Carla Bruni – French Touch

268x0w

Choćby nie wiem, ile płyt nagrała Carla Bruni zawsze zostanie zapamiętana jako Pierwsza Dama Francji (żona Nicolasa Sarkozy’ego), jednak nie zamierza zrezygnować z nagrywania płyt. Tym razem otrzymała wsparcie legendarnego producenta Davida Fostera, który zaproponował jej dzieło pełne coverów. Co jest w stanie dać “francuski dotyk”?

Na pewno oznacza nieoczywiste aranżacje, chociaż utwory pozornie wydają się ograne. Ale kiedy pojawia się “Enjoy the Silence” na fortepian, gitarę akustyczną I smyczki. Przyznaję, że zabrzmiało to więcej niż ładnie, a eteryczny wokal Bruni dodał elegancji. Wręcz staroświecki “Jimmy Jazz” czaruje zgrabnym sznytem jakby żywcem wziętego band z Nowego Orleanu (dęciaki, fortepian i gitara), a niemal akustyczne “Love Letters” nabierają bardzo delikatnej barwy. Tak samo zaskakuję “orientalne” brzmienie perkusji oraz smyczków w “Miss You”, porusza akustyczne “The Winner Takes It All” (gitara + wiolonczela), ale kompletnie nic nie przygotowało mnie na “Highway To Hell” (czysto jazzowe cudeńko) czy duet z Willie Nelsonem (okraszony country “Crazy”). Także okraszone “francuskim” brzmieniem walczyka “Perfect Day” Lou Reeda nabrało skoczności. Żeby jednak nie było tak słodko, zdarza się słabszy fragment w postaci zbyt podobnego do oryginału “Moon River”, ale cała reszta jest bardzo ciekawa.

Swoje robi także bardzo delikatny, jakby rysujący cienką kreską głos Bruni, potrafiący uwieść niejednego słuchacza. Dotyk francuski w tym wypadku oznacza delikatny, bardzo nastrojowy album pełen nieoczywistych aranżacji, skojarzeń, podejść. Bruni znowu mnie uwiodła, pokazując jak należy przerabiać cudze utwory.

7/10

Radosław Ostrowski

Dominic Miller – Silent Light

61ZDp5Jb7L

Ten znany gitarzysta jazzowy kojarzony jest głównie jako członek zespołu Stinga, z którym współpracuje od ponad 15 lat. Ale Miller nagrywa nie tylko dla innych wykonawców (współpracował m.in. z Luciano Pavarottim, Peterem Gabrielem, Patem Methanym czy Backstreet Boys), lecz wydaje solowe dzieła. Takie jest też jego ostatnie wydawnictwo, czyli “Silent Light”, nagrane tylko z perkusistą Milesem Bouldem.

Więc nie należy oczekiwać fajerwerków, co czuć w spokojnym, bardzo delikatnym “What You Didin’t Say”, gdzie gitara powtarza tą samą melodię, by w połowie mocniej zaznaczyć swoją obecność, ubarwiając całość perkusjonaliami. Podobnie, choć szybciej od początku gra “Urban Waltz” oraz bardziej melancholijny “Water”, gdzie gitara niemal płacze, ubarwiając dźwiękami jakby odbitymi od szklanki. Czasem perkusja “tyka” jak w zegarku (“Baden”), czasem “sypie” jak przyprawami (“En Passant”), ale największym problemem jest pewna monotonia wynikająca z grania niemal tej samej melodii w tym samym tempie przez Millera. Wyjątkiem od tej reguły jest “Fields of Gold” czy jazzujące “Chaos Theory”, ocierające się czasami o flamenco.

Sam Miller na gitarze robi to, co potrafi najlepiej. Dopiero pod koniec płyty potrafi pokazać jak szybko potrafi grać (“Valium”, “Le Point”), ale konsekwentnie buduje klimat, idealnie komponując się w długie, jesienne wieczory. Wtedy jest tak cicho, że gitara ma dla siebie całą przestrzeń. Szkoda tylko, ze większość utworów nie zapada w pamięć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bikini Blue

Manchester, rok 1953. To właśnie tutaj mieszka małżeństwo polsko-brytyjskie: Eryk i Dora Szumscy. Ona jest pielęgniarką w szpitalu, on – no cóż, jest pacjentem szpitala psychiatrycznego dla Polaków, walczył na wojnie. Pewnego dnia, kobieta odwiedza swojego męża, mając ze sobą listy z Czerwonego Krzyża, jednak lekarz zabrania jej informowania o tym. Mężczyzna po wizycie postanawia uciec z ośrodka i postanawia spędzić czas z kobietą.

bikini_blue2

Jarek Marszewski po 16 latach postanowił o sobie przypomnieć idąc w stronę psychologicznego dramatu. Trzeba przyznać, że to mało znane tło dla tej historii dawało spore pole do działania, a reżyser postanowił skupić się na tajemnicy związanej z Erykiem. Bardzo powoli zaczynamy odkrywać elementy układanki, skupiając się na informacjach z dialogów oraz (głównie w przypadku męża) dziwacznych zachowań, pozornie normalnych jak w momencie nafaszerowania kobiety podczas postoju (dosypanie do alkoholu środków i przyjazd na plażę) czy ucieczki. Cała historia się strasznie wlecze, składając się z paru scenek nie koniecznie ze sobą powiązanymi (scena w barze, wizyta w kinie, gdzie widzimy parodię „Godzilli”) czy finał zakończony wyjaśnieniem tajemnicy, doprowadzając mnie do… śmiechu oraz ciosem łopaty.

bikini_blue1

Z jednej strony nie jestem w stanie odmówić niczego warstwie wizualnie, tej stylizacji na lata 50., gdzie film uderza swoimi filtrami oraz pięknymi kolorami. Do tego jeszcze słyszymy bardzo gitarową muzykę Bartka Chajdeckiego, która nie gryzie się z resztą. Nawet naleciałości etniczne (flety) dodają tylko smaczku. Aktorzy robią, co mogą, by wycisnąć ze swoich postaci jakieś emocje (Tomasz Kot i Lianne Harvey), co udaje się wtedy, gdy są osobno. Jak pojawiają się razem, kompletnie odpychają się, a ja nie byłem w stanie uwierzyć im.

bikini_blue3

Na „Bikini Blue” mimo krótkiego czasu trwania (niecałe półtorej godziny) działało bardzo przysypiająco, nieangażująco oraz bardzo nudno. Pseudopsychologiczny dramat pełen (pozornej) tajemnicy oraz kompletnie nieprzekonujących bohaterów, do tego jeszcze z lektorem (bo film po angielsku). Ładne obrazki to za malutko.

3/10

Radosław Ostrowski

Kolekcja sukienek

Sam film to zbiór rozmów z ośmioma kobietami, dokonanymi przez jednego człowieka, który zadaje im pytania. O życie, o straconych marzeniach, niespełnionych nadziejach i poczuciu pustki. Debiutująca Marzena Więcek ubiera to w konwencję niby-dokumentu. Bo kamera stoi (choć nie zawsze) w miejscu, gdzie widzimy nasze bohaterki: kobiety w średnim wieku, po wielu przejściach, nieudanych związkach.

kolekcja_sukienek1

Innymi słowy „Kolekcja sukienek” to takie spokojne kino, pozbawione efektownej realizacji czy wariackiej formy. Problem w tym, że całość jest bardzo nudna, pozbawiona jakiegokolwiek rozwinięcia. Rozmowy, przepraszam monologi, są tutaj prowadzone bez ładu i składu, przeskakując z tematu na temat. Wszystkie te historie zaczynają się zlewać w jedną opowieść, gdzie dochodzi do stężenia rozczarowaniami, lękami oraz poczuciem pewnej pustki. Do tego jeszcze zostają wplecione takie barwne mini scenki, które sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę. Jakieś dziecko w ładnym ubraniu, staruszek chodzący o kulach czy młoda para całująca się w lesie – po co to? Nie mam pojęcia, co wprawiało w jeszcze większą konsternację niż te opowieści. Pod koniec pojawia się jedyny mężczyzna (Zbigniew Zamachowski), który zostaje aresztowany.

kolekcja_sukienek2

Zwyczajnie jest mi żal tych aktorek, które bardzo się starają, by wejść w postacie. A są to charakterystyczne sylwetki Ewy Szykulskiej, Marzeny Trybały, Doroty Stalińskiej czy Iwony Katarzyny Pawlak. Nawet sama Więcek pojawia się na ekranie jako policjantka, próbując wycisnąć z tej postaci soki, chociaż trudno kogokolwiek wyróżnić.

kolekcja_sukienek3

„Kolekcja sukienek” to krótki, ale strasznie wleczący się film, pozbawiony myśli i fabuły. Wszystko wygląda jak niezaplanowana improwizacja, w niemal amatorskim stylu. Ciągle się zastanawiam po co ten film w ogóle powstał i do tej pory nie znajduje żadnej sensownej motywacji.

kolekcja_sukienek4

4/10

Radosław Ostrowski

Kamper

Poznajcie Manię i Mateusza – oboje bardzo młodzi, lat około 30. Mieszkają w chacie kupionej przez rodziców Mani. Ona marzy o prowadzeniu własnego interesu, on pracuje w firmie robiącej gry komputerowe jako tester. Niby żyją ze sobą dobrze, jednak nagle jedno słowo, jedna sytuacja doprowadza do zakrętu. Zaczęło się od tego, że Mania mówi swojemu mężowi o pocałunku z kimś innym.

kamper1

Debiutujący Łukasz Grzegorzek mierzy się z tematem przedstawienia pokolenia 30-latków, żyjących w czasach pełnych dużych możliwości. Tylko, że im więcej tej wolności, tym bardziej nie wiadomo co z nią zrobić. Niby Mateusz „Kamper” wygrał niejako los na loterii, bo ma pracę o jakiej wielu zwyczajnie marzy, ale nie czuć jakiejś frajdy. Ona już chce mieć coś własnego (poza ogródkiem na balkonie) – firmę, dziecko, jednak jednocześnie boi się tego. Reżyser nie bawi się w słodko-pierdzące opowieści rodem z komedii romantycznych czy przesłodzonego świata z TVN, ale też nie próbuje osądzać, przez co każda osoba oglądająca „Kampera” może zupełnie inaczej dostrzec zachowanie naszej pary. Zamiast rozmów, zaczynają się zdrady, rozdrapywanie ran, ataki, pójście w alkohol. I to bardzo boli, bo oboje nie potrafią się ze sobą rozmawiać, obcować ze sobą – aż zastanawiałem się jakim cudem mogli się spiknąć. Dialogi brzmią naturalnie, postacie też nie są tylko zlepkiem 1-2 cech, chociaż drugi plan (koledzy i koleżanka Kampera z pracy) mógł być bardziej wyrazisty.

kamper2

„Kamper” ma też pewne swoje wady. Przede wszystkim bardzo wolne tempo oraz brak mocniejszego zarysowania naszej pary. Już na początku widać, że problemy pojawiły się wcześniej, a przyczyny możemy się tylko domyślić, gdyż trafiamy w środek kryzysu. Samo pokazanie pracowników firmy także jako graczy, spędzających wolny czas na imprezach czy przed kompem dodaje kolorytu. Ale jak to jest zagrane. Nie mogłem oderwać oczu ani od pogubionego Piotra Żurawskiego (Mateusz „Kamper”), ani od Marty Nieradkiewicz (silna-słaba Mania), którzy wydają się tylko szczęśliwi, lecz gdy przychodzą problemy, oboje ukrywają się w swoich kryjówkach. Jednak całość bezczelnie kradnie jedną sceną Jacek Braciak jako polska wersja Gordona Ramseya (aż zasługiwał na osobny film) oraz Justyna Suwała (Dorota), która prześwietla bohatera na wylot.

kamper3

„Kamper” może i czasami działa bardzo spokojnie, na początku kamera troszkę nie wie, co zrobić, ale im dalej w las, tym Grzegorzek punktuje świat pogubionych młodych ludzi. Tylko czy kiedyś będą w ogóle w stanie sobie poradzić samodzielnie z dorosłym życiem, skoro nie potrafią dokonywać takiej czynności jak rozmowa i dyskusja. A jak wy odbieracie zakończenie: Kamper w końcu przejrzał na oczy czy po prostu się dalej chowa?

7/10

Radosław Ostrowski

Twój Vincent

Czy kiedykolwiek mieliście do czynienia z Vincentem van Goghem? Słynny holenderski malarz, który za życia sprzedał tylko jeden obraz, popełnił samobójstwo. Dlaczego tak się stało? To będzie próbował ustalić człowiek, który nie chciał, ale musiał wykonać zadanie. Armand Roulin jest synem naczelnika poczty, chociaż sam chciałby być kowalem. Ojciec, który przyjaźnił się z van Goghem, rok po jego śmierci znajduje ostatni list napisany do brata artysty, Theo. Gdy dociera do Paryża, do osoby sprzedającej artyście narzędzia do pracy, okazuje się, że Theo nie żyje. Adres do wdowy posiada lekarz van Gogha. Armand, chcąc nie chcąc, wyrusza szlakiem ostatnich dni malarza i powoli zaczyna odtwarzać ostatnie dni.

twoj_vincent_2

Historia jak z kryminału? Po części film duet Welchman/Kobiela jest ubranym w animację kryminałem, który zachwyca od pierwszego do ostatniego kadru. Śledztwo jest poprowadzone w sposób klasyczny, czyli rozmowy bohatera z postaciami (sprzedawca olejów, szefowa knajpy, wioślarz, w końcu lekarz) przeplatana czarno-białymi retrospekcjami, z których zaczyna się wyłaniać obraz van Gogha. I próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego szczęśliwy człowiek, już po wyjściu z ośrodka dla obłąkanych po 6 tygodniach popełnia samobójstwo? Bo był szaleńcem? A może to był wypadek? A może… morderstwo? Twórcy bardzo zgrabnie mieszają tropy, prowadzą w maliny, w paru wypadkach wyrabiając zdanie o postaciach, które się jeszcze nie pojawiły. A jednocześnie jest to bardzo przekonujący portret samego van Gogha – człowieka nie do końca pewnego siebie, wycofanego, skupionego na swojej pracy, a także szukającego szczęścia oraz (może nie wprost) pieniędzy, by móc samodzielnie egzystować. Ciekawe, jakie wnioski z tej podróży wyciągnie Roulin – to odkryjecie sami w kinie. Tak samo jak wyjaśnienie całej intrygi.

twoj_vincent_1

A nie wspomniałem o najważniejszym – przepięknej stronie plastycznej. Twórcy postanowili całość ubrać w ten sposób, by wyglądała jak ożywione obrazy samego van Gogha. Stąd cała masa takich białych kresek na wszystkim: twarzach, scenografii, przedmiotach. I nie jest to animacja komputerowa, tylko prawdziwa, ręcznie wykonana robota. To wszystko żyje i oddycha, nawet deszcz jest bardzo efektowny, nie mówiąc o nocy, gdzie gwiazdy biją klaskiem. Tego moje skromne słowa nie są w stanie oddać, także tego jak znakomita jest muzyka Clinta Mansella.

twoj_vincent_3

Postacie intrygują, polski dubbing jest na dobrym poziomie, bez poważniejszych zgrzytów (najbardziej błyszczy Robert Więckiewicz jako dr Gachet oraz Zofia Wichłacz w roli jego córki, solidnie poradził sobie Józef Pawłowicz jako nasz protagonista, a poza tym usłyszymy m.in. Jerzego i Macieja Stuhrów, Danutę Stenkę, Roberta Guralczyka czy Włodzimierza Matuszaka), a całość jest idealną kombinacją oryginalnej formy z wciągającą opowieścią w niemal kryminalnym stylu.

twoj_vincent_4

Jednocześnie jest to pełen emocji i pasji hołd złożony jednemu z największych malarzy wszech czasów, co jest bardzo rzadką kombinacją dzisiaj. Dla mnie jest to kino totalne, gdzie wszystkie klocki pasują do siebie idealnie, bez żadnej zbędnej sceny, dialogu, postaci. Dla takich filmów ludzie idą do kin.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej

Kiedy w tytule filmu pada słowo miłość, kochanie czy seks, już mamy pewne przypuszczenia o czym to może być – komedia romantyczna, melodramat, erotyk. A kiedy jeszcze jest historia, to już wszystko staje się jasne – to będzie biografia. A kim była Michalina Wisłocka? Kobietą, która jako pierwsza w kraju zaczęła mówić o tym, o czym każdy chciał, ale się bał zapytać (i chyba niektórzy nadal się boją). Tak, zgadliście, chodzi o seks. Rzecz, która – mam wrażenie – nadal jest tematem tabu, budzącym wstyd oraz skrępowanie.

sztuka_kochania1

Ale po kolei. O jej życiorysie, przeplatanym z próbą wydania pierwszej książki o życiu seksualnym Polaków próbuje opowiedzieć Maria Sadowska. Zanim zaczniecie się rzucać, czemu piosenkarka jazzowa bierze się za kino, uprzedzę, że pani reżyser ukończyła też łódzką filmówkę i jest to druga fabuła (lepsza od poprzedniego „Dnia kobiet”). „Sztuka kochania” nie powstałaby, gdyby nie ogromny sukces „Bogów”, czyli przykładu przeszczepienia amerykańskich szablonów biografii na polskie podwórko. I tutaj jest podobnie, bo udaje się odtworzyć nie tylko fakturę epoki (od okupacji do lat 70.: pięknie wyglądające stroje, muzyka w tle, scenografia i rekwizyty – no nie ma się tu czego przyczepić), ale przede wszystkim mentalność tej epoki. Epoki, w której sprawy intymne (dokładniej kobiet z przyjemnością) są niewygodne zarówno dla partyjnej władzy, jak i Kościoła (rozmowy z urzędnikami, jak i biskupem – trafne w punkt).

sztuka_kochania2

Jednocześnie zaczynamy poznawać losy bohaterki (dość barwne, skandalizujące – życie w trójkącie, kolejni partnerzy, pobyt w Lubniewicach), a jednocześnie widzimy walkę o publikację „Sztuki kochania”, wziętą jakby z konwencji heist movie. Ciągle problemy (bo ilustracje, bo słowo, bo się „pierdolą tam”, próba skonfiskowania tekstu), ciągła walka, nieugięty charakter Wisłockiej budził mój podziw. Wszystko jest podkręcone do granic możliwości, sceny erotyczne nie są zrealizowane po to, by szokować czy doprowadzić widza do stanu podniecenia, ale jest to zrobione ze smakiem (wszelkie skojarzenia z „Masters of Sex” w pełni uzasadnione).

sztuka_kochania3

I jeszcze jak to jest świetnie zagrane. Nie da się nie zauważyć Magdaleny Boczarskiej, która jako Wisłocka trzyma fason. Jej ewolucja od młodej, troszkę pogubionej dziewczyny do twardo stąpającej, doświadczonej oraz pewnej siebie kobiety jest przedstawiona bez cienia fałszu, sztuczności czy zakłamania. Ale tak naprawdę całość skradł zaskakujący Eryk Lubos jako niemal idealny mężczyzna i kochanek, chociaż nie sprawia tego wrażenia. I ta chemia między nim a nią jest siłą napędową środkowej części filmu. Poza nimi jeszcze warto wspomnieć o trzymających fason duecie Jakubik/Mecwaldowski (urzędnicy Wydziału Kultury), wyjątkowo dobrym Piotrze Adamczyku (Staszek Wisłocki), jak i o Jaśminie Polak (redaktorka Teresa, walcząca o publikację).

sztuka_kochania4

„Sztuka kochania” to ciekawa mieszanka dramatu, komedii, filmu obyczajowego oraz wręcz heist movie (walka o publikację) pokazując, jak ciężko jest walczyć o przedstawienie czegoś tak naturalnego dla życia każdego człowieka jak seks. Bo przecież wiemy, co, kiedy i jak, prawda? A jeśli nie, to poczytajcie „Sztukę kochania” albo zobaczcie film pod względem edukacyjnym.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać

Rok 1945 miał przynieść dla Polski pokój oraz być początkiem odbudowywania kraju po wojennej zawierusze. Jednak okazuje się, że władzę przejęli komuniści, a kraj znalazł się w radzieckiej strefie wpływów. Dla wielu ludzi działających w podziemiu walka miała się dopiero zacząć. A jednym z tych wojaków był Mieczysław Dziemieszkiewicz „Rój”, który poległ w zasadzce w 1951 roku.

historia_roja1

Tematyka żołnierzy wyklętych, czyli ludzi podziemia, co nie złożyli broni i postanowili dalej walczyć o kraj, tym razem z okupantem sowieckim, jest czymś bardzo świeżym, mogącym zainteresować zwłaszcza młodego (nastoletniego) widza. Pytanie czy reżyser Jerzy Zalewski był w stanie opowiedzieć o zapomnianym bohaterze. Odpowiedź na to pytanie jest jedno: no k***a nie. Reżyser miesza tutaj postacie i wątki, wprowadzając kompletny bajzel. Scenariusz jest zbiorem scenek, będących zbiorem scen akcji, gdzie kamera zapierdala jak szalona, trzęsąc się we wszystkie możliwe kierunki. I jak mam się zorientować kto z kim i jak atakuje. Żeby było jeszcze trudniej, wszystko jest zrobione w slow-motion jakby to był co najmniej film Pasikowskiego czy Peckinpaha (atak na UB).

historia_roja2

A żebyśmy wiedzieli, ze to film o żołnierzach wyklętych, to muszą pojawić się obowiązkowe sceny ze słowami „Bóg, Honor, Ojczyzna” skontrastowane z panami w kapeluszach, obalającymi flaszkę za flaszką, rzucając jedną kurwę za drugą. Czemu to wszystko musi być takie zero-jedynkowe, jakbym oglądał jaką bajeczkę czy komiks gorszego sortu? Nawet próby wprowadzenia szarości (postawa Młota czy chłopa, który jest taką chorągiewką) są rozbrajane czy to patetycznymi tekstami (mówionymi lub krzyczanymi), czy wrzuconymi w tło religijnymi symbolami. I jeszcze ten bałaganiarski montaż (przeplatająca się scena zabicia „Pogody” z modlącym się Rojem), gdzie nawet udźwiękowienie stoi na słabym poziomie. Dotyczy to w szczególności odgłosów strzałów, brzmiących jakby to były zabawki, a nie prawdziwa broń. Takich rzeczy się nie robi.

historia_roja3

Wygląda to okropnie, brzmi najwyżej słabo, a aktorstwo tutaj praktycznie nie istnieje. Albo się deklaruje ważne rzeczy albo rzuca się mięchem. Grający Roja Krzysztof Zalewski kompletnie nie pasuje do roli nie idącego na kompromisy żołnierza, pozbawionego wątpliwości (chociaż scena nocnego koszmaru, gdzie rozmawia z poległymi, próbuje wybrzmieć), który wszystko. Kompletnie tej postaci brakowało charyzmy, a jego przemowy brzmią bardzo sztucznie. Z drugiej strony jest przerysowany Wyszomirski (Piotr Nowak) – były kumpel, który jest tutaj tak zły, że już bardziej się nie da. Cała reszta służy do deklaracji oraz opowiadania się po jednej ze stron. Nawet pewne drobne epizody (Mariusz Bonaszewski jako rozdarty Młot czy Sławomir Orzechowski jako chłop Osowiecki) nie dostają szansy na wybrzmienia ich dylematu.

historia_roja4

„Historia Roja”, chociaż powstawała 6 lat w ogromnych bólach (ciągle brakowało funduszy), jest przykładem bardzo spóźnionej ciąży. Pozbawiona jakiegokolwiek sensu, wiarygodnej psychologii postaci, napięcia, tła, czegokolwiek. Szczytowy przykład partactwa filmowego, na jaki ci bohaterowie zwyczajnie nie zasłużyli. Pytanie, czy ktoś zmądrzeje i wyciśnie coś więcej niż tylko suspensową muzykę Michała Lorenca (a że przypomina „Call of Duty”, to inna kwestia) oraz ważki temat.

1/10

Radosław Ostrowski

Styx – The Mission

Styx_The_Mission_album_cover_%282017%29

Czy ktoś z tu obecnych kiedyś słyszał o grupie Styx? To jeden z amerykańskich weteranów rocka z elementami progresywności, który lata świetności miał w latach 70/80, osiągając multiplatynowe nakłady. Tylko kto to pamięta, zwłaszcza że ostatni album wyszedł w 2003 roku. Ze starego składu ostał się “szkielet”, czyli wokalista i gitarzysta Tommy Shaw, basista Chuck Panozzo oraz gitarzysta James Young, lecz reszta brzmienia pozostała po staremu. Czego się spodziewać po nowym dziele?

“The Mission” to concept album, opowiadającym o misji na Marsa. Choć utworów jest dużo, to sporo z nich nie przekracza nawet dwóch minut, pełniąc role łączników jak choćby epicki, instrumentalny wstęp “Overture” czy “All Systems Stable”. Całość brzmi jak rock z lat 70., czyli dużo gitar, syntezatorów, a wokalnie czuć zgranie, jakby to był jeden głos, a nie trzy. Dominuje tutaj spokój, chociaż początek jest bardzo czaderski (szybkie “Gone Gone Gone”), będący podrasowanym i melodyjnym wcieleniem Queen. Spokojniej, choć nie bez gitar i basu, jest w “Hundred Million Miles from Home”, a refren brzmi świetnie (harmonia wokalna). Do tego jeszcze fortepian pod koniec. Bardziej w stronę reaggae (dziwaczna perkusja  oraz wolny riff) skręca “Trouble At The Big Show”, by mocniej zagrać riffami z każdą sekundą. Rozmach powraca w podniosłych balladache “Locomotive”, “The Greatest Good” oraz “Radio Silence”, dając spore pole instrumentom (organom, klawiszom i gitarom), a agresywniej się na początku “Time May Bend”, co jest zasługą świdrujących klawiszy.

A im bliżej końca, tym robi się ciekawiej jak w epickim “Red Storm”, szybkim pianistycznym walcu “Khedive” ze sporadyczną ilością smyczków, przesiąkniętym mocno Vangelisem (te klawisze na początku) “The Outpost”, zmieniającym się w hard rockowy popis, kończąc pogodnym “Mission To Mars”.

Cóż, ja mogę powiedzieć? Styx nie idzie zgodnie z prądem i nowymi trendami, tylko gra swoje. A że nie jest to dzisiaj muzyka popularna, przynosząca milionowe nakłady, to już inna kwestia. Za to jest spójnie, klimatycznie i miejscami z dużą dawką ognia. Oby jeszcze formacja pokazała, na co ją jeszcze stać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Moja walka. Mamed Khalidov

Każdy, kto choć troszkę interesuje się sportem, kojarzy postać Mameda Chalidowa – pochodzącego z Czeczenii zawodnika MMA reprezentującego nasz kraj. A punktem wyjścia była walka zawodnika z Azizem Karaouglu oraz przygotowania do niej obserwowane przez Sylwestra Latkowskiego. Potyczka zakończyła się zwycięstwem Chalidowa na punkty, ale kibice zaczęli buczeć i gwizdać. Co się stało?

mamed_chalidow1

Reżyser próbuje bardzo mocno pokazać Chalidowa, skupiając się przede wszystkim na początku jego drogi: dzieciństwo i młodość w Czeczenii ogarniętej wojną, przyjazd do Polski na studia, początek pracy w pierwszym klubie MMA w Olsztynie, pierwsze walki (niekoniecznie zakończone sukcesami). Wszystko to okraszone zdjęciami, archiwaliami oraz rozmowami z Chalidowem i dwoma trenerami. Dzięki temu jesteśmy w stanie obserwować karierę zawodnika, ale też podpatrzeć jak wyglądają treningi, gale MMA z drugiej strony.

mamed_chalidow2

Ta dwutorowość narracji działa bardzo pobudzająco i nie sprawia znużenia. Ale dla mnie, osoby troszkę znającą postać Chalidowa „Moja walka” nie wniosła nic nowego. I ta historia nie była dla mnie niczym nowym, chociaż zaskoczeniem były dla mnie relacje z walki w Chorwacji. Także ostatnia walka oraz decyzja o zakończeniu też wywołały zaskoczenie. Ale to wszystko w formie godzinnego materiału jest niewystarczająco wykorzystane.

mamed_chalidow3

Latkowski nie sięga głębiej, chociaż zapowiadał „mocny dokument”. Mimo to, trudno przejść obojętnie wobec Chalidowa i jego dość prostej filozofii dotyczącej jego obecnej profesji. I za to, tego człowieka będę szanował, bez względu na wartość filmu.

6/10

Radosław Ostrowski