Duch

Jaki jest jeden z najpopularniejszych motywów kina grozy, poza wampirami, zombie i wilkołakami? Są to duchy i nawiedzone domostwa. Zawsze jest jednak tak, że obydwa te motywy łączą się ze sobą. Ciekawe dlaczego? Początek starego filmu Tobe’a Hoopera niczego nietypowego nie zapowiada, chociaż… Może po kolei. W pewnym osiedlu mieszka sobie rodzina Freelingów – rodzice i troje dzieci plus pies. Najmłodsza córka, blondwłosa Carol Anne, gdy ją widzimy po raz pierwszy rozmawia ze śnieżącym telewizorem. Może bawi się z wyimaginowanymi przyjaciółmi. Ale później zaczynają się dziać coraz dziwniejsze rzeczy, aż pewnej nocy podczas burzy dziewczynka znika. Jedynie słychać jej głos w… telewizorze.

duch1

Reżyser razem z producentem Stevenem Spielbergiem (podobno ten drugi był reżyserem „Ducha”) postanowili połączyć kino familijne z kinem grozy, nawet mieszając je obok siebie. Początek jest wręcz spokojny, sielankowy. Widzimy nasze osiedle, gdzie mieszkają ludzie, a życie toczy się spokojnie. Także nasza familia nie wybija się z tego obrazku: jest radość i szczęście, każde z dzieci ma swój pokój (najstarszy syn ma też wiele gadżetów z „Gwiezdnych wojen”). Tylko Carol Anne siedzi przed telewizorem, ale wtedy jak kończy się program i śnieży ekran.

duch2

Hooper potrafi jednak porządnie przestraszyć i nie potrzebuje stosować skomplikowanych bajerów. Wystarczy tylko śnieżący ekran, przerobiony niczym echo głos dziecka oraz prosty montaż (scena w kuchni z krzesłami). Plus jeszcze grzmoty i światło, a także praktyczne efekty specjalne (niepokojące drzewo i klaun godnie znoszą próbę czasu). Odpowiedzi na pytania, co się stało, poznajemy bardzo powoli, chociaż podejrzewamy udział zjawisk paranormalnych. Kiedy pojawia się paranaukowe trio i później „czyszczycielka” domu, napięcie zaczyna gwałtownie rosnąć, a poczucie zagrożenia wzrasta. Niby mamy tylko sprzęt do filmowania i nagrywania, ale nie wydaje się to wygłupem. I ani razu się nie zaśmiałem – takie to było. Najbardziej zapamiętałem scenę wyciągania dziewczynki z drugiej strony (tak to światło w tym mroku waliło po oczach) oraz finałową walkę z domem zakończoną ucieczką i… o, nie więcej wam nie powiem, to trzeba samemu zobaczyć.

duch3

Do tego jest to dobrze zagrane, przez wówczas kompletnie mało znanych aktorów, co tylko dodaje pewne posmaku realizmu. Zarówno Craig T. Nelson, jak JoBeth Williams pasują do ról rodziców, wierząc im bez jakiegokolwiek poczucia szarży, zwłaszcza w scenach, gdzie muszą pokazać swój lęk. Ale i tak największe wrażenie zrobiła Heather O’Rourke wcielająca się w Carol Anne – naturalna, bardzo ciepła dziewczynka, przez większość filmu grająca tylko głosem. Plus świetny drugi plan w postaci Beatrice Straight (zajmująca się sprawami paranormalnymi dr Lesh) oraz mówiąca bardzo niskim głosem Zelda Rubinstein (jasnowidzka Tangina Barrons).

duch4

Echa filmu Hoopera były obecne choćby w wariackim „Naznaczonym” Jamesa Wana, co może świadczyć o statucie „Ducha”. Sam film dobrze znosi próbę czasu, m.in. dzięki próbie sięgania po mniej oczywiste środki niż jump-scare’y czy chropowata muzyka. Absolutnie dzieło godne miano klasyka.

8/10

Radosław Ostrowski

Dalida. Skazana na miłość

Ta urodzona w Egipcie włoska piosenkarka w latach 60. podbiła najpierw Francję, by później skupić uwagę we Włoszech, a następnie cały świat ze Stanami Zjednoczonymi. Ale życie Yolandy Gigliotti było pełne wielkich wzlotów i jeszcze większych upadków. A jak to wyglądało? Jej losy postanowiła przedstawić francuska reżyser Lisa Azuelos.

dalida1

Sam początek jest mocny, gdzie najpierw widzimy kobietę jak czesze swoje włosy i następnie cofamy się do roku 1967 roku na lotnisko. I widzimy tą samą kobietę rozmawiającą z bratem i siostrą. Czeka na samolot, rodzeństwo wychodzi, a ona zamiast na samolot wsiada do taksówki i jedzie do hotelu. Potem widzimy jak jedzie karetka pogotowia – nieudana próba samobójcza. Kobietą jest Dalida, a to zdarzenie jest punktem zwrotnym. Najpierw poznajemy początki kariery oraz moment, który doprowadził piosenkarkę do samobójstwa, by poznać kolejne losy aż do samego końca.

dalida2

Reżyserka miesza chronologię, a kluczem do historii Dalidy uczyniła jej piosenki: od radości i zauroczenia aż do smutku, samotności i poczuciu przygnębienia. Jednocześnie obserwujemy jej kolejne związki z mężczyznami, którzy lgną do niej jak ćma do światła. Tylko, że te relacje doprowadzają do dramatów, tragedii oraz śmierci, wiszącej nad nią. Kolejne rozczarowania w życiu osobistym nie są w stanie zrekompensować sukcesy artystyczne. Wszystko to, mimo pewnej skrótowości, jest pokazane bardzo sugestywnie. Pomaga w tym szybki montaż (zbiór fotografii, fragmenty wywiadów) oraz świetnie dobrane piosenki, idealnie korespondujące z wydarzeniami ekranowymi (największe wrażenie zrobiła zbitka scen koncertu z modlitwą w kościele i… aborcją). A kilka razy to naprawdę potrafi chwycić za gardło jak fantastyczne przygotowania do trasy w USA (choreografia niemal jak z tras Madonny, tylko wcześniej), śmierć kochanka po strzale czy finał. Do tego trudno nie docenić scenografii oraz kostiumów.

dalida3

Ale to wszystko by nie zadziałało, gdyby nie fenomenalna Sveva Alvati w roli tytułowej. Nie tylko wygląda przepięknie (jak pierwowzór), ale też tkwi w tym pewien złamany charakter, poczucie niższości i ciągłe poszukiwanie partnera. Kiedy wchodzi na scenę, to ma ogromny magnetyzm i nie można oderwać od niej wzroku (jej stroje dopełniają jej charakter). Nie da się przejść obojętnie wobec tej aktorki i mam nadzieję, że jeszcze ją kiedyś zobaczę. Pozostali aktorzy są mocni i wyraziści, chociaż niektórzy mają ze sobą tylko kilka minut.

dalida4

Pozornie „Dalida” to typowa filmowa biografia, ale jednocześnie jest to hołd dla artystki. Polskie tłumaczenie tytułu nigdy nie było tak adekwatne i potrafi mocno zagrać na emocjach. Ale też potrafił przybliżyć tą postać i to jest spory plus.

7/10

Radosław Ostrowski

Człowiek z magicznym pudełkiem

Wyobraźcie sobie świat, w którym Polska jest potężnym krajem, rozdającym karty. Gdzie ludziom żyje się dobrze i w dostatku, a nad wszystkim czuwa zawsze uczciwy Wielki Brat. Tak właśnie wygląda Warszawa 2030 roku. Oczywiście, że nie jest zbyt dobrze, bo to świat pełen zamachów, inwigilacji i terroryzmu.

W tym świecie znajduje się Adam. Nie pamięta kim jest, co robił, ma tylko jakie krótkie przebitki. W końcu udaje się mu zdobyć mieszkanie (podniszczona kamienica) oraz pracę w korporacji jako sprzątacz. Wtedy na jego drodze pojawia się ona – Goria, typowa korporacyjna twarda kobieta. Pozornie niedostępna, ale coś zaczyna się powoli rodzić. I wtedy znajduje się pewne stare radio, a jednocześnie odzywa się przeszłość, czyli rok 1952.

magiczne_pudelko2

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że w Polsce powstanie dobry film SF, wyśmiałbym go w twarz. Ale reżyser Bodo Kox ma więcej jaj i odwagi niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Wizja świata, którą proponuje reżyser może nie jest zbyt oryginalna (wszelkie skojarzenia z „Brazil” Gilliama na miejscu), ale mocno aktualna. Z jednej strony duże biurowce, sterylny świat pełen reguł i zasad, z drugiej chropowate, podniszczone budynki, gdzie wszystko można zdobyć w niekoniecznie legalny sposób. Czy poza pracą jest miejsce na coś więcej? Ludzie się tu przyzwyczaili do kolejnych zamachów, dokonywanych przez… to nieważne. Niby jest dostatek, bo wszystko możesz kupić (ręka działa jak karta kredytowa), ale woda jest limitowana, światło czasami szwankuje i gaśnie (jakby nadal był 20. stopień zasilania), ludzie zaś rozmawiają jakby przez słuchawki oraz głośno. I w tym świecie dochodzi zaczyna się odzywać uczucie. Miłość, pożądanie, przywiązanie – może i jest dość skrótowo przedstawione, ale wierzy się w tą relację.

magiczne_pudelko3

Jednocześnie próbujemy poznać tajemnicę skupioną wokół Adama – kim jest, co robi i przebitki z przeszłości budują zagadkę. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, krótkie scenki, by w finale uderzyć z bardzo gorzkim finałem. Wrażenie robi świetna scenografia – z jednej strony bardzo oszczędna i pięknie sfotografowana (bardzo wystylizowane zdjęcia), z drugiej czuć inspiracje wielkimi (neony jak z „Blade Runnera”, maszyna do podróży w czasie niczym z Gilliama), okraszone jest to przepiękną muzyką oraz sporą ilością humoru i porządnymi efektami specjalnymi. A paralele między rokiem 1952 z 2030 w paru miejscach poraża.

magiczne_pudelko1

Kox potrafi też dobrze prowadzi aktorów, choć pojawiają się znane twarze jak Wojciech Zieliński (agent Targosz) czy Arkadiusz Jakubik, nigdy nie schodzący ze swojego poziomu. Film wyleczył mnie z alergii na punkcie Olgi Bołądź, która (w końcu) ma szansę pokazać coś więcej i – przy okazji – wygląda zjawiskowo. Ale prawdziwym odkryciem jest Piotr Polak (Adam) – tajemniczy, bardzo oszczędny w pokazywaniu emocji i jakiś taki niedzisiejszy. Do tego te piękne oczy, które potrafiłyby rozkochać niejedną kobietę.

magiczne_pudelko4

Kompletnie nie byłem pewny, co spłodził Kox i miałem wątpliwości. Ale „Człowiek z magicznym pudełkiem” to film w polski wyjątkowy, bo SF praktycznie od 30 lat w zasadzie nie istnieje. Jest to intrygujący melodramat traktujący konwencję kina fantastyczno-naukowego jako otoczkę do wydarzeń ekranowych. Dowcipne, wzruszające, troszkę bawiące się konwencją i bardzo gorzkie kino. Drugi taki film może tak szybko nie powstać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czarownica. Bajka ludowa z Nowej Angii

XVII wiek i początek przybycia pobożnych purytanów z Anglii do Ameryki. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy rodzina zostaje wyklęta z Kościoła oraz wspólnoty. William i Katherine z pięciorgiem dzieci przenoszą się gdzieś na odludzie blisko lasu – paskudnego, niepokojącego i budzącego postrach. Poza nimi jest jeszcze czarny kozioł, pies i kozica. Wszystko idzie wokół zbierania plonów, hodowli i modlitwach. Ale jednak coś jest nie tak, a punktem zwrotnym jest zaginięcie najmłodszego potomka, Samuela. Od tej pory robi się coraz dziwniej i straszniej.

czarownica_2015_1

Debiutujący za kamerą Robert Eggers postanowił mocno namieszać, bo stworzenie klasycznego horroru już nikogo nie interesuje. Jumpscare’ów nie uświadczysz, ale jest dużo mroku, niepokoju oraz… no właśnie. Są w tym lesie czarownice czy to wytwór umysłu? Odcięcie się oraz całkowicie oddanie się Bogu zamiast zbliżyć, coraz bardziej zaczyna oddalać, a nad wszystkim zaczyna się odczuwać fatum. Czyżby cała rodzina od początku była przeklęta? Reżyser ciągle podpuszcza, niby sugerując pewne rzeczy (przyśpiewki do Czarnego Filipa, scena po zaginięciu niemowlaka w lesie), ale końcówka to walenie po łbie. Chociaż może to też jest wytwór wyobraźni Thomasin? Sam już nie wiem, jednak jedno jest pewne: ten film potrafi porządnie straszyć. Muzyką, powoli budowaną atmosferą niepokoju, wręcz zaszczucia (surowo sfotografowany las budzi niepokój), by coraz bardziej napiętnować hipokryzję (ojciec), religijny fanatyzm (matka) oraz powolne wchodzenie w dojrzewanie (najmłodszy syn patrzący na siostrę tak… pożądliwie). Kolejne oskarżenia o grzech, kłamstwa, sekrety i w końcu kuszenie. Czyżby w okolicy naprawdę pojawił się Szatan, który zawsze przychodzi na nasze zaproszenie? A okolica taka brudna, nieprzyjemna i brzydka (za to ładnie sfotografowana – to oświetlenie robi wrażenie).

czarownica_2015_2

Od strony aktorskiej najbardziej zapadają w pamięć dwie role: Thomasin oraz Williama. Pierwsza, grana przez zupełnie nieznaną Anję Taylor-Joy jest jedyną osobą, której los mnie obchodził (chyba przez te niewinne oczy) i powoli wchodzącą w wiek dojrzewania, na końcu ulegając Zlemu. Z kolei William (mocny Ralph Ineson) potrafi magnetyzować wyłącznie samym głosem – surowym, twardym i bezwzględnym. Tak jak jego postać, która coraz bardziej posuwa się w stronę szaleństwa. Do reszty obsady trudno się przyczepić.

czarownica_2015_3

„Czarownica” to jedna ze świeższych opowieści grozy, próbująca przełamać pewne oczywiste sposoby realizacji tego gatunku. Debiutant stawia bardziej na poczucie niepokoju i zagrożenia niż na oczywiste straszenie prostymi trickami. Chociaż zakończenie można było lepiej rozegrać, to i tak jest to duże zaskoczenie. A skoro mówi to osoba, nie przepadająca za tym gatunkiem, coś musi być na rzeczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Autopsja Jane Doe

Początek jest dość mocny: morderstwo w domu, dużo krwi, zmasakrowane twarze i jedno ciało. Młoda kobieta, zakopana w piwnicy, piękna, naga i bardzo młoda. Kim ona jest? Dlaczego się tu znajduje? Szeryf prosi o pomoc właściciela kostnicy, Tommy’ego Tildena, który razem z synem przeprowadza sekcje zwłok. Kiedy jednak przychodzi do przycinania i odrywania kolejnych organów, zaczynają się dziać coraz dziwniejsze sprawy.

autopsja1

Zrobić horror, w którym nie trzeba będzie sięgać, po ograne sztuczki jest strasznie trudne. Tego postanowił spróbować norweski reżyser Andre Orvedal za amerykańskie dolce. Niejako już na początku (jeden dialog zdradza zbyt wiele) można poznać finał, jednak nie to jest najważniejsze. Twórcy bardziej stawiają na klimat oraz tajemnicę związaną z naszą Jane Doe. Kolejne tropy, odrywane części ciała, organów wprawiają w zakłopotanie. Bo nic się nie zgadza, wnioski są coraz bardziej sprzeczne i dzieją się rzeczy nie z tego świata. Zaczyna się atak dźwiękami, ciemne korytarze budzą niepokój, nieostre kadry, ciągle zmieniające się odgłosy w radiu i bardzo miejscami „sakralna” muzyka, dająca pewną poszlakę. To rozwiązywanie zagadki potrafi skupić uwagę, chociaż rozwiązanie pod koniec jest wręcz oczywiste. Bohaterowie zachowują się w miarę sensownie, ale można mieć zastrzeżenia, że dość szybko uznają sprawy paranormalne za oczywiste. Parę razy potrafi wystraszyć, dochodzi do wielu wolt, a finał zapowiada ciąg dalszy. Pojawia się parę oczywistych tricków, ale nie zamierzam więcej zdradzać, bo wchodzilibyśmy na spojlerowe miny. Chociaż pewne obyczajowe wątki są ledwo liźnięte (syn nie chce pracować jako patolog), ale nadal jest pewna trauma związana z obydwoma panami.

autopsja2

Aktorsko tak naprawdę liczą się tylko dwie postacie, czyli ojciec i syn grani przez Briana Coxa oraz Emile’a Hirscha. Obaj panowie bardzo dobrze się uzupełniają, a cała sprawa będzie także szansą na zbliżenie po pewnej traumie. Nie mogę też nie wspomnieć o tytułowej Jane Doe, czyli Olwen Kelly. Ale umówmy się, ona nie miała zbyt wiele do grania, lecz cały czas skupia na siebie uwagę. Nieźle jak na zwłoki.

autopsja3

Dzieło Orvedala to kawał solidnego straszaka, próbującego ugryźć konwencje z innej perspektywy. Owszem, jest parę ogranych sztuczek jak zaciemnienie, nagłe pojawienie się i zniknięcie czy samoczynne zamknięcie drzwi, ale ogląda się to bez znużenia. Coś nietypowego jak na takie kino.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Maciej Maleńczuk – Maleńczuk gra Młynarskiego

malenczuk-gra-mlynarskiego-b-iext51294345

Ten kontrowersyjny wykonawca z Krakowa, zaczynał od grania na ulicy, potem byli Pudelsi i Homo Twist. Obecnie działa solowo, mierząc się z różnymi stylami, serwując masę coverów z zespołem Psychodancing. Teraz postanowił zmierzyć się (po Wysockim i Starszych Panach) z dorobkiem zmarłego Wojciecha Młynarskiego. Jak to wyszło?

Brzmi to tak jak Maleńczuk grał z Psychodancing, czyli takie delikatne, niemal folkowo-jazzowe interpretacje rozpisane na gitarę, kontrabas i perkusję. Ta formuła działa w otwierającym całość skocznym “Mam zaśpiewać coś o cyrku”,  bardziej zadziornym “Absolutnie”, zmieniającego się we… flamenco czy cudownie ubranej w bossanovę, romantycznej “Żniwnej dziewczynie” z cudną wokalizą między zwrotkami (piękna piosenka). Pojawiają się także utwory w stylu country “Nowa jElita”, a nawet lekko zabarwionej “rosyjskością” (pędząca “Szajba”), ale ten rozgardiasz dziwnie się nie gryzie. Chociaż nie mogłem pozbyć się pewnego wrażenia, że wszystko jest troszkę na jedno kopyto. Mimo pewnej skoczności i pozorów dynamiki w postaci gry gitary, to wszystko tak naprawdę jest tylko polem dla przewrotnych tekstów. Nawet pozornie melancholijne “Jeszcze w zielone gramy”, będące czymś w rodzaju dziwacznego tanga, brzmi dość koślawo. Chociaż bardziej “podchmielone” brzmienie “W co się bawić”, dodaje jakieś ironii, a pełne smyczków i “średniowiecznej” stylizacji “Ballada o szewcu Dratewce” brzmi cudnie (choć fragmenty archiwalne I odgłosy baranów pod koniec ubarwiają).

A jak radzi sobie Maleńczuk? Jest taki jak zawsze, pozornie jakby nieobecny, śpiewający troszkę od niechcenia. Sam wybór piosenek jest – jak sam twierdził – według klucza politycznego, co nie jest przypadkiem. Wystarczy choćby wsłuchać się w “Tupnął książę” z kneblami w rolach głównych, “Co by tu jeszcze” czy “Ballada o dwóch koniach” (znowu westernowo). I te słowa nadal pozostają aktualne, co jest ogromnym plusem.

Czy dobrze zrobił Maleńczuk biorąc się za Młynarskiego, czy może oddał niedźwiedzią przysługę? Myślę, że wyszło całkiem nieźle, ale można było jeszcze bardziej zaszaleć i mocniej zaznaczyć swoim piętnem jak zrobiło Raz Dwa Trzy jak było słychać w “Żniwnej dziewczynie” czy “Balladzie o szewcu Dratewce”. Całkiem przyjemne dzieło.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mężczyzna imieniem Ove

Gdzieś na szwedzkim osiedlu mieszka Ove – 60-letni staruszek, który ma obsesję na punkcie porządku i trzymana się przepisów. Jest zgryźliwy, samotny, antypatyczny, czyli taki jak emeryci w naszym kraju. Dodatkowo zostaje zwolniony z pracy po 46 latach. Byle odchylenie doprowadza go do szewskiej pasji, a jeszcze bardziej się wścieka, gdy do domu obok wprowadzają się nowi sąsiedzi, przy okazji niszcząc jego skrzynkę na listy. A jedyne o czym marzy Ove to samobójstwo.

ove1

Gdyby to był film amerykański, to Ove miałby twarz Billa Murraya albo Jacka Nicholsona. Jednak jest to produkcja ze Skandynawii, czyli krainy pełnej chłodu oraz tłumionych emocji. „Mężczyzna imieniem Ove” to słodko-gorzkie kino z mroźnej północy, pełne bardzo ironicznego humoru (próby samobójcze) o zgorzknieniu, samotności oraz życiu człowieka, który odizolował się od otoczenia. Ale – jak łatwo się domyślić – pod tym zgryźliwym i nieprzyjemnym typem, kryje się człowiek ze złamanym życiorysem oraz dramatyczną historią. I powoli odkrywamy jego życie od czasów dzieciństwa aż do pewnego dramatycznego wypadku. To wszystko potrafi mocno poruszyć i widzimy jak inni ludzie zaczynają coraz mocniej wpływać na życie naszego bohatera. A wraz z nimi widzimy inne oblicze tego złamanego bohatera. Owszem, jest to kino przewidywalne, jednak w żadnym przypadku nie jest ono przesłodzoną laurką. Smolisty humor dają sceny prób samobójczych, które – niemal zawsze – są przerywane przez pukanie do drzwi, odgłosy obok.

ove2

Trudno przyczepić się do realizacji, bo zarówno zdjęcia, muzyka, jak i sceny retrospekcji (z dbałością o scenografię, kostiumy, jak i pojazdy) są zrobione na wysokim poziomie, dodając smaczku. A największą perłą jest znakomity Rolf Lassgard w roli zrzędliwego, chociaż posiadającego dobre serce Ove. Niby takich postaci było wiele, ale albo ja jestem podatny na takie opowieści (i nie tylko takie, ok?), albo to było tak fantastycznie zagrane, ze nie wyczułem fałszu w tej postaci. Tak samo z młodszym wcieleniem Ove, czyli Filipa Berga. Z drugiego planu wybija się ciężarna Parvaneh (świetna Bahar Pras), dając  nie do końca świadomie, nowy wiatr w żagle dla życia naszego bohatera, co jest bardzo zgrabnym duetem (scena nauki jazdy – perełka).

ove3

„Mężczyzna imieniem Ove” to typowy, solidny produkt ze Skandynawii, będący mieszanką mocnego i poruszającego dramatu z gorzkim, ironicznym humorem. Co z tego, że tyle filmów było multum, skoro i ten potrafił sprawić wiele przyjemności.

7/10

Radosław Ostrowski

Narcos – seria 1

Tytułowi narcos to określenie baronów narkotykowych z Kolumbii, zarabiających ogromne majątki na swoich interesach w latach 80. i 90. Jak dochodzili do swoich fortun? Kreatywnością, sprytem, ale też szantażem i zabijaniem. O jednym z nich postanowił opowiedzieć Netflix i to nie o byle leszczu, lecz o samym Pablo Escobarze. Jego losy owiane są tyloma nieprawdopodobnymi zdarzeniami, że wiele z nich można byłoby uznać za wymysł scenarzystów. Gdyby nie fakt, że wszystko naprawdę miało miejsce.

narcos1

Całą historię zaczynamy w momencie organizowania obławy na jednego z sicario (zabójca) zwanego Trucicielem, by następnie cofnąć się do początków. A naszym przewodnikiem po tym świecie będzie agent DEA Steve Murphy (narracja z offu), przydzielony z amerykańskiego Miami, by zająć się Pablo Escobarem. Dlaczego? Gdyż duże ilości kokainy z Kolumbii były przerzucane do USA, a obecny prezydent idzie na wojnę z dilerką. Więc zaczyna się polowanie na dilera.

narcos2

„Narcos” poraża wręcz ogromnym rozmachem, gdzie mamy masę bohaterów, dynamicznych scen akcji (pościgi, strzelaniny, skur****ny) oraz masę perspektyw, osób ścigających Escobara (konkurencja, DEA, wojsko, nieprzekupni policjanci). Wszystko toczy się bardzo powoli, a wszystko zaczyna się od pewnego człowieka z Chile, który tworzy idealną kokainę. Od tego momentu zaczyna się budowanie imperium dla człowieka, który – przynajmniej na początku – ma duże poparcie społeczne, tworząc swój wizerunek szlachetnego człowieka z nizin, walczącego z niesprawiedliwością. A im dalej w las, tym robi się coraz bardziej brutalnie, krwawo (krew leje się czasami tuż przed naszymi oczami) i czasami wyjdziecie ze zdumienia. Bo co powiecie na fakt, że Pablo posiadał największe prywatne zoo, próbował startować w… wyborach parlamentarnych (ambicją było zostanie prezydentem), a kiedy został schwytany, to trafił do więzienia, które sam sobie zbudował, a w środku… kasyno, wóda, boisko do gry w piłkę nożną (miał rozmach, skurczybyk). Czy to mogło się wydarzyć naprawdę?

narcos3

Sam serial jest bardzo rozbudowany, a kiedy wydaje się, ze nad Escobarem zawisną czarne chmury, to jakimś cudem zawsze udaje mu się wyplątać (akcja z atakiem na Sąd Najwyższy, którego celem było spalenie wszystkich akt na swój temat). Ale od połowy serial przestaje brać jeńców i widzimy prawdziwą wojnę Pablo z krajem, gdzie dochodzi do morderstw, ataków bombowych, krwawych egzekucji. Tutaj nikt nie bawi się w półśrodki, a finał tylko podsyca apetyt na więcej.

narcos4

Rozmach rozmachem, ale gdyby nie fantastyczna historia „Narcos” nie oglądałoby się to tak rewelacyjnie. Twórcy garściami czerpią z Martina Scorsese (narracja z offu, stopklatki, wiele pobocznych opowieści, łamana chronologia). Ale i tak największe wrażenie jest rewelacyjny Wagner Moura w roli Escobara. Pozornie taki nie wybijający się misiek z wąsem, noszący dżinsy i luźną podkoszulkę. Ale kiedy zaczyna mówić, czuć mocną charyzmę i coś, co sprawia, że jesteśmy mu posłuszny. Pod tą twarzą kryje się jednak przebiegły, bezwzględny psychopata, który w każdej chwili może eksplodować. Jak przejść obojętnie wobec tej postaci? Fascynuje i parę razy potrafi poruszyć (sceny rodzinne). Cała reszta bohaterów też bardzo dobrze wywiązuje się ze swoich zadań (Boyd Holbrook, Pedro Pascal czy Maurice Compte), chociaż nie są aż tak mocno rozbudowani przy Escobarze.

narcos5

Od połowy I serii „Narcos” zdecydowanie podkręca atmosferę, a sam serial robi piorunujące wrażenie. Historia Escobara jest tak nieprawdopodobna i fascynująca, że nie ma możliwości odwrócenia wzroku. Już z niecierpliwością będę oglądał kolejne serie, bo nie można sobie odpuścić tego.

narcos6

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zło we mnie

Luty zawsze kojarzy się z chłodem, strasznie dużą ilością śniegu oraz coraz krótszymi dniami. A skoro jest ciemniej i mroczniej, to łatwiej jest, by weszło do nas Zło. Jesteśmy w katolickiej szkole z internatem w Bramford. To tutaj przebywa Katherine i Rose, czekające na swoich rodziców przed zimowymi feriami. Jednocześnie w tym samym czasie Joan próbuje dotrzeć do Bramford. Co łączy te dwie, pozornie niepowiązane ze sobą wątki? Co ma z tym wspólnego Szatan? Co się tak naprawdę stało?

zo_we_mnie1

Kiedy wydaje się, że – nielubiany zbyt mocno przeze mnie – film z gatunku horror und groza stacza się na dno, bo już nic nowego się nie da wymyślić, nagle pojawia się młody gnojek pokazując, że jednak się da. Przynajmniej tak zrobił Oz Perkins, syn legendarnego aktora Anthony’ego Perkinsa (Norman Bates z „Psychozy”) w swoim debiucie. Tylko dlaczego musieliśmy czekać dwa lata (!!!) na premierę w naszym kraju. Ale to nieważne. Sama historia pozornie wydaje się prosta, ale reżyser majstruje przy historii, wprawiając wielokrotnie w konsternację, wynikające z dwóch rzeczy: bardzo oszczędnego dawkowania informacji oraz przede wszystkim nieoczywistemu montażowi. Na czym to polega?

zo_we_mnie2

Że reżyser w kluczowym momencie nagle tnie, wprowadza ciemny ekran i przeskakuje do następnego zdarzenia. I kolejny raz, i kolejny, by pod koniec wszystko połączyć w przewrotny finał. Do tego kompletnie miesza tropy, wprowadzając z jednej strony oczywiste motywy (plotka o oddawaniu czci Szatana, ukrywanie wieści o rodzicach, opętanie, wymioty podczas posiłku), z drugiej niepokój budzi sama zimowa sceneria oraz bardzo ciasne, ciemne korytarze. Niemal do końca nie wiedziałem, czy to urojenia, majaki, a może prawda. Jednocześnie Perkins stawia pytania o genezę zła, czy łatwo się z niego uwolnić albo uniknąć. Odpowiedzi nie są wcale takie proste, ani oczywiste, a wszystko polane wieloznaczną symboliką. A kiedy rozkręca się przemoc, to wtedy czułem się jakbym dostał mocny cios.

zo_we_mnie3

Wszystko to jest jeszcze bardzo dobrze zagrane, chociaż role dziewczyn (to one dźwigają całość) opierają się na niedopowiedzeniu i tajemnicy, ledwo sygnalizując swoje emocje. Trudno się przyczepić do ról Lucy Boynton (Rose), Kiernan Shipki (Katherine) i przede wszystkim Emmy Roberts (Joan), zapadając bardzo mocno w pamięć. Tak samo jest z Jamesem Remarem, czyli Billem. Pozornie będącym dobrym Samarytaninem, ale skrywającym pewną mroczną tajemnicę.

zo_we_mnie4

Polski tytuł idealnie oddaje pytanie na temat genezy zła, które w pewnej chwili przejmuje nad nami w pewnym momencie kontrolę. Potrafi być mroczny, skupiający na budowaniu nastroju, niepokoju niż na klasycznym straszeniu. Wielu może zniechęcić wolne i spokojne tempo, ale pozwala ona wybrzmieć bardziej porażającym fragmentom, czekając na coś niepokojącego. Dla osób szukających nieoczywistych filmów grozy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dan Auerbach – Waiting on a Song

Dan_Auerbach_Waiting_on_a_Song

Nazwisko tego muzyka kojarzą fani The Black Keys. Jedna druga tego składu, czyli kompozytor, gitarzysta, wokalista i producent Dan Auerbach postanowił odpocząć od swojej formacji i nagrał solową płytę. W całości też ją wyprodukował. I jest to dość krótki (nieco ponad 30 minut) materiał.

Tytułowy utwór otwiera całość i czaruje swoim delikatnym brzmieniem (cymbałki oraz flety), cofając nas gdzieś w okres pop-rockowych dźwięków lat 60. i 70. A im dalej w las, tym obowiązkowa obecność Hammondów (“Malibu Man”), dęciaków oraz smyczków (“King of a One Horse Town”). Czasem bywa szybciej jakby to ELO grało (“Livin’ in Sin” z zadziorniejszymi riffami czy “Shine on Me”), ale to wszystko buja tak przyjemnie. Nawet, jeśli pojawia się tylko wokali i gitara akustyczna jak w “Never in My Wildest Dreams”, gdzie w połowie pojawiają się dęciaki czy niemal egzotyczną mieszankę oszczędnej perkusji z klawiszami w “Cherrybomb”, dodając zgrabne chórki w “Stand by My Girl”.

Piosenek jest niewiele, czas też jest dość krótki, ale w tym wszystkim jest zgrabna metoda na bezpretensjonalne retro granie, w którym Auerbach czuje się jak ryba w wodzie. Wokal nie jest może aż tak ekspresyjny jak w The Black Keys, ale to nie są takie agresywne i surowe numery jak w macierzystej formacji. Muzyk doczekał się piosenek, unika grania na jedno kopyto, a aranżacje są cudowne. Takich płyt chce się słuchać.

8/10

Radosław Ostrowski