Lokatorka

Pomysły na potencjalny film podobno leżą na ulicy i wystarczy się po nie schylić. Filmowcy jednak zapominają, że poza tematem trzeba mieć coś jeszcze. Taki – niestety – jest przypadek „Lokatorki”, który inspiruje głośną aferą reprywatyzacyjną w Warszawie. Innymi słowy, chodziło o „odzyskiwanie” kamienic i domostw przez spadkobierców właścicieli, którym odebrano te budynki na mocy dekretu Bieruta. Dzięki procesom sądowym oraz sfałszowanym dokumentom. Sporo z tych domostw miało już lokatorów, czyli ciężaru jaki należało się pozbyć wszelkimi możliwymi sposobami. Po co? By móc potem sprzedać je z dużym zyskiem. Proceder działał w latach 1996-2016, kiedy nagłośniono skandal z udziałem urzędników miasta, zakończony dymisjami oraz powołaniem Komisji Weryfikacyjnej.

lokatorka1

Historia filmu Michała Otłowskiego skupia się na wydarzeniach z 2011 roku, kiedy doszło do morderstwa lokatorki oraz działaczki społecznej Jolanty Brzeskiej (w filmie nazywa się Markowska). Kobieta jako jedyna nie zdecydowała się opuścić swojego mieszkania, z czasem angażując się o walkę w imieniu lokatorów. Widzimy sztuczki, jakich można się spodziewać: siłowe otwieranie drzwi, policyjne interwencje (określane jako „przemoc domowa”), zastraszanie, przekupstwo. Jednocześnie reżyser pokazuje równolegle świeżo upieczoną policjantkę, Annę Szerucką. Zaczyna od patrolowania, przypadkiem trafiają na Markowską. Na własną rękę interesuje się sprawą kamienicy i zaczyna odkrywać powiązania urzędników, policjantów, prawników.

lokatorka2

I tu się zaczynają schody, bo… coś tu ewidentnie nie zagrało. Ta dwutorowa narracja wywołuje poważny zgrzyt, albowiem każda część jest zrobiona w innej konwencji. Wątek Markowskiej (najbardziej błyszcząca Sławomira Łozińska) przypomina kino społeczne, gdzie dokonywana jest zbrodnia w majestacie prawa. A jest to możliwe za pomocą – ulubione słowo miłościwie nam panujących – UKŁADU. Urzędnicy państwowi, gliniarze, sędziowie, prokuratorzy, uliczni bandyci, a nawet dawna ubecja. Drugi wątek dotyczy dochodzenia Szeruckiej (strasznie bezbarwna Irena Melcer) w sprawie śmierci Markowskiej – kobieta została spalona w lesie kabackim – co doprowadza do odkrycia UKŁADU. Czyli mamy tu kryminał, tylko że… sprawców poznajemy już wcześniej.

lokatorka3

Do tego stopnia, iż cała ta bandycka ekipa (grani przez m.in.: Jana Frycza, Jacka Lenartowicza, Leszka Lichotę, Tomasza Sapryka i Piotra Głowackiego) w zasadzie dominuje cały film. Wszystko inne zostaje zepchnięte na dalszy plan, przez co tak brakuje w pełni emocjonalnego zaangażowania. Przynajmniej od połowy filmu, gdzie skupiono się na dochodzeniu. Postacie są jednowymiarowe, zagrane w bardzo przerysowany sposób (poza Łozińską, która jako jedyna wnosi życie do tego przedsięwzięcia), a dialogi – o Jezus Maria! Uszy krwawiły krwią w ilościach znanych z najbrutalniejszych horrorów. Do tego jeszcze mamy masę znanych twarzy, którzy są kompletnie niewykorzystani. Kamil Nożyński pojawia się raptem w jednej scenie, wypowiada JEDNO zdanie i tyle. Andrzej Grabowski jako komendant ma aż TRZY sceny, tak samo Głowacki czy Krzysztof Stroiński. Za takie marnotrawstwo takiej ilości talentów powinien być paragraf.

lokatorka4

Jestem wściekły na Otłowskiego, który po mocnym debiucie w postaci „Jezioraka” nie potrafi się zbliżyć do tego poziomu. Niespójny, płytki, pozbawiony napięcia oraz postaci, które by mnie obchodziły. Jak widać sam temat nie wystarczy do zrobienia dobrego filmu.

4/10

Radosław Ostrowski

Wróg doskonały

Belgijską pisarkę Amelie Northomb poznałem z polecenia znajomej i… zostałem nią zauroczony. Krótkie powieści, pełne absurdalnego humoru, eleganckiej formy oraz przewrotek, zapadając mocno w pamięć. Dlatego na wieść o adaptacji jednego z jej utworów wzbudziła we mnie automatyczne zainteresowanie. Zwłaszcza, że była to produkcja europejska plus w głównej roli gra Tomasz Kot.

Bohaterem „Wroga doskonałego” (opartego na „Kosmetyce wroga”) jest przebywający w Paryżu architekt Jeremiasz August. Celem był wykład, po którym wraca do kraju. W drodze na lotnisko trafia na młodą blondynkę, która zdąża w tym samym kierunku. Niestety, oboje spóźniają się na swoje loty, więc zmuszeni są spędzić czas w oczekiwaniu na kolejny lot. Ku irytacji mężczyzny, kobieta o niezapomnianym imieniu Trext Texler przykleja się do niego niczym rzep do psiego ogona. Zaczyna opowiadać o sobie i wyciąga pewne niepokojące rzeczy, co intryguje Jeremiasza. Zwłaszcza, że jedna z nich dotyczy jego bezpośrednio.

Jak można wywnioskować, jest to psychologiczny thriller, niemal w całości osadzony w jednej przestrzeni. Dodatkowo skupiony na dialogach, nie brzmi jak coś zachęcającego. Ale jak wszyscy wiemy, pozory mylą. Reżyser Kike Meillo zaczyna stopniowo budować atmosferę tajemnicy, zaś kolejne opowieści Texler nie tylko są jednocześnie niepokojące i mroczne. Czy jednak powinniśmy jej wierzyć na słowo? Czy cokolwiek jest prawdą? Jeśli nie, po co ta maskarada? O co jej chodzi? Przez niemal ¾ filmu ta aura niejasności jest utrzymywana przez twórców. Pojawiają się pewne przebitki (sceny z „przeszłości” naszych bohaterów), by jeszcze bardziej namieszać.

Wszystko we względnie realistycznej warstwie wizualnej, bez możliwości rozróżnienia prawdy od fałszu. Chociaż jak ktoś uważnie ogląda, zauważy pewne poszlaki (m.in. sceny, gdzie widzimy model lotniska), naprowadzające na prawdziwą tożsamość Texler oraz tajemnicę Jeremiasza związaną z zaginięciem żony. Intryguje, co jest także zasługą świetnych ról Tomasza Kota (płynna angielszczyzna!) oraz Atheny Strates (Texler), prowadzących także między sobą grę w odkrywanie sekretów i kłamstw.

Być może wnioski wyciągane przez twórców na temat tego kim jest tytułowy „Wróg doskonały”, to jednak dzieło Hiszpania potrafi wciągnąć oraz zaintrygować. Ale też pokazuje jak wielką siłę ma narracja oraz opowiadanie. Dzięki niemu czasami można czasem wejść głębiej, choć może być to broń obosieczna i obudzi demony przeszłości.

7/10

Radosław Ostrowski

Odwilż

Polskie seriale kryminalne mają tradycje równie długą jak nieśmieszne komedie romantyczne. I tak jak te drugie pojawiają się falami, z różną jakością, choć ostatnio potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć. Głównie na polu technicznym i czerpiąc ze znajomych elementów seriali zagranicznych, co czasami działa, a czasem nie. Jaki jest przypadek „Odwilży” od reżysera Xaverego Żuławskiego oraz scenarzysty Marty Szymanek?

Akcja toczy się w Szczecinie podczas przedwiośnia, czyli jest szaro, buro i przyroda czeka na moment wybudzenia się. Naszą bohaterką jest starsza aspirant Katarzyna Zawieja – policjantka samotnie wychowująca córkę i wdowa po policjancie. Jego śmierć prokuratura uznała za samobójstwo, co nie akceptuje jej teść. Razem ze swoim partnerem Trepą ruszają w miasto na pozornie rutynową sprawę. Jednak jak wszyscy wiemy, proste sprawy tylko początkowo wydaje się proste i zaczyna się komplikować. Najpierw na śmietniku zostaje znaleziona pępowina, a potem nad rzeką ciało ciężarnej kobiety. Nie wiadomo czy dziecko żyje. Ofiarą jest córka prokuratora okręgowego, Michała Strzeleckiego, zaś jej małżeństwo przechodziło kryzys. Podejrzanych jest wielu, a z każdą minutą szansa na znalezienie żywego noworodka maleją.

Innymi słowy, nic nowego w konwencji, ale czy każdy serial musi być przełomową, nową jakością? „Odwilż” garściami czerpie głównie z nordic noir, zwłaszcza pod względem klimatu. Szczecin jest zalany ciemnością, monochromatycznymi kolorami i ogólną szarzyzną dnia codziennego. Poczucie tego mroku potęgują absolutnie fantastyczne zdjęcia Tomasza Naumiuka, gdzie nawet tak proste rzeczy jak jazda samochodem bywa pokazywana zza szyby czy ujęcia z góry niczym oko Boga. Tutaj noc jest tak czarna, że jest w stanie pochłonąć każdą osobę. Niby reszta jest znajoma, czyli mylenie tropów, powoli odkrywana tajemnica oraz przeszłość, będąca niemal przygniatającym balastem. To dotyczy zarówno samej intrygi, jak i prowadzącej sprawy Zawiei (intrygująca Katarzyna Wajda). Z jednej strony jest uparta oraz zdeterminowana w dotarciu do rozwiązania, to jej życie prywatne jest nieogarniętym bałaganem, który coraz ciężej jest ukryć. Śmierć męża, córka stanowiąca tak naprawdę balastem, z którym nie wiadomo co robić (że potrafi zirytować swoim zachowaniem, to inna kwestia) – przypomina to niedawno widzianego „Kasztanowego ludzika”. Ale mimo czerpania ze znajomych schematów, wszystko to wydaje się bardzo naturalne. A umówmy się, to nie jest łatwe zadanie.

Zadziwiło mnie równe tempo, bez poważniejszych błędów logicznych (może poza pierdołami w rodzaju zabrania córki na miejsce zbrodni) oraz zgrabnie napisanym scenariuszem. W tle jeszcze przygrywa niepokojąca muzyka Łukasza Targosza, a całość parę razy korzysta z równoległego montażu. Nie jest to produkcja efekciarska (choć jest w finale strzelanina oraz pościg samochodowy), ale za to bardzo efektywna, potrafiąca trzymać w napięciu oraz parę razy zaskoczyć.

To też zasługa aktorów, choć nie wszyscy zostają w pełni wykorzystani (Andrzej Grabowski, Sebastian Fabijański czy Bogusław Linda). Ale ci, co błyszczą, robią to pełnym światłem. Taka jest Katarzyna Wajda jako silna-słaba Zawieja z obsesją na punkcie tej sprawy. Równie świetne jest trio partnerujące jej bohaterce, czyli Bartłomiej Kotchedoff (zachowawczy aspirant Trepa), Cezary Łukaszewicz (impulsywny Radwan) oraz Juliusz Chrząstowski (konkretny naczelnik Pietrzak), tworzący postacie z krwi i kości. Jest jeszcze masa znanych twarzy, które nawet w drobnych epizodach (Anna Krotoska!! Eryk Lubos!!!) potrafią zapaść w pamięć.

Choć „Odwilż” to raczej produkcja jednorazowa, jest wykonana na poziomie najwyższym z możliwych. Żuławski prowadzi wszystko z wyczuciem i w większości przypadku trafia w cel. Pewnie poprowadzona, z interesującą bohaterką oraz wiarygodnie napisaną intrygą. Tylko i aż tyle.

8/10

Radosław Ostrowski

Król

Jakby ktoś mnie zapytał o polski serial gangsterski parę lat temu, nie potrafiłbym nic odpowiedzieć. Bo w zasadzie takiego gatunku nasza telewizja nie podejmowała. Co innego powieści w rodzaju „Ferajny” duetu Janusz Petelski/Robert Miękus czy seria „Śmierć frajerom” Grzegorza Kalinowskiego. Jest też „Król” Szczepana Twardocha, którego stacja Canal+ zdecydowała się przenieść na mały ekran. A dokładniej ekipa pod wodzą reżysera Jana P. Matuszyńskiego, ze wsparciem oraz błogosławieństwem autora.

Więc jesteśmy w Warszawie roku 1937, gdzie coraz bardziej odczuwalne są nastroje antysemickie oraz spięcia między lewą a prawą stroną polityczną. Przewodnikiem po tym niebezpiecznym mieście jest Jakub Szapiro (Michał Żurawski) – żydowski bokser oraz prawa ręka Jana „Kuma” Kaplicy (Arkadiusz Jakubik), weterana walk o niepodległość i szefa miejskiego półświatka. Kum ma znajomości wśród obecnych władz, więc wydaje się nietykalny. Sprawy jednak mocno komplikują się, gdy skrajnie prawicowa Falanga pod wodzą Żwirskiego łączy siły z paroma wojskowymi (m.in. pułkownik Koc oraz marszałek Rydz-Śmigły) chcą doprowadzić do przewrotu. Do tego w ekipie Kuma dochodzi do pęknięć i zakończy się to walką o tron „króla” Warszawy.

„Król” jest wielowątkową historią, gdzie dzieje się wiele, jest sporo postaci na szachownicy i wydaje się ambitnym przedsięwzięciem. Bo mamy tu przedwojenną Warszawę pokazaną od brudnych ulic przez Kercelak po przedmieścia oraz siedzibę władz, czyli bez podkoloryzowania, upiększania czy patrzenia okiem popkultury. Lub tego pieprzenia polityków, że dwudziestolecie międzywojenne to był najlepszy czas państwa polskiego, z którego tradycji powinniśmy czerpać. Czyli brudne zagrywki, walka o władzę, antysemityzm, nacjonalizm oraz walka o władzę, gdzie wszystko ma charakter polityczny. Nawet walka bokserska, zaś prawicowe bojówki nie zawahają się przed nim, by zniszczyć oraz upokorzyć Żydów (scena dania w mordę studentom przed zajęciami).

Pewien zgrzyt początkowo mogą wywołać czarno-białe sceny z przyszłości – nie, nie idziemy w SF, skupioną na starym małżeństwie (Janusz Gajos i Anna Nehrebecka), co mieszka w Izraelu. Odwiedza ich urzędnik Instytutu Vad Yashem (Jacek Braciak), jednak z czasem odkrywamy, że chodzi tu o coś więcej. Dlaczego zgrzyt? Bo wydają się ciałem obcym, jakby wziętym z innej opowieści i nie do końca wiadomo, co tu robią te wstawki. Im dalej jednak, tym dochodzi do zaskakujących informacji, co zmienia wydźwięk wielu ważnych scen.

„Król” imponuje rozmachem w pokazywaniu tamtego świata. Scenografia oraz rekwizyty imponują szczegółami, tak jak barwne kostiumy. Równie spodobały mi się rzadkie sceny zbiorowe, czyli manifestacji PPS i Falangi, zakończone mordobiciem, gdzie obecność tłumu jest namacalna. Tak samo podoba mi się muzyka Atanasa Valkowa, oparta na żydowskiej etnice w stylu podobnym do… „Sherlocka Holmesa” Hansa Zimmera. Trudno mi się też przyczepić do montażu czy… dźwięku, co jest na małym ekranem nadal problemem. Ale zachwycające są tutaj zdjęcia Kacpra Fertacza z kilkoma piorunującymi mastershotami (jak choćby pierwsza scena, gdy z zajęć rabina trafiamy na uliczną manifestację w ciągu pięciu minut), czyniącymi tą produkcję nie gorszą od dzieł zza granicy.

Aczkolwiek muszę przyznać, że troszkę do ideału brakuje. Problemem jest to, że twórcy nie dają wszystkim wątkom tyle samo czasu. Polityczny pucz jest troszkę prowadzony po łebkach i kończy się dość gwałtownie (w książce też nie było na to wiele czasu). Tak samo pobyt Kuma w Berezie Kartuskiej, czyli obozu pracy dla wrogów politycznych, pełnym okrucieństwa i brutalności (powieść o wiele mocniej pokazywała te obrazy) czy ostateczne zamknięcie spraw przez Szapirę.

I jeszcze jak to jest zagrane, o palce lizać. Michał Żurawski w roli Szapiry jest absolutnie rewelacyjny. Pozornie wydaje się małomównym, szorstkim twardzielem, korzystającym ze sprytu, pięści oraz pistoletu, odcinający się od swoich żydowskich korzeni. Gdy trzeba jest brutalny i nie patyczkuje się z nikim, jest do bólu lojalny oraz trzyma się swoich zasad. Ale czuć w nim także momenty bezradności, wewnętrznego skonfliktowania i poczucia bezradności. Chociaż rzadko pozwala sobie na takie emocje. Na drugim planie błyszczą absolutnie rewelacyjni Arkadiusz Jakubik (Kum Kaplica) i balansujący na granicy przerysowania (bez przekraczania jej) Borys Szyc jako psychopatyczny oraz okrutny doktor Radziwiłek. Nie oznacza to, że panie robią tylko za tło tego brutalnego świata. Kluczowe są aż trzy panie: Emilia Szapiro (świetna Aleksandra Pisula) – twardo stąpająca po ziemi konkubina i matka jego synów, właścicielka burdelu Ryfka Kij (niezawodna Magdalena Boczarska), co twarda jest, życie dobrze zna, a niezależność ma wypisaną na twarzy oraz pochodząca z wyższych sfer Anna Ziembińska (intrygująca Lena Góra). Jest jeszcze masa znajomych twarzy, nawet jeśli nie mają okazji do zabłyśnięcia (m.in. Andrzej Seweryn, Adam Ferency, Bartłomiej Topa czy Piotr Żurawski), chociaż jest kilka niezapomnianych epizodzików (co tu wyprawia Konieczna i Cyrwus, to jest mistrzostwo świata). Jeśli ktoś tutaj odstaje, to jest nim (niestety) Kacper Olszewski jako Mosze Bernstein – młody żydowski chłopak, stający się podopiecznym Szapiry. Po części wynika to z faktu, iż w kolejnych odcinkach zostaje on zepchnięty na dalszy plan, wałęsając się bez celu. Mówi też dość sztucznie i nieprzekonująco.

Wielu porównywało „Króla” do brytyjskiego „Peaky Blinders”, ale ponieważ nie widziałem produkcji BBC, nie użyję tego porównania. Mi bardziej przypomina „Dawno temu w Ameryce” ze swoimi przeskokami czasowymi oraz mieszanką brutalnej gangsterki z opowieścią o przemijaniu i ścigających demonach przeszłości. Nie bez zastrzeżeń, ale polecam wejście w ten bezwzględny świat rekieterów, bandytów oraz walki o władzę nad miastem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mosquito State

Czasami drogi niektórych reżyserów są zadziwiające. Taki jest przypadek Filipa Jana Rymszy – młodego filmowca, studenta ekonomii i filozofii, pracującego w USA jako producent m.in. przy stworzeniu ostatecznej wersji niedokończonego filmu „Druga strona wiatru” Orsona Wellesa. W 2020 roku nakręcił swój reżyserski debiut, za polskie i amerykańskie pieniądze.

„Mosquito State” toczy się w Nowym Jorku 2007 roku. Czyli przed potężnym kryzysem ekonomicznym oraz wyborami prezydenckimi, zakończonymi zwycięstwem Baracka Obamy. Jest to o tyle istotne, że będziemy się obracali w świecie finansjery. A dokładnie przy Richardzie Boca – analityku, zajmującego się tworzeniu algorytmów. Ten geniusz, który ewidentnie jest autystycznym outsiderem, rzadko opuszcza swoje biuro i apartament. Jednak zaczyna zauważać, że jego dzieło (algorytm „pszczoła”) nie reaguje zbyt dobrze na sytuację rynkową, co może doprowadzić do katastrofy. W między czasie, mężczyzna zostaje pogryziony przez komara.

Powiem od razu, że jest to dziwne, bardzo awangardowe kino, mieszający różne gatunki. Psychologiczny dramat miesza się z thrillerem oraz body horrorem. Zamiast skupiać się na rzeczach dookoła, co słyszymy w telewizji, reżyser pokazuje świat naszego bohatera. Jego mieszkanie jest bardzo sterylne i pozbawione charakteru, a on porusza się jakby sparaliżowany. Reżyser przygląda się mu niczym owadowi pod mikroskopem, co troszkę przypominało mi seanse niektórych filmów Davida Cronenberga. Wrażenie to potęguje coraz bardziej zmieniające się ciało bohatera oraz parę surrealistycznych scen.

Trzeba przyznać, że film wygląda świetnie. Bardzo stonowane zdjęcia w połączeniu z minimalistyczną scenografią potęgują poczucie obcości. Wierzy się w ten świat, chociaż ludzie go zamieszkujący są bez charakteru. Poza Richardem nikogo nie poznajemy, wszyscy są ledwo zarysowani, są awatarami. Jeszcze większe wrażenie robią efekty specjalne, pokazujące komary (sekwencja otwierająca, gdzie widzimy przemianę owada: od jaja do pełnej formy – majstersztyk) oraz nerwowa muzyka.

Ale mam pewien poważny problem – emocjonalny chłód wobec wszystkiego, co się dzieje na ekranie. Reżyser kompletnie nie pozwala nam poznać tej postaci, pozostawiając ją dla nas enigmą. Choć muszę przyznać, że grający główną rolę Beau Knapp jest intrygujący w pokazywaniu swojej fizycznej (oraz zapewne psychicznej) przemiany. Problem w tym, że on sam nie jest w stanie wybronić tego filmu. A wszelkie niejasności oraz braki odpowiedzi zaczynają być coraz bardziej irytujące. I ta hermetyczność czyni film trudniejszym do przejścia.

„Mosquito State” (polski tytuł „Komar”) na pewno przebija większość polskich produkcji na poziomie technicznym. Jednak jest to przykład klasycznego przerostu formy nad treścią, aczkolwiek widać spory potencjał reżysera. Kolejny film może dać odpowiedź, czy warto obserwować kolejne dzieła tego twórcy.

6/10

Radosław Ostrowski

kRaj

Filmowe antologie mają to do siebie, że są nierówne jakościowo, jednak nie zraża to twórców do ich realizacji. I to bez względu na to czy każdą część robią różni twórczy, czy jeden reżyser. U nas też powstawały takie produkcje, choć niewiele zapadło w pamięć. Próbę przełamania tego impasu podjął się Maciej Ślesicki ze swoim „kRajem” – swoim pierwszym filmem od 10 lat.

kraj1

Założyciel oraz pedagog Warszawskiej Szkoły Filmowej razem ze swoimi studentami (Vanessa Andersson, Mateusz Motyka i Filip Hillesland) podjął się zrobienia czegoś, co przypomina „Dzikie historie”. Sześć opowieści, które nie mają żadnego łącznika pod względem aktorskim, stylistycznym, choć poniekąd tematyczny jest. Frustracja, bezsilność, zawiść, cwaniactwo – każdy z bohaterów ma przynajmniej jeden z tych problemów. Policjant walczący z szalonymi kierowcami, co mylą drogę z torem Formuły 1; mężczyzna na zakupach, któremu zaginęło dziecko tuż przed zamknięciem marketu; rodzinny interes przed kontrolą skarbową; kuratorka galerii sztuki skonfrontowana z nowym dyrektorem placówki; młode małżeństwo próbujące się pozbyć „dzikiej” lokatorki z mieszkania; sąsiedzi oraz „wojna na fajerwerki” w Sylwestra.

kraj2

Czyli kolejny Polaków portret własny, ale w konwencji czarnej komedii. A nie jest to gatunek, mający u nas jakąś wielką tradycję. „kRaj” jest nierówny, choć realizacyjnie wygląda więcej niż bardzo dobrze. Co jest zasługą młodej ekipy (m.in. współautor zdjęć Stanisław Wójcik, scenograf Oliwia Waligóra, montażysta Piotr Gorszczyński i dźwiękowiec Maciej Amilkiewicz), która wcześniej pracowała przy etiudach oraz krótkim metrażu, a teraz ma szansę zostać dostrzeżona przez szerszą widownię. A także potencjalnych przyszłych reżyserów, dzięki czemu ich kariera może rozkręcić się. Bo jest parę wizualnych pereł (pierwsza nowela ze sceną wypadku w sloooooooooooow-mooooooooooooootiooooooooooooooooooon) oraz montażowych popisów (scena w windzie w noweli trzeciej), chociaż poczucie humoru nie trafi do wszystkich. Jest brutalnie, wulgarnie, ale też ze sporą ilością goryczy.

kraj3

Każdy z naszych bohaterów jest niejako w granicznej sytuacji, pozwalając na wybuch swojej frustracji, pozwalając sobie na odpał. Powoli zaczynamy odkrywać ich demony, doprowadzając do czasem zadziwiających sytuacji w postaci rzezi w supermarkecie, uwięzienia urzędników w windzie czy niemal wojny na fajerwerki. Dialogi bywają soczyste, postacie porządnie zarysowane oraz zagrane (ze szczególnym uwzględnieniem niezawodnego Krzysztofa Stroińskiego i Tomasza Włosoka), ALE dwie ostatnie historie odstają mocno od reszty. Brakuje im nie tylko trafnego dowcipu, a nawet czuć pewien zgrzyt między dramatem a komedią.

kraj4

„kRaj” to na pewno co najmniej kompetentny film, pozwalający dostrzec siebie w zwierciadle oraz pomóc łatwiej zrozumieć tą pokręconą rzeczywistość. Daje też nadzieję, że parę osób realizacyjnych wypłynie na szerokie wody, bo świeża krew jest zawsze potrzebna. I być może będzie tu (k)Raj.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wiking

Nic tak nie napędza mężczyzny jak zemsta, zwłaszcza w czasach propagujących takie wartości jak „honor, więzy krwi, bogowie, przeznaczenie”. Taka jest era Wikingów przełomu IX i X wieku, którą postanowił odtworzyć Robert Eggers. Już w poprzednich, niezależnych filmach grozy pokazał jak przekonująco rekonstruuje mentalność oraz światy przeszłości ludzi. W „Wikingu”, gdzie scenariusz współtworzył z islandzkim poetą Sjonem.

Historia dotyka młodego księcia Amletha (brzmi jak Omlet albo jak się przestawi literkę, wychodzi imię pewnego duńskiego księcia ze sztuki pewnego Słynnego Anglika) – syna króla Aurvandila (Ethan Hawke). Król jak to król wraca z wyprawy, przynosząc ze sobą łupy, niewolników oraz zostawiając za sobą śmierć i zgliszcza. Po odbyciu rytuału, który ma zmienić chłopca w mężczyznę, król zostaje zamordowany przez swojego brata Fjolnira, zaś chłopcu udaje się uciec. Wiele lat później już jako dorosły mężczyzna jest berserkerem, zabijając i plądrując wszystko. Ale dla niego liczy się tylko jedno: Pomszczę cię, ojcze! Uwolnię cię, matko! Zabiję cię, Fjolnirze! Tylko jak się do wuja-królobójcy się dostać?

Ale jeśli spodziewacie się, że cały film to będzie krew, zabijanie, jeszcze więcej krwi, flaki, latające kończyny, KREEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEW – Eggers nie idzie w tak prostym kierunku. Owszem, czuć tutaj inspirację zarówno skandynawskimi sagami czy „Conanem Barbarzyńcą”, ale też unosi się duch „Zielonego Rycerza”. Czyli mamy magię, wiedźmy, wizje, rytuały mające albo zyskać przychylność bogom, albo pomóc w realizacji ich celu. Albowiem los ludzi i bogów przypieczętowany jest od dawna, przędzony nicią życia. Wszystko z brudem, surowością oraz bez upiększania, mimo większego budżetu (ponad 70 milionów). Czuć tutaj imponujące przywiązanie do detali, zaś wszelkie rytuały oraz zwyczaje są pokazane z całą bezwzględnością i odrobiną psychodelii. Im dalej jednak w las, tym cała ta zemsta Amletha przestaje mieć sens. Nie tylko dlatego, że jego „wróg” (Claes Bang) został wygnany na Islandię, gdzie ma tylko jedną farmę z grupką niewolników, to okazuje się, iż nie wiedział pewnych rzeczy. Pojawia się nurtujące pytanie: czy dalej iść tą ścieżką? A może się z niej wycofać i zacząć nowe życie? Jednak w czasach, gdy mężczyzna-wojownik ma przeznaczenie zginąć w walce, by potem wejść do Valhalli albo żyć w hańbie do późnej starości – wybór mógł być tylko jeden. Aczkolwiek jest nadzieja w postaci Olgi (Anya Taylor-Joy), czyli schwytanej w Rusi wiedźmie, która staje się jego wspólniczką w zbrodni. Potem się sprawy komplikują.

Eggers bardzo mocno buduje napięcie, by eksplodować w bardzo brutalnej przemocy, która też wygląda niesamowicie. Zachwycające są zdjęcia Jarina Blaschkego, gdzie bezwzględnie piękna przyroda (wszystko kręcone w naturalnym oświetleniu, z drobnym wsparciem świec i pochodni) pasuje do bezwzględnego, surowego świata. Przemoc jest pokazywana bez kompromisów oraz czasem w długich ujęciach, przypominając jak głęboko w każdym z nas siedzi dzikie zwierzę. A to najbardziej pokazuje Amleth, idealnie zagrany przez Alexandra Skarsgarda. Takiej chodzącej furii jak podczas ataku na wioskę nie widziałem nigdy, chociaż ma momenty pokazujące jego skonfliktowanie wobec odkrywanych informacji. Zresztą cała obsada błyszczy: od zjawiskowej (jak zawsze) Anji Taylor-Joy przez mrocznego i niejednoznacznego Claesa Banga (Fjolnir) po zaskakującą Nicole Kidman (Gudrun) oraz mocnego Ethana Hawke’a (choć nie spędza zbyt wiele czasu na ekranie jako król Aurvandil). Plus parę drobnych epizodów, zapadających mocno w pamięć.

Powiedzieć mogę, że „Wiking” to najbardziej przystępny film w dorobku Eggersa, który nie stępił swojego autorskiego sznytu. Produkcja historyczna w pełni odtwarzająca nie tylko rekwizyty oraz dekorację, lecz mentalność tego okresu. Brutalnego, bezwzględnego, szorstkiego i surowego.

8/10

Radosław Ostrowski

Nieznośny ciężar wielkiego talentu

Nicolas Cage jest legendą kina, chociaż ostatnią dekadę zdominowały śmieciowe filmy, co od razu na VOD czy DVD wychodziły. Coś jednak w ostatnich latach się zmieniło, bo ilość zastąpiła jakość („Mandy”, „Świnia”), ale na prawdziwy powrót mistrza musieliśmy poczekać. Aż do pojawienia się reżysera Toma Gormicana, który wpadł na diabelsko-szatański pomysł. By zrobić z Nicolasem Cage’m film o… Nicolasie Cage’u. Aktor początkowo jednak stawiał opór, niemniej zdał się przekonać, by pokazać „Nieznośny ciężar wielkiego talentu”.

Jak wspomniałem, bohaterem jest Nicolas Cage, którego życie ostatnio stoi w miejscu. Nie trafiają mu się dobre propozycje, rozwiódł się z żoną, relacja z nastoletnią córką to porażka, zaś pieniądze pojawiają się i znikają. Jest tak źle, że narobił sobie sporych długów. Jak wyjść z tego marazmu? Agent proponuje wyjście: przyjść na imprezę hiszpańskiego biznesmena za milion baksów. Niechętnie, ale Cage się zgadza i informuje, że przechodzi na emeryturę. Wygląda na to, że upadły gwiazdor odstawi chałturę? Gospodarz – Javi okazuje się być wielbicielem talentu aktora. Tak wielkim fanem, że aż napisał scenariusz filmu, by mistrz mógłby w nim zagrać.

ciezar talentu2

Sprawa jednak komplikuje się, kiedy Cage zostaje zwerbowany przez CIA. Wywiad podejrzewa, że Javi jest szefem kartelu handlującego bronią i porwał córkę ważnego polityka. Agenci chcą, by Cage zinfiltrował rezydencję oraz odnalazł dziewczynę. Czy może być gorzej? Oczywiście, że tak, bo gwiazdora prześladuje Nicky – jego mroczne ego z czasów wielkich triumfów. Niby mu doradza, jednak nie jest raczej w tym dobrze.

ciezar talentu1

„Nieznośny ciężar…” to samoświadomy film, gdzie odniesień do dorobku Nicolasa Cage’a jest mnóstwo, jednak nie jest to szyderstwo czy kpina z aktora. Widać, że twórcy są jak Javi – to wielcy fani, zafascynowani swoim idolem, znający masę jego filmów na pamięć. Nie boją się zarówno cytować scen czy pojedynczych dialogów, wrzucają fragmenty filmów i czuć szacunek do Cage’a. choć sam bohater jest dość trudny w obyciu: bardzo narcystyczny, poważnie traktujący swoją pracę i sztukę, ignorujący swoich najbliższych. Ciężko z kimś takim wytrzymać, ale wszystko zmienia Javi. Prawdziwy entuzjasta, zapaleniec, dla którego filmy ze swoim idolem są ważną częścią jego życia. Ta zmieniająca się dynamika oraz rodząca się przyjaźń to serce tego filmu – w tych momentach czułem najwięcej frajdy. Czy to odwiedzając ołtarzyk zrobiony przez Javiego czy jak obaj panowie ruszają na miasto pod wpływem LSD. Te sceny dostarczają masę humoru, lekkości oraz frajdy.

ciezar talentu3

Z kolei intryga sensacyjno-szpiegowska jest prowadzona sprawnie i ma parę szalonych momentów (włamanie się do pokoju monitoringu czy przebranie Cage’a za włoskiego mafiozo!!!), ale nie doprowadza do takich spazmów jak meta-otoczka. Jest to bardzo efekciarskie i przerysowane tak bardzo, że finał budził skojarzenia z… „Uprowadzoną 2”. Tylko lepiej zrobioną oraz z większym jajem. Z kolei nasza para agentów (Tiffany Haddish oraz Ike Berkowitz) jakaś taka przezroczysta troszkę, przez co sprawiają wrażenie zbędnych.

Ale to wszystko działa także dzięki fantastycznej chemii między Nicolasem Cage’m a Pedro Pascalem. Pierwszy bawi się swoim scenicznym wizerunkiem ekscentryka, zaś drugi pokazuje nieznany mi wcześniej wielki talent komediowy. Javi jest przesympatycznym kolesiem, choć niektóre wypowiadane przez niego słowa budzą pewne podejrzenia, że być może ma jakąś mroczną przeszłość. Ich energia oraz poczucie dobrej zabawy przenosiło się na mnie wielokrotnie, co pozwalało przymknąć oko na drobne mankamenty. Że drugi plan w zasadzie nie istnieje, że w zasadzie jest to przewidywalne, że chciałoby się więcej scen z Nicky’m.

ciezar talentu4

Ale w ostatecznym rozrachunku „Nieznośny ciężar…” to powrót Cage’a do mainstreamu z hukiem bomby. Fani aktora MUSZĄ iść koniecznie, a reszta też znajdzie tutaj coś dla siebie. Bardzo sympatyczna komedia, będąca listem miłosnym dla ekscentrycznego, ale bardzo charyzmatycznego aktora z masą niezapomnianych ról. Oraz dużym dystansem do siebie.

8/10

Radosław Ostrowski

Wszystko wszędzie naraz

Są takie filmy, że po ich obejrzeniu zastanawiasz się, co tu się odbyło. A pozbieranie myśli oraz próby ubrania tego w słowa wydaje się pozbawione jakiegokolwiek sensu. Takie produkcje są dla recenzenta trudne, a jednocześnie jest tyle niespodzianek, że zdradzenie zbyt wielu zniechęci do seansu. Nie zamierzam jednak zrezygnować i spróbuję, bez spojlerów, ogarnąć nowe dzieło duetu Daniels.

„Wszystko wszędzie naraz” skupia się na rodzinie z Chin, mieszkającej od lat w USA ze swoim interesem, czyli pralnią. Głowa rodziny, Evelyn (Michelle Yeoh), ma bardzo dużo na głowie: rachunki, schorowanego ojca, dorastającą córkę-lesbijkę oraz męża, co chce się z nią rozwieść. Nie powiem, jest to przytłaczające i może doprowadzić do frustracji. A nawet spotęgować uczucie, że życie ssie, jest za ciężkie i cokolwiek byśmy zrobili, to nic nie daje. Przecież moje życie miało wyglądać zupełnie inaczej. Podczas wizyty w urzędzie skarbowym, nasza bohaterka zauważa coś dziwnego. Wskutek wydarzeń odkrywa, że nie jest jedyną Evelyn w tym świecie. Że istnieją światy równoległe, wykreowane za pomocą każdej alternatywnej decyzji w jej życiu. I że jest najgorszą wersją samej siebie. Jednak nie ma ona zbyt wiele czasu na przetworzenie informacji, albowiem pojawia się zagrożenie dla wszystkich światów – Jubo Tupaku. I że tylko ona może ją powstrzymać.

Jeśli myślicie, że ten ogólny opis fabuły zapowiada coś dziwnego, to jest dopiero wierzchołek góry lodowej. Danielsowie sięgają, po – kojarzący się ostatnio z kinem superbohaterskim – motyw multiwersum. Światów, gdzie losy naszej bohaterki wyglądają zupełnie inaczej: od kucharki przez znak promujący pizzerię po gwiazdę kina kopanego i mistrzynię kung-fu. Dzieje się tu wszystko, akcja toczy się wszędzie oraz naraz. Postacie przeskakujące z ciała do ciała, przejmując ich umiejętności (jednak by to zrobić trzeba wykonać kompletnie absurdalną czynność), zmieniając otoczenie, a nawet swój wygląd. Od tych pomysłów można zwariować i dostać oczopląsu. Na pewno wiele osób odbije się od tego, bo będzie się czuło zwyczajnie przeładowani kolejnymi zakrętami, pomysłami, absurdami: inspirację „Ratatujem”, popisami kung-fu czy światem, gdzie antagonistki są… kamieniami.

Ale tak naprawdę cała ta bombastyczna otoczka (z wielkim, czarnym bajglem) służy do opowiedzenia bardzo kameralnej historii rodzinnej. O odnalezieniu się w przytłaczającej rzeczywistości, pogodzeniu się ze swoim losem oraz poprawie relacji rodzinnych. Tutaj chodzi głównie o matkę i córkę, które coraz bardziej zaczynają się one od siebie oddalać. I to odtrącenie wywołuje w latorośli poczucie obojętności, przytłoczenia, które zmienia ją w Jobu – pozbawioną nadziei, apatyczną, cyniczną, autodestrukcyjną bestię. Ale pod nią kryje się zupełnie inna warstwa, którą widzi tak naprawdę tylko jedna osoba.

Realizacyjnie to są tutaj wianki, gdzie wybija się zdecydowanie montaż. Zarówno szybkie cięcia, pokazujące przeskoki w przestrzeni jak i wręcz wariackie, bardzo płynne sceny akcji. Te mają szaloną choreografię, godną filmów z Jackie Chanem, ale też troszkę przypominającą bardziej dziką wersję… „Matrixa”. Kolejne absurdalne odloty wyglądają niesamowicie, w tle gra idealnie dopasowana muza zespołu Son Lux. I jest absolutnie rewelacyjnie zagrane – Michelle Yeoh to prawdziwe zjawisko, gdzie ma setki (albo i więcej) swoich inkarnacji, co jest bardzo trudnym zadaniem. Jednak robi to z taką łatwością, że aż wydaje się to nieprawdopodobne. Równie zaskakujący są Stephanie Tsu (coraz bardziej oddalająca się Joy) oraz – chyba największa niespodzianka – Ke Huy Quan, czyli pierdołowaty Waymond, aczkolwiek zdarzają mu się momenty kopania tyłków niczym mistrz sztuk walki. Dlaczego niespodzianka? Bo ten aktor znany był z dziecięcych ról w drugim „Indiana Jonesie” oraz „Goonies” i po 20 latach przerwy wrócił do grania. Oby na stałe.

„Wszystko wszędzie naraz” może przygnieść swoim szaleństwem oraz pomysłami jakby wziętymi pod wpływem wspomagaczy psychodelicznych. Że tego jest za dużo i niepotrzebny ten cały kolaż. Ale jest to całkowicie kontrolowany chaos, nie tracący z oczu głównej bohaterki oraz jej problemów. Choć ubranych w bardzo niekonwencjonalną otoczkę SF. Porąbane kino oraz niezapomniane doświadczenie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Opowieść podręcznej – seria 1

Nikt się chyba nie spodziewał, że napisana w 1985 roku powieść Margaret Atwood będzie jeszcze bardziej aktualna niż w chwili jej wydania. Albowiem jest historia życia kobiety w państwie, które kiedyś nazywało się Stanami Zjednoczonymi, lecz w przyszłości jest zwane Gileadem. Jest to państwo totalitarne, którego prawo zbudowane jest na Biblii. Innymi słowy, mężczyźni mają władzę, zaś kobiety mają tylko zajmować się domem oraz rodzić dzieci. Spełniony sen skrajnego konserwatysty.

Tak jest w przypadku rodzin komendantów. A co jeśli pani komendant nie może sprowadzić potomka? Wtedy sprowadzana jest kobieta płodna, zwana tutaj Podręczną – nie posiada własnego imienia, a jeśli nie jest w stanie spełnić swojego zadania, trafia do Kolonii, gdzie czyści toksyczne śmieci i umiera. Wszelkie odchyły (homoseksualiści, księża, zakonnice) są zabijane przez powieszenie. Wszystko to poznajemy z perspektywy Podręcznej Offred (Elizabeth Moss), ale to nie jest jej prawdziwe imię (jest ono zakazane). Została schwytana podczas próby przekroczenia granicy z Kanadą.

Twórca serialu Bruce Miller zachowują tą niemal depresyjną atmosferę, gdzie wybór praktycznie nie istnieje. Podręczna jest w zasadzie ograniczona do roli maszyny robiącej dziecko, a po wykonaniu swojego zadania trafia do kolejnego Komendanta, potem następnego, następnego i kiedy już nie będzie przydatna, robi się z nią to samo, co z każdą zbędną rzeczą. Żony komendantów (bezpłodne) mają troszkę więcej swobody, ale żadnej władzy. Chyba że nad Podręczną, którą traktuje się gorzej niż psa – wyjść mogą na zakupy oraz wszelkiego rodzaju rytuały (poród, wykonanie egzekucji). Opresyjność tego systemu jest bardzo namacalna, zaś brak posłuszeństwa karany w tak bezwzględny sposób, że już wspominanie tego wywołuje nieprzyjemności. Psychiczna, fizyczna przemoc, poczucie izolacji oraz brak zaufania działają tutaj na korzyść tego upokarzającego systemu.

Obecne wydarzania mieszane są z retrospekcjami, pokazującymi jak normalne i dotychczasowe, spokojne życie zaczyna się zmieniać. Jak grupa fanatyków w imię zmiany świata na lepsze zaczyna ograniczać prawa. Powoli, bez głośnych deklaracji, nagle świat się wywraca do góry nogami. Niemożliwe, by to się wydarzyło w prawdziwym świecie, prawda? Ten sen burzy się i powoli zaczynamy odkrywać (choć nie wszystkie) mechanizmy sterujące tym chorym światem. Pranie mózgu w Czerwonym Centrum, ceremonie (albo jak kto woli Podręczna wykonująca swoje obowiązki w łóżku – absolutnie ohydne) oraz ciągła obecność Oczu przypomina najgorsze oblicze systemu totalitarnego. Jeszcze kamera niemal skupiona na detalach (szczególnie na twarzach), malując wszystko w niemal szorstki, mroczny, a jednocześnie stylowy wizualnie. Jednocześnie w paru momentach, gdy państwo chce się zaprezentować się przed osobami z zewnątrz zachowuje pozory normalności. A co myślą te osoby? No cóż, w tych krajach (Meksyk, Kanada) dotkniętych bezpłodnością i zatruciem środowiska Gilead wydaje się partnerem z najlepszym towarem.

Jeśli jest z czymś problem, to przede wszystkim z tempem, które swoim rytmem oraz powolnością jest w stanie przebić nawet „Breaking Bad” i „Better Call Saul”. Ja wiem, że nie jest to serial akcji, gdzie wszystko musi pędzić na złamanie karku, ale przez początek dość ciężko się przebić. To poczucie beznadziei i brak jakiejkolwiek szansy na zmianę stanu rzeczy (czy nawet ucieczkę z tego piekła) potrafi dobić. Wyjściem wydaje się albo popadnięcie w obłęd, posłuszeństwo albo śmierć. Chociaż zakończenie (wyprowadzenie Offred z domu przez furgon) oraz moment zbiorowego nieposłuszeństwa mogą wydawać się światełkiem w tunelu. Ale tutaj jest tak, że każda pojawiająca się nadzieja prędzej czy później była natychmiastowo niszczona. Finał jest tutaj taki sam jak w powieści – otwarty, stawiający losy naszej bohaterki w stanie zawieszenia.

Całość na swoich barkach trzyma Elisabeth Moss i jest to fantastyczna kreacja. Bardzo wycofana, skupiona na jej życiu wewnętrznym, zmuszona do grania swojej roli. Ale jednocześnie wszelkie swoje emocje oraz myśli musi trzymać na wodzy, bo stawką jest tutaj jej życie. Więc stawka jest tutaj mocno podniesiona, zaś lawirowanie pokazane jest wręcz bezbłędnie. Równie wyraziści są „przyszli rodzice”, czyli państwo Waterfront. Ona (rewelacyjna Yvonne Strahovsky) jest bardzo silną, choć pozornie potulną kobietą i nawet wydaje się być osobą dbającą o June. Ale to są wszystko pozory, co pokazuje choćby gdy okazuje się, że Podręczna nie jest w ciąży. Tak nieobliczalnej osoby nie widziałem od dawna. On (dawno nie widziany Joseph Fiennes) wydaje się mieć władzę i sprawia wrażenie bardziej „ludzkiego”, wręcz wrażliwego. Układ niemal demonicznie idealny. Drugi plan jest tu bardzo bogaty, ale z tego grona najbardziej wybija się Ann Dowd jako ciotka Lydia, pełniąca jakby rolę opiekunki/wychowawczyni/przewodniczki. Niby wydaje się sympatyczna z delikatnym głosem, ale bardzo śliska, okrutna fanatyczka. Trudno oderwać oczy od tej bestii, której obecność od razu wywołuje wściekłość.

Pierwszy sezon „Opowieści podręcznej” dla mnie jest przykładem mocnej, trzymającej za twarz historii upodlenia oraz zniewolenia w imię chorej ideologii. Wydawałoby się, że już w temacie dystopii nie da się niczego nowego opowiedzieć, ale po raz kolejny zostałem wpuszczony w maliny. Niebezpieczne aktualne ostrzeżenie, jednak przesłanie nie jest tutaj najważniejsze, bez bawienia się w publicystykę. Brutalne, mroczne, porażające – aż nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski