Podpalaczka

Całość zaczyna się dość zagadkowo i tajemniczo. Widzimy ojca z dziewczynką, którzy nocą biegną przez ulice miasta. A wtedy widzimy jadący samochód z trzema osobami, wyglądającymi niczym tajniacy – garniaki, okulary, pistolety. Próbujemy rozgryźć co jest grane i po udanej ucieczce, poznajemy przeszłość. Okazuje się, że ojciec (Andy) wcześniej razem z przyszłą żoną brali udział w tajnym eksperymencie prowadzonym przez Sklep, gdzie uczestnicy dostają nowe leki. Później okazuje się, że budzą pewne nadprzyrodzone umiejętności, a Charlie jest córką posiadającą umiejętność pirokinezy. Dlatego interesuje się nimi rząd.

podpalaczka1

Kolejna adaptacja powieści Stephena Kinga, którego dorobek był (i dalej będzie) przenoszony na ekran multum razy. Za „Podpalaczkę” odpowiadają legendarny producent Dino De Laurentis oraz reżyser Mark L. Lester, który rok później stworzy klasyka ery VHS – „Komando”. Czy to właściwe osoby do thriller zmieszanego z kinem inicjacyjnym? Film z jednej strony próbuje budować atmosferę niepokoju i osaczenia (początek), by potem obserwować osobę, która chce normalnie żyć, ale nie jest to możliwe. Ale to napięcie jest psute z jednej strony retrospekcjami (uzasadnionymi), a z drugiej perspektywą osób ścigających ich (kapitana Hollacka i Rainbirda), co pozwala poznać przeszłość protagonistów. Tylko, że to wszystko ledwo liźnięte i psychologicznie zarysowane, a pewne odstępstwa wobec pierwowzoru (mocne skrócenie pobytu w siedzibie Sklepu oraz wątek związany z prowadzeniem gry między Andy a Hollackiem) pozbawiają całości emocjonalnego wydźwięku.

podpalaczka2

Reżyser najpewniej się czuje w scenach prezentujących moc Charlie, czyli pirokinezy. Dziewczynka nie w pełni kontroluje swoją moc, przez co dochodzi do wielu zgonów, eksplozji i potężnej siły destrukcji. Również kontrola umysłu przez Andy’ego równie robi wrażenie, co także jest zasługą udźwiękowienia oraz świetnej muzyki zespołu Tangerine Dream. Imponuje finałowe starcie, w którym dziewczynka – niczym bohaterka innej książki Kinga „Carrie” – dokonuje bezwzględnej, krwawej i brutalnej zemsty na wszystkich. Prawdziwy popis pirotechników (gorzej z efektami specjalnymi, bo sceny odbijających się pocisków wyglądają śmiesznie) i kaskaderów, którzy robią cuda.

podpalaczka3

„Podpalaczkę” próbują ratować aktorzy, którzy całkiem nieźle sobie radzą. Problemem może być (przynajmniej dla mnie była) Drew Barrymore, która brzmiała nienaturalnie, wręcz nadekspresyjnie. Słychać, że jeszcze brakuje tu obycia, chociaż jest spory potencjał w tej postaci. Lepiej wypada David Keith jako jej ojciec, który próbuje ją chronić przed całym światem. Jednak najciekawszy jest niezawodny George C. Scott jako agent Rainbird – zimny zabójca, potrafiący manipulować innymi ludźmi dla swoich korzyści. Sceny, w których próbuje wkupić się w łaski Charlie to prawdziwy popis.

podpalaczka4

Sam King określił „Podpalaczkę” jako najgorszą ekranizację według jego dorobku. Jak nie byłbym aż tak surowy, ale film Lestera nie do końca wykorzystuje swój potencjał. Najlepiej wypadają sceny nadprzyrodzone, jednak całości brakuje w tym – nomem omen – ognia. Niezłe, ale mogło być lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Hel

Rok 1991. Na Hel już po sezonie turystycznym przybywa Amerykanin Jack. Zmęczony życiem mężczyzna w średnim wieku, próbuje napisać scenariusz na czyjeś zlecenie. Brakuje mu weny i inspiracji, może to małe miasto pomoże. Ale wtedy dochodzi do morderstwa młodej dziewczyny na stacji benzynowej (kobieta zostaje pozbawiona języka), a śledztwo na własną rękę próbuje prowadzić Kail – mężczyzna dorabiający na przeprowadzaniu testów za pomocą wykrywacza kłamstwa oraz jego dziewczyna Mila.

hel1

Duet reżyserski Katia Priwieziencew-Paweł Tarasiewicz w swoim debiucie mocno inspiruje się kinem Davida Lyncha. I rzeczywiście, klimat jak też realizacja przypominają mocno dokonania Amerykanina: zbliżenia na detale oraz twarze, gwałtowny montaż, dziwne przebitki (część kadrów w kolorze, część czarno-biała) oraz przejścia z telewizora do „rzeczywistości”. Nawet jest bardzo zmysłowa scena tańca na rurze z pulsującym, stroboskopowym światłem. Wszystko w oparach surrealizmu, absurdu oraz wielkiej tajemnicy. Samo śledztwo zostaje zepchnięte na dalszy plan, a całość skupia się na postaci Jacka (świetny Philip Lenkovsky), człowieka po wielu przejściach. Ciągle mnożą się pytania, a odpowiedzi ciągle brakuje. Co jest prawdą, co tylko wymysłem Jacka, nadużywającego alkoholu. Choć sam bohater na początku, że nie ma czegoś takiego jak symbole, sami próbujemy doszukać się we wszystkim. Problemem (i wadą) jest kompletny brak odpowiedzi, a poszlaki nie zawsze będą czytelne.Nie pomagają zdjęcia – bardzo ziarniste, podniszczone, niczym film z video i dziwaczna (głównie rockowa) muzyka stylizowana na lata 60.

hel2

Twórcy z każdą minutą coraz bardziej idą w stronę surrealizmu, odpychając i odrzucając wszelki porządek oraz całą intrygę. I to mnie boli, chociaż nie sposób zapomnieć wariackiej sceny w wesołym miasteczku, ale nawet aktorstwo nie ułatwia „rozgryzienia” całości. Poza Lenkovsky’m wybijają się dwie postacie: mający obsesje na punkcie prawdy Kail (aż chciałoby się dopowiedzieć Maklaklan, ale to tylko dobry Marcin Kowalczyk) oraz wystraszona Mila (debiutująca Małgorzata Krukowska).

hel3

„Hel” (aż prosi się o dodanie jeszcze jednego „l” w tytule)  to bardzo hermetyczne, choć nie pozbawione klimatu kino pełne tajemnicy, mroku i niepokoju. Pozornie morze, las, kempingi oraz bar Go-Go, ale jest tu równie strasznie jak w Twin Peaks. Gdybym jeszcze wiedział, co jest czym w tej układance.

6/10

Radosław Ostrowski

Black Country Communnion – BCC IV

BlackCountryCommunionIV

Moje spotkanie z Black Country Communnion odbyło się z okazji przesłuchania trzeciej płyty “Afterglow” z 2012 roku. Kiedy rok Joe Bonamassa ogłosił, że odchodzi z grupy (i zabronił pozostałym członkom szukania zastępstwa na to miejsce), skupiając się na solowej karierze, fani blues rocka poczuli smutek. Rok temu gitarzysta oznajmił, że wraca i pracuje nad nowym materiałem. Reszta grupy (wokalista Glenn Hughes, klawiszowiec Derek Sherinan oraz perkusista Jason Bonham) ruszyła do pracy, a efektem jest “BCC IV”.

Razem ze wspierającym grupę od początku producentem Kevinem Shirleyem, czerpią garściami z rockowych brzmień lat 60. oraz 70. I to od początku, czyli singlowego “Collide”, garściami inspirowanego ciężkim graniem spod znaku Deep Purple, Black Sabbath czy Whitesnake. Riffy Bonamassy brzmią cudownie, perkusyjne ciosy Bonhama dodają tylko ognia. Surowiej wybrzmiewa “Over My Head” z pozornie wolną grą muzyków, jednak konsekwentnie niepozbawioną mocy. Tym dziwniej dzieje się w przypadku zderzenia spokojnej, akustycznej gitary z mocnymi uderzeniami perkusji oraz folkowymi naleciałościami (solo smyczków) w “The Last Song for My Resting Place”, śpiewanej tym razem przez Bonamassę oraz rozkręcającej się z każdą minutą (a trwa on ponad 7 minut). Powrót do hard rocka serwuje “Sway” z orientalnymi smyczkami w tle oraz dziwacznie brzmiącym fortepianem, by wejść w spokojne, choć mroczne odcienie bluesa w “The Cove” i “Wanderlust” czy pełnym mocnego basu galopującym “The Crow” i “Love Remains”.

Wokalnie całość trzyma Hughes, który nadal ma kopa w tym, co robi. Tak samo Bonamassa atakującym ostrymi, agresywnymi riffami, w czym też pomagają popisy perkusyjne Bohnama oraz schowany w cień Sherinan. Rzadko zdarza się, ze takie supergrupy działają tak długo. Ale wygląda na to, że Black Country Communnion nie zamierza spocząć na laurach, dalej kosząc w brzmieniu hard rockowych klasyków. Oby na kolejne wydawcnitwo nie trzeba było czekać sześć lat.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Diana Krall – Turn Up The Quiet

61Mp7xaHKyL._SX522_

Jesień powoli się zbliża, co oznacza że można ją muzycznie spędzić na dwa sposoby. Albo dać sobie coś ostrego I gitarowego, albo wejść w ten klimat, sięgając po bardziej melancholijne, spokojne, wręcz nastrojowe płyty. Takie jak nowe wydawnictwo jazzującej wokalistki Diany Krall, od lat głównie śpiewającej covery. Ale zawsze po swojemu, z dość oszczędnym zespołem (kontrabas, fortepian i perkusja), lecz zawsze z klasą. Czy tak też będzie w przypadku “Turn Up the Quiet”?

Tak, mimo iż artystka sięga po standardy z tzw. Great American Songbook, czyli jazzową klasykę z początków XX wieku. Jednak znowu wyszła elegancka, czarująca płyta. Początek w postaci “Like Someone in Love” z dominującym kontrabasem oraz duetem fortepiano gitara obiecuje przyjemne doznania. Dalej jest bardzo zmysłowe “Isn’t It Romantic?” z cudownymi smyczkami w połowie. Żywiej się robi w “L-O-V-E”, gdzie fortepiano z gitarą elektryczną pozwalają sobie na więcej, by znów uwieść w “Night and Day” oraz “I’m Confessin’ (That I Love You)” z prześlicznym solo skrzypiec. Nawet jeśli pojawiają się odrobinę powolne, wręcz monotonne utwory (gitarowo-knajpiarskie “Moonglow”), to pewnymi drobnymi zabiegami aranżacyjnymi nie przynudzają. A prawdziwą perłą tego wydawnictwa jest genialne “Sway”, zaczynające się bardzo wolnymi solówkami gitary akustycznej, nabierające bardzo zmysłowego charakteru.

Sama Krall ma tak pociągający i uwodzicielski głos, że nie da się wobec niej przejść obojętnie. I to jej głos ubarwia te interpretacje klasyków amerykańskiej muzyki rozrywkowej. Pięknie wykonanej, czarującej, eleganckiej i stylowej. Idealne na jesienny czas.

7/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia rodzina

Nazwisko Beksiński w naszym kraju jest jednym z bardziej rozpoznawalnych w świecie kultury. Zdzisław był malarzem, pokazującym dość mroczne wizje świata z trupami, apokalipsą, końcem świata. Tomasz z kolei to dziennikarz radiowej Trójki, autor tłumaczeń list dialogowych do filmów (m.in. Monty Python, seria o agencie 007 czy „Czas Apokalipsy”), felietonista i koneser muzyki. Dziwić może fakt, że dopiero niedawno postanowiono opowiedzieć o tych barwnych bohaterach. Podjął się tego debiutant Jan P. Matuszyński.

ostatnia_rodzina1

Cała historia zaczyna się w roku 1977, kiedy rodzina Beksińskich przenosi się z Sanoka do Warszawy. Zdzisław z żoną, matką i teściową w jednym domu, Tomek w mieszkaniu naprzeciwko bloku. Powoli zaczynamy obserwować jak poszczególni członkowie rodziny zaczynają odchodzić z tego świata. Śmierć niejako tańczy nad całą rodziną i powoli zaczynamy obserwować kolejne zdarzenia. Próby samobójcze Tomka, jego praca w radiu, relacje z kobietami, z drugiej malowanie Zdzisława, kontakty z marszandem Piotrem Dmochowskim. Spory kawałek czasu, ale to wszystko tak naprawdę skupia się na dniu powszechnym tej nietypowej familii. Reżyser niczym dokumentalista, odtwarza kolejne fakty (katastrofa lotnicza, którą przeżył Tomek – świetnie zrealizowana, „Wywiad z wampirem”, fragment wywiadu Zdzisława dla „Pegaza”), tylko nie mogłem pozbyć się wrażenia pokazania tej historii po łebkach. Bo jak w dwie godziny upchnąć ponad 25 lat z życia Beksińskich? Wszystko rozgrywa się w dość ograniczonej przestrzeni, wiernie zrekonstruowanym (scenografia i kostiumy robią gigantyczne wrażenie).

ostatnia_rodzina2

Najbardziej na tym wszystkim cierpi postać Tomka – mocno przerysowana, nadekspresyjna. O jego pracy mają mówić krótkie scenki (fragmenty audycji, wejście jako DJ na imprezie, tłumaczenie i lektor na żywo), ale tak naprawdę nie wiemy zbyt wiele. Tutaj przedstawiony jest jako nerwowy, impulsywny człowiek, który nie potrafił się odnaleźć w życiu (fantastyczna scena rozmowy z matką, która próbuje być terapeutą). Także jego relacje z kobietami są bardzo, bardzo płytkie, jakby wciśnięte na siłę. Za mało widać tej pasji dla muzyki i kina, czegoś tutaj zabrakło, chociaż Dawid Ogrodnik stara się jak może, wiernie oddaje gesty, sposób poruszania się czy mówienia. Ale wyszła tutaj (przynajmniej dla mnie) karykatura.

ostatnia_rodzina3

Za to jestem pod ogromnym wrażeniem kreacji Andrzeja Seweryna i Aleksandry Koniecznej. Pierwszy, jest wręcz wycofany, niemal pozbawiony emocji, bardzo wycofany. Zawsze z aparatem i kamerą pod ręką, przez co trudno polubić tą postać od razu. Z kolei Konieczna jako Zofia jest tutaj jedyną „normalną” postacią w tym całym świecie. Ona jako jedyna trzyma tych dwóch bohaterów przy sobie, chociaż bywa czasami bezradna wobec tych dwóch skrajności (mocna scena „rozpierdolenia kuchni”, którą Zdzisław tylko filmuje, a Zofia próbuje to ogarnąć). Z nią jestem w stanie się identyfikować.

ostatnia_rodzina4

„Ostatnia rodzina” dla mnie jest filmem, który będzie początkiem do bliższego poznania rodziny Beksińskich. Wiele rzeczy zostaje przemilczanych, zagadkowych (taśma Tomka, która potem zostaje zniszczona przez Zdzisława), a postacie mogą wydawać się niekompletne. Troszkę zabrakło mi rzetelności w faktografii, co jest winą szczątkowego scenariusza. Niemniej debiut Matuszyńskiego intryguje i potrafi sprowokować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lament

Małe miasteczko gdzieś w Korei, gdzie czas płynie spokojnie, a zbrodnią może być co najwyżej kradzież na targu. I tutaj mieszka sierżant policji, Jong-goo – taki poczciwy misio, co by nikogo nie skrzywdził. ale w okolicy dochodzi do bardzo makabrycznego morderstwa. Hektolitry krwi, jeden nieprzytomny i wyglądający jak zadżumiony mężczyzna, a w środku coś jakby gniazdo. Jong-goo ma przeczucie, że w sprawę zamieszany jest tajemniczy Japończyk. W tym samym czasie, córka policjanta, zaczyna chorować i zachowywać się co najmniej zagadkowo (zaczyna jeść ryby, a przecież ich nie lubi, wrzeszczy).

lament1

Rzadko sięgam po kino azjatyckie, bo jest tak dziwacznym koktajlem, że nie wiadomo jak to smakować. Nie inaczej jest z „Lamentem”, filmem niejakiego Hong-Jin Na, gdzie wschodnia kultura miesza się z zachodnim kinem gatunkowym. Mieszanka kryminału z horrorem a’la „Egzorcysta” i momentami slapstickową komedią wydaje się zbyt karkołomnym zadaniem i można było się na tym przejechać. Ale po pierwsze, tutaj te elementy nie gryzą się ze sobą, ale tworzą spójną całość, potęgując tylko mroczny klimat. Niemal non stop pada deszcz tak gęsty i intensywny, że mógłby wszystko i wszystkich zatopić. Reżyser miesza gatunki, gra na emocjach, atmosferze, pozwalając na chwilę uśpić czujność, by potem gwałtownie zaatakować, wzbudzić strach przed nieznanym, obcym, Złem.

lament2

Reżyser konsekwentnie buduje fatalistyczny klimat, w którym nasz bohater musi podjąć najtrudniejszą decyzję, gdyż jego wiara zostaje wystawiona na najcięższą próbę. Czy będzie w stanie uratować córkę? Czy pomoże mu wyglądający jak biznesmen szaman? A może pomoże młody diakon, który dobrze zna japoński? Napięcie jest budowane powoli (scena odwiedzenia domu Japończyka, gdzie są zawieszone fotografie ofiar – niemal jak z „Siedem”), ale efekt jest bardzo mocny i nawet wstrząsający. Scena egzorcyzmów, gdzie szaman i Japończyk jednocześnie odprawiają swój rytuał, a w montażu jeszcze widzimy reakcje oraz wrzaski dziecka bije na głowę podobne sceny z „Egzorcysty” – są nerwy, jest strach i poczucie niepokoju. Tak samo jak podczas walki z… zombie (nie pytajcie mnie, skąd się wziął) czy bardzo przewrotnego, niejednoznacznego finału.

lament3

To zakończenie, które dało mi wiele pytań i brak odpowiedzi (to raczej wynika ze specyfiki kultury koreańskiej i mojej nieznajomości tejże) wywołało prawdziwy szok oraz gorycz. Ciągle będę główkował, kto tak naprawdę jest kim (postacie Japończyka, szamana i tajemniczej kobiety w bieli zasługują na osobny tekst), nie dając łatwej interpretacji. Całość jest świetnie zagrana, otaczający miasto las wygląda prześlicznie (wręcz niepokojąco), zagrane jest to bardzo dobrze i nie daje o sobie zapomnieć.

lament4

Mimo, iż trwa dwie i pół godziny, „Lament” potrafi uderzyć między oczy, autentycznie przerazić i sugestywnie pokazać historię kuszenia oraz walki dobra ze złem. A po wszystkim pozostaje tylko płacz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Foo Fighters – Concrete and Gold

Concrete_and_Gold_Foo_Fighters_album

Każdy fan muzyki rockowej zna (lub przynajmniej słyszał) o zespole Foo Fighters. Grupa powstała na zgliszczach Nirvany w 1995 roku, kierowana przez Dave’a Grohla (zamienił perkusję na gitarę oraz wokal) oraz Pata Smeara (grał w Nirvanie jako gitarzysta na koncertach). Do tej pory wydali 8 płyt, które spotkały się z fantastycznym odbiorem. Czy będzie tak samo z nowym dzieckiem, “Concrete and Gold”?

Kiedy pojawiły się wieści, że producentem będzie Greg Kurstin, czyli osoba współpracująca z wykonawcami bardziej popowymi (Lily Allen, Sia, Pink, Adele), miałem pewne wątpliwości, że zamiast czadu i kopyta, dojdzie do złagodzenia brzmienia. Pełniący role intra “T-Shirt” wydaje się takim spokojniejszym wprowadzeniem. Akustyczna gitara I niski wokal Grohla mogą zapowiadać spokój, ale po Całość oparta tylko na akustycznej gitarze oraz niskim głosie Grohla, ale pół minuty później robi się głośniej, dzięki perkusji oraz ostrym riffom, by pod koniec się wyciszyć. Wtedy do akcji wchodzi singlowe “Run”, które po parudziesięciu sekundach serwuje brutalną sieczkę rozpisaną na naparzającą perkusję, wrzaski Grohla w zwrotkach oraz zapętlone, gęste riffy. Dalszy rozpęd gwarantuje niemal punkowe (lecz melodyjne) “Make It Right”, co jest zasługą świetnego wstępu oraz wręcz zapętlonego finału. Spokój przychodzi w wolniejszym, ale pełnym wrzasku “The Sky is a Neighborhood”, do którego dołączają się świetnie zaśpiewany refren oraz gitara, by wejść w “brudny” “La Dee Da”.

Wtedy pojawia się bardzo spokojny, akustyczny “Dirty Water”, wzięty niczym z klasycznego rock’n’rolla, dopiero w połowie zmieniając nastrój. W podobnym tonie grane jest mocniejsze “Arrows” oraz kompletnie wyciszone “Happy Ever After (Zero Hour)”, idące w stronę bardziej folkowo-bluesową. Powrót do mocnych riffów daje “Sunday Rain”, choć też wydaje się łagodniejszy od reszty. Ale prawdziwa moc wraca dopiero w finale, gdzie słyszymy wolno rozkręcający się utwór tytułowy.

Grohl jest w dobrej dyspozycji wokalnej, na przemian niemal szepcząc i zawodząc, by w odpowiedniej chwili krzyczeć, warczeć I atakować. Tylko nie mogłem pozbyć się wrażenia, że siły, mocy, ognia starczyło tylko na początek oraz koniec, a w środku brakuje pomysłów. Innymi słowy, konkretów niby sporo, ale niewiele zmieniło się w złoto. Jest tylko dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

Git

Pamiętacie taki film „Symetria”? Debiut Konrada Niewolskiego to był mocny, trzymający za gardło dramat więzienny, pokazujący życie po drugiej stronie krat bez znieczulenia. Temat życia więziennego rzadko był pokazywany w polskim kinie, aż dwa lata temu pewien debiutant postanowił znów zaprosić nas do celi.

git1

Jest rok 1997, szaleje powódź w kraju. W więzieniu w Łęczycy zostaje zamordowany mąciciel, czyli szef git-ludzi „Kuba”. Mężczyzna przed śmiercią przeprowadził wywiad telewizyjny. Dziennikarz, który przeprowadził z nim rozmowę, otrzymuje zadanie od naczelnej, by porozmawiać ze sprawcą zabójstwa, Grzegorzem R. „Młodym”. Trzy spotkania mają odkryć odpowiedź na pytanie: dlaczego doszło do zabójstwa?

git2

„Git” to krótka, bo godzinna historia w sporej części dzieje się w więziennych celach. Jednak w przeciwieństwie do debiutu Niewolskiego, Kamil Szymański realizuje całość, jakbyśmy oglądali teatr tv z niższej półki. Kamera się trzęsie, montaż po prostu jest, muzyka jest mroczna i nerwowa. Do tego sama intryga prowadzona jest bardzo ślamazarnie, w czym przeszkadzają dialogi. Z jednej strony pełne żargonu, lecz brzmiące bardzo sztucznie. Tak jak całe otoczenie, niby wyglądające tak jak powinno. Scenografia jest oszczędna, ale wszystko takie papierowe i postacie ledwo liźnięte na prostych szablonach: spokojny szef, młody czekający na sprawdzenie, psychopatyczny Rusek i śmieszek.

git3

Sytuację próbuje bronić dwóch aktorów, czyli Włodzimierz Matuszak i Arkadiusz Detmer jako „Kuba” i „Młody”, dając radę. Pierwszy wydaje się być twardym, doświadczonym garusem, który już jest powoli zmęczony. Facet tylko gra prawdziwego sukinsyna, ale ma już powoli dość. Z kolei Detmer sprawia na początku wrażenie wycofanego, skrytego człowieka. I to jego tajemnica skupia uwagę.

„Git” miał potencjał na mocne, twarde kino o życiu w pierdlu. Problem w tym, że poza aktorami i wartością edukacyjną (wypowiedzi Kuby z offu, wyjaśniające grypserę oraz reguły), nie ma tutaj zbyt wiele do zaoferowania. Nudny, choć krótki film.

4/10

Radosław Ostrowski

Las, 4 rano

Cała historia skupia się na pewnym mężczyźnie. Gdy go poznajemy, jest on człowiekiem biznesu, czerpiącym garściami z życia. Bogaty, jeżdżący na motorze, bierze dragi i wyrywa kobiety. Parę minut filmu później ten sam mężczyzna mieszka w leśnej ziemiance, oddalony od całego świata, żywiąc się tym, co natura oferuje. Skąd ta nagła zmiana otoczenia? Wtedy w jego życiu pojawia się 13-letnia Madzia.

las_4_rano1

Jan Jakub Kolski to reżyser coraz bardziej nieobliczalny, który dawno opuścił swój baśniowy świat. Ostatnio przygląda się rzeczywistości tak, jak wygląda – burej, bardzo szarej, z postaciami skrywającymi mroczną tajemnicę. Tak w było w przypadku „Zabić bobra”, nie inaczej jest tutaj. Reżyser (i jednocześnie autor zdjęć) tworzy kino bardzo hermetyczne, oparte na szczątkowej fabule, małej ilości dialogów oraz tajemnicy. Wszystko jest skupione na postaci granej przez Krzysztofa Majchrzaka (powrót po 10 latach!), który dominuje na ekranie. Jaka trauma skrywa się pod tym wielkoludem o ciele niedźwiedzia? Ten odludek odcięty od cywilizacji, żywiący się tym, co znajdzie i upoluje, coraz bardziej zaczyna odlatywać (wykopanie dołu, w którym śpi), a jego relacja najpierw z prostytutką Natą (dobra Olga Bołądź) oraz pojawiającą się Madzią (niezła Maria Blandzi) pozostają równie zagadkowe. Skoro pierwsza mogłaby być jego kochanką (ale nie korzysta), a druga córką, czemu trzyma je na dystans, unika bliskości?

las_4_rano3

Pojawia się wiele pytań, lecz nie należy się spodziewać jakichkolwiek odpowiedzi (nawet cytaty z Księgi Hioba wydają się słabą poszlaką). Pewne sceny potrafią poruszyć jak nauka zastawiania pułapek czy bardzo smutny finał, jednak Kolski stawia na niedopowiedzenie, nie oferując zbyt wiele w zamian. Może poza niejednoznacznym finałem.

las_4_rano4

Wydaje się, że „Las, 4 rano” to historia o radzeniu (właściwie) nie radzeniu sobie z traumą, tylko że forma wybrana przez Kolskiego działa odpychająco i odbiłem się od niego. Rwany, szybki montaż, powolne kadry, dialogi jakby improwizowane. Tylko, że niewiele z tego wynika, a akcji jako takiej tu nie ma, przez co ogląda się to ciężko. Sama mocna rola Majchrzaka to za mało, by przebić się przez tą sferę.

4/10

Radosław Ostrowski

Gizmodrone – Gizmodrone

f43d0c53-9ba7-4ecb-93ec-5c94a53616e6

Bardzo nie lubię terminu supergrupa. Termin ten oznacza grupę indywidualistów, którzy mieli wielkie sukcesy jako soliści czy członkowie innych zespołów, którzy postanowili się spotkać i razem coś zagrać. Zazwyczaj ma się wrażenie, że jest to bezczelny skok na kasę. Czy tak jest w przypadku Gizmodrone? Grupa powstała w tym roku we Włoszech, a należą do niej: gitarzysta i wokalista Adrien Belew (King Crimson, Talking Heads), basista Mark King (Level 42), klawiszowiec Vittorio Cosma oraz perkusista Stewart Copeland (The Police). Co z tego wyszło?

Bardzo energetyczne I dynamiczne granie, czerpiące z rocka, bluesa i jazzu. Tak jest w otwierającym całość “Zombies in the Mall”, gdzie mamy dęciaki, chórek, mocne riffy (pod koniec), delikatne klawisze, wspólny zaśpiew w refrenie. A im dalej w las, tym ciekawsze pomysły, aranżacje oraz potężna dawka energii. Zabarwione “orientalnie” brzmiącymi fletami, surowe “Stay Ready”, reagge’owa perkusja w lekko podchmielonym “Man In The Mountain”, przypominającym The Police czy nawet skoczna akustyczna gitara w przyjemnym “Summer’s Coming”. Swoje też robi pozornie spokojny “Sweet Angels (Rules The World)”, zmieniający tempo w refrenie ku reggae (gitarka fajnie buja) czy wybrana na singla “Amaka Pipa”, pełna egzotycznych dodatków, świetnego solo na gitarze i przerobionego wokalu, jakby śpiewającego przez megafon. Z dalszej części płyty najbardziej zapada w pamięć mroczne, niemal hard rockowe “Ride Your Life”, pełne “latynowskich” zaśpiewów oraz odgłosów ptaków “Zubatta Cheve” czy najdłuższe w zestawie “Spin This” z wybijającym się basem z organowymi klawiszami.

Słychać, ze muzycy świetnie się bawili podczas realizacji, co także czuć w kazdym z utworów. Belew na wokalu nadal ma w sobie to coś, co przykuwało uwagę, a reszta muzyków równie wywiązuje się bardzo dobrze ze swoich zadań. Co pokazuje, że istnienie supergrup może nie być tylko skokiem na kasę. Pytanie tylko czy to będzie jednorazowy project, czy będzie coś na więcej. Ale na odpowiedź trzeba będzie jeszcze troszkę poczekać.

8/10

Radosław Ostrowski