Teściowie

Ile to już na ekranie było wesel z Polski? Aż za dużo i ile można jeszcze nowego opowiedzieć w tym temacie, gdzie w tle przewijał się Polaków portret własny. Od czasu Smarzowskiego w 2004 żadne polskie wesele nie zrobiło na mnie wrażenia. Aż tu wchodzi debiutant Jakub Michalczuk i zaprasza na kolejną imprezę z gośćmi, których widzi się raz od wielkiego dzwonu. Różnica jednak jest taka, że na tym weselu… nie ma państwa młodych. Co z tego, bo wszystko jest opłacone, goście przyszli, nie przerwiemy tej imprezy.

tesciowie2

Wszystko widzimy z perspektywy przyszłych teściów, których dzieli wszystko – pozycja społeczna, stan majątkowy, pochodzenie, wykształcenie. Ale niejako protagonistami (że się tak wyrażę) są nowobogaccy, co sponsorowali całą imprezę: Andrzej i Małgorzata (fantastyczny duet Marcin Dorociński/Maja Ostaszewska). Na początku dowiadujemy się, że ich syn porzucił pannę młodą przed ołtarzem i ma wyłączony telefon, zaś panna młoda jest w swoim domu zapłakana. Dlaczego do tego doszło? Ustalić ciężko, a żeby było jeszcze ciężej na wesele przyjeżdżają rodzice panny młodej (równie mocny duet Iza Kuna/Adam Woronowicz). Też są skonfundowani, choć Wanda sprawia wrażenie podminowanej, twardej zołzy. Zaczyna się szukanie winnego, a potem zaczyna się słowna wojenka.

tesciowie3

Sama koncepcja bardzo przypominała mi „Rzeź” Romana Polańskiego, gdzie też dorośli chcieli wyjaśnić sytuację związaną z ich dziećmi. I także jest oparta na sztuce teatralnej, co widać choćby w tym, że dialogi są prowadzone głównie przez maksymalnie czterech bohaterów. Czyli naszych teściów, gdzie emocje biorą górę nad opanowaniem i wyłażą kompleksy, frustracje, zawiść oraz cała ta reszta. Niby nic nowego, jednak sporo jest ironii oraz bardzo złośliwego humoru. I te zderzenie dwóch mentalności (kapitalistyczne mieszczuchy vs wieśniacy, co niczego nie odpuszczą) wywołuje iskry, a kolejne tajemnice pokazują, że każda strona jest bardziej lub mniej podła. Każdy ma swoje za uszy, co prędzej czy później obróci się przeciw nim.

tesciowie1

By jednak zdynamizować całą akcję przenosimy się dość często na sale weselną, gdzie impreza idzie na całego albo do innych pomieszczeń. Pod tym względem najbardziej wybija się otwierający film mastershot, trwający ponad 15 minut przenosząc się z miejsca na miejsce w najbardziej płynny sposób, jaki możecie sobie wyobrazić. Jest to obłędne, a sam film zagęszcza atmosferę z minuty na minutę. Aż ciężko jest złapać chwilę na odsapnięcie, co może być problemem. Wszystko jednak rekompensuje iście wybuchowy, choć lekko absurdalny finał oraz wręcz brawurowe aktorstwo. Tutaj wybija się duet Dorociński/Ostaszewska – on wydaje się podchodzi do sprawy z głową i spokojem, choć tak naprawdę ledwo trzyma nerwy na wodzy, ona jest wręcz nadwrażliwa oraz porywcza. To połączenie jest wręcz wybuchowe, a po drugiej stronie bardzo zawzięta, wręcz dumna Kuna i troszkę naiwny, choć sympatyczny Woronowicz. Ten ostatni balansuje na granicy przerysowania oraz groteski, ale nigdy jej nie przekracza. Mocarna kombinacja, dająca wiele świeżości w ogranym schemacie.

Więc „Teściowie” mnie bardzo zaskoczyli, serwując sprawną mieszankę komedii i tragedii bez pokazywania patologii w stylu Smarzowskiego czy Wyspiańskiego. Michalczuk debiutuje w dobrym stylu, a czy kolejne jego filmy będą równie interesujące? Czas pokaże, ale na tym weselu będziecie się bawić lepiej niż się spodziewacie. Chyba, że już jesteście strasznie zmęczeni kolejną imprezą rodzinną.

7/10

Radosław Ostrowski

Klasyczny horror

Horror od Netflixa – już samo w sobie brzmi przerażająco. Zwłaszcza, że to horror włoski, co jest dziś równie częstym zjawiskiem jak turecki film akcji. Dobry, turecki film akcji. Brzmi absurdalnie? Już sam tytuł sugeruje, że klimat będzie przypominał kino grozy sprzed co najmniej 30 lat. Jazda na ogranych schematach oraz zapach naftaliny?

Punkt wyjścia dzieła duetu Roberto De Feo/Paolo Strippoli jest bardzo znajomy. Mamy grupę obcych ludzi, którzy razem wyruszają kamperem. W ramach videobloga prowadzonego przez Fabrizio, dopasowani dzięki specjalnej aplikacji. Mamy lekarza (Riccardo), młodą parę (Mark i Sofia) oraz dziewczynę czekającą na zabieg (Elisa). Wskutek zderzenia z drzewem wóz trafia w sam środek lasu, gdzie znajduje się dziwny dom. Okazuje się, że w okolicy przebywają rolnicy, co w zamian za plony składają ofiary trzem monstrom. Zgadnijcie, co z tego połączenia może powstać.

„Klasyczny horror” sięga po znajome motywy z niskobudżetowych filmów grozy: młodzi ludzie bez doświadczenia, mężczyzna z przeszłością oraz ktoś, kto nie jest tym za kogo się podaje, tajemnicze domostwo, mroczna legenda, krwawa jatka. Ale muszę przyznać, że parę razy twórcy rzucają teksty oraz sceny pokazujące samoświadomość twórców. Szczególnie mocnie to czuć w postaci Fabrizio – niespełnionego reżysera, a obecnie vlogera. Czy kiedy odnosi się do Sama Raimiego, opowiada lokalną legendę czy poznajemy tajemnicę tego miejsca. Miejsca, z którego nie da się uciec i dzieją się dziwne rzeczy. Nie brakuje też krwi oraz nieprzyjemnych, nagłych scen przemocy.

Ale nie do końca mogłem wejść w ten film z powodu nieciekawych postaci. Oprócz Fabrizio i Elisy reszta nie miała ani zbyt dobrze zarysowanego tła, ani historii. Aktorstwo też nie było zbyt porażające, poza w/w dwójką, czyli Matildą Lutz i Francesco Russio. Zwłaszcza Russio ze swoim bardzo przerysowanym stylem dodaje wiele energii. Jednak najciekawsze oraz najbardziej zaskakujące rzeczy dzieją się przez ostatnie pół godziny, niemal wszystko wywracając do góry nogami. Niczym w najlepszych filmach Shyamalana, ale nie powiem więcej.

Jest tu kilka niedociągnięć, ale w ostatecznym rozrachunku „Klasyczny horror” wypada całkiem nieźle. Potrafi przestraszyć i rozśmieszyć jednocześnie, przy okazji pokazując jak bardzo pragniemy oglądać brutalne, pełne przemocy filmy.

6/10

Radosław Ostrowski

Ukryte

Są takie filmy, które na siłę komplikują prostą historię, by wprowadzić niejednoznaczność oraz aurę tajemnicy. Wiele osób pewnie zacznie myśleć o kinie Davida Lyncha, ale ja mam tak z reklamowanym jako thriller filmem „Ukryte” Michaela Haneke. Najbardziej znany austriacki artysta od czasów Adolfa Hitlera jest skupiony na tajemnicy, w którą zostaje wplątana rodzina z tzw. klasy średniej.

ukryte2

Ojciec, Georges (Daniel Auteuil) prowadzi program telewizyjny, gdzie recenzuje kolejne książki. Żona Anna (Juliette Binoche) prowadzi wydawnictwo, a syn się uczy. Wszystko idzie swoim powolnym rytmem, bez jakichś poważnych zaburzeń. Dopóki nie zostaje im dostarczona kaseta, gdzie widać… ich dom. Bez żadnego listu, bez wyjaśnień, bez niczego. Czasem dołączona jest kartka z rysunkiem jakby zrobiony przez dziecko. Kto za tym wszystkim stoi? Jaką tajemnicę skrywa Georges? I czy to jest powiązane z kasetami?

ukryte1

Brzmi to wszystko jakbyśmy oglądali dreszczowiec, ale Hanekego nie interesuje rozwiązanie intrygi związanej z kasetami. Obserwuje raczej jak to zagrożenie wpływa na rodzinę Georgesa, a przede wszystkim na niego samego. Jak z inteligentnego, pozornie opanowanego człowieka wyłania się bestia gotowa do ataku. Głownie za pomocą wyzwisk czy obojętności, które kryją się za jego twarz. Policja wydaje się być bezsilna („zajmą się sprawą, gdy dojdzie do tragedii”), a główny podejrzany w sprawie – Majid do niczego się nie przyznaje. A to wywołuje jedną rzecz: frustrację oraz brak kontroli. Przy okazji poznajemy (ledwo pokazaną w kilku scenach) przeszłość naszego bohatera z wyrządzoną krzywdą w tle. Niby był tylko dzieckiem, ale… czy tak wiele się emocjonalnie zmieniło od tego czasu? To jedno z paru pytań, które prowokuje reżyser, bawiąc się także z oczekiwaniami widza. Jednak nie dostaniecie odpowiedzi na wszystkie pytania.

ukryte3

Jak wspomniałem, intryga reżysera nie interesuje, tylko bardziej rysowanie portretu psychologicznego głównego bohatera. Daniel Auteuil absolutnie błyszczy jako pozornie elegancki, ale w rzeczywistości szorstki, uprzedzony wobec imigrantów narwaniec. Takich w szkole nazywano łobuzami i gnębili innych, nie czując odpowiedzialności w ogóle. Te spięcia oraz sprzeczności są wygrywane bezbłędnie przez Francuza, a najmocniej je widać zarówno w konfrontacjach z Majidem (dobry Maurice Benichou) – ostatnie spotkanie kończy się w brutalny, nieprzewidywalny sposób – jak i podczas bardziej nerwowych rozmów z żoną (mocna Juliette Binoche).

Choć „Ukryte” ma wiele mocnych momentów i zaskoczeń (początek filmu czy absolutny brak muzyki), miałem spore poczucie niedosytu. Haneke sili się na artyzm z obowiązkowymi długimi ujęciami, gdzie nie dzieje się praktycznie nic. Ale ilość niedopowiedzeń oraz niejasności była dla mnie za duża i zamiast zmusić do myślenia, wyzwalała tylko irytację.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Arachnofobia

Doświadczony producent filmowy Frank Marshall z Amblin Entertinment doszedł do wniosku, że po współpracy ze Stevenem Spielbergiem sam weźmie za kamerę i spróbuje sił jako reżyser. I tak w roku 1990 pojawiła się „Arachnofobia” – pierwsza produkcja nowego studia pod Disneyem zwanego Hollywood Pictures. Wsparty przez Spielberga oraz Kathleen Kennedy Marshall zmieszał horror z komedią, inspirując się monster movies oraz „Ptakami” Hitchcocka.

Sama historia zaczyna się w Wenezueli, gdzie zorganizowano ekspedycję naukową dr Athertona. Tam zostaje odkryty nowy gatunek pająka. W trakcie wyprawy ofiarą ośmionoga zostaje fotograf, ale sprawca nie zostaje wykryty. Winą za śmierć miała ponieść gorączka, na którą mężczyzna chorował. Następnie przenosimy się do małego miasteczka w Kalifornii, skąd pochodził nieboszczyk. Tam też trafia dr Ross Jennings razem z żoną i dziećmi. Przenieśli się z San Francisco, by odetchnąć od miejskiego zgiełku, a Jennings miał przejąć praktykę po miejscowym lekarzu. Ten jednak nie zamierza przejść na emeryturę, więc sprawy się komplikują. Jakby tego było mało, w okolicy dochodzi do niewyjaśnionych zgonów.

arachnofobia1

Sam film mocno inspiruje się dziełem Spielberga, z klimatem pozornego spokoju, gdzie wszystko płynie swoim rytmem. Ale pojawienie się morderczego pająka zmienia atmosferę, nie idąc ku makabrze. Reżyser balansuje między strachem a komedią, płynnie zmieniając ton, nawet w ciągu jednej sceny. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że dałem się złapać i parę razy podskoczyłem. Czy to wynika z samej obecności pająka w kadrze? Pewnie tak, zwłaszcza w sposobie filmowania. Napięcie idzie gwałtownie zwłaszcza w finale, gdzie nasz protagonista – lekarz z arachnofobią – musi zmierzyć się ze swoim największym lękiem. Kapitalnie zrobiona scena z armią zwierząt nadal potrafi zadziałać jako horror.

arachnofobia2

Pomaga w tym wszystkim świetne aktorstwo. Przede wszystkim to popis Jeffa Danielsa jako dr Jenningsa – lekarza z arachnofobią, racjonalisty, pozwalającego sobie na odrobinę sarkazmu i skonfrontowanego z mentalnością małego miasteczka (symbolem jego jest dr Metcalf). Całość jednak kradnie rozbrajający John Goodman w roli eksterminatora Delberta. Jest jedyną osobą z odpowiednim sprzętem, serwującego najlepsze teksty oraz dodającego sporo lekkości (i ta muzyka, gdy się pojawia – cudo). A i drugi plan z wieloma charakterystycznymi twarzami (m.in. Juliana Sandsa oraz Petera Jasona) też się sprawdza więcej niż solidnie.

arachnofobia3

Nie jest to najstraszniejszy film grozy ever, ale jeśli chcecie swojemu młodszemu rodzeństwu trochę strachu, można od niego spokojnie zacząć. Czysto rozrywkowe kino, dostarczające frajdy. A o to chodzi. Jeden z lepszych filmów Spielberga, który nie jest przez niego nakręcony.

7/10

Radosław Ostrowski

Nocna msza

Mike Flanagan jest jednym z ciekawszych reżyserów kina grozy, choć pozostaje w cieniu kolegów w rodzaju Jamesa Wana, Leigh Wannella czy Scotta Derricksona. Ale tak jak Wan sięga po ograne schematy, by zdemolować je do góry nogami i bardziej skupia się na relacjach między postaciami, zaś elementy nadprzyrodzone są katalizatorem wydarzeń („Oculus”, „Nawiedzony dom na wzgórzu”). Nie inaczej jest w przypadku „Nocnej mszy”, gdzie groza miesza się z religią.

Akcja toczy się w małym miasteczku na wyspie, gdzie wraca po czterech latach mężczyzna. Kiedyś był bardzo wierzącym gościem, ale po spowodowaniu wypadku i odsiadce wiara może się zmienić bardzo radykalnie. Kiedyś było to miejsce pełne ludzi, głównie rybaków, ale katastrofa ekologiczna zmieniła wszystko i miasteczko zaczyna się powoli wyludniać. Bez nadziei, bez perspektyw, bez szans na cokolwiek, a jedyną ostoją jest kościół św. Patryka. Kierujący kościołem ksiądz prałat Pruitt wyruszył na pielgrzymkę do Damaszku, więc wszystkim zarządza Bev Keene. Ale pewnego wieczora na wyspie pojawia się ksiądz Hill, mający pełnić zastępstwo za niedysponowanego prałata. I wtedy zaczynają się dziać dziwne rzeczy w okolicy, niektórzy mogli by je nazwać cudami.

Już ten opis sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z nietypowym horrorem, dotykającym kwestii religii i wiary. Nie liczyłbym jednak na wizualne fajerwerki, serwowanie jump-scare’ów czy walenie efektami specjalnymi. To historia budowana na tajemnicy oraz zderzeniu dobra ze złem, wiary i nauki, fanatyzmu oraz zdrowego rozsądku. Flanagan prowadzi narrację bardzo spokojnie, skupiając się na kluczowych postaciach: nowym księdzu, dewotce Keene, nauczycielce Erin Greene, wychodzącemu z więzienia Riley’owi Flynnowi, muzułmańskiemu szeryfowi oraz dr Gunning. Najwięcej uwagi skupia się na dawnej parze, czyli Flynnowi i Greene, a także tajemniczemu, choć bardzo charyzmatycznemu duchownemu. Jakie są jego prawdziwe intencje i kim jest?

Kolejne niewytłumaczalne sytuacje tylko potęgują aurę tajemnicy tak jak obecność „anioła”. I mimo, że już w trzecim odcinku poznajemy tajemnicę duchownego, to historia dalej wciąga. Nawet jeśli za bardzo przypomina „Miasteczko Salem” Kinga. Ale udaje się reżyserowi pokazać niebezpieczną siłę fanatyzmu religijnego, gdzie wszelka mniejszość czy osoby o innych przekonaniach są traktowane jako wrogie. Najpierw aluzjami i słowem jak choćby podczas dyskusji w sprawie rozdawania Biblii przez szkołę czy wszędzie, gdzie wypowiada się Keene (rewelacyjna Samantha Sloyan), nie znosząc dezaprobaty. Podobnie wydaje się działać ksiądz Hill (genialny Hamish Linklater), choć wydaje się być bardziej ludzki i pod koniec zauważa, co zrobił. Właśnie te momenty potrafiły wzbudzić we mnie grozę, pokazując człowieczeństwo z najgorszej strony. I wszystko prowadzi do brutalnego, mrocznego, ale też pełnego nadziei finału.

I jest to absolutnie rewelacyjnie zagrane. Poza w/w jest jak zawsze świetna Kate Siegel (Erin Greene), Annabelle Gish (dr Gunning), Zach Gilford (Riley) czy kradnący sceny Robert Longstreet (Joe Collie). Każdy ma swoje pięć minut, by zabłyszczeć, nawet aktorzy nastoletnio-dziecięcy, co nie jest takie łatwe (chyba, że się nazywasz Steven Spielberg). Flanagan kolejny raz tutaj potwierdza, że jest interesującym twórcą horrorowym. Buduje atmosferę prostymi środkami, nie idąca na łatwiznę i zmuszając do myślenia. To bardzo rzadka kombinacja, zwłaszcza w konwencji horroru.

8/10

Radosław Ostrowski

American Assassin

Skoro był już amerykański gangster, bohater, nawet ninja, to teraz pora najwyższa na amerykańskiego zabójcę. Nie jest to jednak asasyn z serii Assassin’s Creed, lecz małoletni gnojek o imieniu Mitch Rapp. Z takim nazwiskiem mógłby zostać rap(p)erem, wozić się po mieście, wyrywać panienki i szastać hajsem. Jak został zabijaką? Zaczęło się niewinnie na plaży w Ibizie, gdzie chłopak spędza wakacje ze swoją dziewczyną i decyduje się na kolejny ważny krok: oświadczyny. Brzmi jak piękny sen, ale w jednej sekundzie sny zmieniają się w koszmary. A ten ma twarz uzbrojonych terrorystów, dokonujących krwawej rzeźni, wskutek czego ginie dziewczyna Rappa, on sam zaś zostaje postrzelony.

american assassin1

W takiej sytuacji wyjścia są dwa: albo znaleźć spokój i żyć dalej, co wymaga masę czasu, albo pójść na skróty, podążając drogą zemsty, zabijania oraz wojny ze całym ścierwem tego świata. Jak myślicie, jaką ścieżkę wybrał nasz bohater? Półtora roku później Rapp próbuje zinfiltrować komórkę terrorystyczną w jakimś kraju arabskim, jednak nasz bohater jest obserwowany przez CIA i akcja kończy się likwidacją. A potem dostaje szansę jedną na milion, czyli przeszkolenie w superelitarnej jednostce komandosów pod wodzą Stana Hurleya – podobno ten gość w poprzednim wcieleniu był Batmanem. Trzeba się jednak spieszyć, bo ktoś zarąbał kilka kilogramów plutonu i chce zbudować bombę atomową.

american assassin2

Jak możecie się domyślić film Michaela Cuesty brzmi jak jeden z wielu thrillerów/akcyjniaków, gdzie losy świata zależą od dzielnych Amerykanów. Nawet jeśli nie działają zgodnie ze wszelkimi regulaminami czy protokołami, kierują się emocjami zamiast mózgiem. Niby próbuje się pokazać działanie tajnych służb, ale bardziej skręca w stronę opowieść o mścicielu działającego jak jednoosobowa armia. Tylko, że po drodze całość zaczyna gubić tempo i nawet momenty budowania napięcia są niszczone przez przewidywalne zwroty akcji oraz braku mocniejszego kopa. Jakiejś mocnej sceny akcji, która wyróżniałaby ten film z grona tysięcy innych filmów a’la Jason Bourne, bo realizacja w zasadzie jest standardowa. Niby są strzelaniny, pościgi, bijatyka czy tortury, ale nic tutaj nie urywa żadnej części ciała.

american assassin3

Sytuacji nie poprawia także antagonista grany przez Taylora Kitcha. Aktorowi brakuje charyzmy, by przykuł uwagę, nie ma ciekawej motywacji. W zasadzie jest lustrzanym odbiciem protagonisty, tylko działa po drugiej stronie barykady. Dylan O”Brien wcielający się w Rappa wypada solidnie, zwłaszcza w scenach akcji i te momenty sprzedaje najlepiej. Ale jeśli szukacie charyzmy oraz dobrego grania, tutaj serwuje je Michael Keaton jako mentor Hurley. Szorstki, surowy, z mroczną przeszłością ciągnie ten film na swoich barkach.

„American Assassin” ma w sobie pewien sznyt staroszkolnego kina akcji z lat 90., tylko że te polityczne wątki bardziej są balastem i spowalniają go przed staniem się klasykiem gatunku. Niby jest otwarta furtka na sequel (informacji o nim brak), ale to bardziej produkcja na raz. Zobaczysz, zapomnisz i poczekasz na coś lepszego w tym gatunku.

6/10

Radosław Ostrowski

Piła

Ten tytuł fanom kina obrzydliwego i wywołującego wstręt, tylko dla fanów obserwowania torturowania innych ludzi na ekranie. Spodziewałem się makabry, lejącej się posoki oraz odcinanych kończyn w ilościach przekraczających wyobraźnię normalnego człowieka. Z tego stała się znana seria „Piła”, która zaczęła się w 2004 roku i do tej pory nikt nie chce tej karuzeli przerwać. Ale czy od samego początku serii towarzyszyła ta reputacja?

Reżyserski debiut Jamesa Wana zaczyna się z masą znaków zapytania. Jakieś nieprzyjemne pomieszczenie, przypominająca łazienkę, a w niej dwóch mężczyzn. Budzą się, w zasadzie nie pamiętając jakim cudem tu się znaleźli. Obaj są skuci łańcuchami do nogi, a między nimi mężczyzna z kulą w głowie oraz pistoletem w dłoni. Przy okazji odnajdują nagrane kasety magnetofonowe w kieszeni, a także zauważają magnetofon przy zwłokach. Obaj panowie – Adam i dr Gordon – odkrywają, że są częścią sadystycznej gry prowadzonej przez tajemniczego Jigsawa. Jest on psychopatycznym mordercą, zmuszającego swoje ofiary do bardzo brutalnej gry, gdzie stawką jest ich życie. By je odzyskać muszą dokonać bardzo trudnych łamigłówek, gdzie trzeba dokonać rzeczy obrzydliwych w rodzaju wyrwania klucza z żołądka leżących zwłok.

Wan z bardzo drobnym budżetem musiał się nakombinować, by zaangażować. „Piła” bardziej przypomina thriller z tajemnicą, gdzie kolejne informacje wywołują mętlik w głowie. Zagadka wokół Jigsawa oraz jego motywacji jest siłą napędową, a klimat robi poczucie klaustrofobii oraz bezsilności. Dla naszych bohaterów szansą jest, gdy jeden z nich zabije drugiego. Poza zamknięciem dwójki bohaterów kluczową rolę odgrywają retrospekcje. Tutaj poznajemy prowadzących śledztwo policjantów (detektyw Tapp i Sing), gdzie m.in. poznajemy przeszłość naszych bohaterów. A obaj panowie mają swoje za uszami, co ma później kluczową rolę.

Akcja prowadzona jest bardzo szybko, montaż sprawia wrażenie zrobionego przez osobę z ADHD, a w tle gra industrialna muzyka w stylu Nine Inch Nails. Aktorstwo idzie w stronę kina klasy B, a najbardziej znanymi twarzami są Cary Elwes (dr Lawrence Gordon) oraz Danny Glover (detektyw Tapp). I obaj są bardzo solidni w swojej pracy, tak jak współscenarzysta Leigh Whanell jako Adam. Samej makabry oraz okrucieństwa nie jest tak dużo jak sądziłem (aczkolwiek scena obcięcia piłą nogi budzi wstręt), bo najokropniejsze rzeczy są pokazane poza ekranem. Ale najmocniejszą woltę dostajemy na sam koniec, kompletnie mnie zaskakując.

Z czasem jednak cała seria stała się tylko krwawą jatką, pokazującą wszystkie najohydniejsze sceny mordów. W swoim debiucie Wan skupia się bardziej na psychologicznej rozgrywce między psychopatą a jego potencjalnymi ofiarami. I dzięki temu „Piła” wybija się z tłumu rzeźnickich horrorów w rodzaju torturę porn.

7/10

Radosław Ostrowski

Ciche miejsce 2

Muszę się do czegoś przyznać: nie jestem fanem pierwszego „Cichego miejsca”. Punkt wyjścia można uznać za interesujący (narodziny dziecka w świecie zdominowanym przez kosmiczne monstra, co są wyczulone na słuch), ale wszelkie napięcie zabiło wiele głupot i bzdur. Dlatego niespecjalnie czekałem na sequel od twórcy oryginału, Johna Krasinskiego. W końcu obejrzałem drugą część i… jestem zaskoczony.

Akcja zaczyna się po wydarzeniach z sequela, gdzie rodzina Abbottów (skład: matka, niesłysząca córka, syn oraz noworodek) zmuszona zostaje do ucieczki ze swojej farmy. Nadal po okolicy szaleją potwory, więc ucieczka nie jest zbyt łatwa. Familia trafia do kryjówki dawnego znajomego, Emmetta, który stracił żonę oraz synów, z wyczerpującymi się zasobami. Sytuacja staje się o wiele poważniejsza, gdy córka (Reagan) odkrywa sygnał radiowy i chce tam dotrzeć. Choćby po to, aby wykorzystać swój aparat słuchowy oraz jakby musiała zrobić to wbrew woli rodziny.

Krasinski na samym początku potrafi uderzyć, bo dostajemy początek. Czyli pierwszy dzień pojawienia się potworów i ten wstęp robi piorunujące wrażenie z wieloma mastershotami oraz zabawą perspektywą. Nadal w scenach z perspektywy Reagan panuje cisza, co buduje napięcie. Opowieść nadal pozostaje kameralna, jednocześnie rozszerzając cały ten świat. Nie oznacza to jednak, że „Ciche miejsce” nagle skręca w stronę „Wojny światów”, jednak druga połowa filmu zaczyna iść w stronę… „The Last of Us”. Powoli budząca się relacja między Emmettem a Regan zaczyna procentować ze sceny na scenę, pokazując więź przypominającą ojca i córkę. Dochodzi do pewnego bardzo ważnego twistu (nie zdradzę wam), zmieniającego wiele w tym świecie. Problem jednak w tym, że to wydarzenie sprawia, iż „dwójka” jest środkową częścią trylogii. Czyli daje odpowiedzi oraz serwuje kolejne pytania.

Natomiast realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, a najbardziej wybija się udźwiękowienie. Zarówno, kiedy widzimy zdarzenia z perspektywy Regan (znakomita Millicent Simmonds) – dziewczyna tu wyrasta na główną bohaterkę filmu – jak i sygnalizowana jest obecność potworów. Świetne są zdjęcia oraz dwie rewelacyjne sceny z użyciem montażu równoległego, gdzie suspens oraz poczucie niepokoju potrafi podskoczyć do granicy. Każdy z obsady ma swoje momenty błysku, choć wybija się Simmonds oraz bardzo stonowany Cillian Murphy jako połamany, wycofany Emmett. Ta dynamika trzyma całość w ryzach, chociaż Emily Blunt i Noah Jupe także mają wiele do zaoferowania.

„Ciche miejsce 2” to przykład sequela, który wszystko robi lepiej od poprzednika: jest więcej napięcia, aury tajemnicy i wiele zasygnalizowanych momentów (zdziczali, niemi ludzi), które mogą zaprocentować w finale. Czekam bardzo na sequel, choć tym razem będzie robił ją inny reżyser (jeszcze nie wybrany). To samo w sobie powinno być rekomendacją.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Resident Evil: Wieczny mrok

Fani gier znają survival horrorową serię „Resident Evil”. Przez większość części akcja krążyła wokół korporacji Umbrella, która stworzyła wirusa zamieniającego ludzi w żądne krwi zombie. Po co? By potem zarobić na szczepionce, co odwraca efekt zombifikacji. Samą markę już przenoszono na ekran na początku XXI wieku przez Paula W.S. Andersona, ale z każdą częścią było coraz gorzej, głupiej i zbyt efekciarsko. W tym roku szykuje się nowy film, ale przedtem Netflix zrealizował mini-serial anime z podtytułem „Wieczny mrok”.

Akcja toczy się w roku 2006, zaś głównym bohaterem jest Leon Kennedy – były glina, obecnie agent Secret Service. Fuchę dostał po tym jak uratował córkę prezydenta z rąk zombiaków, choć – jak sam twierdzi – po prostu miał szczęście. Sytuacja jednak zaczyna robić się nieprzyjemna w Białym Domu. Najpierw dochodzi do ataku hakerskiego, a kiedy gorzej już być nie mogło, zaczynają się panoszyć zombie. Jakim cudem? Czyżby doszło do kolejnej epidemii? Kto stoi za tym wszystkim? Leon razem z dwójką agentów ma zbadać sprawę i wyruszają do Chin. W tym czasie pracująca dla organizacji pozarządowej Claire Renfield stara się pomóc mieszkańcom Panamstanu – kraju trawiącego przez wojnę domową. Przypadkiem wpada na trop, że kilka lat wcześniej doszło do jakieś operacji amerykańskiej armii. I pojawiły się tam zombie, czyniąc duże spustoszenie.

Sama historia zadziwiła mnie prostotą i sprawia wrażenie półtoragodzinny film podzielony na odcinki. Jak pierwszy sezon „Castlevanii”, tylko bardziej przyspieszony, co mnie zdezorientowało. Bo jest tu sporo upchnięte: tajny oddział wojskowy, zatuszowana operacja, spisek z użyciem nowego leku, wreszcie wypad do kraju za pomocą okrętu podwodnego. Akcja miejscami naprawdę przyspiesza, jest parę momentów trzymających w napięciu (w teorii) oraz finałową konfrontację ze zmutowanym bydlakiem. Wszystko bardzo przypomina grę komputerową, włącznie ze scenami akcji pokazanymi zza pleców bohatera.

Problem w tym, że serial miejscami za bardzo się powtarza z paroma scenami i dopiero w połowie zaczyna łapać oddech. Intryga też jest przewidywalna, z drobnymi zakrętami oraz oczywistymi momentami. Sama animacja jest dość… specyficzna, nawet jak na produkcję japońską. Z jednej strony próbuje być fotorealistyczna i ruchy postaci są przekonujące, miejscami nawet pokazując parę detali. Jest parę momentów suspensu jak atak szczurów na okręcie. Ale parę scen związanych z wybuchami, demolką nie powalają, tak jak finałowa konfrontacja. No i jest jeszcze otwarte zakończenie, sugerujące kolejną część.

„Wieczny mrok” dla mnie był za krótki, za szybki oraz za mało angażujący. Dopiero w połowie zaczął nabierać blasku, chociaż można było to lepiej rozegrać. Niemniej wyczuwam potencjał i mam nadzieję, że powstanie kolejna część, naprawiająca błędy poprzednika.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Diuna

Na żaden inny film nie czekałem w tym roku bardziej niż na „Diunę”. Powieść Frank Herberta już była przeniesiona na ekran przez Davida Lyncha, ale została zmasakrowana przez krytyków, widownię oraz fanów książki. Potem jeszcze był mini-serial w roku 2000, jednak o nim nikt nie pamięta. Wszystko się zmieniło 3 lata temu, gdy do kolejnej adaptacji postanowił podjąć się Denis Villeneuve. Kanadyjczyk kino SF znał dobrze, co pokazał „Nowy początek” oraz bardzo udany sequel do „Blade Runnera”, więc kto jak nie on?

Sama historia jest bardzo znajoma. Osadzona w roku 10191 roku akcja toczy się wokół tytułowej planety, gdzie znajduje się najcenniejszy surowiec – przyprawa zwana melanżem. Planeta była oddana w lenno rodowi Harkonnenów przez 80 lat, ale wolą Imperatora zostaje przekazana ich wrogom: Atrydom. Książę Leto Atryda przyjmuje ten zaszczyt, wiedząc iż jest to pułapka zastawiona przez poprzedników. Czy uda się wznowić produkcję melanżu, a rodowi Atrydów znaleźć wyjście z całej sytuacji?

Najtrafniejszą decyzją reżysera było podzielenie historii z książki na dwie części. To daje więcej czasu na poznanie świata, gdzie jest wielu graczy i każdy ma tutaj wiele do zyskania, lecz także i stracenia. Tutaj polityka, ekonomia, religia oraz genetyka mieszają się ze sobą, zaś wiele postaci zostaje tutaj wspomniane, bez fizycznej obecności (Imperator). Dialogi odbywają się głównie między paroma osobami na ekranie (niczym w teatrze), a jednocześnie widać wielką skalę przedsięwzięcia. Pozbawienie głębszych wyjaśnień z jednej strony może wywołać potrzebę zadawania pytań, jednocześnie czyni narrację łatwą do śledzenia i obserwowania. Nawet chwile ekspozycji są zaskakująco oszczędne, nie sprawiając wrażenia upchniętej na siłę. Jedynie kilka detali może zwrócić uwagę na bardzo istotne informacje.

Sam świat też jest fascynujący, choć zbudowany na paradoksach. Z jednej strony potężne statki oraz technologia, ale z drugiej brak sztucznej inteligencji czy czegoś na kształt komputerów, zaś starcia fizyczne odbywają się za pomocą broni białej. Żadnych laserów, pistoletów czy innych futurystycznych pukawek. Zadziwiająca decyzja, dzięki której „Diuna” wyróżnia się z tłumu. Otoczka SF jest tylko pretekstem do opowiedzenia o politycznej walce i mierzeniu się z przeznaczeniem, co najdobitniej widać w wątku głównego bohatera. Paul (rewelacyjny Timothee Chalamet) – 15-letni chłopak musi się skonfrontować z losem, który wydaje się być dawno zaplanowany przez sterujący z ukrycia zakon Bene Gesserit oraz Imperatora, bojącego się silniejszych wpływów Atrydów. Jednocześnie mieszkańcy pustynnej planety – Fremeni – widzą w nim Mesjasza, który da im upragnioną wolność. A podatność chłopaka na melanż jeszcze bardziej komplikuje całą sytuację, gdzie wybór wydaje się być iluzją.

Ta filozoficzna warstwa jest tylko jedną z wielu, a Villeneuve bardzo pewnie przedstawia kolejne zakręty. Wizualnie ten film wręcz oszałamia skalą, imponujące są wszelkie pojazdy (ornitoptery, żniwiarka) oraz scenografia i kostiumy. Piasek pustyni jest wręcz namacalny, a efekty specjalne wykonane są bezbłędnie. Od dawna nie miałem poczucia przez wysokobudżetowym filmie wejścia w ten świat – bez zastanowienia się, co zostało stworzone przez człowieka, a co efektem komputerowym. Samych scen akcji jest niewiele, ale jak się pojawia, jest wykonana bez zarzutu. I każdy z obsady, która jest tak imponująca, że nie starczyłoby miejsca na wymienienie wszystkich (na mnie największe wrażenie z tego grona zrobiła kapitalna Rebecca Ferguson jako lady Jessica oraz idealny Stellan Skarsgard wcielający się w barona Harkonnena) gra świetnie, tworząc bardzo dobrze naoiliwioną maszynę. Nawet mając do dyspozycji dosłownie kilka scen – nieprawdopodobne.

Rzadko, BARDZO rzadko mi się zdarza, żebym poszedł do kina dwa razy na jeden film. Jedyne czego żałuję, że na dalszy ciąg tej opowieści będę musiał czekać dwa lata.  To będzie długie czekanie, ale po tej części wiem, że warto czekać. Czy muszę mówić, że „Diuna” była dla mnie niesamowitym doświadczeniem kinowym?

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski