Beck – Colors

BeckColors

Pamiętacie taką piosenkę “Loser”? Nagrana w połowie lat 90. pozostaje najbardziej rozpoznawalnym utworem w karierze Becka Hansena – multiinstrumentalisty, kompozytora, wokalisty i autora tekstów. Poprzednia, bardzo folkowa i wręcz wyciszona płyta “Morning Phase” z 2014 roku przyniosła aż trzy nagrody Grammy w tym za album roku. Singiel zapowiadający nowy materiał wypłynął rok później, a nowe wydawnictwo przyszło teraz. Jakie kolory są w “Colors”?

Muzyk stosuje zasadę płodozmianu, czyli jeśli poprzednik był bardzo spokojny, wolny i (miejscami) senny, nowe dzieło było jego kompletnym przeciwieństwem. Razem z producentem Gregiem Kurstinem Beck skręcił w stronę pop-rockowego grania, polanego sensownie użytą elektroniką. Tytułowy utwór otwierający całość ma w sobie szybkie tempo, imitację fletu, nakładające się głosy Becka i dużą dawkę energii. Podobnie jak czarujący przestrzennymi klawiszami “Seventh Heaven” z iście funkowym sznytem lat 70. czy mocniejszy, choć chwytliwy I miejscami rapowany (początek refrenu) “I’m So Free”, gdzie znalazło się nawet miejsce dla przerobionego cyfrowo głosu. Zaskakuje za to pianistyczny “Dead Life”, idący w niemal swingowe klimaty, poddane drobnym modyfikacjom czy bardziej żeniący łagodnego rocka z rapem “No Distraction” i “Wow” (najsłabszy z całej płyty). Ale wszelkie predyspozycje na hit ma “Dreams” (w dwóch wersjach różniących się czasem i… głośnością), które ma zarówno szybką grę gitary I sekcji rytmicznej, nośny refren oraz zmianę tempa w środku.

Beck ciągle eksperymentuje, ale całościowo “Colors” ma wszelkie zadatki, by podbić radiowe stacje oraz zaszaleć na imprezach. Wokal Becka z jednej strony jest bardzo lekki i delikatny, ale potrafi też mocno przyspieszyć, rapować oraz bawić się głosem. “Colors” są szybkie, dynamiczne, ale też bogato zaaranżowane, mimo drobnych kiksów (“Wow”, spokojne “Fix Me” I “Square One”). Aż strach pomyśleć, co Beck zrobi na następnym albumie – przerzuci się na heavy metal, rapcore, nagra album z Eminemem?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Robert Plant – Carry Fire

Robert_Plant_Carry_Fire

Tego Pana przedstawiać nie trzeba – frontman legendarnego Led Zeppelin po zakończeniu działalności kompletnie odciął się stylistycznie od macierzystej formacji I eksperymentuje z folkiem, elektroniką. Nie zapomniał o swoich rockowych korzeniach, a na nowe dzieło Planta trzeba było czekać trzy lata. Pytanie, co dostaliśmy?

Otwierająca całość “The May Queen” spokojnie mogłaby się znaleźć na poprzedniej płycie. To skoczny, wręcz folkowy numer w duchu hippisowskim z łagodną gitarą oraz perkusją. Mocniej, choć nie agresywniej dzieje się w “New World…” pełnym prostych riffów, lecz uwodzących swoim surowym klimatem. Melancholijno-nostalgiczne “Season’s Song” czaruje środkową partią pełną wokaliz, organów oraz oszczędnych riffów, podobnie jak pełen onirycznych fragmentów (wplecenie elektroniki z mocną perkusją) “Dance with You Tonight”, gdzie bardziej odzywa się gitara elektryczna. “Carving Up the World Again… A Wall and Not a Fence” troszkę tempem I brzmieniem przypomina lekko podrasowane “Rainbow”, jednak nie jest to bezczelna kalka. Bardziej trip-hopowy “A Way With Words” świetnie odnalazłby się jako podkład do filmu Davida Lyncha, a klimat zmienia dość mroczny fortepian oraz smyczki pod koniec. Największe jednak wrażenie zrobił zabarwiony orientalnymi naleciałościami utwór tytłuowy, wprowadzając w trans. Tak samo jak drugi singiel, czyli bardziej bluesowy “Bones of Saints”, ale kompletnie zaskoczyło mnie “Keep It Had”, pełne mrocznej elektroniki oraz bardziej siarczystych solówek, podobnie jak agresywny “Bluebirds Over The Mountain”, gdzie Plant pozwala sobie na troszkę więcej.

Ciągle zaskakuje to, że 69-letni Plant jest tak wokalnie powściągliwy, ale jednocześnie ten głos jest pełen emocji, co wydaje się pozornie paradoksem. Jednak wokalista wie, co robi i nie musi nikomu niczego udowadniać, ścigać się o to, czy potrafi ryknąć. Nie czuje takiej potrzeby, a ten głos współgra z tymi cudacznymi dźwiękami w tle.

Jak ja lubię taką muzykę, która atakuje swoją przestrzenią, ale jednoczenie bywa (czasami) kojąca. “Carry Fire” ma więcej gitar niż poprzednik, jednak jest to kontynuacja obranej ścieżki. Więc trzymajmy ten ogień, dając go w końcu światu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Rejs

Trudno mierzyć się z filmami, które w pewnych kręgach uznawane są za pozycje kultowe. Zwłaszcza, jeśli się nie widziało ich w dniu premiery (bo nie było się wtedy na świecie) albo z powodu dużej nieświadomości kinomana. Dlatego z pewnymi obawami zmierzyłem się z (podobno) komedią Marka Piwowskiego, gdzie połowa materiału została wycięta przez cenzurę. Może to miało wpływ na status kultu czy pewnego niezrozumienia. Więc jak jest naprawdę?

rejs1

Punktem wyjścia jest moment, gdy gapowicz wchodzi na statek płynący przez Wisłę. Kapitan robi z niego specjalistę od spraw kulturalno-oświatowych (kaowiec), który próbuje zorganizować życie kulturalne. Dzień kapitana, tańce, śpiewy – wszystko to sprawia wrażenie scen improwizowanych, gdzie fabuła bardzo, bardzo luźno idzie z punktu A do B. Tylko, że fabuła praktycznie nie istnieje, gdzie humoru oparty jest z jednej strony oparty na absurdalnych dialogach, pełnych nowomowy oraz dowcipnych monologach (wypowiedź o kondycji polskiego kina i różnicach między filmem krajowym a zagranicznym – dzisiaj troszkę zdezaktualizowała, chyba), z drugiej na scenach z muzyką Kilara wyglądających jak żywcem wzięte z kina niemego (widzimy ruch ust, ale nie słyszymy słów), opartych na prostych gagach jak podczas „zniknięcia” kiełbasy przez… wędkę czy sceny surrealistycznych układów tanecznych.

rejs3

Wszystko to jest tylko spojrzeniem na kraj, gdzie dowódca jest zdezorientowany, a rządzą tak naprawdę drobni spryciarze, potrafiącym manipulować i kierować ludźmi przy władzy. Dla mnie problemem jest czas trwania (niecała godzina) i mocna ingerencja w bardzo poszatkowaną fabułę. Żałuję, że nie zachowało się więcej materiału, bo było tutaj naprawdę duże pole do popisu, by pewne wątki rozwinąć (śledztwo w sprawie napisu w damskiej toalecie czy rozbudowanie zgaduj-zgaduli) czy interakcji kaowca z resztą pasażerów. Jeszcze to bardzo urwane zakończenie, gdzie statek płynie dalej.

rejs2

Tylko dokąd płynie ten tańczący i bawiący się okręt (czy tylko mi to troszkę przypomina – może na siłę – chocholi taniec z „Wesela”?) przez noc? A wszystko to bardzo dobrze zagrane w sporej części przez amatorów jak Jan Himilsbach (Sidorowski) czy Andrzeja Dobosza (Filozof). A najbardziej zapada w pamieć Zdzisław Maklakiewicz jako inżynier Mamoń.

rejs4

Szkoda, że ten „Rejs” kończy się tak szybko, zwłaszcza że będący przewodnikiem w tym szaleństwie Stanisław Tym bardzo dobrze się odnajduje w postaci fałszywego kaowca. Trafny portret epoki (zakłamanie, bierność, brak jakiegokolwiek buntu) pełzający w oparach absurdu. Poczucie humoru zdecydowanie nie dla wszystkich.

7/10

Radosław Ostrowski

PolandJa

Kino nowelowe czy posiadające polifoniczną narrację nie jest niczym nowym czy zaskakującym – bez względu na gatunek czy konwencję. Na wieść o polskiej komedii składającej się z kilku wątków, podchodziłem dość sceptycznie. Zwłaszcza, że jest t dzieło debiutanta.

polandja1

O czym jest „PolandJa”? to zbiór kilku historii pokazujących Polaków portret własny, czyli opisem naszej zawiści, nienawiści, pracoholizmu, nietolerancji. Problem w tym, że kilka z tych nowelek kompletnie nie działa, a poczucie humoru oparte na rzucaniu kurew, pizd i innych wulgarnych słów. Trzeba jednak przyznać, że twórcom nie brakuje pomysłów na historyjki: ojciec jadący na spotkanie, by potem dotrzeć do córki na zawody sportowe, profesor akademicki korzystający z usług prostytutki (okazuje się ona jego… studentką), dwójkę nacjonalistów, chłopak próbujący pozbyć się węża, policjanta i bandziora gadającego o kobietach, pracownicę korporacji zwolnioną z pracy, a punktem spójnym jest budka z kebabem „Istambuł”.

polandja2

To miejsce dochodzi do finałowego zderzenia, ale to wszystko nie łączy się w jedną opowieść – brak jakiegoś wydarzenia, będącego klejem. Wszystko w oparach absurdu, a reżyser próbuje skomentować obecną sytuację kraju, mierzącego się z imigracją i „brudasami”. Bywa czasami dosadnie (rozmowa Iwo z Erykiem), nawet lekko romansowo (studentka w związku z pracownikiem budki z kebabem) czy wręcz purnonsensowo (wątek Szymona i tajemniczego kloszarda), ale to wszystko ani ciekawe, ani zabawne, czy nawet wnikliwe – wszystko ociera się o banał, wyciągając mało odkrywcze, a nawet krzywdzące wnioski (że mało Polaków w Polsce przez „brudasów” czy innych „ciapatych”).

polandja3

„PolandJa” jest miejscami topornie zrealizowana, choć zdjęcia są niezłe. Broni się też muzyka Andrzeja Smolika, dobrze pasująca do wydarzeń ekranowych, nawet zgrabnie wykorzystująca piosenki. Ale sami bohaterowie są ledwo liźnięci i pozbawieni jakiegoś wyraźnego tła czy motywacji. Czułem się wrzucony w środek historii, bez początku czy puenty, przez co miałem tak naprawdę gdzieś ich losy. Jeśli jednak ktoś wyróżnia się z tego grona postaci, to byłyby zdecydowanie role Izy Kuny (Jola), Borysa Szyca (żołnierz w ostatniej sekwencji) oraz Jerzego Radziwiłowicza (profesor). Jeszcze można wspomnieć Janusza Chabiora (menel) i Michała Żurawskiego (Eryk, czyli typowy Janusz), tworzący wyrazisty drugi plan.

polandja4

Tylko, że to wszystko nie wystarcza, bo „PolandJa” nie daje ani dobrej (lub co najmniej przyzwoitej) rozrywki, ani jakiejś trafnej obserwacji rzeczywistości (nieudolne próby pozbycia się węża czy próba wysadzenia kebabu) lub solidnej realizacji. Poza aktorami nie ma tu zbyt wiele do pokazania, co mocno smuci.

polandja5

4/10

Radosław Ostrowski

Szczęście świata

Rok 1939. Mieszkający w Warszawie dziennikarz Sobański dostaje zadanie przeprowadzenia wywiadu z autorem bestsellerowego przewodnika po świecie. Jedynym tropem jest poczta, z której autor odbiera honorarium gdzieś na Śląsku. Bohater wyrusza tam i zamieszkuje w kamienicy, gdzie przebywa jego kochanka – Róża. Poza nią mieszka tam galeria dość intrygujących postaci, która będzie miała decydującą rolę przed najgorszym okresem.

szczcie_wiata1

Michał Rosa jest dla mnie niezbyt znanym reżyserem, tzn. słyszałem o jego filmach niż je widziałem. „Szczęście świata” to nietypowa mieszanka dramatu, komedii i… realizmu magicznego. Całość wygląda bardzo bajkowo, wręcz nierealistycznie, a jednocześnie to wszystko wydaje się prawdopodobne. Sam wątek poszukiwań pisarza zostaje porzucony na rzecz mieszkańców tej kamienicy: botanika hodującego opuncje, portiera z pasją matematyka, Niemkę wychowującą syna i mającą obsesję na punkcie czystości czy pracownika poczty Jana. Film wygląda bardzo plastycznie, pełen silnych barw, jakby żywcem wzięte z filmów Wesa Andersona (bez tej symetryczności kadrów) czy Jean-Pierre’a Jeuneta, tworząc niesamowity klimat czegoś między snem a jawą. Także imponuje praca scenografów, czaruje piękna akordeonowa muzyka. Problem w tym, że sama historia nie porywa i jest mocno podzielona na scenki, w których dochodzi do interakcji mieszkańców z Różą – tym kolorowym ptakiem, wnoszącym coś więcej do ich prostego, banalnego życia. A potem wybucha wojna, kobieta znika i trafiamy do początków lat 50., widząc jak nieobecność tej osoby zostawia pustkę. Tylko, że dochodzi do tego za szybko i nie pozwala wybrzmieć. Nadzieję daje zakończenie, które wyjaśnia główną tajemnicę, ale to troszkę za mało, by uznać całość za świetną.

szczcie_wiata2

Rosa za to świetnie prowadzi aktorów, którzy tworzą bardzo intrygujące postacie. Nie zawodzi ani Krzysztof Stroiński (botanik Tomasz), Agata Kulesza (Gertruda) czy Przemysław Bluszcz (Jan), chociaż ten ostatni nie zostaje w pełni wykorzystany. Ale tak naprawdę liczy się tylko Karolina Gruszka – mieszanka niewinności, delikatności, ale też magnetyzującego erotyzmu. Nie da się przejść obojętnie wobec rudowłosej kobiety, opisującą siebie jako „szczęście świata” i dla niej należy obejrzeć ten film.

szczcie_wiata4

Dzieło Rosy to dziwaczna efemeryda, która z jednej strony uwodzi świetną estetyką i realizacją, lecz scenariuszowo zostawia wiele do życzenia. Do realizmu magicznego znanego choćby z wczesnych filmów Kolskiego brakuje sporo, ale trudno oderwać oczy od takiego pięknego kwiatka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Amarok – Hunt

rec_hunt_0593ce7c903113

Kolejny przykład polskiego progresywnego rocka, tym razem jest to solowy projekt multiinstrumentalisty Michała Wojtas. Amarok wraca i to nie tylko w postaci zremasterowanej dyskografii z początku drogi, ale także z nowym materiałem, nagranym po 13 latach. Pytanie, czy tak długa przerwa nie osłabiła Wojtasa?

To nadal rock progresywny polany sosem elektroniczno-ambientowym czy wręcz trip-hopu spod znaku Massive Attack czy Tangerine Dream. Już otwierające całość pulsujące “Anonymous” zachwyca niepokojącym tłem, gdzie mamy szczekanie psa, nerwową elektroniką, soczystą solówką na gitarze i wykorzystaniem stuletniego (!!!) indyjskiego harmonium. Bardziej wyciszony jest przepiękny, wybrany na singla “Idyll”, gdzie słyszymy Mariusza Dudę z Riverside, gdzie powoli dochodzą kolejne instrumenty, z wszelkiej maści gitarami. Bardziej eksperymentalny jest “Distorted Sould”, gdzie agresywna elektronika przeplata się z riffami a’la David Gilmour, cudnymi smykami oraz… thereminem czy niemal polany etnicznym sosen (duduk) instrumentalny “Two Sides”. Tajemniczy jest “Winding Stairs”, pełen elektronicznych ubariweń, wspartych przez delikatną gitarę, podobnie jak mieszający agresywne riffy z ambientem “In Closeness” oraz “Unreal”, po raz kolejny skręcając w dokonania Mandarynkowego Snu. Równie minimalistyczny “Nuke” z Colinem Bass (Camel) porywa swoim klimatem. A największym dla mnie był ponad 17-minutowy utwór tytułowy z chropowatą elektroniką, angielskim lektorem w tle, coraz bardziej dodawanymi instrumentami )gitara, klawisze, theremin), ale melodia jest niemal taka sama.

Za to Wojtas grający na wszystkich instrumentach jest w niesamowitej formie. Także ze swoim bardzo eterycznym wokalem, przypominającym troszkę Mariusza Dudę, co nie jest żadną wadą. Także goście wokalnie nie zawiedli, dodając wiele do tekstów opisujących życie we współczesnym, wirtualnym świecie. “Hunt” to jedna z najładniejszych płyt polskiego prog-rocka, która powinna trafić w swój czas. Kto się z nią spotka, nie przejdzie obojętnie. Warto upolować to dzieło.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Julia Holter – In The Same Room

Juliaholterinthesameroom

Ta amerykańska wokalistka sceny alternatywnej, coraz intensywniej zaczęła nagrywać. Po poprzednim albumie “Have You In My Wilderness” oraz stworzeniu muzyki do filmu “Opłacone krwią” (o tym opowiem wkrótce), Julia Holter nagrała pierwszą płytę koncertową. O tyle nietypową, że są to piosenki nagrane w londyńskim RAK Studios w ramach projektu wytwórni “Domino Documents”, pokazujących pracę nad materiałem. Czy w ogóle warto jest nagrywać takie albumy? ”In The Same Room” daje na to odpowiedź.

Pierwsze, co uderza to silniejsza obecność wokalu Holter i przesunięcie go na pierwszy plan, a w tle słyszymy fortepiano, oszczędne smyczki i perkusja. Czuć to od bardzo rozedrganego “Horns Surrounding Me”, czaruje “So Lillies” z nakładające się głosami oraz klawesynem, by zaraz zawrócić w stronę eleganckiego jazzu pod postacią poruszającego “Silhouette”, by wejść w niemal melancholijny nastrój (smyczki w “How Long?”). Klawesyn wraca do dynamicznego, eterycznego “Feel You”, a prawdziwa magia pojawia się w niemal onirycznym “Lucette Stranded on the Island”, gdzie czarują perkusjonalia zmieszane z fortepianem oraz smyczkami, a także wspartym na basie rozbrykanym “In the Green Wild” czy powoli snującym się “City Appearing”. Także “Vasquez” z długim środkiem instrumentalnym potrafi oczarować.

Pięknie zaaranżowane piosenki wsparte przez niesamowity, pełen emocji, chociaż bardzo delikatny, wręcz dziewczęcy. Nowe brzmienie piosenek w studio robi jeszcze większe wrażenie niż na studyjnych płytach, co nie zdarza się często. Holter kolejny raz potwierdza klasę, a stare piosenki nabrały nowego koloru. Więc jest sens nagrywania płyt w wersji live.

8/10

Radosław Ostrowski

Gwiazdy

Ostatnio w naszym kraju widoczny jest trend tworzenia biografii ludzi osadzone w czasach PRL-u, jak „Bogowie” czy „Sztuka kochania”, co jest pozytywnym zjawiskiem. Teraz do tego grona postanowił dołączyć Jan Kidawa-Błoński i tym razem przedstawić (bardzo luźno) losy Jana Banasia – piłkarza Górnika Zabrze, co miał i chciał zagrać w Mundialu AD 1974. Punktem wyjścia jest przesłuchanie Banasia przez niemiecką polizei w sprawie ranienia człowieka nożem na stadionie podczas meczu Polska-RFN. Podczas niego Banaś opowiada swoją historię, pokazując jak mocno połamane były jego losy.

gwiazdy1

Od tej pory reżyser próbuje lawirować między melodramatem, filmem o przyjaźni, dramatem obyczajowym i kinem sportowym. Wątków jest wiele, ale pozornie twórcy skupiają się na dwóch: trójkącie między Jankiem, przyjacielem Ginterem i Marleną oraz próbach kariery sportowej. Problem w tym, że ani jedno, ani drugie nie zostaje w pełni wykorzystane i przedstawione mocno po łebkach. Jakby tego było mało to uczucie między naszym protagonistą a miejscową pięknością trzeba przyjąć na wiarę. Chemii brak, emocji też, a na samo wspomnienie imienia Marlena robiło mi się słabo.

gwiazdy2

A jak sceny sportowe? Jest ich parę, nawet jest trening a’la „Rocky”, tylko że jest tego bardzo, bardzo malutko i skrótowo. Bardziej tutaj widać, co robią piłkarze po meczu (impreza, kobity i gorzała w ilościach hurtowych), a sama gra jest ograniczona albo do umieszczenia archiwalnych kadrów lub krótkich sekwencji z kluczowych momentów. Musimy przyjąć na słowo, że Banaś jest utalentowanym piłkarzem, bo tego nie widać. Wszystko jakieś takie płaskie i trzeba przyjąć na wiarę. Plusem zdecydowanie jest warstwa wizualna, wiernie odtwarzająca realia epoki (lata 60. i 70.), z pełną detali scenografią. To wygląda ładnie i trudno się do tego przyczepić.

gwiazdy3

Aktorsko jest bardzo nierówno. Dla wielu problemem może być Mateusz Kościukiewicz, który wciela się w Banasia. Moim zdaniem jest całkiem ok, ale problemem jest jego narracja z offu, która jest po prostu zbędna i dopowiada to, co później pojawia się na ekranie. Lepiej prezentuje się za to Sebastian Fabijański jako Ginter, gdyż ma więcej materiału i ta relacja między bohaterami od przyjaźni do wrogości jest wygrana. Największą wpadką była dla mnie Marlena, czyli Karolina Szymczak, która tak naprawdę nie ma nic do grania, mówi bardzo mało i ma się tylko pokazać (ew. pokazać ciało). Znacznie bardziej zapadają w pamięć role drugiego planu, z niezawodną Magdą Cielecką jako matką Janka czy Erykiem Lubosem jako ojcem Karoliny, dodając troszkę kolorów.

gwiazdy4

Mam dziwne wrażenie, że Kidawie-Błońskiemu wyszedł tylko jeden film – „Różyczka” i to chyba przez przypadek („Skazanego na bluesa” nie widziałem). I „Gwiazdy” potwierdzają tą tezę, bo jest to przeciętny tytuł, nie wykorzystujący w pełni swojego potencjału. Niewiele się dowiedziałem o samym Banasiu, a jego losy były mi obojętne.

5/10

Radosław Ostrowski

Szatan kazał tańczyć

Pozornie jest to film o młodej pisarce o imieniu Karolina, która odniosła wielki sukces swoim debiutem, opartym na życiu swojej siostry. Kobieta ma słabe serducho, żyje sobie jak celebrytka (promocja nawet w Tajwanie), a całe jej życie bazuje na prostym szablonie: seks, dragi, obrazy z Instagramu, wymioty.

szatan_kazal1

Katarzyna Rosłaniec – wydawało mi się po debiutanckich „Galeriankach”, że mimo wad, jest pewien potencjał w tej reżyserce. Tutaj jest 56 dwuminutowych scenek, które – jak twierdzi sama autorka – można jakkolwiek zmontować, to zawsze będzie ten sam film. No i co z tego, skoro czegoś takiego jak scenariusz, reżyseria tu nie istnieje? Ciąg przyczynowo-skutkowy zastąpiono chaosem, bałaganem oraz scenkami sklejonymi z czapy. A co dostajemy? Krótkie rozmowy, przypadkowy seks, masturbację, wymioty, snucie się bohaterki po ekranie od miejsca do miejsca, od klubu do klubu, a żeby było jeszcze ciekawiej dostajemy fragmenty nowego dzieła Karoliny, a w tle zmieniająca się twarz głównej bohaterki. Brzmi to strasznie (bełkot podparty tak drażniącym głosem, że chciałem przewinąć te fragmenty), brakuje tu jakiejkolwiek myśli, przesłania, sensu, wreszcie bohaterów, którzy są ledwo liźnięci (skoro mieli tylko dwie minuty, to czego się spodziewać). Nie brakuje paru nawet ciekawych kadrów (obiad rodzinny czy rozmowa Karoliny z Jagodą), w tle potrafi rzucić się ciekawa muzyka („Papierowy księżyc” na początku i „Luciola” w finale), jednak to wszystko jest tylko ładną wydmuszką.

szatan_kazal2

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o aktorstwie, bo ono istnieje. Doceniam wręcz poświęcenie Magdaleny Berus w prezentowaniu swojego ciała, tylko że nie jest ono w żaden sposób podparte. Nie wiele o niej wiemy, ale widać pewne zagubienie, próbę odnalezienia swojego miejsca. Problem w tym, że nie byłem w stanie się zidentyfikować z Karoliną, a jej los kompletnie mnie nie obchodził. Z pozornie bogatego (lecz pustego) drugiego planu najbardziej zapadły mi w pamięć trzy postacie: matka (zawsze trzymająca fason Danuta Stenka), chłopak Marcin (dobry Łukasz Simlat) oraz postrzelona przyjaciółka Jagoda (Marta Nieradkiewicz), chociaż nie wykorzystano w pełni potencjał tych postaci.

szatan_kazal3

Ja pierdolę, chyba Szatan mnie podkusił, by obejrzeć ten wyrób filmopodobny. Najlepiej by się sprawdził jako videoinstalacja w galerii sztuki niż stricte film. Oglądacie tylko na własną odpowiedzialność, zwłaszcza, że Rosłaniec popełnia dokładnie te same błędy, co zawsze. I cofam to, co napisałem na początku.

1/10

Radosław Ostrowski

Kalina – Czyste szumienie

czyste szumienie

Są takie płyty, które trzeba przesłuchać i mieć, bo potrafią zaintrygować – okładką, tytułem, wykonawcą. Tak też się stało w moim przypadku z niejaką Kaliną. To bardzo rzadkie imię, a pod nim kryje się zawodowa aktorka (Kalina Hlimi-Pawlukiewcz), która śpiewa – głównie w teatrze. Jednak doszła do wniosku, że byłoby to egoistyczne, gdyby szersza widownia nie miała kontaktu z jej muzyką. Stąd mamy płytę “Czyste szumienie” (najpierw myślałem, że mi się przywidziało i powinno być sumienie), wyprodukowaną przez Maxa Skibę.

Co dostajemy? Szeroko pojęty elektro-pop, siegający do brzmień lat 80., ale jednocześnie bardzo współczesny. I tak się zaczyna “Biuro rzeczy znalezionych” mieszające etniczne dźwięki perkusji z bardzo metalicznym basem, przyspieszajac w refrenie. A w finale wszystko leci w stronę mieszanki funku, tłustych bitów z basem. Bardziej melancholijnie, a jednocześnie magicznie czaruje walczyk “Syreni śpiew”, gdzie każdy dźwięk coraz bardziej rozkręca się kontrastując z delikatnym wokalem, pod koniec brzmiąc niczym kołysanka. Wybrane na singla “Nawet jeśli” jest mroczniejsze i zanurzone w synth popowych dźwiękach (fragment utworu wykorzystano w “Twój ojciec nie był myśliwym” z wykorzystaniem… harfy jako instrument), zaś “Pamiętam Cię” to murowany przebój dyskotek z rozmarzonymi dźwiękami syntezatorów (I nawet remix umieszczony w formie dodatku nie jest w stanie tego zepsuć). I kiedy wydaje się, że dojdzie do ataku dyskotekowych dźwięków, następuje wolta w postaci pianistyczno-smyczkowycego “Grilla i tukanów”, płynnie przechodząc do onirycznego “Dotykam ziemi stopami” (refren zostaje zapętlony w “Słodkim życiu w niebie”), wspartego bardzo oszczędnymi dźwiękami, klimatem przypominając dzieła new romantic (tam samo zapętlone funkiem “Cześć tato”), a nawet idąc w psychodelię jak “Motylandia”. A taki instrumentalny “Bug” spokojnie mógłby się znaleźć na ostatnim albumie Arcade Fire, a wyróżniają go dźwięki puszczone od tyłu oraz wokalizy, by na finał dać utwór tytułowy – bardzo intymny, oszczędny, a jednocześnie ciepły.

Kalina jak na tego typu muzykę śpiewa bardziej delikatnie, zwiewnie niczym sukienka w wietrze. Ta lekka kreska w każdym utworze tworzy intrygującą mieszankę. Do tego bardzo bogata warstwa tekstowa, która daje wiele pól do interpretacji, przez co będzie się do “Czystego szumienia” wracać wielokrotnie. Tylko, że te powtórki można sobie zwyczajnie odpuścić, bo tylko sprawiają wrażenie zapychaczy. Inaczej album byłby bardzo dobry, ale I tak jest to pop z wysokiej półki.

7,5/10

Radosław Ostrowski