiom decydują się wziąć ślub. Rodzi się dziecko i wszystko wydaje się zmierzać ku dobremu końcowi. Jednak wywiad podejrzewa, że pani Vatan jest niemieckim szpiegiem i musi zostać zlikwidowana.

sprzymierzeni1

Robert Zemeckis jest jednym z moich ulubionych reżyserów, który miał wszelkie zadatki na bycie drugim Spielbergiem. Tutaj próbuje połączyć elegancki i stylowy melodramat z wojennym thrillerem, co początkowo może wydawać się szalone. Całość przypomina takie klasyczne kino sprzed kilkudziesięciu lat, a sam początek w Maroku, budzi skojarzenia z „Casablanką”. Zachwyt budzi wizualny przepych: scenografia i kostiumy wygląda przepięknie, efekty specjalne są wyjątkowo stonowane (burza piaskowa, bombardowanie Londynu) i nie kłują w oczy. Wątek miłosny poprowadzony jest bardzo spokojnie, ale ciągle czuć napięcie, a scena zamachu ma prawdziwego kopa. Ale sceny obyczajowe wprowadzają mnie w stan spokoju i wtedy robi się troszkę nudno. Niby wątek prywatnego śledztwa naszego antagonisty próbuje znów wprowadzić niepokój (i częściowo się to udaje), choć parę pomysłów wydaje się dość dziwacznych (wypad do Paryża, by spotkać się z informatorem w więzieniu – grube jaja), przez co napięcie zaczyna siadać, mimo dynamiczniejszej akcji. A wszystko wraca dopiero w dramatycznym finale, ale czy nie jest już za późno?

sprzymierzeni2

Wszystko byłoby jeszcze lepsze, gdyby było mocniej czuć chemię między głównymi bohaterami. Szczególnie Brad Pitt jest bardzo, bardzo sztywny, chociaż próbuje nadrobić wszystko swoim francuskim akcentem. Sprawia wrażenie jakby troszkę nieobecnego, a na twarzy niemal żywcem wziętej z muzeum figur woskowych trudno cokolwiek wyczytać. Znacznie ciekawsza jest Marion Cotilliard i nie tylko dlatego, że wokół niej opiera się cała tajemnica filmu. Na początku jest pewna siebie, znająca bardzo dobrze zasady gry szpiegowskiej, ale też przyciąga swoją urodą. Im dalej w las, tym więcej jest niepokoju, lęku, a finał zawłaszcza dla siebie.

sprzymierzeni3

Zemeckis przyzwyczaił mnie do świetnych i dobrych filmów. „Sprzymierzeni” to przyzwoita robota, która może odstraszyć dość wolnym tempem oraz brakiem silnej chemii między głównymi bohaterami. Pozostaje jednak całkiem solidnym filmem rozrywkowym, dającym miejscami sporo satysfakcji oraz magii. Niemniej liczę, że Zemeckis jeszcze pokaże siłę.

sprzymierzeni4

6,5/10

Radosław Ostrowski

Percival Schuttenbach – Strzyga

R-9201943-1495457324-9345.jpeg

Co może powstać z połączenia muzyki ludowo-folkowej i heavy metalu? Na to odpowiedź daje grupa Percival Schuttenbach – szalony sekstet z Lublina, gdzie mamy trzy wokalistki (!!!), mieszankę ludowości w postaci smyczków, fletów oraz gitary elektrycznej. O grupie usłyszałem, gdy nagrali parę piosenek do trzeciej części “Wiedźmina”, a w zeszłym roku wydali (po raz pierwszy dla dużej wytwórni, a nie swoim sumptem) swój szósty album “Strzyga”. Czego należało się spodziewać?

Początek jest ciężki i szybki w postaci “Marysi” – ludowe przyśpiewki w zwrotkach, mocne riffy, grownling (także pań) oraz solo smyczków. Jeśli ten kawałek was nie odrzuci, to poczujecie się to jak w domu. Podobnie czaruje pozornie spokojne “Rodzanice”, gdzie cymbałki współgrają z gitarą, w tle wchodzi wokaliza, by od zwrotki znów trzymać za gardło, popisami gitarowo-perkusyjnymi. Szokiem był “Pocałunek”, zaczynający się łomotem, by wejść w niemal średniowieczny klimat za pomocą fletu, akustycznej gitary oraz delikatnego wokalu, bo później dorzucić do pieca niczym Metallica z początków kariery. Riffy potrafią się zapętlić w niemal spektakularnej “Alhambrze”, by w refrenie pokazać prawdziwy ciężar, ale instrumentalny popis fletu oraz “orientalnych” gitar to majstersztyk (tak samo rosyjski fragment). Podniosły “Lazare” zmieniający się w minimalistyczny walc, zmieniający się w długi popis gitarzysty, a nawet bas ma swoje pięć minut (niepokojący “Buba” z kapitalnym wstępem), by dalej przerazić godnym samego zespołu Halloween “Gdy rozum śpi”.

I kiedy wydaje się, że już nic cię nie zaskoczy, to niespodzianką jest kompletny brak nudy, mimo pewnego połączenia ostrych riffów ze wstawkami średniowiecznymi. Każdy utwór potrafi zaskoczyć z mocnymi, soczystymi riffami, a umieszczona w wersji deluxe cover “Wóda zryje branie” miażdży. Wokale zarówno pań Bromirskiej, Lacher i Bogdanovej, jak Mikołaja Rybackiego mają to, co w tym gatunku wymagane: silną ekspresję oraz potężną dawkę energii, co słychać jeszcze w takich utworach jak “Miesiąc” czy “Sokol mi leta wysoko”. Nie wiem jak wy, ale zacznę szukać poprzednich dokonań Percivala, bo ta muzyka wręcz uzależnia. Jest moc metalu, słowiańska dusza oraz szeroko pojęty czad.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski