Sługi boże

Wrocław – miasto obecnie kojarzone z retro kryminałów Marka Krajewskiego tym razem stało się tłem dla współczesnej zbrodni. Sprawa jest dość dziwna i niejasna – młoda Niemka spadła z wieży katedry. Kobieta śpiewała w kościelnym chórze, ale samobójstwo wydaje się co najmniej niezrozumiała. Dodatkowo do sprawy została dołączona (odgórnie) policjantka z Reichu, Ana, a Warski jest zmuszony jeszcze chodzić na terapię. Żeby wszystko było jeszcze bardziej pogmatwane, dochodzi do drugiej śmierci w ten sam sposób, a do miasta przybywa emisariusz z Watykanu.

slugi_boze1

To, że w Polsce kiedyś kino gatunkowe było znacznie bogatsze niż obecnie, to jest powszechnie wiadome. Na szczęście od paru lat reżyserzy wracają do tego, a i kryminały ostatnio były bardzo zacne („Jestem mordercą”, „Prosta historia o morderstwie”). Czy Mariusz Gawryś podążył ścieżką swoich poprzedników? No i tu zaczynają się schody, bo reżyser próbuje wrzucić w półtorej godziny więcej wątków, niż byłem w stanie ogarnąć. Kościół, przekręty majątkowe, służby specjalne, jakieś prywatne śledztwo policjantki z Reichu, hipnozy, nawet podobno Szatan jest zamieszany we wszystko. Intryga jest bardziej pogmatwana niż polskie prawo, przez co kompletnie trudno to wszystko ogarnąć. Żeby było jeszcze trudniej oraz bardziej frustrująco, film zmontowano tak niechlujnie, że twórcy powinni za karę przejść szkołę montażu. Boli to zwłaszcza przy scenach akcji, wzorowanych na najlepszych (bo amerykańskich) filmach akcji a’la Jason Bourne. Muszę jednak przyznać, że „Sługi boże” przynajmniej bronią się wizualnie. Wrocław z jednej strony wygląda pięknie (zwłaszcza we fragmentach pokazujących panoramę), ale potrafi być niepokojący i mroczny, co zostało parę razy wygrane.

slugi_boze2

A wiecie, co mnie najbardziej boli? Że grający w tym filmie aktorzy (w sporej części) dają z siebie wszystko, tworząc ciekawe postacie. I to wszystko tak po ludzku zmarnowane, istne barbarzyństwo. Złego słowa nie powiem o Bartłomieju Topie, który do komisarza Warskiego pasuje świetnie. Niby takich postaci (złamany twardziel z tajemnicą i nieufnością) było wiele, ale wierzy się mu. A że bandziorów, którzy natkną się na niego, czeka spotkanie ze Stwórcą, to już inna kwestia. Równie intrygująca jest Julia Kijowska jako Ana (i ten akcent – cudo), która też ma pewną tajemnicę, pozornie sprawiając wrażenie bardzo kruchej. Do tego na drugim planie błyszczy dawno niewidziany Henryk Talar (ksiądz Witecki) oraz dość demonicznie wyglądający Adam Woronowicz (Jan Rudzki, kantor). Żeby jednak nie było tak słodko, to są dwa bardzo poważne minusy. Po pierwsze, Krzysztof Stelmaszyk jako watykański emisariusz brzmiał po prostu sztucznie (słuchanie tego akcentu było jak walenie kijem o drzewo), a jego motywacja jest delikatnie mówiąc mętna. To jednak nic w porównaniu z panią psycholog, czyli Małgorzatą Foremniak, o której wolałbym się nie wypowiadać. Jednym słowem: katastrofa.

slugi_boze3

„Sługi Boże” miały potencjał na bardzo intrygujące, trzymające w napięciu kino kryminalne, jednak całość jest mocno naciągana, nieprzekonująca, chociaż z ciekawymi postaciami, których chciałoby się bliżej poznać. Poza kadrami, muzyką oraz (w większości) świetnym aktorstwem, brakuje sensownej opowieści. A to jest zbrodnia niewybaczalna.

slugi_boze4

5/10 

Radosław Ostrowski

Wonder Woman

DC ma ostatnio sporego pecha do adaptacji swoich dzieł, chociaż mają równie intrygujących bohaterów jak konkurencja w postaci Marvela. Po odświeżonym Supermanie oraz jego konfrontacji z Batmanem, tak naprawdę niewielu czekało na kolejne dzieła od DC. Nawet ogłoszona „Liga Sprawiedliwości” wydawała się zrobioną na szybko próbą stworzenia uniwersum bez tła postaci, więc wieści o solowym filmie „Wonder Woman” traktowałem bardzo sceptycznie. Czy słusznie?

wonder_woman1

Bohaterką jest Diana – najmłodsza z plemienia Amazonek, które mają za zadanie chronić ludzkość przed wojną, a dokładniej Aresem. Razem z resztą pań mieszkają na wyspie daleko od świata. Ale i tutaj pojawia się wojna – I wojna światowa w osobie brytyjskiego szpiega oraz grupy Niemców. Poruszona opowieścią mężczyzny o toczącej się wojnie Diana decyduje się razem z nim wyruszyć do jego świata oraz powstrzymać generała Ludendorffa przed stworzeniem nowej broni.

wonder_woman2

Za ten film odpowiada znana z filmu „Monster” Patty Jenkins i trzeba przyznać, że ze swojego zadania wywiązała się dobrze. Początek, w którym poznajemy początki Amazonek (spowolnione malowidła a’la Snyder) potrafi chwycić i poruszyć, chociaż toczy się dość szybko. Potem całość idzie bardzo spokojnie do Londynu – dzieje się sporo gadania, co jest spowodowane nieobyciem Diany we współczesnym świecie. To zderzenie daje sporo humoru oraz lekkości. Potem jednak zostajemy rzuceni w wir wojny – bury, brudny, mroczny (chociaż pozbawiony krwi) świat, pełen okrucieństwa, podłości, a jednocześnie wielkiego poświęcenia. Sceny akcji wyglądają bardzo porządnie, chociaż efekty specjalnie miejscami są na bardzo średnim poziomie.

wonder_woman3

Ale najbardziej boli finał, który jest ograniczony do starcia Diany z Aresem (jego tożsamość była dla mnie sporą niespodzianką) i ta potyczka była zwyczajnie nudna. Tak jakby tutaj Jenkins została zastąpiona przez Zacka Snydera, który niemal skopiował tutaj finał „Batmana vs Supermana”. Do tego jeszcze zbyt często wykorzystywane slow-motion, przez co starcia są zbyt efekciarskie. Jenkins czasami gubi się w tempie, ale potrafi usatysfakcjonować.

wonder_woman4

Ale sytuację ratuje za to przekonujące aktorstwo. Trudno oderwać wzrok od Gal Gadot, która jest prześliczna, chociaż może wielu zirytować naiwność bohaterki, ale ma w sobie wiele uroku. To pozwala kibicować tej bohaterce. Partneruje jej Chris Pine i ta chemia między nimi jest kołem zamachowym całości. I to czuć od pierwszej sceny. Cała reszta postaci jest jedynie ciekawym tłem, z którego najbardziej się wybija demoniczny Danny Huston (generał Ludendorff) oraz powściągliwy David Thewlis (sir Patrick).

„Wonder Woman” próbuje dogonić konkurencję w postaci Marvela i chociaż pojawia się wiele wad, to całość jest zwyczajnie dobre kino gatunkowe. Nie wiem jak wy, ale ja czekam na kolejne spotkanie z Dianą Prince w „Justice League” i mam nadzieję, że DC w końcu zrozumie jak należy robić uniwersa.

7/10

Radosław Ostrowski

Niewinne

Polska, grudzień 1945. Kraj podnosi się z kolan po wojnie, terrorze i próbuje się odnaleźć w nowej, komunistycznej rzeczywistości. Koniec wojny nie oznacza wcale stabilizacji oraz spokoju. O tym przekonuje się lekarka z francuskiego oddziału Czerwonego Krzyża – Mathilde Beaulieu. Kiedy przychodzi do niej polska zakonnica z pobliskiego klasztoru, zbywa ją. Jednak siostra nie odpuszcza i lekarka idzie z nią. Okazuje się, że „umierająca kobieta”, o której mówiła zakonnica jest w ciąży. Nie ona jedyna, została zgwałcona przez wyzwolicielską Armię Czerwoną.

niewinne1

Takie filmy jak „Niewinne” bardzo łatwo zepsuć – epatowaniem przemocy, wiarą lub płytkim podejściem do tematu. Jednak francuska reżyserka Anne Fontaine postanowiła całą tą mroczną i przerażającą historię w sposób bardzo delikatny, subtelny, stawiając pytania o wiarę oraz jak żyć po takim wydarzeniu. Jak sobie poradzić z taką traumą i co robić: zostać zakonnicą oraz trwać w czystości (dziwnie to brzmi to wydarzeniach) czy być matką dla swojego dziecka? Klasztor próbuje tuszować sprawę (wyjawienie groziłoby likwidacją, wygnaniem i potępieniem), dlatego trzeba działać w tajemnicy. Wszystko tutaj pokazane jest bez popadania w skrajności, osądzania czy oskarżania. Zderzenie światopoglądowe jest tutaj poprowadzone bardzo delikatnie, co jest bardzo zaskakujące. Wrażenie robi też świetna strona wizualna – z jednej strony mamy surowe ściany klasztoru, z drugiej piękne krajobrazu zimowego lasu. Modlitwy, msze i jednocześnie narodziny, przestrzeganie zasad czystości (mocne sceny badań lekarskich), a dalej jeszcze Ruscy, którzy mogą przyjść znowu (wcześniej trzy razy wzięli swoje według niepisanego prawa zwycięzcy).

niewinne2

Reżyserka bardzo powoli odkrywa tajemnice i trafnie pokazuje ten dziwny czas. Jednocześnie miałem pewien problem ze środkiem filmu, gdzie tak naprawdę mało czasu było poświęconego dla przyszłych matek. Te postacie zostają zepchnięte na dalszy plan, zwracając coraz bardziej uwagę na lekarkę, matkę przełożoną oraz posłusznej jej siostrze Annie. Ich moralne dylematy (zwłaszcza sióstr) stają się najważniejsze, prowokując do pytania: co ja bym zrobił na miejscu tych postaci? Też to intryguje, ale wolałbym więcej czasu poświęcić ciężarnym zakonnicom oraz temu, jak one próbują się w tym wszystkim odnaleźć.

niewinne3

Jednak mimo troszkę nierównego środka, całość rekompensuje świetne aktorstwo. Główną postacią jest lekarka (śliczna Lou de Laage), dla której życie ludzkie jest najwyższą wartością, próbującą zrozumieć świat zakonu. Ale tak naprawdę film kradną Agata Kulesza i Agata Buzek. Pierwsza jest twardą, mocno trzymającą się swojej wiary, podejmującej trudne wybory i jednocześnie bardzo powściągliwą, z kolei Buzek jest młodą, troszkę wątpiącą kobietę, troszkę zagubioną. Obydwie panie są rewelacyjne, ale szkoda pozostałych aktorek (Eliza Rycembel, Joanna Kulig, Katarzyna Dąbrowska), które zostają zepchnięte na dalszy plan, chociaż to ich postaci są „zapalnikiem” wydarzeń.

niewinne4

Czy „Niewinne” to film kontrowersyjny, obrazoburczy? Nie sądzę – Fontaine bardzo delikatnie, ostrożnie i z wyczuciem przedstawia trudny przypadek, gdzie zderzenie między wiarą i bezwzględną rzeczywistością wystawia na ciężką próbę. Na pewno zmusza do przemyśleń oraz nie daje łatwych odpowiedzi na pytania o Boga, cel i sens. Gdyby bardziej skupiono się na pozostałych zakonnicach, byłaby większa siła rażenia.

7/10

Radosław Ostrowski

Benjamin Clementine – I Tell a Fly

I_Tell_A_Fly

Dwa lata temu światu objawił się pewien Brytyjczyk, który nagrał album niemal w całości oparty tylko na swoim głosie oraz brzmieniu fortepianu. Ale Benjamin Clementine potrafił tymi skromnymi środkami zbudować intymną, silną emocjonalnie muzykę. I czekaliśmy na to, co będzie dalej, aż po dwóch latach muzyk powrócił z kolejnym autorskim materiałem. Co dostaliśmy tym razem?

Początek “I Tell a Fly” wprowadza w zakłopotanie, gdyż mamy nakładające na siebie głosy niczym echo atakujące ze wszystkich stron. Ale “Farewell Sonata” dość szybko zaczyna się uspokajać, dodając charakterystyczny fortepian w tempie walca. Takiego instrumentalnego wstępu się nie spodziewałem, zwłaszcza że w połowie pojawia się przerobiony klawesyn niczym melodia z wesołego miasteczka, a wtedy wkracza niemal krzyczący Clementine oraz bardzo dynamiczna perkusja z funkowym basem, by wskoczyć w niemal kosmiczne dźwięki oraz wrócić do początku. Podobny koktajl serwuje “God Save The Jungle”, tylko perkusja jest bardziej oszczędna, klawesyn z fortepianem tańczą, gdzieś w tle przewija się gitara. Szybciej i potężniej (bo z chórem w tle) dzieje się w niepokojącym “Better Sorry Than Asefe” oraz zmieniającym tempo (od jazzowego po militarno-afrykańskie) “Phantom from Aleppoville”. Początek “Paris Cor Blimey” to szybki wstęp pianistyczny, a dalej też wszystko pędzi, budząc jednocześnie grozę (wycie w tle). Bardziej przebojowo i niemal radiowo jest w krótkim “Jupiterze” oraz opartym na retro elektronice “Ode from Joyce”, jednak zachowano spójny klimat.

Z kolei “One Ankward Fish” to szybka gra perkusji, wsparta elektroniką, równie dynamicznym klawesynem, a nad całością unosi się duch muzyki lat 60., a występujące w tle głosy odbijające się od siebie, budują poczucie niesamowitości. Równie melodyjnie jest w “By The Ports of Europe”, z chóralnie zaśpiewanym refrenem oraz finałowym “Ave Dreamers”.

Benjamin w bardziej bogatszym aranżacyjnie świecie, nadal zachował autentyczność oraz emocje. Tym razem w tekstach dominuje motyw imigrantów oraz poczucie obcości w świecie, co jest pewną świeżością w świecie popu. Całość jest bardzo spójna, mieszająca stare, wręcz klasyczne brzmienia z bardziej współczesnym podejściem producenckim. Wyszła z tego mocna, piękna mieszanka.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Bodo

Nie jest niczym nowym fakt, że seriale są przerabiane na kinowy ekran. To praktyka znana na Starym Kontynencie od lat, więc kiedy pojawiły się wieści o kinowej wersji serialu „Bodo” nie byłem ani zdziwiony, ani zaskoczony. Spodziewałem się ścinek scen, które nie koniecznie będą ze sobą powiązane, ale przynajmniej będzie się to dobrze oglądało i zachęci do obejrzenia serialu. Jak udało się w przypadku filmu Michała Kwiecińskiego?

bodo1

Lepiej niż się spodziewałem, chociaż do ideału daleko. Całość jest biografią Eugeniusza Bodo – jednego z najpopularniejszych polskich aktorów okresu przedwojennego. Już jako młody chłopak pragnął być artystą, chociaż rodzice mieli wobec niego inne plany – medycyna. To przyniosłoby spokój, stabilizację, szacunek innych ludzi. Ale Bodzio (tak był nazywany) uparł się i konsekwentnie szedł swoją drogą. Sława, pieniądze, kobiety, blichtr – niby udaje się zrealizować swoje marzenie, ale jednocześnie czego w tej drodze zabrakło. Widać, że twórcy próbują balansować między życiem zawodowym aktora a prywatnym – pełnym miłostkom, romansom oraz ciągłych myślach o tej jednej, co go dawno temu zostawiła. Stanowi to główny wątek filmu i jednocześnie staje się to siłą napędową poczynań naszego bohatera. Tylko, że nadal (bo w końcu to fragmenty serialu) widać skrótowość i wiele wątków jest tutaj bardzo szybko wprowadzanych, by uciąć, już więcej do nich nie wracając. Dotyczy to w zasadzie wszystkiego, co widzimy na ekranie. Chociaż muszę przyznać, że zakończenie potrafiło chwycić za gardło.

bodo2

Jestem za to pod dużym wrażenie strony realizacyjnej. Scenografia i kostiumy bardzo zgrabnie odtwarzają czasy przedwojenne. Dlatego tak często jesteśmy albo na scenie, teatrze czy kawiarni. Sceny występów wyglądają wręcz oszałamiająco, porażając przepychem, świetną pracą kamery oraz choreografią. Jeśli do tego dodamy bardzo czarującą muzykę, mieszającą przedwojenną elegancję ze współczesnym sznytem, nasze zmysły będą usatysfakcjonowane.

bodo3

Aktorsko jest całkiem dobrze, chociaż tak naprawdę skupiono się na samym Bodo. Jego młodsze oblicze (dobry Antoni Królikowski) to młody, ale już mający sprecyzowany plan. Pierwsze próby są średnio udane (nauka tańca idzie opornie), jednak widać determinację oraz upór. Z kolei starsza wersja (fantastyczny Tomasz Schuhardt) to już świadomy swojej wartości aktor, chociaż bardzo mocno skupiony na sobie, swojej karierze, a kobiety traktujący niemal jak rękawiczki. Ja mógłbym uwierzyć w tą miłość do Ady, dla której pozostawił swoje miejsce w sercu, gdyby nie grająca tą rolę Anna Pijanowska. Tak złego grania nie widziałem od dawna – sztuczny, pozbawiony emocji głos, fatalna dykcja, sprawia prawdziwy ból uszu. Reszta pań radzi sobie przyzwoicie (Roma Gąsiorowska, Patrycja Kazadi), robiąc dobre wrażenie w partiach musicalowych.

bodo4

„Bodo” to przykład kina, które ma zaintrygować na tyle, by obejrzeć wersję pełną, czyli telewizyjny serial. Udało się twórcom odtworzyć klimat tej epoki, jej blichtr oraz blask, chociaż mocno czuć skrótowy scenariusz. Niemniej efekt jest zaskakujący, co także jest zasługą fantastycznej roli Schuhardta, dla którego warto spędzić czas.

6/10

Radosław Ostrowski

Strachy na Lachy – Przechodzień o wschodzie

przechodzien-o-wschodzie-b-iext51096308

Każdy fan polskiej muzyki rockowej słyszał o Krzysztofie “Grabażu” Grabowskim. Najpierw w punkowej formacji Pidżama Porno, z dużą goryczą oraz wściekłością opisywał rzeczywistość lat 90., po czym zawiesił działalność idąc w stronę bezpretensjonalnych, skocznych piosenek w formacji Strachy na Lachy. Ale od “Dodekafonii” było już coraz mroczniej, gniewniej i ostrzej jak w czasach Pidżamy. Czy tak też jest w przypadku szóstego albumu “Przechodzień o wschodzie”?

“Nie tchórzę/Ja to pierdolę” – takie są pierwsze słowa, pochodzące z singlowego “Co się z nami stało”. Jest niby melodyjnie, ale i agresywnie, co jest zasługą zapętlonych riffów oraz mocnych uderzeń perkusji. Stare, dobre Strachy, które zapadają w pamięć. Równie ostry i bardzo mroczny, z powodu elektroniki jest “Nazywam się Grabowski”, a kompletną woltę daje niemal taneczna, wręcz rozmarzona “Katastrofa szczęścia” oraz bardziej dynamiczna “Matka Boska”, dodając odrobiny lekkości i przypominając początki grupy. W tym samym kierunku wydają się iść “Twoje motylki”, próbujące być nową wersją “Dzień dobry, kocham Cię”, ale dość nieudolną. Jedynie końcówka ocierająca się o western (gwizd Iistonowana perkusja) jest ciekawa. A tekst przyprawia tutaj o mocny ból głowy. Grabażu, nie idź tą drogą.

Po tych eksperymentach powraca niemal minimalizm w smutnym “Nie zakochuj się w wietrze”, gdzie w tle mamy smyczki oraz łagodniejszą gitarę. To wszystko jednak zmyłka, albowiem wszystko zaczyna podkręcać. Drugą niespodzianką jest reggae’owy “Przechodzień w ogrodzie” ze wspólnie śpiewanym refrenem. Równie szybki, choć pełen elektronicznego tła, jest “Obłąkany obłok” dodający odrobiny magii. Podobnie jak mieszający nowoczesne brzmienie z etniką w “Krótkim sznurze”, by zaatakować w finale “Podziemnym przejściem”.

Grabaż wokalnie nadal jest w formie, a tekstowo jest bardziej refleksyjny. Może mniej sfrustrowany niż ostatnio, choć nie brakuje wściekłości (“Co się z nami stało”, “Podziemne przejście”), kwestii miłości (“Nie zakochuj się w wietrze”) czy nawet odrobiny humoru (“Matka Boska”). Muzycznie też jest to destylat tego, co znamy z poprzednich płyt. Grupa nadal gra różnorodnie, bez poważnych kiksów (poza “Motylkami”), trzymając fason. Więc przechodniu, powiedz fanom Strachów, że nie zawiedli.

8/10

Radosław Ostrowski

Fale

Ania i Kasia to dwie kumpelki, które uczą się na praktykach w salonie fryzjerskim. Dziewczyny są zgrane i zdane tylko na siebie, gdyż rodziny mają, delikatnie mówiąc, dalekie od ideału. Mają też jedno wspólne marzenie: założenie wspólnego zakładu fryzjerskiego.

fale1

Debiut dokumentalisty Grzegorza Zaricznego próbuje być kinem utrzymanym w stylu Kena Loacha, czyli społeczne zacięcie oraz uważna obserwacja otoczenia. Całość jest dość krótka (niecałe 70 minut) i reżyserowi trudno odmówić zmysłu obserwacji. Opowiadając w prosty sposób tworzy miniaturowi portret przyjaźni dwójki dziewuch, które dzieli wiele. Problem w tym, ze ta historia jest bardzo skrótowo opowiedziana: każda scena jest niemal urywana przez montaż, przez co można poczuć dezorientację. Scenariusz jest bardzo wątły, a wiele scen może sprawiać wrażenie niepotrzebnych (wspólna gra dziewczyn i ojca Ani w ping-ponga czy romans Kasi z młodym chłopakiem), ale mimo tego jakoś byłem w stanie wejść w tą historię. Powoli widzimy jak silna i szczera jest więź między troszkę nieporadną Anią i pozornie twardą Kasią, co jest największą siłą napędową. Obie dziewczyny (debiutantki Anna Kęsek i Kasia Kopeć) grają bardzo naturalnie, a to jest duży plus. Tak samo uwagę skupia Tomasz Schimscheiner jako ojciec Ani – trochę nieobecny, próbujący utrzymać kontakt z dzieckiem, ale jednocześnie czuć pewne poczucie winy, bezradność.

fale2

„Fale” miały spore ambicje, jednak bardzo szczątkowy scenariusz nie daje wiele pola do popisu. Za dużo jest liźniętych wątków i niedomkniętych kwestii (zakończenie), ale daje pewną nadzieję na poprawę swojego losu. Dobrze się ogląda, jest porządnie zagrany, nie wywołuje dużej irytacji, ale chciałoby się zostać dłużej.

fale3

6/10

Radosław Ostrowski

Różni wykonawcy – nowOsiecka

nowosiecka-b-iext49353366

Agnieszka Osiecka zawsze była inspiracją i źródłem, z którego dorobku wielu artystów czerpało, czerpie i będzie czerpać dalej. Dowodem na to jest wydawnictwo „nowOsiecka”, w którym wykonawcy szeroko pojętej muzyki alternatywnej postanowili zmierzyć się z jej wieloma niezapomnianymi tekstami. Po raz pierwszy te utwory wybrzmiały podczas koncertu poświęconego twórczości Osieckiej w katowickim NOSPR w listopadzie 2016 roku.

I rzeczywiście skład wykonawców jest imponujący: Natalia Grosiak (Mikromusic), Misia Furtak, Brodka, The Dumplings, Krzysztof Zalewski, Łona i Webber. To nie wszyscy, ale już to robi wielkie wrażenie. Zaczyna pani Grosiak wspierana przez melancholijne smyczki, ze swoim bardzo charakterystycznym głosem chwyta za serce w „W dziką jabłoń Cię zaklęłam”. Po minucie utworu nagle wchodzi perkusja oraz gitara elektryczna, smyki zaczynają plumkać, zmienia się tempo, by pod koniec wszystko wraca do normy. Mroczniej, co jest spowodowane dźwiękami organów i ostrych dźwięków perkusyjno-gitarowo-dęty, jest w „Kto tam u Ciebie jest?”, wykonywanym przez Brodkę. Wokalistka dźwiga ten utwór, pozornie beznamiętnym głosem, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Nosowska wypadła lepiej w tym utworze. Czesław Śpiewa podszedł ambitnie i połączył pięć krótkich opowieści w jedną ośmiominutową kompilację, mieszającą akordeonowe popisy z elektroniką, perkusją oraz swoim zaśpiewem, ciągle zmieniając klimat, tempo i rytm. Psychodelia gwarantowana (jedyny utwór w wersji koncertowej). Niespodzianką był dla mnie przygnębiający, polany smyczkami, trąbką i elektroniczną perkusją „Ja nie chcę spać” w wykonaniu… Piotra Roguckiego.

Bardziej tanecznie próbuje zagrać Misia Furtak, podparta przez bas i perkusję w „Zabaw się w mój świat”, jednak nadal zachowana zostaje melancholijna aura, co jest też spowodowane barwą głosu Misii. I wtedy pojawia się drugi (po Mozilu) strzał w postaci onirycznego „Ach nie mnie jednej”, pachnącego elektroniką lat 80. od The Dumplings (Justyna Święs czaruje swoim delikatnym, ale niepozbawionej dużego ładunku emocjonalnego – posłuchajcie refrenu), idealnie pasując do słodko-gorzkiego spojrzenia na miłość. Ale kiedy kończy się utwór, pojawia się rozczarowanie w postaci „Chwalmy Pana”, czyli psychodeliczno-jazzowa aranżacja wiernie (nawet za bardzo) trzymająca się oryginału. Nawet głos Krzysztofa Zalewskiego wydaje się troszkę zachowawczy. Szaleństwo wraca z raperem LUC-iem, który tym razem próbuje śpiewać i rapować (na szczęście, nie jednocześnie). „Rajski deser” brzmi wyjątkowo apetycznie, mieszając bity ze smyczkami (pod koniec), co fanów rapera raczej nie zaskoczy. Bardziej elegancko, bo z fortepianem wchodzi Mela Koteluk w ładnej wersji „W naszym domu nie ma drzwi”, a zaskoczeniem jest tutaj wejście… thereminu. Niby drobiazg, a zmienia wszystko. Podobnie jak gitarowa wersja „Urody”, dodająca odrobiny mroku. Riffami czaruje Raphael Rogiński, a głosem – Natalia Przybysz, co też jest mocnym strzałem, dodając odrobinę lekkości.

Co mamy pod koniec wędrówki? Instrumentalny, funkowo-jazzową wersję „Wymyśliłem Ciebie” od Przemek Borowiecki nO Band (też dość wierny oryginałowi, choć ma klasę), oparty na klasycznych Hammondach „Karnawał raz w życiu” w big-beatowej wersji od Joanny Ewy Zawłockiej, która całkiem nieźle się bawi. Jednak końcówka to zdecydowanie popis Łony, dokonującego własnej wersji „Na zakręcie”, traktując oryginał jako punkt wyjścia do własnego tekstu. Profanacja? Absolutnie nie, gdyż raper sprytnie ogrywa tekst (zachowany zostaje refren), a w połączeniu z minimalistycznymi bitami Webbera „Ostatnia prosta” jest najlepszym kawałkiem na płycie. A o „Polonezie” DJ-a Feel-xa oraz Gutka wolę się nie wypowiadać.

Jak odebrać tą kompilację? Nie brakuje ambicji i kilku pomysłów na spore dzieło, ale brakowało większego naznaczenia utworów swoim piętnem. I nie chodzi tylko o glos czy sposób ekspresji, lecz własny styl tak jak zrobili The Dumplings, Natalia Przybysz z Rogińskim czy Czesław Śpiewa. Troszkę mi tego zabrakło, chociaż nie mogę odmówić pozostałym wykonawców podjęcia wyzwania i wyjścia z tego obronną ręką.

7/10

Radosław Ostrowski

Aurelia Luśnia – Po godzinach

Po_godzinach_cover

O tej wokalistce nie miałem kompletnie pojęcia. Jak podaje Internet, pochodzi ona z Gdańska, gdzie ukończyła Akademię Muzyczną, a jej repertuar stanowiła poezja śpiewana. Do tej pory wydała trzy płyty i  to ta ostatnia z zeszłego roku została wzięta na celownik przeze mnie. Artystkę tym razem wsparli od strony producenckiej Leszek Biolik oraz Andrzej Izdebski, tworząc „Po godzinach” – pierwszy autorski materiał Luśni.

I jest to popowy album, ale nie w negatywnym znaczeniu tego słowa. Zaczyna się piękną mieszanką akordeonu, fortepianu oraz jazzowej perkusji w „I żeby było tak”. Jest skocznie, barwnie oraz przyjemnie. Podobnie próbują czarować „Rany”, chociaż delikatny fortepian skontrastowano z niepokojącymi dźwiękami elektroniki oraz (pojawiających się w środku) riffów, by zaraz wskoczyć w bardzo dynamiczną „Fajną niefajną”, gdzie szaleje bas. Czary wracają w brzmiącej niczym kołysanka „Rozdroża” oraz wspartej przez akordeon i ludowe naleciałości „Marionette” (utwór śpiewany po angielsku). Bliżej współczesności krąży „Zaklinanie”, gdzie gra delikatna gitara zmieszana z elektroniczną perkusją, by zaraz skręcić ku folkowi w ciepłej „Miejskiej grze” oraz melancholijnych „Kata-Strofach”. „Nienazwany szkic” jest pop-rockowym energetykiem, pełnym rozmachu (smyczki w refrenie) oraz chwytliwym refrenem, by płynnie przejść do wyciszonego, akustycznego walczyka „Little Bird” oraz nastrojowego, pełnego elektroniki „Świtania”.

Sama Aurelia ma bardzo dziewczęcy, pełen dużej energii głos, potrafiący wręcz rozsadzić całość. Do tego bardzo refelksyjne, a nie durne frazy na temat relacji damsko-męskich oraz ogólnie o życiu. I jest to propozycja warta uwagi nie tylko po godzinach i nie tylko jesienią.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ojciec

Głównym bohaterem tego „filmu” jest Konstanty – mężczyzna już w średnim wieku, który ma młodą żonę (aktorkę) i dziecko w drodze. Może przyjść w każdej chwili. Innymi słowy, szczęście, sielanka i radość. Tego samego dnia dostaje telefon, że jego ojciec zmarł i że wkrótce pogrzeb. Relacje między mężczyznami były delikatnie mówiąc dalekie od ideału. Konstanty próbuje sprawdzić się jako ojciec, ale zaczynają prześladować go wspomnienia oraz własne lęki, a także kryzys małżeński.

ojciec2

Sama historia w „Ojcu” miała w sobie potencjał na dramat o kryzysie męskości, nieprzepracowanej traumie oraz dojrzewaniu do roli ojca. Tylko, ze reżyser postanowił to wszystko upchnąć w ponad godzinnym filmie, dodatkowo dorzucając kolejne postaci i wątki, będącymi zapychaczami. Czego tu nie ma: tajemniczy sąsiad, podglądający naszych bohaterów (jego obecność podkreślana jest mroczną, „thrillerową” muzyką; znajoma-artystka, co (akurat, gdy ją widzimy) maluje swoim ciałem (!!!); jest opiekujący się swoją młodszą siostrą diler, który proponuje naszemu bohaterowi, by się nią zaopiekował; wreszcie fotografowanie martwych w prosektorium. Niby dzieje się dużo, ale w takiej formie nie ma prawa to wybrzmieć w pełni. Wszystko to sprawia wrażenie wrzucania wszystkiego do kotła oraz przyglądaniu się, co z tego wyniknie. Wątki – niczym pacjenci w poczekalni – przychodzą i wychodzą, nie doprowadzając ani do rozwinięcia, ani do puenty.

ojciec1

Nawet realizacja wydaje się dziwaczna (przebitki na fotografowane martwe twarze umieszczone niczym mina w lesie), muzyczny misz-masz, powtórki scen oraz umieszczanie obrazów mających (chyba) mieć wymiar symboliczny jak martwy ptak na chodniku. Po co ten realizacyjny bajzel? Tylko zdjęcia są ok.

ojciec3

Najciekawsze (przynajmniej w teorii) są momenty związane z ojcem głównego bohatera. Jest w nim pewna tajemnica, troszkę niejasna przeszłość (poza numerem obozowym oraz pasją do zbierania wszystkiego) i… szkoda, że nic więcej. Scenki – jak cała reszta – wydaje się pourywana, wrzucona byle jak i byle gdzie. Tym bardziej to boli, że grający tytułową rolę Zygmunt Malanowicz jest najjaśniejszym punktem tego tworu filmopodobnego. Nawet dobrzy aktorzy (Dawid Ogrodnik i Michalina Olszańska jako rodzeństwo) zwyczajnie nie mają szansy na rozwinięcie skrzydeł przez Urbańskiego. Reżyser postanowił też w roli głównej obsadzić samego siebie, co było największą katastrofą. Brzmi on bardzo sztucznie, a ciągła kamienna twarz (zapewne rozmyślająca nad byciem dobrym ojcem) zwyczajnie nudziła, sprawiając wrażenie pustej, pozbawionej jakichkolwiek emocji (nawet oczy jakieś pozbawione czegokolwiek).

ojciec4

„Ojciec” miał być ważnym i poważnym dramatem, a okazał się być tylko pustą wydmuszką, która jest pozbawiona czegokolwiek dobrego. Przesyt wątkami oraz brak ich rozwinięcia plus brak jakichkolwiek emocji (poza ciągłym zadawaniem pytania: kiedy się to skończy) musi doprowadzić do takiego finału. Unikać za wszelką cenę.

2/10

Radosław Ostrowski