To nie jest OK – seria 1

Czasami jest tak, że już sam początek potrafi zwrócić na siebie uwagę i zaintrygować. Tutaj na początku widzimy rudowłosą dziewczynę, chodzącą nocą przez ulicę. Nic niezwykłego, prawda? Tylko jest jeden szczegół: jest cała we krwi. Co się stało? Dziewczyna ucieka przez jakimś zwyrodnialcem/mordercą? Przyszła na bal halloweenowy przebrana za Carrie White? O co tu chodzi? Rzucone z offu zdanie: Drogi pamiętniczku, chuj ci w dupę potwierdza tylko jedno: coś jest nie tak. Tak się robi mocne wejście, panno Sydney Novak (Sophie Lillis).

Potem cofamy się, by w finale wrócić i odkryć, co się odjaniepawliło. A kim jest Sydney? Licealistką, która często się przeprowadzała z rodziną od miasta do miasta. Jej rodzina to matka, ostro pracująca jako kelnerka w jadłodajni oraz jej młodszy brat. Ojciec odebrał sobie życie, co na wszystkich mocno się odbiło. I dlatego córka kompletnie nie dogaduje się z matką, dlatego szkolny pedagog poleca dziewczynie pisać pamiętnik. Sydney ma jeszcze jeden problem: przypadkowo odkrywa, że ma… supermoce. A dokładniej, że używa siły umysłu.

Nowy serial twórców „The End of the F***ing World” (reżyser Jonathan Entwistle), oparty na kolejnym komiksie Charlesa Forsmana. Innymi słowy, jak we w/w tytule spodziewałem się kolejnej historii z niedopasowanymi, wręcz ekscentrycznymi nastolatkami. Ubrane w narrację pamiętniczka jeszcze bardziej wpasowuje się w ten świat. Audio-wizualnie też czuć ten styl: wiele statycznych, niemal symetrycznych kadrów, muzyka w klimacie „Twin Peaks”. Wszystko jest tu bardzo znajome: zagubieni nastolatkowi, dorośli nieobecni/mający ich gdzieś, dziwaczne sytuacje. Tutaj jeszcze dochodzi tajemnica wokół śmierci ojca oraz mocy bohaterki. Dla niej są raczej źródłem problemów, a jakiegokolwiek mentora czy mistrza mogącego jej w tym pomóc, brak. Poza nią Sydney ma przyjaciółkę Dinę oraz dość ekscentrycznego sąsiada, Stanleya z „wypasionym” autem. I to ta odkrywana relacja tej trójki staje się emocjonalnym kośćcem tego krótkiego (siedem odcinków po 20 minut) serialu. Przyjaźń, zauroczenie i miłość kontra poczucie dziwności, którego nie da się całkowicie wytępić.

Choć nie brakuje paru ciekawych momentów (włamanie do gabinetu dyrektora pokazane w formie przygotowanego planu), to jednak nie ma takiego uderzenia jak „The End of the F***ing World”. To jest inny kaliber, o wiele bardziej przyziemny i czerpiący z wielu znajomych klisz kina młodzieżowego: szkolny gwiazdor sportu zmieniający się w łobuza, ekscentryczny nerd, uzależniona od dragów heroina, pierwszy pocałunek. Cholera, jest nawet posadzenie bohaterów w szkolnej kozie jak w „Klubie winowajców”. Brakuje jakiegoś mocniejszego uderzenia (poza krwawym finałem oraz cliffhangerem), które by bardziej zaangażowało. Odrobinkę humoru serwuje kontrast między tym, co słyszymy z offu, a co zostaje powiedziane oraz „testowanie” mocy. Brakowało mi tego szaleństwa z adaptacji poprzedniego komiksu Forsmana i czułem sporą wtórność.

Sytuację w sporej części ratują aktorzy i oni sprawiają, że ogląda się ten serial do samego końca. Absolutnie rewelacyjna jest Sophie Lillis jako próbująca się odnaleźć w nowej sytuacji Sydney. Z jednej strony jest bardzo wycofana i zamknięta w sobie, z drugiej bywa ironicznie złośliwa (głównie wobec matki), zaś z trzeciej jak wybucha, to gwałtownie eksploduje. Nie chcecie widzieć jej wściekłej, bo to może skończyć się źle i to poczucie obcości ciągle ją przygniata. I każda z tych warstw tworzy spójny portret „dziwnej” nastolatki. Świetnie się z nią uzupełnia Wyatt Oleff w roli Stanleya. Typowy nerd, z barwną stylówką, dla którego poczucie dziwnym jest zaletą. Można odnieść, że ma totalnie wywalone na to, co oni powiedzą, ale to też może wynikać z palonej marihuany. Reszta postaci też jest świetna: zarówno przyjaciółka Dina (Sofia Bryant), zapracowana matka pomagająca w poznaniu ojca (Kathleen Rose Perkins), zgrywający wrażliwca łobuz Brad (Richard Ellis) czy o wiele dojrzalszy braciszek (Aidan Wojtak-Hissong).

„To nie jest OK”, a w zasadzie pierwszy sezon jest w zasadzie wprowadzeniem do poważniejszej historii, co sugeruje cliffhanger. Jest tylko jedno ale: drugi sezon został skasowany z powodu pandemii koronawirusa. Co jest wielkim błędem i chciałbym wierzyć, że Netflix jeszcze wróci do tego tytułu, stwierdzając: może powinniśmy do tego wrócić?

7/10

Radosław Ostrowski

Uncharted

Jak jest klucz do zrobienia udanej adaptacji gry komputerowej? Wielu szuka do tej pory sposobu, lecz dobrego tytułu to trzeba szukać bardzo głęboko. Wielu wyczekiwało planowanej od dawna adaptacji serii gier „Uncharted”. Planowana od 2008 roku, miała masę problemów (ciągła zmiana reżysera: od Davida O. Russella przez Shawna Levy’ego po Rubena Fleischer), scenarzystów, wreszcie zmiana odtwórcy głównej roli – Marka Wahlberga zastąpił Tom Holland), ale się w końcu udało doprowadzić sprawę do końca. Ale czy warto było czekać?

uncharted1

Film jest niejako prequelem do cyklu gier, gdzie poznajemy początki działalności łowcy skarbów i awanturnika Nathana Drake’a. Pierwszy raz go widzimy, gdy razem z bratem są w sierocińcu i zostają rozdzieleni. 15 lat później Nathan (Tom Holland) pracuje jako barman i drobny złodziejaszek, żyjąc sobie spokojnie. I wtedy w barze pojawia się niejaki Victor Sullivan (Mark Wahlberg) – poszukiwacz przygód oraz łowca skarbów, który poluje na łup ukryty przez załogę Ferdynanda Magellana. Mężczyzna werbuje Drake’a, bo znał jego brata. Ale nie są jedynymi poszukiwaczami, bo w ślad za skarbem rusza bogaty magnat Santiago Moncada (Antonio Banderas) oraz jego grupa najemników. Kto dotrze pierwszy?

uncharted2

Co ja mogę powiedzieć? Film jest kolejnym klonem, czerpiących z szablonów znanych z serii przygód Indiany Jonesa. Czyli mamy zagadki do rozwiązania, by dotrzeć do skarbu, egzotyczne lokacje, pościgi, strzelaniny, zdrady, wbijane noże w plecy. No i jeszcze kradzieże, które bardziej pasowałyby do „Ocean’s Eleven”, a zbyt dużo czasu skupia się na scenach planowania. Jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, film wygląda… tanio, brakuje znanego z gier rozmachu, spektakularnych, wręcz niebezpiecznych scen akcji, pędzącej na złamanie karku adrenaliny. Nawet żarty kompletnie nie działają, a wszystko jest dziwnie blisko ziemi, zaś budowanie kluczowych postaci… nie obchodziło mnie. Fabuła jest przewidywalna, gdzie bardzo łatwo można domyślić się przebiegu wydarzeń, zaś dialogi pozbawione są wyrazistości.

uncharted3

Także aktorsko nie ma tu szału, a kilka decyzji jest zadziwiających. Tom Holland w roli Drake’a wypada całkiem nieźle i robią wrażenie wykonywane przez niego popisy kaskaderskie, ale to nie jest trafiony wybór. Ja wiem, że to prequel gier z otwartą furtką na potencjalną franczyzę (scena po napisach) i jest to pierwsza poważna przygoda, ale za młodo wygląda i zbyt dużo wie na temat historii, choć nie wiadomo skąd ją posiadł. Z kolei Mark Wahlberg jako Sullivan jest bardzo niespójny. Z jednej strony to taki stary cwaniaczek, rzucający żarcikami, a z drugiej robi tu za walczącego twardziela. Wszystko w zależności od sytuacji. Reszta postaci zwyczajnie jest nijaka i pozbawiona charakteru (z wyjątkiem nieźle bawiącego się, choć niewykorzystanego Antonio Banderasa oraz Sophia Ali jako wspólniczka Sully’ego, Chloe).

uncharted4

Widać, że to bardziej studiu zależało na tym, by ten film powstał. Niby kino rozrywkowe, ale pozbawione duszy, serca, pasji i charakteru. „Uncharted” wygląda jak film nakręcony przez dziecko, które dostało kamerę do ręki i nie ma kompletnie pojęcia co robi. Dlatego powstało nudne, bezpieczne quasi-widowisko.

5/10

PS. Jeśli chcecie zobaczyć lepszą wersję przygód Nathana Drake’a, polecam sprawdzić ten fanowski film sprzed paru lat:

Radosław Ostrowski

Misja: Podstawówka – seria 1

Spośród seriali komediowych najpopularniejszą formą jest mockument, czyli fałszywy dokument. Przyjeżdża ekipa filmowców i kręci zwykłe dni z pracy lub życia rodziny. W przypadku serialu zrealizowanego dla Disney+ (dokładnie Star, gdzie są dostępne produkcje dla dorosłych) trafiamy do fikcyjnej szkoły podstawowej im. Abbotta w Filadelfii. Szkole dla uczniów czarnoskórych, gdzie zarządzająca dyrektorka Ava jest najbardziej niekompetentną osobą jaką możecie sobie wyobrazić.

abbott elementary1-1

Całą tę historię poznajemy z perspektywy młodej nauczycielki, Janine (Quinta Brunson – także twórczyni i scenarzystka serialu) – pracującej w szkole drugi rok idealistki, chcącej wszystkim pomóc, co czasem daje odwrotne efekty niż planowała (samodzielna próba naprawy świateł). Mamy poza nią bardzo ekscentrycznego odludka Jacoba (Chris Perfetti), pojawiający się na zastępstwo Gregory (Tyler James Williams), głęboko wierząca Barbara (Sheryl Lee Ralph) oraz mająca różne koneksje i dojścia Melissa (Lisa Ann Walter). Cała ta paczka, mimo niedofinansowania i braku wsparcia od dyrektorki, stara się wykonać swoją pracę jak najlepiej.

abbott elementary1-2

Pozornie wydaje się to lekką i autentycznie zabawną komedią charakterów, to przy okazji podchodzi do bardzo poważnych kwestii, z jakimi mierzą się pedagodzy: adaptowanie się do nowego środowiska, zdobycie szacunku uczniów, mierzenia się z wykorzystaniem nowoczesnej technologii, radzenie sobie z trudnymi dziećmi czy tym, że nie radzą sobie z nauką oraz rozmowy na rodzicami. Czy jeszcze kwestia, która może dręczyć najstarsze nauczycielki (głównie Barbarę), że może pora się wycofać i przejść na emeryturę. Wszystko to brzmi szczerze i naturalnie, lecz nie zmienia serialu w poważny, depresyjny dramat jak film „Z dystansu” ani optymistyczne kino pokroju „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”. Udaje się zachować równowagę i każda z postaci ma swój moment, gdzie pokazuje się z nieznanej strony (Ava próbująca opiekować się babcią, Jacob okazuje się zdolnym pokerzystą, nawet woźny okazuje się być postacią z barwną przeszłością).

abbott elementary1-3

Ostatni raz taki ciepły i – mimo wszystko – pogodny serial jaki widziałem to „Ted Lasso”. Krótkie odcinki (około 20 minut) nie pozwalają sobie na nudę, nieznani aktorzy są absolutnie rewelacyjni, zaś każdy odcinek wciąga oraz angażuje do samego końca. Wszystko bardzo inteligentnie napisane oraz zrealizowane. Aż chce się wrócić do tego miejsca, co będzie wkrótce możliwe. Albowiem za dwa miesiące zacznie się drugi sezon.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Minionki: Wejście Gru

Najbardziej ikoniczne istotki studia Illumination, czyli Minionki powracają. Nie byłem jakimś wielkim entuzjastów spin-offu serii „Jak ukraść księżyc”. Za dużo gagów zbyt prostych oraz ogranych, bym mógł się na tym świetnie bawić. Pierwsze „Minionki” zakończyły się w momencie, gdy nasze żółte ziomki trafiły do Gru. Teraz poznajemy początki działalności, gdy jeszcze był dzieckiem.

minionki2-1

Tym razem jesteśmy w połowie lat 70., gdzie działała grupa złodziei zwana Vicious Six – najlepszych, nieuchwytnych i przebiegłych złoczyńców. Teraz szykują najważniejszy skok, czyli kradzież Kamienia Zodiakalnego oraz użycie go podczas chińskiego Nowego Roku w San Francisco. Cała akcja się udaje, jednak szef zespołu Wściekły Kułak zostaje zdradzony i porzucony przez resztę ekipy. Dlatego złoczyńcy organizują casting na nowego członka zespołu. To jest szansa dla 12-letniego Gru, by zabłysnąć i spełnić swoje marzenia o swoim ukochanym, bandyckim życiu. Jednak z racji wieku nie jest traktowany poważnie, więc kradnie kamień, przez co zostanie porwany. Więc nasza ekipa chaotycznych Minionków będzie robić za Liama Neesona, lecz ostatnie bliżej im będzie do działań porucznika Drebina z „Nagiej broni”.

minionki2-2

W porównaniu do pierwszego solowego wejścia Minionków ten film ma bardziej zwartą fabułę i jest czymś więcej niż ciągiem gagów. To jest wręcz heist movie, który miesza różne gatunki oraz konwencje, co czuć od początku. Dostajemy pościg na motorze, następnie scenę zdobycia kamienia niczym z Indiany Jonesa, by na finał dostać czołówkę a’la James Bond. Mało wam? Odrobina fantastyki, demolka, pościgi, mocno absurdalny humor oraz jedna cudna retrospekcji, jakiej nie powstydziłby się Guy Ritchie. Plus (chyba najlepsze momenty filmu) trening kung-fu. Humor oraz akcja są zbalansowane (w finałowej konfrontacji to wręcz idą ręka w rękę), intryga pędzi niczym uderzane kulki na flipperze, zaś wszystko przeplatane jest morałem o sile przyjaźni oraz lojalności w świecie, gdzie jest ona towarem deficytowym.

minionki2-3

Już bliżej jest klimatem do głównej serii, co jest też zasługą relacji między Gru a Kułakiem – od porwania i antagonizmów po sympatię, wręcz szacunek, a nawet zaczyna iść w kierunku mentor-uczeń (improwizowany napad na bank). Wygląda to też świetnie, w tle gra bardzo dynamiczna muzyka, zaś finał – spektakularny i widowiskowy, trzyma w napięciu do końca. Także polski dubbing w reżyserii Bartosza Wierzbięty trzyma poziom, a wracający do roli Gru Marek Robaczewski znowu błyszczy.

minionki2-4

„Wejście Gru” jest oddechem świeżości w serii po pierwszym spin-offie, który dostarcza o wiele więcej zabawy niż sądziłem. Dużo śmiechu, sporo akcji, niegłupi morał oraz miejscami wariackie tempo stanowią gwarancję świetnej zabawy zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bohater ostatniej akcji

John McTiernan – na przełomie lat 80. i 90. był jednym z najbardziej interesujących reżyserów kina akcji, realizując trzy fantastyczne filmy jeden po drugim: „Predatora”, „Szklaną pułapkę” i „Polowanie na Czerwony Październik”. Później już żaden film nie wywołał takiego fermentu jak w/w święta trójca, jednak rzadko schodził poniżej pewnego poziomu. Jeśli jednak miałbym wskazać najbardziej niedoceniony film w dorobku Amerykanina, byłby to „Bohater ostatniej akcji”.

bohater ostatniej akcji1

Punkt wyjścia jest aż zadziwiający i genialny w swojej prostocie. Bohaterem jest młody chłopak o imieniu Danny (debiutant Austin O’Brien), co kino kocha nad życie, bo życie jest szare, nudne i do dupy. Dlatego zamiast chodzić do szkoły, urywa się do kina na ulubione filmy akcji o najtrwardszym twardzielu policji LA – Jacku Slaterze (Arnold Schwarzenegger). Chłopiec dzięki przyjaźni ze starszym bileterze (Robert Prosky) dostaje podobno magiczny bilet od samego Houdiniego. Dzięki niemu nasz bohater wpada w sam środek… nowej części przygód Jacka Slatera.

bohater ostatniej akcji2

W założeniu ten film miał być parodią kina akcji w stylu scenariuszy pisanych przez Shane’a Blacka. Innymi słowy akcja jest bombastyczna, przerysowana i kompletnie przegięta, zaś barwny, wręcz komiksowy świat filmu kieruje się własnymi regułami oraz zasadami. Klisze oraz nielogiczności są (może zbyt topornie) komentowane przez Danny’ego, który może je wykorzystać. Fakt, że nikt poza nim nie jest świadomy tych schematów, powinien działać na jego korzyść. A jakie to szablony? Slater jako superglina, który przeżywa najbardziej wariackie eskapady, rzuca sucharami troszkę lepszymi od „Familiady”, uzbrojony po zęby. Przeciwnicy z umiejętnościami strzeleckimi godnymi szturmowców Imperium, każdy pościg kończy się eksplozją samochodów stojących sobie w tle, w mieście są same kobiety o urodzie top-modelek, niedopasowani partnerzy na komendzie (niejako z automatu) czy kompletnie uwalone ubranie w kolejnej scenie staje się czyste niczym prosto z pralki.

bohater ostatniej akcji3

Absolutna kpina i jazda bez trzymanki, bawiąca się konwencją kina. Dopóki jesteśmy w świecie Slatera zabawa jest na całego, a Schwarzenegger tworzy swoją najlepszą rolę komediową w karierze. Drugi plan tutaj też błyszczy ze wskazaniem na absolutnie rewelacyjnego Charlesa Dance’a jako pana Benedicta – świetnego strzelca wyborowego, z potężnym pistoletem (trochę mi się kojarzył ze spluwą Jokera z „Batmana” Tima Burtona) i przewyższającego inteligencją swojego pryncypała, mafiozo Tony’ego Vivaldiego. ALE jest też parę skaz. Nie mam problemu z tym, że film nie traktuje się zbyt poważnie i puszcza oko, rzucając czasem niespodziewane cameo (nie wszystkie są trafione jak Tina Turner w roli burmistrza czy animowany glina-kot Whisker). Sceny dziejące się w „naszym” świecie, czyli Nowym Jorku są – celowo – w kontraście do świata filmowego. Jest szaro, buro, brudno, deszczowo i pewne poważniejsze momenty (włamanie do domu Danny’ego) sprawiają wrażenie wyrwanych z innego filmu. Nawet próby dodania większego ciężaru bardziej działają pod koniec, gdy Slater trafia do naszego świata i tu doznaje szoku. Jednak nawet wtedy czuć napięcie, a finał łapie za gardło.

bohater ostatniej akcji4

Jako komedia się sprawdza świetnie, jednak czułem pewien niedosyt w kwestii scen akcji, które – choć wyglądają imponująco i jednocześnie absurdalnie – to jest ich za mało. Z takim tytułem chciałoby się więcej strzelanin, pościgów oraz więcej czasu w świecie filmu. McTiernan mógłby bardziej docisnąć gazu, zaś balans między akcją, komedią i dramatem bardziej zachować. Efekty specjalne (komputerowe) też nie powalają, w przeciwieństwie do pracy kaskaderów i pirotechników. Film wyprzedził swoje lata, a widzowie nie byli gotowi na taką zgrywę oraz autoironiczne oblicze Arniego.

8/10

Radosław Ostrowski

All of Us are Dead – seria 1

Niebo gwiaździste nade mną, a zombie we mnie – ten fragment z piosenki „Zombi” zespołu Lao Che wydaje się idealnie pasować do nowego koreańskiego serialu Netflixa. Nie, nie widziałem jeszcze „Squid Game”, lecz na początku pojawiła się zombie apokalipsa w 12-odcinkowym „All of Us are Dead”. Czyli po naszemu: „Wszyscy jesteśmy martwi”.

Akcja osadzona jest w fikcyjnym mieście Hyosan, zaś głównymi bohaterami są uczniowie liceum. Pochodzą z różnych środowisk i grup społecznych, lecz większość z nich stara się o dobre oceny. W naszym kontynencie takie podejście ciężko sobie wyobrazić. Tak samo jak fakt, że przed zajęciami uczniowie oddają swoje telefony. Reszta w zasadzie znajoma: sportowcy, maturzyści, geeki, wywyższający się, wykluczeni, gnębiciele oraz szaraczki. Dzień jak co dzień, zajęcia odbywają się bez komplikacji. Ale pewnego dnia wszystko się wykoleja, choć nic nie zapowiada katastrofy. Jedna z uczennic zostaje pogryziona przez chomika, przechowywanego przez nauczyciela biologii w laboratorium. Pan Lee Byeong-chan, jak przystało na belfra… przywiązuje dziewczynę do kaloryfera i knebluje jej usta,  a następnie coś wstrzykuje. Jednak uczennica ucieka oraz atakuje jedną z koleżanek podczas zajęć. Reszty możecie się domyślić, zwłaszcza jak zarażona trafia do szpitala.

„All of Us are Dead” czerpie ze znajomych elementów produkcji z żywymi trupami. Zmieniający się ludzie w bezmyślne, żądne krwi monstra, szalony naukowiec (tutaj: nauczyciel biologii) i przeprowadzane przez niego eksperymenty, rząd i politycy, próbujący opanować sytuację wojsko z policją. A w oku cyklonu nastolatkowie, którzy nie mają kompletnie pojęcia jak wyjść z tej sytuacji cało. To nie są wyszkoleni żołnierze ani weterani szkół przetrawia im. Beara Gryllsa. Strach dla wielu będzie działał paraliżująco, a dla innych motywująco. Nie zabraknie też poświęceń, aktów odwagi, podstępów, tchórzostwa oraz podłości. Czyli standard w gatunku. Co nie jest standardem to nie jest fakt, że mamy do czynienia z zombiakami w stylu „Zombie express” (szybcy, wściekli, głodni), lecz kompletny brak przewidywalności w kwestii potencjalnych przyszłych truposzach. Nikt nie ma tutaj żadnego „parasola” chroniącego przed ugryzieniem/śmiercią w przypadku postaci pozytywnych, jak i nie ma obietnicy bycia ofiarą w przypadku złych.

Mamy parę różnych grupek, działających niezależnie od siebie, a czasem od nadmiaru postaci można dostać oczopląsu. Fakt, że (prawie) wszyscy noszą jednolite mundurki nie pomaga. Przynajmniej na początku, ale po 3-4 zaczyna się krystalizować główna ekipa. Plus jeszcze mała grupka (maturzystka plus dwoje członków drużyny łuczniczej, który wrócili z turnieju), a także do układanki trafiają policjant, kapitan straży pożarnej (ojciec jednej z uczennic), członkini zgromadzenia oraz dowódca armii. Jeszcze się przypałętał YouTuber, co przyjechał zobaczyć tą epidemię na żywo. Na własnej skórze przekona się, że to nie była dobra decyzja. Przeskoki między postaciami nie wywoływały takiego poczucia dezorientacji jakiego się spodziewałem. Wszystko jest czytelnie, dynamicznie zmontowane i parę razy zaskakuje formalnie. Jak choćby w sytuacji, gdy jedną z postaci nagle tracimy z oczu, by kilka odcinków później zobaczyć ją znowu, poznając co się działo w międzyczasie.

„All of Us are Dead” ma też parę nieoczywistych (jak na ten gatunek) niespodzianek. Jak choćby to, że nie wszyscy ugryzieni przez zombie przemieniają się w krwiożercze bestie, nadal zachowując świadomość umysłu. Przy okazji mając też wyostrzone zmysły, zwiększoną siłę, jednak nadal czują głód. Jak to możliwe? Nie wiadomo. Innym przykładem jest postawa dowódcy wojskowego, planującego operację zakończenia epidemii. Tutaj armia jest nie tylko kompetentna, lecz potrafi zastosować sensowne taktyczne akcje (skierowanie umarlaków w jednym miejscu za pomocą… dźwięków z drona, a następnie załatwienie problemu pociskiem rakietowym) i zachowują wszelkie środki bezpieczeństwa. Nawet jeśli trzeba dokonać trudnej decyzji zniszczenia miasta – bo inaczej jak jedna osoba się wyrwie, to cały kraj zostanie zarażony w ciągu tygodnia – co może doprowadzić do śmierci nie-zombiaków. Już to pokazuje, że to nie jest lukrowane, schematyczne kino made in Hollywood style.

Pozornie niby nic nowego, ale w środku „All of Us are Dead” to bardzo przyjemna niespodzianka z absolutnie fantastycznym aktorstwem (tutaj trudno kogokolwiek wyróżnić, bo wszyscy dają z siebie wszystko i są bardzo wyraziści), mieszanką mroku z nadzieją, intensywnymi chwilami napięcia oraz krwawą jatką. Takie szaleństwo tylko w Korei.

8/10

PS. Niedawno ogłoszono, że będzie drugi sezon. Czekam z niecierpliwością.

Radosław Ostrowski

Czarny telefon

Ten film mógł mieć innego reżysera przez pewien czas. Albowiem współautor scenariusza Scott Derrickson miał po raz drugi pokazać przygody Doktora Dziwago, znanego bardziej jako Dr Strange. Doszło jednak do „różnic artystycznych” między nim a Marvelem i tak reżyser wrócił do horrorowych korzeni. Po paru miesiącach opóźnień (film miał mieć premierę już w styczniu) w końcu trafił do kin „Czarny telefon”.

Akcja toczy się w 1978 roku w mały miasteczku w stanie Denver. Bohaterem jest 13-letni Finney (Mason Thames), który mieszka razem z ojcem lubiącym mocno wypić (Jeremy Davies) oraz siostrą (Madeleine McGraw). Chłopak ma pod górkę, co widzimy od początku: nie radzi sobie w sportem, nie ma dziewczyny, gnębią go łobuzy. Myślicie, że już nic gorszego nie może się mu zdarzyć? To jesteście w dużym błędzie, bo od dłuższego czasu dzieci są porywane i znikają bez śladu. Kto i dlaczego to robi? Nie wiadomo. Pewnego wieczoru staje się najgorsze – Finney zostaje uprowadzony. Niestety, jego ojcem nie jest Liam Neeson, więc nie ruszy mu z odsieczą. Żeby było jeszcze trudniej, chłopak trafia do zagłuszonej piwnicy i kompletnie jest zdany tylko na siebie, prawda? Nie do końca.

czarny telefon1

Film oparty jest na opowiadaniu Joe Hilla, czyli syna Stephena Kinga i czuć tu znajome elementy. Małe miasteczko, wchodzenie w dojrzewanie, dziecko z nadnaturalnymi mocami (siostra oraz jej sny), znęcający się ojciec-alkoholik, tajemnica oraz niebezpieczny morderca. Osadzenie historii w latach 70., kiedy panowała paranoja i psychoza z powodu ataków seryjnych morderców, zaś młodzi kłócą się o to, czy lepszym filmem jest „Wejście smoka” czy „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. Zamiast krwawej rzeźni i makabrycznych scen przemocy, reżyser stawia na bardzo niepokojącą atmosferę. A nic jej nie buduje jak zamknięta piwnica, gdzie nikt nie słyszy twojego krzyku i jesteś zdany tylko na siebie. Jest jeszcze porywacz, o którym nie wiemy kompletnie nic, zaś jego maska wygląda niesamowicie groźnie. Kim on jest, czego chce, dlaczego robi to, co robi – nie pytajcie, bo to nie o nim jest film.

czarny telefon3

To film o chłopaku i jego próbie ucieczki z pułapki, ale – co najbardziej zadziwiające – bohater myśli. Jeśli coś nie działa, szuka innego rozwiązania. Zaś wszelkie poszlaki oraz wskazówki dostaje przez znajdujący się w pomieszczeniu telefon. Zepsuty. Z którego dzwonią… poprzednie ofiary porywacza. Ale czy to one naprawdę dzwonią, czy te całe rozmowy są wytworem jego wyobraźni? Atmosfera robi się coraz gęstsza, w czym pomaga warstwa wizualna, niemal imitująca epokę. Ten mrok piwnicy oraz mocna kolorystyka (głównie żółty nocą), a także sceny wyglądające jakby z mocno zużytej taśmy. I jest to świetnie zmontowane, co jeszcze bardziej podkręca napięcie. Zaś finałowa konfrontacja jest bardzo satysfakcjonująca.

czarny telefon2

Sporą niespodzianką jest – znowu – fantastycznie zagrane role dziecięce. Jak ci Amerykanie to robią, że mają tak uzdolnionych młodych ludzi i wypadają przed ekranem tak naturalnie? Mason Thames (Finney) oraz Madelein McGraw (Gwen) są świetni jako rodzeństwo, wierzy się w ich więź, zaś emocje odgrywają bez cienia fałszu. Równie interesujący jest Jeremy Davies jako ojciec, który na pierwszy rzut oka wydaje się szablonowy – alkoholik, bijący pasem. ALE pod tą warstwą kryje się złamany człowiek, którego zwyczajnie było mi żal. Jest też Wyłapywacz, grany przez Ethana Hawke’a, co jest bardzo zaskakującą decyzją castingową. Bo ten aktor bardzo rzadko gra postacie negatywne, ale takiej przerażającej jeszcze nigdy. Mając tylko głos oraz mowę ciała wykorzystuje to bez wahania, budząc postrach, nieprzewidywalność (zmiany tonu) i bardzo namacalny niepokój.

czarny telefon4

Bardzo przyjemna niespodzianka oraz udany powrót Scotta Derricksona do świata grozy. To nie jest oryginalny horror, ale zdecydowanie efektywny, trzymający w napięciu i ogrywający pewne znane schematy w zupełnie innym kierunku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Atramentowe serce

Pomysły na jakiś tytuł brzmią tak interesująco, że potrafią oczarować. Brzmi jak magiczne zaklęcie, potrafiące czasem pobudzić wyobraźnię do tego stopnia, iż otwierają się nieograniczone możliwości narracyjnych ścieżek. Dobrze, jeśli powstaje z tego interesujący film, źle jak rozczarowuje. Jaki jest przypadek „Atramentowego serca”?

atramentowe serce1

Punkt wyjścia jest bardzo obiecujący: bohaterem jest introligator Mortimer Folchart (Brendan Fraser), który posiada dość nietypowy dar. Mianowicie, podczas czytania książki potrafi „ożywić” postacie oraz świat danego utworu. Dosłownie, ale w zamian ktoś trafia do wnętrza książki. Tak się stało dziesięć lat wcześniej podczas lektury „Atramentowego serca”, co doprowadziło do wsiąknięcia żony Folcharta. W zamian pojawił się paskudny Koziorożec (łysy Andy Serkis) oraz jego ekipa oprychów, a także mistrz ognia Smolipaluch (Paul Bettany), chcący wrócić do siebie. Od tego czasu Mo razem z córką Maggie ukrywają się, zaś ojciec próbuje odnaleźć książkę i odzyskać żonę. Sytuacja się komplikuje, gdy Smolipaluch odnajduje ich w Alpach, a w ślad za nimi rusza Koziorożec.

atramentowe serce2

Koncepcja osoby czytającej, potrafiącej zmaterializować świat za pomocą samego czytania jest intrygujący i wprowadza element fantastyki do opowieści o walce dobra ze złem. W zasadzie standard, a potem zaczynają pojawiać się kolejne dramatis personae – wielbiąca unikatowe książki ciotka (Helen Mirren), autor książki (Jim Broadbent), który jest mocno oderwany od rzeczywistości, wreszcie wplątany zostaje jeden z 40 rozbójników. Wariactwo? Czujecie wiatr przygody? To dostaniecie jej całkiem niezły kawałek. Główny złol osadził się w pięknie zrobionym zamku i nie zamierza wracać do siebie. Potrzebuje naszego bohatera i jego talentu, bo… to już przekonacie się sami. Finału możecie się domyślić, ale ważniejsza jest tutaj droga do niego.

atramentowe serce3

Ta jest prowadzona solidnie, z przyzwoitymi efektami specjalnymi oraz sprawną realizacją. Problem jednak jest troszkę nierówne tempo akcji, gdzie poza ucieczkami i ukrywaniem się, zdarzają się momenty skradane. Niestety, poczucie zagrożenia nie jest odczuwalne, choć powinno być niemal od początku, przez co napięcie pojawia się sporadycznie. Szczególnie w scenach na zamku, włącznie z finałem, który działa. Przestojem są tutaj przebitki ze wspomnień Smolipalucha, tęskniącego za poprzednim życiem, co spowalnia tempo całości. Momenty ekspozycji też sprawiają wrażenie mechanicznie wrzuconych, a nie spójną częścią historii. To trochę wybija z całości. Także postaci jest zwyczajnie za dużo i nie mają zbyt wiele czasu.

atramentowe serce4

Najbardziej z całej obsady tutaj wybija się świetny Andy Serkis jako Koziorożec. Opanowany, mówiący spokojnym głosem budzi strach i respekt. Osobnik ciągle coś ma asa w rękawie, szykując kolejne niespodzianki. Równie wyrazisty jest Paul Bettany – zdesperowany i przerażony mistrz ognia, niemal za wszelką cenę chcący wrócić do domu. To ostatnie bywa wykorzystywane przeciwko niemu, co czyni go podatnym na manipulacje. Nie można złego słowa powiedzieć o Jimie Broadbencie jako pisarzu, bardziej kochającym świat literacki niż rzeczywisty. A jak radzi sobie para protagonistów? Całkiem solidnie, choć bardziej wybija się Eliza Bennett (Maggie) od Brendana Frasera (Mortimer). Czy jest to wada? Dla mnie nie.

„Atramentowe serce” to kawałek przyzwoitego filmu fantastyczno-przygodowego, choć niepozbawionego skaz. Jak jednak czaruje, to potrafi uderzyć z prawdziwą mocą i ma swój głos. Czasem fałszuje, lecz jak trafia w nutę, robi to w punkt.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kosmiczny mecz

Są takie filmy, które jak się oglądało za dzieciaka, wydawały się najlepszymi dziełami świata. Taki też był “Kosmiczny mecz” z 1996 roku. Tam było wszystko, co mogło się wtedy młodemu kinomanowi podobać: postacie ze Zwariowanych Melodii, ówczesny bóg kosza Michael Jordan oraz decydujący mecz z wysoką stawką. Czego chcieć więcej? Dzisiaj już trochę inaczej się na to patrzy.

Bo powiedzmy sobie to wprost: film Joe Pytki to w zasadzie reklama Michaela Jordana. Sama fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa. Otóż Jordan decyduje się wycofać z gry w koszykówkę na rzecz baseballa. Delikatnie mówiąc ten transfer – jaki miał zrobić i planował w dzieciństwie – nie wyszedł zbyt dobrze. Niby członkowie rodziny oraz drużyny wspierają go, ale sportowiec jest świadomy, że ssie. Jednak będzie zmuszony wrócić na parkiet kosza. Dlaczego? Królik Bugs i reszta ferajny gra o swoje życie z kosmitami Moron Planets. W czym haczyk, bo kosmici są mali oraz  niegroźni (chyba, że użyją broni)? Robaczki zmieniły się w potężne, przypakowane mutanty. Nie jest dobrze.

Historia nie jest specjalnie oryginalna, jednak wszystko zależy od realizacji. Tutaj mamy kino familijne, które miesza animację z żywymi aktorami oraz film sportowy. Taka mieszanka sama w sobie nie jest niczym zaskakującym, bo animację z żywymi aktorami na taką skalę robił choćby “Kto wrobił królika Rogera?” (interakcje nadal robią świetne wrażenie). Przewidywalne jest to bardzo, tak samo jest bardzo skrótowo opowiedziane. W zasadzie jest tylko jedna scena treningu, sporo jest też czasu wokół koszykarzy, którym talent “kradną” kosmici – co przez pewien czas daje frajdę, lecz z czasem staje się zapychaczem. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że scenariusz jest chaotyczny.

Humor jest mocno slapstickowy i oparty na absurdzie znanym z kreskówek. Muszę przyznać, że to nadal działa, co jest zasługą masy znajomych postać. Oczywiście, królik Bugs i kaczor Duffy przekomarzają się ze sobą, Diabeł Tasmański jest rozpędzony niczym pociąg TGV, kot Sylwester poluje na kanarka itd. Animacja też prezentuje się bardzo dobrze i nawet komputerowe tło nie irytuje. Nowe postacie (robaczki oraz szef parku rozrywki z kosmosu) nie odstają poziomem wykonania od klasycznych postaci. Drobną perełką jest cameo Billa Murraya, który wręcz desperacko chce zostać koszykarzem. No i sama sekwencja meczu broni się wykonaniem.

Ostatecznie dzieło Pytki prezentuje się naprawdę nieźle. Samo połączenie animacji z live-action przetrwało próbę czasu, jednak sama historia nie powala. Obecność Jordana oraz naszych animowanych kumpli to za mało na dobry film. Ale w formie seansu z młodymi dziećmi to odpowiednia propozycja.

6/10

Radosław Ostrowski

Seven Seconds

Ile czasu potrzeba, by zdecydować o czyimś życiu lub śmierci? Ile sekund? Ile warte jest ludzkie życie? Wszystko zaczęło się tak niepozornie – mężczyzna szybko jechał samochodem podczas śnieżycy. Żona akurat była w szpitalu, a narodziny dziecka w drodze. Wtedy pada dźwięk, czyli w coś walnęło. Był to rower, na którym jeździł młody chłopak. Kierowca jednak nie wezwał policji, nie udzielił pomocy, tylko zadzwonił po przełożonego, szefa oddziału policji d/s walki z narkotykami, by ogarnąć sprawę. Ta decyzja okaże się bardzo brzemienna w skutkach, a zamieszki wiszą w powietrzu. Czy wspomniałem, że chłopak jest czarnoskóry, zaś kierowca jest młodym białasem?

Mini-serial Netflixa dotyka tematu ogranego wręcz do bólu, czyli rasizmu, uprzedzeń i nienawiści. Wpisane w konwencję kryminału oraz (pod koniec) dramatu sądowego, do tego oparty jest na… rosyjskim filmie “Major” Jurija Bykowa. Za serial odpowiada Veena Sud, czyli twórczyni oryginalnego (czytaj: skandynawskiego) “The Killing”, więc należało spodziewać się interesującego dzieła. Choć początkowo można odnieść wrażenie, że postaci jest aż za dużo. Gliniarz-idealista, zmuszony do działania wbrew swoim zasadom, jego ekipa ostrych zawodników pod wodzą sierżanta DiAngelo, prowadząca śledztwo prokuratorka z alkoholowymi ciągotami, głęboko religijni rodzice zamordowanego dziecka, policjant spoza otoczenia itd. Dużo jest elementów tej układanki, która na pierwszy rzut oka jest aż zbyt znajoma. Prowadzona niespiesznym tempem, w bardzo tradycyjny, pozbawiony efekciarstwa sposób, zabawy formą.

Twórcy na pierwszy plan (moim zdaniem) wrzucają rodzinę i to, jak próbuje sobie radzić z całą tragedią. Ojciec (rewelacyjny Russell Hornsby) wychowywał chłopaka twardą ręką, by chronić przed gangami, dragami oraz innymi rzeczami, które mogłyby go sprowadzić na złą drogę. Ale nigdy go tak naprawdę nie znał, nic o nim nie wiedział, zaś z kolejnymi faktami widać coraz większy ból oraz jak go odpychał od siebie. Z kolei matka (wybitna Regina King) dosłownie rozlatuje się na mniejsze kawałki, coraz bardziej napędzana przez coraz silniejszy gniew, nienawiść i żądzę zemsty. Jej gwałtowne wybuchy zostają w pamięci na długo, tak jak próba zdobycia broni oraz zabicia sprawcy. Absolutnie wielka kreacja, będąca niejako sercem tego serialu.

Po drugiej stronie mamy gliniarza-idealistę Jablonskiego (solidny Beau Knapp), który coraz bardziej brnie w ścieżkę zepsucia i nie radzi sobie z wyrzutami sumienia. Im bardziej zaczynamy pozbawać tą postać oraz jego tło, nie da się go jednoznacznie ocenić. Tak samo szefa ekipy, DiAngelo (fantastyczny David Lyons). Z jednej strony wydaje się brutalnym oraz bezwzględnym bandziorem, co nosi odznakę. Ale znowu trudno go traktować jednoznacznie negatywnie, co pokazuje jego relacja z Jablonskim (bardzo przypominającą ojciec-syn niż mentor-adept). Jest jeszcze pani procurator KJ Harper (solidna Clare-Hope Ashitey) z przeszłością tak mroczną, że jedynym wyjściem jest gorzała oraz pochodzący spoza miasta detektyw John “Ryba” Rinaldi (kradnący szoł Michael Mosley). Dynamika tego duetu, gdzie determinacja Ryby i sarkastyczne poczucie humoru połączone z desperacją, bezsilnością oraz brakiem złudzeń to kolejny interesujący wątek. Pozornie idący oczywistymi torami, jednak angażujący.

“Seven Seconds” pozornie idzie drogą znajomych klisz i tropów z innych kryminałów, jednak ciągle potrafi wykonać nieoczywistą woltę. Sud wsparta przez doświadczonych reżyserów filmowych (Gavin O’Connor, Jonathan Demme) oraz telewizyjnych (Ernest R. Dickinson, Cory Giedroyć) pokazuje świat bez pudru, w sposób zachowawczy, bez osądzania. To ostatnie potwierdza słodko-gorzki finał, gdzie prawda ostatecznie nie ma żadnego znaczenia w zderzeniu z systemem sprawiedliwości, bez satysfakcji dla żadnej ze stron.

8/10

Radosław Ostrowski