Lorde – Pure Heroine

Lorde_Pure_Heroine

Kolejna intrygująca przedstawicielka Nowej Zelandii, krainy hobbitów, pięknej przyrody oraz Gotye.to właśnie stamtąd pochodzi Ella Marija Lani Yelich-O’Connor, bardziej znana jako Lorde. Swój pierwszy album wydała cztery lata temu, sama osiągając ledwo 16 lat. Czy wtedy była z niej taka “Czysta heroina”?

W kwestii produkcji wsparł ją spec z ojczystego kraju Joel Little, który współpracował m.in. z Lee Goulding, Imagine Dragons czy Samem Smithem, dając mieszankę popu z elektroniką. “Tennis Court” uderza przestrzennym fortepianem, zmieniającym się, “tykającymi” klawiszami niczym z 8-bitowej gry oraz minimalistycznej perkusji, zmieniającej się znane z rapu cykacze, by w refrenie nabrać chropowatości. Minimalizm ten jest obecny cały czas: czy to w opartym na tłustym bicie ze “świdrującą” elektroniką (“400 Lux”), przebojową perkusji (singlowe “Royals”), wokalnego zapętlenia (rozmarzone “Ribs”z perkusją jak petard – przynajmniej na początku), odbijającego się niczym echo fortepianu (“Buzzcut Season”) czy początek a capella okraszony orientalnymi wstawkami (“Team”), dodając oszczędne klawisze.

Nawet jeśli poszczególne utwory brzmią troszkę na jedno kopyto, to jakimś cudem udaje się utrzymać zainteresowanie. Zarówno rozmarzonymi klawiszami (“Still Sane” czy brzmiące niemal kołysankowo “White Teeth Teens”) czy wejściem gitary elektrycznej (“A World Alone”). Lorde bardzo przypomina klimatem oraz stylem Jamesa Blake’a, troszkę The xx niż Lanę Del Rey, do której często jest porównywana. Dziewczyna miała bardzo delikatny głos, którym bardziej mruczy czy rapuje niż śpiewa, ale w tym rozmarzonym świecie dźwięków to zupełnie wystarczyło.

“Pure Heroine” mogło wielu podrażnić pójściem z prąd wobec współczesnych trendów muzyki popularnej, ale singlowe numery mocno zapadały w pamięć. Po przesłuchaniu całości stwierdzam, że jest to dobry materiał z kilkoma nośnymi numerami. Wersja deluxe serwuje jeszcze parę cacek jak postrzelony “Million Dollar Bill” czy bujający “The Love Club” dają wiele satysfakcji. Już nie mogę się doczekać, gdy dostane do ręki drugi album.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziadek i ja

Joshua ma 9 lat i chodzi do katolickiej szkoły w Filadelfii. Rodzice są lekarzami, strasznie zajętymi, starsza siostra żyje w swoim świcie. Ale był jeszcze On – dziadek, z którym spędzał mnóstwo czasu i był dla niego prawdziwym kumplem. Taka bardzo silna więź zdarza się podobno raz na życie. Dziadek umiera, a chłopiec nie do końca jest w stanie się z tym pogodzić. Dlatego postanawia podjąć się ważkiej misji: znaleźć Boga i zapytać go, co z dziadkiem.

dziadek_i_ja1

Wiara jest tematem bardzo trudnym, a co dopiero szukanie wiary przez bardzo młodego człowieka. Tym bardziej zaskakuje sposób w jakim jest to opowiedziane – bardzo delikatnie, bez górnolotnych słów, patosu. Tym bardziej zaskakujące, że reżyserem tego filmu jest… M. Night Shyamalan. Tak, TEN Shyamalan i to na pięć minut przed realizacją swojego najgłośniejszego dzieła. Opowieść naszego bohatera toczy się w trzech punktach czasowych: jesienią, gdy zaczyna naukę w szkole i zaczyna stawiać pytania, zimą szukając znaku i dowodów na obecność Jego oraz wiosną, gdy kończy V klasę, znajdując odpowiedzi. Po drodze chłopiec przeżyje to, co wiele osób w tym wieku: przyjaźni z kumplem, zauroczenie dziewczyną ze szkoły naprzeciw, bycie prześladowanym przez Freddy’ego oraz narzucającego się Franka – grubego, unikanego przez wszystkich kolegów oraz zakonnicę Terry, która łączy religię z baseballem.

dziadek_i_ja2

Jednocześnie to wszystko przeplatane jest krótkimi retrospekcjami z dziadkiem. Już początek, gdzie widzimy rysunki naszego bohatera, a w tle słyszymy próbę gry czy bieg podczas szkolnego festynu. Dla mnie tych scenek było troszkę za mało, jednak wystarczyło to, by w pełni pokazać tą silną więź. Równie mocno zaakcentowana jest przyjaźń z Davem – wspólne gry, rozmowy i dyskusje pełen są ważkich kwestii, ale nigdy nie skręcają w stronę kiczu. Dla mnie „Dziadek i ja” to przede wszystkim opowieść o przechodzeniu żałoby oraz wchodzenia w poważniejszy wiek. Rodzice zabiegani próbują pomóc bohaterowi rozmowami, tak naprawdę jednak sam chłopiec wskutek wydarzeń dojrzewa i dostrzega pewne rzeczy inaczej.

dziadek_i_ja3

Całość jest za to bardzo dobrze zagrana, co jest zasługą dobrych ról dzieci. Joseph Leary z delikatnym spojrzeniem kradnie film przy takich scenach jak rozmowa z księdzem o Bogu czy siedzenie w fotelu bujanym z koszulą dziadka. Chłopakowi partneruje Timothy Reifsnyder jako oddany kumpel Dave, z którym prowadzi dyskusje, wspólnie się bawią, a sam Dave wykonuje szalone rzeczy (akcja z wiadrem i mopem w stylu „Mission: Impossible” – bezcenne). Choć Robert Loggia (dziadek) pojawia się tylko w retrospekcjach jest zwyczajnie uroczy. Tak samo zaskakująca Rosie O’Donnell jako pełna empatii siostra Terry.

dziadek_i_ja4

Shyamalan w prosty sposób opowiada historię w taki sposób, że nie da się przejść obojętnym. „Dziadek i ja” jest poruszającą, mądrą, chwytającą za serce historią o przyjaźni, wierze, szukaniu sensu i odnalezieniu się po stracie bliskiej osoby. Kompletnie nieoczywiste oblicze twórcy „Szóstego zmysłu”.

8/10

Radosław Ostrowski

Zbigniew Wodecki – Zbigniew Wodecki

reedycja_cd

Kto z nas nie kojarzył tego trębacza, skrzypka i wokalisty obdarzonego poruszającym, pełnym energii głosem oraz lwią grzywą? Zmarły w maju 2017 roku Zbigniew Wodecki zostawił spory dorobek, choć do dziś kojarzy go głównie z “Pszczółką Mają”. Sytuację zmienił album koncertowy nagrany z Mitch & Mitch, zawierający piosenki z zapomnianego i niedocenionego debiutu z 1976 roku. Czemu o tym mówię? Albowiem ten debiut postanowiono wydać na płytach, poddając go remasteringowi.

Troszkę bałem się tego, gdyż aranżacje duetu Mitch & Mitch rozpisane na orkiestrę bardzo mocno zapadły mi w pamięć. Okazuje się, że dość wiernie trzymano się wersji z oryginału, które są ładne, pełne dęciaków i smyczków, jak to w przypadku eleganckiego popu z lat 70., nie sprawiając dużej różnicy. Dźwięk brzmi czysto, przestrzennie, dając wiele instrumentów do odkrycia. Na dzień dobry dostajemy przeurocze “Rzuć to wszystko co złe” z ładnymi dęciakami między zwrotkami. Równie piękny jest oparta na Hammondach “Pieśń ciszy”, gdzie jest też uroczy chórek w refrenie oraz subtelne solo na trąbce. Szukający bardziej dynamicznych piosenek pokochają “Wieczór już” (na końcu fantastyczne solo skrzypiec), “Opowiadaj mi tak” z fantastycznym wstępem dęciaków. Resztę dominuje liryczny, ale zawsze elegancki pop. Czy to bardzo nostalgiczna “Ballada o Jasiu i Małgosi” z pięknymi perkusjonaliami oraz fletem, oparte na gitarach “Panny mego dziadka” czy “Dziewczynę z konwaliami” (akurat wersja późniejsza – koncertowa znacznie fajniejsza).

Wodecki jest tutaj bardzo delikatny, jakby ledwo rysował głosem każdą piosenkę (“Kochałem Panią kilka chwil”), uwodząc wręcz poetyckimi tekstami, nie ocierającymi się o banał, co w przypadku piosenek o miłości było łatwo. Dodatkowo wygrzebano utwór, który nie zmieścił się na winylu i teraz “Tak daleko, tak blisko” można premierowo usłyszeć. Bardzo stylowa, elegancka płyta z niegłupimi tekstami oraz bardzo cudownym głosem Wodeckiego. Tego głosu już więcej nie usłyszymy, ale pozostają jeszcze piosenki oraz płyty.

Radosław Ostrowski

The Ceez – O chłopcu polskim…

o chłopcu polskim

Nazwa wykonawcy kompletnie nic nie mówiła mi. Pod pseudonimem The Ceez ukrywa się Piotr Okrasa – wokalista, kompozytor i producent muzyczny, mieszający gatunki muzyczne. Mieszka w USA, a swój najnowszy album “O chłopcu polskim…” to próba stworzenia muzycznego portretu Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Tak, jest to album z wierszami poety, ale skupiamy się tu na okresie przedwojennym. Co dostajemy w rzeczywistości?

Mieszankę popu, rocka i jazzu, wspartego przez elektronikę. Krótka “Ars poetica” serwuje sporą dawkę elektronicznych dziwadeł oraz krzyku zamiast wokalu, by płynnie przejść do “Wiosny” mieszającej soul (wokalizy w tle) z jazzem (cudowny saksofon), uderzająca niczym budząca się przyroda. Zdarza się zapętlenie elektroniki (“Stuletni wieczór”) z szorstką gitarą, czaruje dźwiękami przypominającymi harfę (“Morze wracające”) skręca troszkę w soul, daje zaszaleć funkowemu basowi (“Erotyk” zakończony dynamicznym riffem gitary), by zwrócić się ku bossanovie jak w “Słowach do deszczu”.

Nie brakuje klasycznego jazzu (oparte na fortepianie i trąbce “Już nie pamiętam”), akordeonowego tanga (“Warszawa”), jak I pomieszania wszystkiego, co się da jak w 7-minutowym “O mój Ty smutku cichy”. Najpierw dostajemy żwawe solo trąbki, do której dołącza się sekcja rytmiczna I gitara akustyczna. Swoje też robi schowana w tle gitara elektryczna, odzywająca się mocniej w połowie razem z klawiszami, kończąc solówką trąbki. Nawet orientalne smyczki (“Drzewa”) nie są tylko efektownym bajerem, mającym zwrócić naszą uwagę. Finał z kolei jest bardzo mroczny: zarówno gitarowa “Elegia o… chłopcu polskim”, pełna pasażowego tła oraz bluesowa“Śmierć” dają mocnego kopniaka.

Sam wokal Ceeza jest ekspresyjny, niemal chłopięcy, ale nigdy nie przesadza, nie denerwuje, a ułożenie piosenek nie jest zbiegiem okoliczności. “O chłopcu polskim” układa się w spójną historię od narodzin do śmierci sklejona ze słów Baczyńskiego. Dla wielu ten rozrzut stylistyczny może sprawić dezorientację czy chaosu, ale wszystko jest pod kontrolą. To bardzo piękna płyta z kilkoma niesamowitymi momentami, której trzeba dać szansę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Monika Borzym – Jestem Przestrzeń

p%C5%82yta_jestem_przestrze%C5%84_ok%C5%82adka

Teraz pora na obecne wydawnictwo wydane przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Tym razem jest to poezja śpiewana w jazzowych aranżacjach. Wybrane wiersze Anny Świrszczyńskiej (w czasie powstania sanitariuszki) – selekcji dokonała reżyserka teatralna Agnieszka Glińska – postanowiła wykonać ceniona zagranicą wokalistka Monika Borzym. Wsparta przez pianistę Mariusza Obijalskiego, który napisał muzykę oraz zaproszonych gości, poszła w stronę kobiecego spojrzenia na świat.

Album zaczyna się od “Intra”, gdzie pojawia się Glińska (nakładające się fragment jej wypowiedzi, recytującej wierze) i słyszymy przyczyny realizacji tego przedsięwzięcia. Ale sama poezja – wręcz surowa, pozbawiona ozdobników, waląca prosto w oczy, pełna intensywnych emocji, pozbawiona rymów – może wprawić w konsternację. Wszystko jest tutaj bardzo wyciszone, delikatne, minimalistyczne. Jazzowy skład (perkusja, gitary, trąbka, fortepian) jest tylko tłem dla eterycznego wokalu. I jeszcze jedno – nie ma tutaj w ogóle miejsca na wojnę czy powstanie. Przynajmniej nie wprost. Borzym idąc tropem poetki, skupia się na jej przeżyciach, emocjach, lękach. Trudno przejść obojętnie wobec mrocznego “Muszę to zrobić” z pędzącym fortepianem czy pełnego chropowatości oraz przygnębienia “Bardzo smutnej rozmowy nocą” z udziałem Wojciecha Waglewskiego. Nawet krótkie “Jestem napełniona miłością” zaskakuje brzmieniem niczym ze starej płyty. Swoje miejsce dostaje też mniej przyjemne elektroniczne tło („Wszystkie chwyty dozwolone” z monotonnymi i nerwowymi smyczkami czy wręcz ambientowe „Pękam ze śmiechu”), gitara elektryczna Johna Scofielda i Mitchella Longa („Pękam ze śmiechu” i „Jak głupi pies”), wycofana trąbka („Ogniotrwały uśmiech”), imitacja syreny („Czternastoletnia sanitariuszka myśli zasypiając”).

Monika bardzo delikatnie, ale pełnym emocji głosem pozwala wejść i ten intymny świat miłości nietrafionej w czas, skąd tak wiele smutku i goryczy. Wszystko to pozbawione patosu, ale słowa trafiają czasami jak obuchem: „przeszłam przez kąpiel z ognia, jak wybornie wzmacnia ogień”; „żeby wszystkie kule na świecie trafiły we mnie,to by już nie mogły trafić w nikogo”; „i żebym umarła tyle razy, ile jest ludzi na świecie”; „muszę cię zabić”; „stojąc przed lustrem pękam ze śmiechu”. Te fragmenty nie pozwolą o sobie zapomnieć, chociaż nie brakuje bardziej lirycznych utworów jak „Przestrzeń” czy „Jestem przepełniona miłością”.

„Jestem przestrzeń” jest bardzo oszczędną w formie, ale poruszającą i piękną muzyką. Bardzo szczere i miejscami szorstkie słowa zmuszają do refleksji, głos Moniki wali jak młot, choć jest to jej pierwsza płyta po polsku. By ją w pełni docenić trzeba się zatrzymać i wsłuchać się w każde słowo. A potem jeszcze raz i jeszcze raz, by kompletnie się w tym zanurzyć. Ale ostrzegam: bardzo uzależnia ta płyta.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Radosław Ostrowski

Smolik Grosiak Mioush – Historie

0005NT57H1QLS6GU-C122

Dziś przypada kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego – heroicznej walki o wolność, wbrew wszystkiemu. Obyśmy nigdy więcej nie musieli dokonywać takiego poświęcenia. I jak co roku Muzeum Powstania Warszawskiego z tej okazji wydaje płyty o tej tematyce. Zanim przejdę do tegorocznego wydawnictwa, opowiem o projekcie z zeszłego roku, w którym maczały palce aż trzy osoby.

Andrzej Smolik – kompozytor, producent muzyczny współpracujący m.in. z Wilkami, Krzysztofem Krawczykiem, Noviką. Natalia Grosik – wokalistka zespołu Mikromusic i autorka tekstów obdarzona bardzo delikatnym, ale silnym emocjonalnie wokalem. Miłosz Brocycki – raper z Katowic, nie bojący się eksperymentów z gatunkami. Razem ta trójka stworzyła concept-album “Historie”, opowiadający losy czwórki bohaterów: Ireny, Alunii, Henryka I Danusi. Każda z postaci dostaje po trzy utwory: instrumentalną kompozycję Smolika z wplecionymi wypowiedziami powstańców (te utwory są nazywane “Archiwum”) i piosenek wykonywanych na przemian przez Natalię Grosiak oraz Miousha (wyjątkiem jest “Henryk”, gdzie pod koniec wchodzi raper). Wszystko zaczyna się od “Ireny” z poruszającymi smyczkami w tle, kapitalnie zgranym z bardzo chwytającym za serce wokalem pani Natalii. Dopiero pod koniec pojawiają się trąbki, klaskanie, kompletnie rozsadzając wszelkimi emocjami. Pozostałe piosenki Grosiak są utrzymane w podobnej stylistyce, choć nie zabrakło mieszanki elektroniki z żywymi instrumentami (poruszająca “Alunia” w połowie niemal eksplodują dźwięki, opisująca rozstanie z ukochanym, co “wojnie oświadczył się”), a nawet psychodeliczno-melancholijny “Henryk” z chropowatą perkusją, wręcz “orientalnymi” smyczkami oraz mocno podniszczonym, nieprzyjemnym wokalem I atakującymi smyczkami jazzową “Danusią”.

W przypadku Miousha jest to bardziej surowa mieszanka rytmicznego bitu, elektronicznych sampli, smyczków, fortepianu, dęciaków oraz gitary. Tak jest w niemal agresywnej “Irenie”, perkusyjno-gitarowej “Alunii” (drugie spojrzenie, tym razem mężczyzny), opartym tylko na smyczkach “Henryk” oraz bardziej bazującej na żywych instrumentach “Danusi”.

Siłą są teksty opowiadające o rozstaniu, wygnaniu, samotności, ukrywaniu się oraz zniszczeniu miasta. Nie mówią o tym wprost, ale szyfrowanie jest zrobione w tak czytelny sposób, że nie da się w tym pogubić. Do tego bardzo szeroko wykorzystywana muzyka tworzy prawdziwą petardę. Wobec “Historii” trudno przejść obojętnie, ale nie czuć tutaj pójścia na łatwiznę czy koniunkturalizmu. Spójna opowieść, chwytająca za gardło, szczera i uczciwa.

Radosław Ostrowski

Sam Mendes – 1.08

mendesReżyser filmowy i teatralny.

Urodzony 1 sierpnia 1965 roku w Reading. Syn Valerie Helene, autorki książek dla dzieci oraz Jamesona Petera Mendesa, profesora akademickiego. Gdy był dzieckiem, rodzice się rozwiedli. Wychowywał się w Oxfordshire, uczęszczał do Magdalene Collage School oraz Peterhause (licea w Oxfordzie). Studiował na Camridge, gdzie zawodowo grał w krykieta oraz był członkiem Marlowe Society oraz reżyserował kilka sztuk teatralnych, w tym „Cyrano de Bergeraca” z Tomem Hollanderem. Studia ukończył w 1987 roku.

W wieku 24 lat debiutuje jako reżyser na West Endzie „Wiśniowym sadem” z Judi Dench. Wkrótce dołącza do Royal Shakespeare Company, gdzie wystawiał wiele głośnych przedstawień w ciągu niemal całej dekady (m.in. „Kabaret”, „Olivier!”, „Zabójcy”), stając się intrygującą postacią brytyjskiej sceny. Do tej pory wystawia sztuki (w 2014 wystawił „Charliego i fabrykę czekolady”). Doszedł jednak do wniosku, że teatr to za mało i postanowił podbić kino. Debiut z 1999 roku skupił uwagę wszystkich: krytyków, publiczności oraz różne gremia przyznające nagrody.

W 2003 roku Mendes zakłada (wspólnie z Pippą Harris i Caro Newling) Neal Street Productions – firmę producencką, realizująca spektakle teatralne, filmy i produkcje telewizyjne. To ona odpowiada m.in. za seriale „Z pamiętnika położnej” i „Dom grozy”, filmy „Miłosna układanka” oraz „Chłopiec z latawcem” czy teatralne adaptacje „Psa Baskerville’ów” i „Shreka”. W tym samym roku Anglik wziął za żonę aktorkę Kate Winslet, z którą ma syna Joe Alfieego. Małżeństwo przetrwało 8 lat, zakończyło się rozwodem. Od stycznia tego roku Mendes jest mężem trębaczki Alison Balsom.

Mendes do tej pory zdobył Oscara, Złoty Glob (i nominację), nagrodę BAFTA (i nominację), nominację do Złotego Lwa, Złotego Satelity oraz nagrodę Amerykańskiej Gildii Reżyserów Filmowych. Do grona jego najczęstszych współpracowników zaliczają się: kompozytor Thomas Newman, dźwiękowiec Scott Millan, scenograf Dennis Gassner, autorzy zdjęć Conrad L. Hall i Roger Deakins, kostiumolog Albert Wolsky oraz aktor Daniel Craig.

Pora sprawdzić formę brytyjskiego reżysera, więc pora na ranking dokonań.

Miejsce 8. – Droga do szczęścia (2008) – 4/10

Strasznie mnie rozczarował ten film. Melodramat o związku pragnącym zmiany, lecz nie potrafiącym ich dokonać, a wszystko osadzone w realiach lat 50. Czyli takie „American Beauty” tylko bardziej na poważnie, miejscami aż łopatologicznie (upośledzony umysłowo syn sąsiadów John, tłumaczący widzom stan emocjonalny naszych bohaterów) i po prostu nudno. Nawet grający główne role Leonardo DiCaprio i Kate Winslet zwyczajnie się męczą. W pamięci zostaje jedynie Michael Shannon, ale to za mało.

Miejsce 7. – Para na życie (2009) – 7/10

Słodko-gorzka komedia (reklamowana w Polsce jako komedia romantyczna) opowiadająca o parze młodych ludzi (Maya Rudolph i John Krasinski), z perspektywą życia w trójkę, czyli on, ona i dziecko. Kino drogi w duchu Sundance, z wyrazistym drugim planem (błyszczy nadopiekuńcza Maggie Gyllenhaal oraz wycofany Jeff Daniels), gdzie twórcy obnażają wszelkie konwenanse, instytucje, jednocześnie kibicując w ten wędrówce. Bezpretensjonalne, ale ciepłe kino. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Jarhead (2005) – 7/10

Młodszy brat „Paragrafu 22”, czyli idziemy na wojnę – wojnę, gdzie nic się nie dzieje, dookoła jest pustynia, a wróg jest gdzieś tam daleko. Gorzkie kino, pokazujące absurdalność wojny oraz zagubienie ludzi, którzy na zawsze będą czuli się wojakami, a myślami będą tylko na tej pustyni. Mocne role Jake’a Gyllenhaala i Petera Sarsgaarda, niezapomniana scena płonącej ropy i surrealistycznego koszmaru Swoffa oraz sporo czarnego humoru. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Spectre (2015) – 7/10

Drugie spotkanie z Bondem od Mendesa i tym razem jest w duchu klasycznych filmów, co dla wielu może być wadą. Jest mniej poważnie, choć gra toczy się o dużą stawkę, nie brakuje dynamicznych, widowiskowych scen akcji (Święto Zmarłych w Meksyku, pościg samochodowy we Włoszech), wyrazistego czarnego charakteru (Christoph Waltz daję radę i nie jest beznadziejny), a Craig ze swoją surowością pasuje idealnie. Na minus zbyt długie tempo oraz brak chemii między Bondem, a jego dziewczyną (Lea Seydoux). Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Droga do Zatracenia (2002) – 7,5/10

Nietypowy dramat gangsterski, skupiony na relacjach ojciec-syn. Michael Sullivan (zaskakujący Tom Hanks) jest mafijnym cynglem pracującym dla Johna Rooneya (ostatnia wielka rola Paula Newmana). Na nieszczęście dla Michaela, jego syn był świadkiem egzekucji, a to oznacza, ze cała rodzina musi zginąć. Sullivan z najmłodszym (Tyler Hoechlin) uciekają do miasta Zatracenie. Mocny dramat, zrobiony stylowo ze wspaniałą muzyką, genialną strzelaniną w deszczu oraz kradnącym film Judem Law jako mordercy z pasją fotograficzną.

Miejsce 3. – Skyfall (2012) – 8,5/10

Gdy Mendes został wybrany na reżysera filmu o agencie 007, wielu miało wątpliwości, ale podołał. Bond zmartwychwstaje (dosłownie) i musi powstrzymać Silvę, który chce zabić M i zniszczyć brytyjski wywiad, gdzie pracował wcześniej. Tutaj pasuje wszystko: i akcja, psychologia Bonda, który ostatecznie staje się tym, kogo znamy z dawniejszych dzieł. Realizacyjnie wygląda to jak film Christophera Nolana (ci, co uważają, że twórca „Mrocznego Rycerza” powinien nakręcić kolejną odsłonę 007 powinni obejrzeć „Skyfall” i się zastanowić) z genialnymi wizualnie zdjęciami, złośliwym humorem, widowiskową rozpierduchą (ucieczka Silvy i finał w szkockich górach). Plus mocne role Judi Dunch oraz Javiera Bardena plus pojawienie się Q (Ben Whishaw jest cudowny w tej roli). Recenzja tutaj.

Miejsce 2. –  American Beauty (1998) – 8,5/10

Debiut nagrodzony Oscarami za najlepszy film, reżyserię, scenariusz oraz główną rolę męską. Jak najbardziej zasłużenie. Historia Lestera Burnhama (wielki Kevin Spacey), który ze sfrustrowanego uczestnika wyścigu szczurów z przedmieścia, zaczyna się buntować i iść własną ścieżką, potrafi szarpnąć złośliwym humorem oraz brutalną wiwisekcją konsumpcjonizmu, przywiązania do stanu posiadania, tłumieniu swoich pragnień. Choć wszyscy pamiętamy scenę, gdy naga Mena Suvari śni się naszemu bohaterowi z opadającymi płatkami róż, nie jest to jedyna pamiętna scena. Sfilmowana latająca torba foliowa czy finałowy monolog Lestera zostają po seansie na długo.

Miejsce 1. – 1917 (2019) – 9/10

Prosta historia wojenna, jakich było wiele. Dwóch żołnierzy podczas I wojny światowej ma przedrzeć się za linię wroga, by przekazać rozkaz o odwołaniu ataku na linie wroga. Inaczej skończy się to krwawą rzezią. Siłą reżysera jest techniczna maestria, która wywołuje efekt immersji, niemal obcowania z bohaterami. Poczucie zagrożenia jest wręcz namacalne, w czym pomagają świetne zdjęcia Deakinsa oraz pozbawiony widocznych cięć montaż. Nieprawdopodobne doświadczenie, jakie przeżyłem w kinie w tym roku. Recenzja tutaj.

Jakim reżyserem jest Mendes? Ciągle szukającym wyzwań i nie bojącym się mierzyć z kinem gatunkowym. Lubi długie ujęcia, świetnie dobiera oraz prowadzi aktorów. Cokolwiek ten Anglik zamierza będę czekał, bo warto.

A jakie są wasze ulubione filmy Sama Mendesa? Piszcie w komentarzach swoje opinie.


Radosław Ostrowski

Spectre

Kolejne spotkanie z agentem 007, który znowu robi to, co powinien. “Spectre” jest zwieńczeniem serii rozpoczętej przez “Casino Royale” i tym razem Bond mierzy się z tajemniczą organizacją Widmo, dokonującej zamachów terrorystycznych na całym świecie.

spectre1

Reżyser Sam Mendes już na dzień dobry serwuje akcję w Meksyku, zaczynającą się bardzo płynnym ujęciem kamery, kończącej się eksplozją, strzelaniną oraz bijatyką w helikopterze. Nawet jeśli pojawiają się momenty na złapanie oddechu, zostają one gwałtownie przerwane, a całość łączy stare z nowym. Reżyser sięga po to, co już było w klasycznych odsłonach serii, zmierzając w stronę świadomego nadmiaru dziur, braku logiki oraz nadmiaru pościgów, strzelanin i wybuchów, ale też nie przesadza z gadżetami (jedynym bajerem jest… zegarek). Jednocześnie wydarzenia z poprzednich odsłon z udziałem Daniela Craiga łączą się w spójną całość. Za wszystkimi wydarzeniami stoi jeden człowiek, ale by do dorwać rozpocznie się pościg od Włoch przez Alpy i Afrykę z powrotem do Londynu. I kiedy wydaje się, że nic nieprawdopodobnego nie może się wydarzyć, to właśnie się wydarza jak podczas pościgu w Alpach rozpisana na samolot, auta oraz śnieg.

spectre2

Mimo większej ilości humoru (pełnego ironii), Mendes spowija całość mrokiem. I nie tylko ze względu na to, iż większość wydarzeń rozgrywa się w nocy (spotkanie we włoskiej kryjówce czy finałowa konfrontacja w podupadającym budynku MSZ), ale też bardzo ciemną kolorystyką. Reżyser także, choć raczej przy okazji, znowu stawia pytania o sposób działania wywiadu w czasach pełnej inwigilacji oraz wykorzystywaniu nowoczesnej technologii. Wszystko to spycha element ludzki na dalszy plan, ale czy to jest potrzebne. Nie jest to jednak meritum całej opowieści, ale daje troszkę materiału do refleksji.

spectre3

Sama intryga wciąga, chociaż parę razy można się pogubić. Dynamiczny montaż, pomysłowo zrealizowane strzelaniny i potyczki, budująca klimat muzyka Thomasa Newmana się sprawdza. Ale, no właśnie, zawsze jest jakieś ale. Brakuje zaangażowania, czuć lekko zmęczenie materiału oraz “odhaczanie” kolejnych przystanków, a między naszym agentem i partnerującą mu (z konieczności) dr Swann (ładna Lea Seydoux) nie czuć zupełnie nic. Niemniej finał satysfakcjonuje, zapowiadając niejako koniec serii. Chociaż nigdy nic nie wiadomo.

spectre4

Daniel Craig jako agent Jej Królewskiej Mości pasuje idealnie do tej postaci: zgorzkniały, świadomy swojej fizycznej niedoskonałości (jego spojrzenie po działaniach z Meksyku mówi wiele), ale ciągle zdeterminowanego, nieśmiertelnego oraz niepowstrzymanego. Mocniej zaakcentowanego jego relację z Q (elegancki, ale geekowaty Ben Whishaw), mającego troszkę więcej do zdziałania niż zwykle. Nie zawodzi też Ralph Fiennes w roli M. Kontrowersje za to wywołuje Christoph Waltz jako główny łotr, ale prawdę powiedziawszy nie bardzo jestem w stanie to zrozumieć. Jego Oberhauser/Blofeld jest bardzo powściągliwy, niesamowicie opanowany, ze spokojnym głosem jest w stanie torturować, terroryzować I zmuszać do podporządkowania się. Że Austriak się powtarza? Być może, ale nie drażnił mnie tak, jak można było się spodziewać. Za to duży żal mam do niewykorzystania (w pełni) Moniki Bellucci, która pojawia się raptem kilka minut, by zniknąć.

Cóż mogę powiedzieć o “Spectre”? Mendes wyszedł z konfrontacji z tarczą, parę razy zaszalał, jadąc po bandzie, ale godnie kończąc tą tetrylogię. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że “Skyfall” było zwyczajnie lepsze. Czyżby nasz 007 miał przejść na emeryturę? Zasłużył sobie na nią w pełni, tylko czy twórcy pozwolą mu się nią cieszyć w spokoju. Czas pokaże.

7/10

Radosław Ostrowski

Bovska – Pysk

pysk-b-iext48587067

Sam pseudonim nic mi nie mówił, ale Bovska nie jest debiutantką. Naprawdę nazywa się Magda Grabowska-Wacławek – wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów, grająca na klawiszach. W zeszłym roku namieszała debiutanckim „Kaktusem”, zdobywając nawet nominacje do Fryderyka. Teraz pojawia się następca w postaci „Pysku”, gdzie Bovska znowu odpowiadała za wszystko, wsparta przez Jana Smoczyńskiego.

I znowu jest to szeroko muzyka alternatywna, naszpikowana elektroniką. I to czuć już w kosmicznie brzmiącym „Kosmodronie”, pełnym bardzo przestrzennych dźwięków, echa, przerobionego wokalu w tle. Ale perkusja, delkatnie naznaczająca swoją obecność, rozpędza się w połowie, dając prawdziwego kopa. Tak samo jak nawarstwiający się, pozornie minimalistyczny „Smog, Lastriko” z tak pulsującym bitem, jakbyśmy cofnęli się prawie 30 lat wstecz. Nawet cykające i płynące niczym fale „Ciemno”, gdzie znowu zaskakuje zmienna perkusja oraz w bardziej oszczędnym wcieleniu „Pysk”, w refrenie z intensywniejszą elektroniką oraz mocniejszą perkusją pod koniec. Nawet jeśli całość skręca w stronę 8-bitowych dźwięków (mroczna „Firanka” z przeplatanymi wokalizami), a nawet idzie w konszachty z rapem (psychodeliczny „Wek”), to ciągle przypomina to odwiedzanie Krainy Czarów.

Surrealistyczne dźwięki (przerobiony ksylofon i imitacja mantralnego głosu w „Cyrku”, „tykające” tło w „Nie dzielę na dwa”, agresywniejszy puls w „Autoresecie”), współgra z warstwą tekstową, pełną wieloznaczności, groteski. Więc jeśli za pierwszym razem, nie załapiecie o co chodzi, to jest to stan normalny. Z każdym kolejnym odsłuchem „Pysk” zyskuje na sile, wywracając wszystko do góry nogami. Głosem Bovska uwodzi, czasem melorecytuje, rapuje, a nawet krzyczy. Trudno przejść obojętnie, ale całość jest strawna i „Pysk” poraża. Choć nie wszystko mi się podoba („Autorestart”, „Lubię” i „Haj”), to jednak jest to potężna dawka energetycznego grania popu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Girls on Fire – Siła kobiet

sila kobiet

Kolejny przykład na to, że program typu talent show są w stanie wyłuskać interesujące osobowości. Pod warunkiem, że nie zostaną przemielone do wymogów współczesnego rynku. Trzy panie z Wrocławia: Marta Dzwonkowska, Joanna Cholewa i Monika Wiśniowska-Basel, czyli trio Girls on Fire na pierwszy rzut oka wydaje się tylko kolejnym girlsbandem. Ale debiutancki album “Siła kobiet” to pop z wyższej półki.

To mieszanka czarnych brzmień z funkiem I odrobiną rocka. Już tytułowy utwór zaczyna się z pazurem (gitara oraz nośny refren), wchodzi w ucho z prędkością światła, zostając na dłużej. Parkiet byłoby w stanie podbić funkowe “The Rat Race” z cudnym Hammondem oraz rozpędzonym basem. “Kto da więcej?” zaczyna się od wyliczanki, by dodać cięższą elektronikę (czuć ducha lat 80.) zmieszaną z nośnym refrenem. Podobnie jak w żwawym “No dalej, hej!”, a ducha soulu i jazzu (dęciaki) czuć mocno w bardzo skocznym “Lazybones”. Osoby szukające czegoś intymniejszego oraz spokojniejszego polubią liryczną “Poście-love”, choć pod koniec dochodzi do ostrego wejścia gitary elektrycznej.

Niespodzianką było funkowe i oparte na synthpopowych klawiszach “Social Media”, do których w tle dołącza gitara z fortepianem. Równie syntezatorowe (I mroczniejsze) klimaty podrzuca “Virtual Heroes”, który z każdą sekundą rozpędza się swoimi instrumentami. Powrót do początku daje “Nie!grzeczny bądź” zaczynający się śpiewaną a capella przyśpiewką, by wrócić do popowo-soulowej stylistyki, razem z dynamicznymi “Kłamstwami” czy “Jaka bym była”.

Wszystkie panie radzą sobie świetnie, także śpiewając po angielsku, a wspólne zaśpiewy to prawdziwe petardy. Zarówno w momentach wyciszenia, jak I bardziej ekspresyjnych fragmentach. Także teksty nie tylko skupione na relacjach damsko-męskich (“Nie!grzeczny bądź”), losie kobiety (wyciszone “Do K.”) czy wirtualnym życiu (“Social Media”), ale nigdy nie ociera się o kicz czy banał. Zrobione z pomysłem, bez skrętów w plastik “Siła kobiety” ujmuje swoim bezpretensjonalnym urokiem, pełnym pasji. Czekam na więcej.

8/10

Radosław Ostrowski