Kurt Cobain: Montage of Heck

Każdy fan muzyki rockowej zetknął się prędzej czy później z muzyką Nirvany oraz Kurta Cobaina. Dla jednych to wielki geniusz rocka, dla innych przeciętniak, co zniszczył muzykę gitarową. Czy jest w ogóle możliwe, byśmy mogli w jednym filmie poznać taką postać, która mocno wybija się na scenie muzyki rozrywkowej? Pewnie nie, ale twórcy tego dokumentu postarali się.

kurt_cobain1

Reżyser Brett Morgan miał aż 8 lat, błogosławieństwo rodziny zmarłego oraz dostęp do wszystkiego, co po sobie pozostawił: prywatne filmy, dziennik. Dodatkowo filmowcy postanawiają stworzyć atrakcyjny wizualnie kolaż, by nie ograniczać się tylko do “gadających głów”. Więc mamy tu animowane wstawki, wrzucone fragment dziennika, gdzie znajdują się nie tylko opisy stanu psychicznego, lecz także rysunki, fragmenty tekstów (wszystko to zostaje “ożywione”). Wszystko to bardzo mocno podkreśla niestabilny oraz zagubiony umysł Cobaina. Nie brakuje też muzyki Nirvany (także w pomysłowych aranżacjach instrumentalnych), wplecionych zapisów z koncertów, wywiady. Mimo trwania dwóch godzin, film ciągle intryguje, zaskakuje i daje wiele do myślenia.

kurt_cobain2

“Montage of Heck” nie jest laurką, mającą na cel wybielenie Cobaina. O nie. Rodzina, przyjaciele (zespół reprezentuje tylko basista Krist Novoselic) i ta, którą wszyscy oskarżają o destrukcyjny wpływ na Kurcie, czyli Courtney Love. Powoli dostrzegamy ewolucję chłopaka pragnącego sławy oraz tworzyć ciągle dobrą muzykę w unikającego mediów, tańczącego z heroiną, uwikłanego w związek z uzależnioną od narkotyków kobietą. Od tej pory nasz bohater nie radzi sobie z dziennikarzami, wpieprzającymi się w jego prywatne życie, rozpisując się o związku, urodzonym dziecku z uzależnieniem od narkotyków. I w żadnym miejscu nie czuć fałszu, przekłamania oraz oszustwa. Na mnie najmocniejsze wrażenie zrobiło mnóstwo scen: wspomnienie o upośledzonej dziewczynie, którą odwiedzał z kumplami (by ukraść z piwnicy gorzałę) i z którą chciał stracić cnotę, makabryczne ilustracje z dziennika (to trzeba samemu obejrzeć), wielka burza fanów czy ostatni concert, gdzie Kurt siedzi na wózku.

kurt_cobain3

Wszyscy ci, co uważali, iż nastąpi tutaj tabloidyzacja i skupienie na tym najczarniejszym dniu, rozczarują. Film urywa się w momencie, gdy Cobain nagrywa concert MTV Unplugged. Z czego to wynika? Mogę się tylko domyślać, że mogło dojść do pewnych porozumień albo chodziło o to, by nie rozdrapywać oraz unikania spekulacji.

kurt_cobain4

Ale to nie zmienia faktu, że film Morgana trzyma za gardło i porusza. Jednocześnie potrafi przygnębić, skłonić do refleksji na temat szczęścia, samotności i geniuszu. Kolaż niemal totalny.

8/10

Radosław Ostrowski

Operacja Anthropoid

II wojna światowa pociągała, przyciągała i będzie przyciągać kolejne pokolenia kinomanów oraz filmowców. Nie inaczej było w przypadku zeszłorocznej hollywoodzko-czeskiej produkcji „Operacja Anthropoid”, zrealizowanej przez irlandzkiego reżysera Seana Ellisa (także współtworzył scenariusz, zrobił zdjęcia i wyprodukował). Film z tak nośnym tematem podbiłby polskie kina, gdyby w ogóle do nich trafił, ale tak się nie stało. Szkoda, bo trafiłby na podatny grunt.

anthropoid1

Jest rok 1941, Protektorat Czech i Moraw, czyli dawna Czechosłowacja. Od dwóch ten kraj jest w rękach nazistów, którzy robią, co chcą. Od jesieni nowym władcą tego kraju jest obergrupenfuehrer SS Reychard Heydrich, który terroryzuje kraj, by niszczyć ruch oporu. Rząd na uchodźctwie wysyła do kraju dwóch komandosów – Jana Kubisia i Józefa Gabcika z konkretnym zadaniem do wykonania: zabiciem Heydricha.

anthropoid2

Ellis wykorzystuje historię, o której mało kto wie i mało kto słyszał. To jest duży plus, do tego pokazuje inne oblicze Czechów z czasów wojny, którzy kojarzeni byli raczej ze spokojem, kolaboracją i biernością. Tutaj mamy ich twarz walczących, trzymających broń i ginących za kraj. Wydaje się to nie do pomyślenia, jednak reżyser potrafi wiarygodnie pokazać tych ludzi, także rozdartych między rozkazem a konsekwencjami wykonania tego wyroku. Dobrze oddano realia epoki, gdzie ludzie są terroryzowani i w każdej chwili może czekać ich śmierć.

anthropoid3

No i najważniejsze: film trzyma w napięciu. Zarówno pierwsze spotkanie naszych chłopaków na czechosłowackiej ziemi, kontakt z ruchem oporu podkręcają adrenalinę. Prawdziwą wisienką na torcie był jednak sam zamach (tylko kamera miała swoje ADHD), jak i oblężenie kościoła, gdzie ukrywają się nasi bohaterowie. Jest dużo strzelania, pirotechniki oraz bardzo gorzki finał (lekko hollywoodzki).

anthropoid4

Że kibicujemy naszym bohaterom jest też zasługą dobrego aktorstwa. Ale czy może być inaczej, gdy do głównych ról wybiera się Cilliana Murpy’ego? Tutaj Irlandczyk tworzy bardzo pewnego, opanowanego i silnego Gabcika. Skontrastowany z nim jest Kubis (dobry Jamie „już nie Grey” Dorman), mający wiele wątpliwości, co do akcji, z trzęsącymi się dłońmi. Na drugim planie mamy dwie silne postacie szefów ruchu oporu, czyli wujka Halsky (Toby Jones) oraz Ladislava Vanka (Marcin Dorociński, który ma swoje mocne pięć minut). Obydwaj są oddani sprawie, choć Vanek obawia się konsekwencji.

anthropoid5

„Operacja Anthropoid” to mocne, mroczne i niepozbawione emocji kino, opowiadające mało znaną historię. Fani II wojny światowej oraz dobrych produkcji powinni się zmierzyć. Dobra robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Koniec trasy

Na hasło pisarz wiele osób wyobraża sobie człowieka bardzo inteligentnego, oczytanego, sięgającego tylko po rzeczy z wysokiej półki. I to z każdej gałęzi kultury – żadne tam chłamidła, krąży na najwyższym poziomie socjety, a wszyscy ludzie lgną do niego jak ćma do światła. W filmie Jamesa Ponsoldta „Koniec trasy” widzimy inne oblicze pisarza.

koniec_trasy1

Punktem wyjścia opowieści jest wywiad jaki dziennikarz Rolling Stone (niepozbawiony ambicji literackich) David Lipsky przeprowadził w 1996 roku z objawieniem literatury amerykańskiej, czyli Davidem Fosterem Wallacem. Pisarz promuje swoją gigantyczną (nie chodzi tylko o to, że ma ponad 1000 stron) powieść „Infinite Jest”, więc dziennikarz spędza z nim 5 dni pod koniec tej trasy. Całość jest zwykłym, spokojnym i „gadanym” filmem w klimacie „Dymu”. O czym rozmawiają panowie? O wszystkim: sławie, myślach, nałogach, wenie, książkach, sztuce, fanach i demonach. Co dziwne, nie jest to pretensjonalna, pełna bełkotu rozmowa. Podczas niej zaczynamy dostrzegać to, co pozornie może wydawać się banalne: pisarz to też człowiek. Lubi zjeść sobie z McDonaldzie, może być uzależniony od telewizji (jedyna używka Wallace’a, poza colą) i może pójść ze znajomymi na film Johna Woo. Razem z Lipsky’m próbujemy wejść w umysł naszego pisarza, by go rozgryźć. Ciągle pytając, czy to jest prawdziwy „on” czy jakaś maska, poza, mechanizm obronny przed otoczeniem. Podczas tych kilku dni panowie powiedzą o sobie więcej niż przez całe życie, a dla jednego z nich będzie to punkt zwrotny w karierze.

koniec_trasy2

Wszystko jest tutaj bardzo spokojne, bez wariactw, dzikiego montażu, ale ten wycinek mówi więcej o Wallace, a reżyser unika tworzenia biograficznego bryka. Relacja między panami ulega ciągłej dynamice: od szybkiego nawiązania kontaktu, luźne rozmowy po skrywaną (przez Lipsky’ego) zazdrość o talent, podskórnie jednak wyczuwana jest pewna nieufność. Nie brakuje kilku trudnych tematów (sława, zasłyszana plotka o braniu heroiny), przez co jest wiele mocnych dialogów, pełnych trafnych obserwacji.

koniec_trasy3

Całość nie robiłaby tak dobrego wrażenia, gdyby nie fantastyczny duet aktorski. Jesse Eisenberg jako Lipsky jest troszkę innym obliczem aktora: wycofany, z jednej strony zazdroszczący talentu, z drugiej bardzo podejrzliwy i nie wierzący w charakter Wallace. Ten pisarz w interpretacji Jasona Siegela jest bardzo trudny do rozgryzienia: jest świadomy swojego talentu, ale nie chcę sławy za wszelką cenę (walczy z ego), unika towarzystwa ludzi, choć ma paru znajomych, woli psy od ludzi. Na ile to jest on, a na ile to jego mechanizm obronny, pozostaje to zagadką. Aktor, znany dotychczas z komediowego emploi, kompletnie zaskakuje i wchodzi w buty Wallace’a tak płynnie, jakby na chwilę ożył. Przejął jego gesty, ale nie jest tylko małpowanie. Siegel intryguje, zwodzi, czaruje, wymyka się wszelkiej szufladki, tak jak jego bohater.

Reżyser „Cudownego tu i teraz” zrobił dobrą, pomysłowo zrealizowaną biografię, konsekwentnie ją prowadząc do samego końca. Choć finał jest dramatyczny, to film skłania do przemyśleń, a wiele tekstów jest trafnych jak diabli.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nazywam się Cukinia

Poznajcie Ikara – jest on 9-letnim chłopcem wychowywanym przez matkę-alkoholiczkę. Kobieta zamiast się zajmować się swoim dzieciakiem, woli wypić piwo oraz oglądać telewizję, ewentualnie jeszcze go traktować jak worek treningowy. Pewnego dnia Ikar, zwany przez matkę Cukinią, zabija (nieumyślnie) swoją mamę i trafia do domu dziecka, gdzie poznaje inne dzieciaki.

cukinia1

Ta szwajcarska animacja poklatkowa nie tylko wyróżnia się formą, ale i tematyką. „Cukinia” dotyka bardzo mrocznej strony okresu dzieciństwa, gdzie nasi bohaterowie są pozbawieni kontaktu z rodzicami. Przyczyny tego stanu są różne: deportacja, przemoc, narkotyki, alkohol. Choć całość trwa tylko godzinę, to udaje się twórcom wycisnąć wszystko z tego tematu. Powoli widzimy, jak nasi dziecięcy bohaterowie zaczynają się zaprzyjaźniać, chociaż początek nie należy do prostych. Każde z tych wydarzeń naznaczyło piętno na swoich postaciach, czyniąc z nich albo zgorzkniałych, pełnych drwiny do innych (Simon), samotników reagujących tikami (Alice). Twórcy skracają dystans między bohaterami, a jednocześnie nie sięgają po emocjonalny szantaż, by nas poruszyć.

cukinia2

Mimo dużej ilości goryczy i smutku (obecność ciotki Camille czy oskarżenie o kradzież podczas wycieczki), nie jest to film depresyjny. Twórcy rozładowują atmosferę bardzo delikatnym i subtelnym poczuciem humoru jak podczas bitwy śnieżkowej… w domu, rysunkach Cukinii, w których opowiada o spędzonym czasie czy gdy rozmowy dotyczą relacji damsko-męskich. To dziecięce spojrzenie na świat wygląda i brzmi bardzo naturalnie, nie czuć fałszu, a twórcy przełamują pewne schematy. Widać to mocno w postaci Simona. Rudowłosy chłopak sprawia wrażenie takiego, co dokucza wszystkim, ale z czasem dostrzega się o wiele, wiele więcej. Z kolei zakończenie pokazuje, że jest pewna nadzieja i szansa na normalny dom. Tylko dorośli musieliby bardziej zwracać uwagę na te dzieci i pomóc przełamać ich lęki (poruszająca scena, gdy Cukinia wchodzi do swojego domu po tragedii).

cukinia3

„Cukinia” może i jest prostą opowieścią, dość krótką, to jednak nie miałem poczucia niedosytu. Po prostu było mi żal rozstawać się z tą paczką dzieciaków, dla której jest promyk światła na szczęśliwe życie, mimo mrocznych wydarzeń z przeszłości. Mądry, zabawny, poruszający i refleksyjny. Nie wiem jak wy, ale ja nie potrafiłem przejść obojętnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Aż do kości

Ellen jest młodą dziewczyną, która cierpi na anoreksję. Próbowała wiele razy wyjść z tej matni, ale za każdym razem kończyło się to porażką. Matka mieszka z inną kobietą, ojciec jest ciągle nieobecny, a jedyną osobą, na której zależy Ellen jest jej przyrodnia siostra. W końcu dziewczyna (artystka rysunku), nie do końca ze swojej woli, decyduje się na niekonwencjonalną terapię u dr Beckhama w jego ośrodku.

az_do_kosci1

Kolejna fabularna (czyli nie serial) produkcja Netflixa, która jest utrzymana w duchu kina niezależnego. Czyli jest on bardzo delikatnie poprowadzony, w tle gra oszczędna muzyka z fajnymi piosenkami, zdjęcia są bardzo przezroczyste, a całość – choć dotyka poważnych problemów – jest lekka w odbiorze. Z jednej strony to zaleta, bo łatwo się to wchłania, twórcy unikają jak ognia emocjonalnego szantażu, byśmy musieli polubić Ellen. Z drugiej jednak nie mogłem pozbyć się wrażenia płytkości dotyczącego jej problemu z chorobą. Jasne, to jest bardzo złożony problem i jedna fabuła nie wyczerpie tego w całości. Strasznie mi przeszkadzały dwie rzeczy: po pierwsze skrótowość i pourywane pewne wątki związane z terapią. Kiedy Ellen trafia do ośrodka, mieszka jeszcze sześć osób i każda ma inne problemy (złamana noga, nieplanowana ciąża, pokątne rzyganie), ale tylko dwie postacie zostają głębiej zarysowane: to tancerz Luke oraz ciężarna Megan.

az_do_kosci2

Sama terapia (podobno niekonwencjonalna) ogranicza się do rozmów (mocna rozmowa lekarza z rodziną, pełna kłótni i ataków), gdzie doktorek próbuje wejść i zrozumieć swojego pacjenta, wspólnego jedzenia mieszkańców i ewentualnego wspólnego wyjścia poza budynek – ładna scena z deszczem w muzeum sztuki. Ale daje im wybór i nie zmusza do leczenia. Wiem, że chciano uniknąć „mechanicznego” sympatyzowania z bohaterką, jednak ktoś poszedł za daleko w tym kierunku, bo czasami brakuje scen mający większy ciężar dramatyczny. Sam mechanizm anoreksji jest ledwo liźnięty, by być wyłącznie zapalnikiem do historii o mierzeniu się z własnymi demonami. A gdy całość się rozpędza, już jesteśmy w zakończeniu, dającym otwartą furtkę dla dalszych losów.

az_do_kosci3

Gdybym miał wskazać jeden mocny punkt filmu to jest to rola Lily Collins jako Ellen – młoda, inteligentna, złośliwa i trzymająca wszystkich na dystans. A jednocześnie widać pewne zagubienie, bezsilność, próbując zrozumieć ją i skąd się wzięła jej choroba. Fascynuje ta postać i z czasem zacząłem jej współczuć. Drugi plan kradnie Luke, czyli Alex Sharp – pełen pozytywnej energii facet, starający się być takim wsparcie dla otoczenia, nawet mimo własnych problemów. A jak Keanu Reeves jako terapeuta? Jest on w porządku, choć trudno uwierzyć w tą niekonwencjonalność jego metod. Jest to taki doktor, jakiego wiele osób chciałoby mieć – cierpliwy, empatyczny i próbujący wejść do umysłu pacjentów.

az_do_kosci4

„Aż do kości” nie pogłębia wiedzy na temat anoreksji, jej mechanizmów i przyczyn, ale tak naprawdę jest to opowieść o dojrzewaniu do walki ze swoimi słabościami. Jako taki jest porządny, choć mocno uproszczony. Aż chciałoby się bardziej poznać tych bohaterów, choć seans daje nadzieję. Że można z tego wyjść, ale trzeba tego chcieć. Niby banał, ale tu działa.

6,5/10

Radosław Ostrowski

The Fruitcakes – 2

 the-fruitcakes-2-b-iext49884699

Kolejny intrygujący debiut muzyczny, tym razem z Polski. Kwartet The Fruitcakes tworzą Kuba Zwolan (wokal, gitara prowadząca), Łukasz Tymański (perkusja), Przemek Bartos (bas) i Tomasz Ziętek (gitara), działają od 2013 roku. Mocno inspirują się rockiem lat 60., co postanowili pokazać w – przewrotnie nazwanym – debiucie “2”. Wsparci przez producenta Maćka Cieślaka (Skalpel), stworzyli swoje dzieło.

I od samego początku czuć inspirację starym brzmieniem, jakbyśmy wygrzebali jakiś album sprzed 50 lat. Letnim klimatem czaruje “Suntime” z uroczą gitarą oraz przestrzennymi klawiszami. Perkusja luźniej podchodzi w pełnym orientalnego klimatu “Little Girl” (ten sitar i klawisze), czuć troszkę ducha Beatlesów jak w “Whatever I Get”, gdzie pod koniec dostajemy różne piszczałki czy romantycznym “Sleepless” z imitacją klawesyna oraz wspólnym zaśpiewem refrenu. Brudniej robi się w przypadku “Let Inside The Light”, gdzie gitara jest cięższa, a “He’s Calling You” ma w sobie odrobinę psychodelii. W ogóle muzyka jest tutaj lekka, ładna i przyjemna, niepozbawiona też zabawy (zabarwiony organami “Night & Day” czy pianistyczny walczyk “It’s Better”). Na mnie największe wrażenie zrobiło “Dreaming My Days Away”, które klimatem przypominało… “Golden Brown” The Stranglers.

Słychać zgranie zespołu, wokale są zgrane z cała resztą I nie czuć zwyczajnie fałszu. Czuć ducha starego rock’n’rolla z lat 60., ale nie jest tak melodyjny jakby to mogło być. Czekam na kolejny album i jestem ciekawy, co dalej będzie.

7/10

Radosław Ostrowski

Jarhead. Żołnierz piechoty morskiej

Każda wojna jest inna. Każda jest taka sama.

W slangu wojskowym jarheadem jest nazywany żołnierz marines. Kimś takim stał się także Anthony Swofford – młody chłopak, który dołączył do walki podczas wojny w Iraku w 1991 roku. A co wy myśleliście, że nasi dzielni chłopcy z USA walczyli z Saddamem w 2003 roku? Błąd i o tym przypomina film Sama Mendesa z 2005 roku. I to losy naszego Tony’ego są fundamentem tego filmu (opartego na jego wspomnieniach).

jarhead1

Zaczyna się klasyczne: od koszarowego drylu najpierw u sierżanta Fircha (mocno to przypomina „Full Metal Jacket”), by paść w objęcia sierżanta sztabowego Sykesa. Ćwiczenia, ładowanie broni, strzelania, musztra – znamy to wszyscy i mimo lat nic się nie zmieniło. Nadal szkolenie kończy się „This is my rifle” znanym z „Full Metal Jacket”. Powoli Swoff (tak nazywają Swofforda) zaprzyjaźnia się z jednym z wojaków, Alanem Troyem – panowie działają jako duet snajperski. Trafiają do Iraku, gdzie czekają na wojnę. Wtedy Mendes kompletnie zmienia tory, bo zaczyna pokazywać dziwną wojnę – wojnę, na której nasi chłopcy nie oddadzą ani jednego strzału, nie zobaczą wroga, a wyłącznie pustynie. Będą pilnowali, by nie spalili ropy naftowej. Reżyser bardzo konsekwentnie pokazuje jak zaczyna wchodzić nuda. Młodzi chłopcy chcą być wojakami i pokazać na co ich naprawdę stać – chcą poczuć się jak w „Czasie apokalipsy” podczas ostrzału w rytm Wagnera. Jest oczekiwanie na coś, co się może wydarzyć.

jarhead3

Mendes zamiast skupić się na batalistyce, której jest tu bardzo rzadko (przyjacielski ostrzał czy scena, gdy żołnierze widzą płomień ognia od ropy na piasku), próbuje wejść w umysł wojaka, dla którego wojna może być jedynym sensem życia (Troy) albo pomyłką. Mocno pokazuje to scena surrealistycznego snu Swoffa, w którym widzi w lustrze swoją kobietę i nagle… strzela z ust piasek. Nawet gdy idą na wojnę, to nic się tak naprawdę nie zmienia. Poza widokiem trupów, spalonych samochodów, palącej się ropy. I gdy jest szansa na oddanie strzału, zostaje przerwana przez… pojawienie się wysokich rangą oficerów. Wszystko idzie w oparach absurdu, koszmaru, tworząc dziwaczny i męczący koktajl, z niesamowitymi zdjęciami Rogera Deakinsa oraz muzyką Thomasa Newmana.

jarhead2

Mendesowi udało się za to dobrać świetną obsadę, pod przewodem Jake’a Gyllenhaala w roli Swoffa (narratora całości), który sprawia wrażenie biernego uczestnika wydarzeń, choć ma kilka mocnych scen jak ostra wigilijna impreza, sprzątanie kibli czy moment, gdy grozi zabiciem kolegi. Kontrastem dla niego jest Peter Sarsgaard (Troy), który w wojsku odnajduje sens życia. Obaj panowie tworzą zgrany duet, powoli zaczynający się porozumiewać bez słów. Drugi plan zawłaszcza dla siebie ostry sierżant Sykes (Jamie Foxx), który jest uzależniony od wojny, adrenaliny i całego tego drylu. Sprawia wrażenie faceta, co widział wszystko i nic nie zaskoczy.

jarhead4

„Jarhead” to mocne, choć bardzo spokojne kino wojenne, które woli wejść w umysł bohatera niż skupić się na batalistyce. Wielu może poczuć się znużonych, ale jest to gorzkie spojrzenie na tą naiwność chłopaków. I ten bardzo smutny finał.

7/10 

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible III

Seria filmów o Ethanie Huncie ma wszystko to, by stanowić konkurencję dla agenta 007. Akcja jest szybka, przenosimy się z miejsca na miejsce, jest masa bajeranckich gadżetów, piękne kobiety. Czego chcieć więcej? Po przeciętnej części drugiej, postanowiono lekko pomajstrować i inaczej rozłożyć akcenty. Całość zaczyna się w momencie, gdy nasz mistrz kamuflażu oraz specjalista od zadań niewykonalnych, odchodzi z IMF i zamierza wieść spokojne życie z Julią – lekarką nieznającą jego przeszłości. Przeszłość odzywa się jednak, gdy agencja prosi o pomoc w odbiciu dawnej protegowanej – Lindsay. Agentka miała zadanie zinfiltrować handlarza bronią, Owena Daviena.

mission_impossible_31

Powierzenie tej części J.J. Abramsowi, dla którego był to kinowy debiut, było strzałem w dziesiątkę. Tutaj Hunt pozostaje najważniejszą postacią, ale by zrealizować swój cel, musi dogadywać się i zawierzyć swój los kumplom z zespołu. Koncepcja gry zespołowej została rozwinięta mocniej w części następnej („Ghost Protocol”), co tylko zwiększyło dynamikę, a interakcja bohaterów między sobą tylko podkręcała stawkę, dodając sporo humoru. Tempo się ciągle zmienia, tak jak lokacje, bo zwiedzimy z Huntem i spółką Berlin (odbicie Lindsay), Watykan (porwanie Daviena) oraz Szanghaj (skok i kradzież McGuffina zwanego tutaj Króliczą Łapką), nie brakuje kilku widowiskowych scen jak odbicie Daviena na moście czy ucieczka przed pościgiem w Szanghaju.

mission_impossible_32

Abrams idzie w stronę widowiskowości i efekciarstwa, ale nigdy nie idzie w stronę autoparodii czy kiczu. Nie brakuje mu ciekawych pomysłów na choreografię (ucieczka Hunta z windy oraz IMF) oraz parę razy łamie konwencję jak w scenie kradzieży Króliczej Łapki, której… nie pokazuje. Widzimy wtedy jak Hunt wchodzi (przywiązany na linie) i wychodzi z hukiem tłuczonego szkła. Jedyne, co przeszkadza to czasami zbyt nerwowa praca kamery a’la Bourne w spokojniejszych scenach, ale to nie zdarza się zbyt często. Tak samo jak większe skupienie na prywatnym życiu Hunta.

mission_impossible_33

Tom Cruise jako Hunt nadal daje radę i imponuje swoją fizyczną kondycją. To jest typ faceta, którego możecie złamać, ale zabić się nie da. Nawet jak mu się wsadzi ładunek wybuchowy do głowy. Na drugim planie mamy starego znajomego Luthera (Ving Rhames zawsze na propsie), trudno też zapomnieć Simona Pegga (informatyk Benji) czy Laurence’a Fishborne’a (szef IMF). Ale tak naprawdę ekran kradnie Philip Seymour Hoffman jako czarny charakter. Nie jest to może zaskakująca postać, ale aktor ma tyle charyzmy, że nawet mówiąc od niechcenia, skupia całą swoją uwagę i intryguje.

mission_impossible_34

Trzecie spotkanie z Huntem rehabilituje serię po poprzedniku od Johna Woo, który był przekombinowany i zwyczajnie nudny. Abrams dodaje wiele świeżości, skupia się na dynamice między grupą, ale nie zapomina o widowiskowości (na tym polu lepsza była część czwarta), dodając żywotności cyklu. Rozrywka na wysokim poziomie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

W starym, dobrym stylu

Joe, Willie i Albert to przyjaciele z Nowego Jorku, pracujący w pewnej fabryce. Jeśli myślicie, że ich długoletnia praca zostanie doceniona, to nic z tego. Firma, dla której pracują przenosi się do Wietnamu, więc ich fundusz emerytalny zostaje zlikwidowany. Dodatkowo Joe ma dużą hipotekę do spłacenia i jeśli się spóźni – zabiorą dom. Willie ma chore nerki i mieszka z Albertem, który lubi sobie pozrzędzić. Panowie – pod wpływem perswazji Joe’ego – by móc rozwiązać swoje groszowe problemy, postanawiają napaść na bank.

stary_dobry_styl1

Zach Braff do tej pory znany był z niezależnego kina o młodych ludziach, zagubionych w dzisiejszym świecie. Tym razem dostał szansę na zrobienie remake’u z dużym budżetem i gwiazdorską obsadą. Lekka i przyjemna komedia o starych przyjaciołach, którzy decydują się zrobić poważny skok. Bo system ich olał, państwo nie pomaga, więc trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Wtedy wszystko zmierza w kierunku klasycznego heist movie, gdzie mamy przygotowanie, skok i pościg policyjny. Robione jest to pod okiem profesjonalisty, pomagającego w szybkim przeszkoleniu. Wiemy, jak to się skończy, ale i tak się przyjemnie ogląda. Reżyser opowiada to w starym stylu, dodaje eleganckiej muzyki oraz sympatycznych żartów i gagów (pierwszy skok w małym markecie zakończony… wpadką), ale nie ma pójścia w kierunku bardziej fekalnych, nieświeżych czy przekraczających granicę dobrego smaku. Nie zabrakło napięcia (napad na bank zrobiono z pewnym nerwem), parę razy widzimy Brooklyn Bridge, w tle gra łagodny jazz. Jest miło i sympatycznie.

stary_dobry_styl2

Do tego udało się ściągnąć trzech prawdziwych gigantów: Michaela Caine’a, Morgana Freemana i Alana Arkina. Pierwszy jest eleganckim dżentelmenem, drugim opanowanym i spokojnym kumplem, a trzeci jest zrzędą z dobrym sercem. Pozwalają sobie na odrobinę złośliwości, a chemia między tym triem jest silna, wręcz namacalna. I to trio jest siłą napędową, spychając cała resztę na dalszy plan. Warto jednak wyróżnić ciągle apetyczną Ann-Margret (Annie) oraz Johna Oritza (Jesus), pomagającego w napadzie.

stary_dobry_styl3

Miłe i sympatyczne kino, które nie zostanie w pamięci na długo, ale pozwala przyjemnie spędzić te półtorej godziny. Elegancka rozrywka w starym, dobrym i lekkim stylu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie

Wyobraźcie sobie taką sytuację, ze jesteście na przyjęciu u swoich najbliższych przyjaciół. Znacie się praktycznie od dziecka, wiecie o sobie wszystko. Prawda? Więc co byście zrobili, gdyby podczas takiego towarzyskiego spotkania czytali na głos wszystkie smsy, maile i telefony? W końcu nie macie przed sobą żadnych tajemnic. Tak postanowili zrobić bohaterowie filmu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”, a pretekstem jest spotkanie u Rocco i Evy. On jest chirurgiem plastycznym, ona terapeutką.

dobrze_klamie1

Kogo spotkamy po drodze w tej eskapadzie? Młode małżeństwo (taksówkarz i nauczycielka), małżeństwo z długim stażem (on jest zapracowanym adwokatem) oraz przyjaciel wuefista, który sam przychodzi na imprezę (jego obecna partnerka zostaje w domu). Ciekawe, czy po tej całej zabawie nadal będą chcieli być kumplami? Bo reżyser Pablo Genovese ciągle podpuszcza widza, zmieniając tempo i nastrój całej zabawy. Początkowo wszystko idzie w stronę Woody’ego Allena, czyli obserwacji, odrobiny złośliwego humoru. Ale tylko do czasu, bo im dalej las, tym coraz bardziej poznajemy to ciemniejsze oblicze, jakiego nie pokazujemy innym ludziom. Robi się coraz ciężej, mroczniej, ostrzej, rozdrapując kolejne rany: od małych grzeszków (danie córce opakowania prezerwatyw, planowana operacja powiększenia piersi) po coraz cięższy kaliber jak zdrada, homofobia.

dobrze_klamie2

I pytanie: czy naprawdę chcemy wiedzieć wszystko? Bo jak inaczej odbierać sceny, gdy mamy dwójkę bohaterów rozmawiających tylko ze sobą? Czy chcemy czy nie, musimy zachowywać pewne tajemnice i nie dopuszczamy do nich nikogo – nawet przyjaciół, rodzinie. Bo się boimy ich reakcji. Bardzo dokładnie odbiera to scena, gdy odkryta zostaje tajemnica związana z orientacją seksualną (tylko kto inny został wzięty na celownik z powodu zamiany telefonu), wtedy zaczynają puszcza hamulce.

dobrze_klamie3

Komedia zmienia się w dramat, a każdy ma mniejsze lub większe tajemnice. Które z nich możemy uważać za te najgorsze? To, że nie powiedzieliśmy o chodzeniu na terapię, że nadal kontaktujemy się ze swoim byłym, prowadzimy „wirtualny” flirt czy że mamy kogoś na boku? Sami to oceńcie, tylko pamiętajcie o jednym: czy wy powiedzielibyście wszystko swoim najbliższym? A może pewne rzeczy powinny pozostać ukryte? Właśnie.

dobrze_klamie4

Realizacyjnie film przypomina teatr telewizji (podobnie jak „Sierpień w hrabstwie Osage”) i jest świetnie zagrany przez mało rozpoznawalnych aktorów – może z wyjątkiem Kasi Smutniak – tworzących bardzo skomplikowane i niełatwe charaktery. Ale dodatkowo zakończenie wywraca wszystko do góry nogami i stawia proste pytanie, które się tutaj cały czas przewija. Sami się zastanówcie, co wy byście zrobili i czy zabralibyście ze sobą telefon komórkowy, będący czarnymi skrzynkami naszego życia. Mocne, szarpiące kino w stylu „Rzezi” Polańskiego, „Sierpnia…” Wellsa – niby nic nowego, ale trzyma za gębę.

8/10

Radosław Ostrowski