Medium

Wiele osób na hasło polski film grozy reaguje śmiechem, ale w 1985 roku pewien młody reżyser zdecydował się zaryzykować. Połączył kryminalną intrygę z wątkiem okultystycznym, osadził akcję w przedwojennym Sopocie i powstało bardzo niepokojące „Medium”. I jak broni się cała ta mieszanka? Ku mojemu zdumieniu więcej niż dobrze.

Jesteśmy w Sopocie października 1933, tuż po objęciu władzy przez Adolfa Hitlera, a historia skupia się na grupce postaci. Jest rodzeństwo Wagner, zajmujące się sprawami nadnaturalnymi (on stawia horoskopy, ona jest medium), stary komisarz policji Selin oraz jego asystent aspirant Krank, co sympatyzuje z nazistami, przybyły z Warszawy Andrzej, nauczycielka Luiza, a także pewien garbaty urzędnik Netz. Ich losy zostają połączone przez jedno wydarzenie: Greta Wagner nawiązuje kontakt z potężnym medium, które steruje losem trzech postaci – komisarza, Andrzeja i Luizy. Ten pierwszy budzi się w koszu na plaży, drugi przyjeżdża pociągiem do miasta i dopiero na dworcu odzyskuje świadomość, z kolei kobieta zabiera suknię z muzeum. Ten ostatni incydent prowadzi policjantów do bardzo poważnej sprawy. Tutaj przeciwnik wydaje się nie do pokonania, zaś zbrodnia z przeszłości ma się powtórzyć.

Jacek Koprowicz – jak wspomniałem wcześniej – miesza tutaj nastrój grozy z kryminalną intrygą, bardzo powoli odkrywając kolejne elementy układanki. Ale od samego początku czułem, że coś wisi w powietrzu. I potrzeba tu zbyt wiele – gwałtowna burza nad morzem, duże okna w dużym domostwie czy moment zaćmienia księżyca (wtedy nałożony jest taki błękitny filtr). Groza tutaj nie wynika z obecności osób nadnaturalnych, lecz działania potężnej mocy, czyniącej z człowieka istotą pozbawioną wolnej woli. Kim jest tytułowe medium, do czego mu są potrzebni sterowani ludzie – to tajemnica nakręca film Koprowicza, a łączenie kolejnych elementów układanki trzyma w napięciu. Najbardziej przerażający jest fakt, że los bohaterów jest z góry przesądzony. Do tego jeszcze obecność nazistów – równie zaślepionych i pozbawionych woli jak nasi bohaterowie – nadaje jeszcze bardziej złowrogiego tonu. Ale ostatnie pół godziny podkręca grozę, pokazując bardzo brutalną i bezwzględną siłę tytułowego medium – niby są to proste, ale efektywne środki. Zaś finał wali w łeb obuchem, nie pozwalając o sobie zapomnieć.

Całość jest fantastycznie zagrana i trudno się do kogokolwiek przyczepić (a w ekipie są m.in. Władysław Kowalski, Michał Bajor, Jerzy Stuhr czy Ewa Dałkowska), zaś reżyser dokonuje rzeczy wydawało się niemożliwej. Kręci bardzo udany film w gatunku pozornie obcym naszej kinematografii, mogąc konkurować z horrorami spoza naszego kraju bez kompleksu, bez wstydu czy żenady. To bardzo rzadka sztuka jest.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skandal. Ewenement Molesty

Polski hip-hop to jeden ze świeższych gatunków naszego muzycznego rynku. Bo rap w zasadzie do lat 90. praktycznie nie istniał, produkcji w zasadzie robiono troszkę po macoszemu, amatorsko. Przynajmniej w Warszawie, bo w zasadzie nie było jakiegoś mocnego składu (może poza Warszawskim Deszczem). Nie było jednak czegoś, co miało wywołać wielki ferment oraz odpalić zainteresowanie muzyką w tym wielkim mieście. Aż dwóch kumpli ze szkoły zmieniło reguły gry jedną płytą – „Skandalem”.

Chyba każdy fan tej muzyki słuchał Molesty Ewenement. Reżyser Bartosz Paluch postanowił opowiedzieć o nich. Udało mu się zebrać niemal cały skład (oprócz Pelsona) oraz z nimi pogadać. Ale nie w studiu czy jakiejś innej zamkniętej przestrzeni, tylko niemal ciągle w ruchu, co jest na pewno czymś świeżym. Największymi gadułami są tutaj dwaj liderzy, czyli Vienio i Włodi, których dzieliło wiele, a połączyła muzyka. Jednocześnie mamy tutaj rzucony kontekst epoki, czyli lat 90. Czasów, kiedy doszło do zachłyśnięcia kapitalizmem oraz bardzo szerokimi możliwościami. Z drugiej jednak strony wiele osób traciło swoje pracy i te możliwości dla nich zaczynały się kurczyć. Do tego właśnie świata wchodziło nowe pokolenie, które szukało dla siebie miejsca, czasami zadzierając z policją.

I od razu przeplatając tą historię masę archiwaliów od razu wracamy do klimatu lat 90. Zaskoczyło mnie jak tego jest sporo: od kręconych amatorską kamerą skejterów przez występy w telewizji po koncerty. Nie brakuje także kilku barwnych momentów jak choćby historię nagrywania „Skandalu”, gdzie zarówno artyści i realizatorzy mieli początkowo problemy z dograniem się czy jak dochodziło do podpisania kontraktu. Jednak chyba nikt nie spodziewał się jaki to wywoła ferment, tworząc nowy gatunek – rap uliczny. Pełen brudu, bez słodzenia, wazeliny, co wywoływało poczucie pewnego autentyzmu, jakiego nie było wcześniej.

Wielu może narzekać, że film jest za krótki (nieco ponad godzinę), jednak reżyser całkowicie wykorzystuje swój czas. Bez zbędnego pieprzenia oraz z pełną pasją opowiada o początkach rapu w Warszawie i ogląda się to z wielką przyjemnością. Czy będą kolejne produkcje na ten temat? Nie obraziłbym się.

8/10

Radosław Ostrowski

Eastern

Zemsta – temat ograny na wszelkie możliwe sposoby i czego można było się spodziewać po polskim filmie o tej sprawie? Debiutant Piotr Adamski po ASP pokazał, że da się coś z tym zrobić. Ale może zamiast uprzedzać fakty przejdę do ad remu.

Akcja toczy się na pozornie zwykłym osiedlu. Domy, ulice, samochody, las – tak jak za oknem dla wielu. Jednak już pierwsza, gdzie jest zadawane pytanie o honor pokazuje jedno. Że trafiliśmy do innego świata, gdzie nasza rzeczywistość przepoczwarzyła się w coś obcego, dziwnego, niepokojącego. Do świata opartego na prawie krwi i zemsty, gdzie honor jest wartością najwyższą. A jedyną ucieczką od niego jest wykup, pod warunkiem, że masz dużo forsy. Jak to się stało i kiedy do tego doszło? To nie ma znaczenia, a wszystko poznajemy z perspektywy dwóch dziewczyn ze zwaśnionych stron. Córka Kowalskiej zabiła syna Nowaka, lecz by móc wykupić córkę przed zemstą rodziny chłopaka trzeba zapłacić pół miliona. Skąd wziąć tą kasę? Z drugiej strony twarda córka Nowaka jakoś nie jest zbyt zainteresowana dokonaniem zemsty, co też może się na niej odbić.

Reżyser bardzo powoli objaśnia reguły tego pokręconego świata jak z jakieś chorej rzeczywistości. Nie prowadzi jednak za rączkę, nie wali ekspozycjami po oczach, tylko wrzuca nas do zastanego świata. Troszkę światła rzucają sceny z radcą prawnym oraz tajemniczym duetem, reprezentującym niejako prawo. Ale to w sumie tyle – niewiele jest tutaj wyjaśniania, a wszystko ogranicza się do obserwacji wycinka tego pomylonego świata. Świata ciągle nakręcającej się przemocy, gdzie każdy chodzi z bronią, a zagrożenie może pojawić się dosłownie z każdej strony. Wszystko opowiadane jest za pomocą obrazu – zdjęcia Bartosza Nalazka z jednej strony są bardzo precyzyjne, geometryczne, by z drugiej pokazać pewien chłód, dystans, surowość. W połączeniu z rzadko obecną, lecz mocno wybrzmiewającą muzyką tworzy bardzo mocny pocisk.

Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, że Adamski bardzo precyzyjnie buduje napięcie. Nie brakuje tutaj scen, gdzie adrenalina zaczyna skakać jak oszalała (ucieczka Klary przed ścigającą ją Ewą), a przemoc potrafi porazić. Nie dlatego, że jest krwawa, brutalna i wyrywająca bebechy z człowieka. Raczej dlatego, że jest niespodziewana, co wywołuje szok (zakończenie). Muszę jednak przyznać, że zdarzają się – na szczęście krótkie – momenty przestoju, zaś dla wielu minimalizm formy może stać się poważną barierą nie do przeskoczenia. Mi jednak aż tak to nie doskwierało, a raz na jakiś czas trzeba sobie stymulować mózgownicę.

Równie fantastyczne jest aktorstwo, gdzie brakuje tutaj znany i rozpoznawalnych twarzy (może poza Marcinem Czarnikiem jako Nowakiem). Ale prawdziwe petardy są tutaj dwie: bardzo dziewczęca, wręcz delikatna Paulina Krzyżańska (Klara) oraz bardzo twarda, pewna siebie Maja Pankiewicz (Ewa). Obie panie elektryzują swoją obecnością, a oszczędnie grane przez nie postacie są o wiele ciekawsze niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Bardzo wyraziste, charyzmatyczne kreacje, zgrabnie uzupełniające się ze sobą.

Takich debiutów chce się jak najwięcej. „Eastern” miesza thriller z westernem, arthouse z kinem gatunkowym i powstaje z tego bardzo oryginalna hybryda. Na pewno nie jest to film dla każdego, lecz klimat, aktorstwo oraz forma jakby wzięta z kina Lanthimosa tworzą bardzo frapujące, tajemnicze, nieszablonowe kino. Dla poszukiwaczy nowych rzeczy pozycja obowiązkowa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wojna światów – następne stulecie

Grudzień roku 2000. Od 12 dni na Ziemi przebywają Marsjanie, którzy chcą podzielić się swoją wiedzą oraz technologią, jednocześnie podziwiając naszą kulturę. Tak przynajmniej twierdzi telewizja, której twarzą jest prowadzący niezależne wiadomości Iron Idem. Problem w tym, że jednak jego niezależność to fikcja, bo tuż przed wejściem na antenę dostaje nowy tekst do przeczytania. To zdarzenie zaczyna uruchamiać kolejne jak choćby porwanie żony i wszczepienie numerka, symbolizującego przyjaźń z Marsjanami. I to doprowadza do buntu bohatera.

Na hasło polskie kino SF wielu powie o „Seksmisji” czy niedawnym „Człowieku z magicznym pudełkiem”. Jednak na przełomie lat 70. i 80. swoje dzieła SF realizował Piotr Szulkin, dla którego ten gatunek był tylko kamuflażem. Bo reżyser wykorzystuje ten gatunek do skomentowania politycznej rzeczywistości. Niby film inspirowany jest – na co wskazywałby tytuł – powieścią Herberta George’a Wellsa, jednak klimatem jest tu bliżej do antyutopii George’a Orwella oraz późniejszych filmów Terry’ego Gilliama. Wszystko obserwujemy oczami Irona Idema, będącego pozornie ważną personą świata rozrywki. Społeczeństwo jest praktycznie ogłupiałe, ślepo posłuszne i pozbawione czegoś, co można nazwać wolną wolą, telewizory są praktycznie obecne wszędzie, zaś sami Marsjanie to kurduple żądne miłości… i krwi. Wręcz do ostatnie kropli ludzkiego organizmu. Groteskowe oraz przerażające jednocześnie – taki jest świat Szulkina.

Reżyser nie skupia się na widowiskowości czy efektach specjalnych, tylko podporządkowuje całość wizji świata. Nadzieja zrobiła sobie tam wolne, ustępując miejsca manipulacji i kłamstwu. Te ostatnie pomagają wykreować rzeczywistość pokazaną w mediach. Tam można pokazać wydarzenia, które nie miały miejsca, zostały wcześniej wyreżyserowane (scena procesu Idema czy niby lamentujące kobiety) albo mają inny kontekst. Kwestia stosowania mediów jako propagandowej tuby spowodowało, że „Wojna światów” zyskała bardziej uniwersalny charakter. To, jak łatwo zniewolić człowieka oraz uzależnić od mediów pokazują zarówno ostre słowa Starego – jedynego buntownika, jak i scena snu, kiedy Idem wyżala się w konfesjonale, ale otwierając go widzi… telewizor. Już tutaj widać jak silne jest uzależnienie od tego małego ekraniku, gdzie wszystko, co jest powiedziane jest jedyną prawdą. I jeszcze ci wmawia, że możesz tam zadzwonić i powiedzieć, co myślisz. A system tutaj wygrywa z każdym, jakakolwiek próba buntu jest skazana na klęskę. Wszystko to podkreślają mocne, wręcz czasami brutalne dialogi, mocno stonowane, pełne błękitnych filtrów zdjęcia oraz wręcz agresywna muzyka elektroniczna. Jedyne, co mocno frapuje to zakończenie nie dające jednoznacznej odpowiedzi i wywołujące zamęt – to oznaka buntu czy uległości? Nie wiem.

No i jeszcze jak to jest rewelacyjnie zagrane. Kompletnie zaskoczył mnie Roman Wilhelmi w roli Idema. Wydawałoby się, że z taką aparycją będzie to śliski typ, karierowicz i oportunista. Tak naprawdę to człowiek bierny, świadomy sterowania oraz tego, jaki wpływ ma na innych (mocna mowa w trakcie koncertu), ale w trakcie swojej podróży dojrzewa do buntu. Bardziej wewnętrznego niż powiedzmy fizycznej walki, jednak trzeba od czegoś zacząć. Śliskim karierowiczem jest tutaj szef w wykonaniu wybornego Mariusza Dmochowskiego, który wie więcej niż mówi i nie zamierza się zwierzać. Tutaj nawet drobne epizody są bardzo wyraziste: od adwokata (Jerzy Stuhr) przez pracownika wodociągów (Janusz Gajos) i prostytutkę (Krystyna Janda) aż po policjanta (Zbigniew Buczkowski).

Wydawałoby się, że ta wizja przyszłości proponowana przez Szulkina zostanie reliktem skostniałej przeszłości, a jej zakorzenienie w PRL-u będzie niezbyt strawnym przeżyciem. Jednak czas nadał „Wojnie światów” nowych znaczeń i sprawił, że jest bardziej aktualny niż kiedykolwiek. Mocne doświadczenie oraz przykład, że nie trzeba wiele do realizacji ambitnego SF.

8/10

Radosław Ostrowski

Prywatne śledztwo

Taka historia mogłaby wydarzyć się nawet dzisiaj. Spędzasz sobie czas z rodziną poza miastem. Jest przyjemnie i fajnie – w zasadzie mogłoby to trwać i trwać. Powrót jednak okazuje się brutalny, bo drogę zajeżdża kierowca ciężarówki. By go uniknąć zderzasz się z drzewem, dochodzi do wypadku. Kierowca ucieka (był pijany), tracisz przytomność, a kiedy ją odzyskujesz świat staje się mniej przyjemnym miejscem. Bo twoja rodzina nie żyje, a sprawca nie zostaje wykryty. Co ci zostaje? Masz dwa wyjścia: albo próbować się pogodzić i żyć dalej, albo próbować dokonać zemsty. Taki dylemat ma inżynier Rafał Skonecki, co stracił w wypadku żonę oraz dwójkę dzieci. O jakimkolwiek spokoju nie ma mowy, zwłaszcza że w okolicy giną kierowcy ciężarówek.

PRL i kino zemsty? Na pierwszy rzut oka to połączenie wydaje się absurdalne, jednak coś takiego powstało w 1986 roku. „Prywatne śledztwo” w reżyserii Wojciecha Wójcika to hybryda dramatu sensacyjnego z kinem psychologicznym. Bo z jednej strony skupiamy się na portrecie ofiary wypadku samochodowego, która ma jeden problem: przeżyła. I to mocno niszczy jego psychikę, pokazując jego ciemną stronę. Co chwila przebijają się wspomnienia, jednak głowa nie jest już w stanie znieść bólu i samotności. Reżyser robi to bardzo oszczędnie, nie rezygnując z mrocznych kadrów. Jednocześnie mamy tutaj morderstwa kierowców ciężarówek. Ci są pijani, agresywni, nieodpowiedzialni, stanowiąc zagrożenie na drodze. Być może nawet zasługują na eliminację, ale czy na pewno? I czy wszyscy są tymi złymi? Te pytania niejako padają między wierszami, stanowiąc naddatek dla sensacyjnej opowieści.

Od połowy filmu narracja przebiega dwutorowo, bo do akcji wkracza milicja. Wiemy kto zrobił i zaczyna się zabawa w kotka i myszkę. Czekając na to kiedy odkryją trop Skoneckiego, który odpowiada za śmierć kierowców. Kiedyś przecież jeździł na motorze, nosi czarną kurtkę i kask, prawda? W scenach zabójstw przecież widzimy osobę o tym rysopisie. Samy sceny śmierci są krótkie, gwałtownie i jednocześnie satysfakcjonujące. Choć jest kilka fajnie zrobionych scen (głównie finałowy pościg), Wójcik nie szaleje. Oszczędnie skupia się na śledztwie, dając aktorom wiele do zagrania oraz kilka bardzo dobrych dialogów. Jest też jeszcze przewrotny finał z ostatnią sceną nie dającą spokoju.

A wszystko fantastycznie zagrane, ale czy może być inaczej mając w obsadzie takich mistrzów jak Roman Wilhelmi (Rafał), Jan Peszek (przyjaciel Marek), Janusza Bukowskiego (naczelnik prowadzący śledztwo) czy Jerzego Trelę (drobna rólka kapitana prowadzącego sprawę wypadku Skoneckiego). Każdy tutaj wypada bez zarzutu, nawet w drobnych epizodach, gdzie nie brakuje znanych twarzy. Nie będę jednak zdradzał, może sami rozpoznacie niektórych.

Zaskakujący przykład wyrazistego, konsekwentnie poprowadzonej sensacji od Wojciecha Wójcika. Reżyser pokazuje, że da się zrobić sensowne kino zemsty, bez stawiania na efekciarstwo i nie zapominając o psychologicznym portrecie bohatera złamanego przez tragedię. Chyba najlepszy film tego reżysera z lat 80.

8/10

Radosław Ostrowski

Solid Gold

O głośnej sprawie Amber Gold chyba każdy słyszał. Parabank, który okazał się wielką finansową piramidą, doprowadzając do utraty i defraudacji setek milionów złotych. Jak się okazało, prezes banku Marcin Plichta działał pod parasolem lokalnych polityków oraz służb specjalnych przez co ta instytucja funkcjonowała kilka lat. Aż dziwne, że dopiero teraz powstał film inspirowany tą historią, jednak by go zrealizować reżyser Jacek Bromski wziął pieniądze od TVP. Ta liczyła chyba na bardziej wyrazisty przekaz polityczny, lecz nie dostawszy go wywołała zamieszanie na poprzednim Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Film najpierw został wycofany, TVP zażądało zwrotu pieniędzy, zaś Bromski postanowił całość przemontować i dodać ponad 30 minut nowego materiału. Co wyszło z tego zamieszania?

Bohaterka filmu jest Kaja Miller – młoda policjantka, która podczas akcji schwytania bandyty zostaje porwana i zgwałcona. Udaje jej się jednak uciec, zabijając wszystkich, co ją przetrzymywali, lecz odchodzi z policji. Tak samo jak jej szef, Nowacki. Po ośmiu latach jednak Trójmiasto znowu wzywa ich oboje. Wszystko z powodu tytułowego Solid Gold – banku obiecującego duże zyski, lecz Komisja Nadzoru Finansowego ma wobec niego wątpliwości. Jego prezesem jest Kawecki, tajemniczy biznesmen z niejasną przeszłością. Nowacki dołącza do CBŚ i ściąga Kaję, samotnie wychowującą córkę. Sprawa nabiera rozpędu, kiedy zostaje zamordowany właściciel knajpy Sommelier. Facet był słupem, a szefem naprawdę jest jeden z ludzi Kaweckiego.

Jacek Bromski i kino sensacyjne to połączenie, które raczej zawodziło niż dawało wiele satysfakcji. Niby próbowano opisać rzeczywistość z dużymi aferami, intrygami pokazującymi powiązania policji, gangsterów, polityki, biznesu i służb specjalnych, jednak brakowało napięcia oraz było strasznie nudno. „Solid Gold” podąża tą samą ścieżką, choć początek obiecuje coś innego. Ostatecznie wracamy na stare śmieci oraz klimat z lat 90. Skorumpowani politycy, policjanci, współpraca mafii z biznesem i służbami specjalnymi PRL-u, które – mimo zmiany ustroju oraz wielu członków będących już w zaawansowanym wieku – nadal mają wpływ na obecną rzeczywistość.

Sama intryga zaczyna coraz bardziej się rozwadniać, a zamiast śledztwa skupiamy się na wielu wątkach pobocznych (zabójstwa wspólników Kaweckiego, odkrywanie wtyki, przez co napięcie słabnie. Postać Miller (porządna Marta Nieradkiewicz) zostaje zepchnięta na dalszy plan, stając się tylko pionkiem w walce miedzy Nowackim a Kaweckim. Pierwszy dalej walczy o sprawiedliwość, choć nie zawsze pozwalają mu politycy. Drugi chce zerwać z przeszłością i zacząć życie człowieka interesu, ale pojawiają się komplikacje. Problemem jest zbyt wiele postaci, jeszcze bardziej spowalniając całą historię i nie dodając zbyt wiele do historii: właściciel knajpy, prawa ręka Kaweckiego, pomocnik Nowackiego, generał Wilkosz i jego pomocnik, pewnie dłużnik, jego zona, komendant policji. Czasami gubiłem się w tym wszystkim, a kilka pozornych zaskoczeń nie działało (tożsamość zabójcy dla mnie była łatwa do odczytania).

Aktorsko jest tutaj strasznie nierówno, bo najlepiej działa tutaj duet antagonistów. Wyprany, zmęczony i zdeterminowany Janusz Gajos jako gliniarz kontra elegancko ubrany, próbujący działać sprytem Andrzej Seweryn. Obaj panowie są fantastyczni, przyciągając uwagę do samego końca. Jeśli chodzi o drugi plan to jest bajzel. Najlepiej wypada Olgierd Łukaszewicz w roli opanowanego, działającego w cieniu generała Wilkosza oraz w drobnym epizodzie Krzysztof Stroiński (Kaziak). Reszta jest albo przeciętna (Stramowski, Leonenko i – ku mojemu zdumieniu – Kościukiewicz) albo niewykorzystana (Czarnik, Hycnar, Żmijewski), co wprawiło mnie w konsternację.

Dziury, nuda, przeciętność. Ten film jest gorszy od „Anatomii zła”, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Bromski powinien sobie odpuścić kręcenie kina sensacyjnego. Bo z filmu na film wychodzi mu coraz gorzej. Takiego marnotrawstwa tematu nie widziałem od dawna, a szum wokół niego jest niezrozumiały dla mnie.

5/10

Radosław Ostrowski

Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa

Na hasło polskie kino sensacyjne obecnie jest tylko jedno skojarzenie: Patryk Vega. Nie dlatego, że jest dobry, ale ponieważ jest strasznie krzykliwy, jest skutecznie promowany oraz bardzo prostacki, wręcz prymitywny w formie. Scenariusze od niego to jest żart i pretekst do pokazania albo brutalnej przemocy, wulgarnego seksu, a widzowi nic więcej do szczęścia nie potrzeba. Konkurencją próbuje być lepszy jakościowo Władysław Pasikowski, ale obecnie nie ma takiej siły przebicia jak reżyser „Botoksu”. Ale pojawił się pewien nowy chłopak na osiedlu, mogący pokonać wroga polskiej krytyki nr 1.

„Jak zostałem gangsterem” – tytuł mówi tu wszystko i w zasadzie nie trzeba wyjaśniać. Bo w sumie to klasyczna opowieść o chłopaku, który urodził się w dziurze zwanej PRL-em. Taki rozrabiaka, co lubił się bić i miał jeden cel: zostać gangsterem. Tak jak ludzie, których widział nocą przed hotelem. Oni mu imponowali pieniędzmi, że nic ich nie ogranicza i mają władzę. I tak powoli zaczyna działać: najpierw jako mała płotka, by w końcu kierować własną ekipą przez lata 90. oraz wchodząc w XXI wiek. Wśród jego kumpli jest jeden bardzo mu bliski: to Walden – młody chłopak, któremu nasz bohater imponuje. I coraz bardziej ta więź staje się silniejsza, jednak pojawiają się komplikacje.

Takich historii było wiele i znacie je na pamięć: od zera do bohatera i z powrotem. Szablon jest bardzo znajomy. Sprawdzeni w boju kumple, dziewczyna nie znająca prawdziwego fachu, porąbani kumple po fachu, zdrada, zasady, honor, kasa. Czasami jest to wręcz mówione Wielkimi Literami, czasami jest to bardzo uproszczone, komiksowe (wstawki, gdzie bohater opowiada o tym, co się działo w okolicy). Ku mojemu zaskoczeniu jednak to wszystko działa i jest przynajmniej o dwie klasy lepsze od Vegi. Dlaczego?

Bo reżyser Maciej Kawulski stawia tutaj na dwie rzeczy: relacje i styl. Relacje między bohaterem a Waldenem przypominają początkowo coś na kształt uczeń-mistrz, by potem ewoluować na poziom ojciec-syn i to jest niejako fundament tej historii. Tu bije serce, pasja oraz energia. Reżyser mocno tutaj czerpie z kina Martina Scorsese (wykorzystanie muzycznych hitów, rytmiczny montaż, krwawa przemoc), tylko bardziej teledyskowego jak w przeplatanej scenie ślubu oraz egzekucji jednego z wrogów. Poza tym dialogi są niepozbawione bluzgów, jest troszkę golizny, ale też odrobinka humoru. Największym problemem – poza wtórnością – są niezbyt dobrze napisane role kobiece. One są tylko dodatkiem do brutalnego, męskiego świata. Czasami też jest zbyt mocno używane slow-motion, za bardzo starające się być cool. No i jeszcze jest zakończenie, które jest aż zbyt poważne oraz podniosłe, gryząc się z resztą całej narracji.

A to wszystko napędza świetnie dobrany duet aktorski. Do formy wraca Marcin Kowalczyk w roli bezimiennego bohatera, będącego także narratorem. To facet, którego doświadczenie nauczyło go zasad, których będzie się trzymał zawsze: lojalność, szacunek i inne rzeczy, których za pieniądze się nie kupi. Wypada w tej roli bardzo naturalnie, mając ciągle kilogramy charyzmy. Jednak prawdziwą petardą jest Tomasz Włosok w roli Waldena. W jego interpretacji to młody, coraz bardziej nakręcony, wręcz dziki chłopak, pragnący zaimponować bohaterowi, ale jednocześnie zaczyna przechodzić na ciemną stronę. Jego przemiana potrafi wzbudzić strach i jest poprowadzona bardzo konsekwentnie. Drugi plan ma kilka wyrazistych twarzy z Janem Fryczem (działający w cieniu Daniel), zaskakującym Jóżefem Pawłowskim („Tysiek”) oraz Piotrem Roguckim (Marian) na czele.

Tytuł, zwiastun i marketing działały bardzo na niekorzyść film Kawulskiego. Ale w ostatecznym rozrachunku okazał się kompetentnym, dostarczającym masy frajdy kinem rozrywkowym. Czasami się potyka i nie zawsze trzyma w zainteresowaniu, jednak stanowi ciekawą alternatywę dla kina Patryka Vegi. Gdyby ten drugi skupiał się na tworzeniu solidnych scenariuszy, tak by wyglądały jego filmy.

7/10

 

Radosław Ostrowski

Znaki – seria 2

W Sowich Górach nie dzieje się zbyt dobrze. Wydaje się, że nad miasteczkiem ciąży klątwa, a jakiekolwiek próby zachowania względnego porządku kończą się niepowodzeniem. Nawet nowy komendant policji, Michał Trela nie był w stanie rozwiązać sprawy morderstwa. Mało tego, jego córka zniknęła bez śladu, zaś główny podejrzany popełnia samobójstwo. Jest źle, ale może być jeszcze gorzej. Do miasteczka przyjeżdża młode małżeństwo dzieckiem, które po przyjeździe boczną dróżką… znika bez śladu. Zostaje tylko auto z dzieckiem. Jest jeszcze reprezentujący firmę consultingową niejaki Twerski, chcący wesprzeć finansowo Antoniego Paszke – poruszającego się na wózku burmistrza w walce o reelekcję. Ten jednak odmawia, więc mężczyzna decyduje się wystawić oraz wesprzeć kontrkandydata – Błażeja Nieradkę.

Drugi sezon „Znaków” to hybryda dramatu obyczajowego z wątkami kryminalnymi. I tak jak wcześniej, akcja przeskakuje z postaci na postać. Pozornie wydaje się to bardzo chaotycznym zabiegiem, przez co czasem trudno skupić się na kolejnym śledztwie. To zaczyna się rozgałęziać i pokazywać mniej sympatyczne oblicze Sowich Gór. Miasteczka, gdzie miały być przeprowadzane przez hitlerowców badania nad kolejną wunderwaffe (czymś, co znane jest jako UFO), zaś Zło ma w sobie siłę podobną do tej z… „Twin Peaks”. Niby nie ma tutaj elementów nadprzyrodzonych, jednak coś wisi w powietrzu, a kolejne osoby znikają i znikają. A potem odnajdują się martwe. Czyżby nad Sowimi Górami ciążyła jakaś klątwa? Pojawiają się kolejne tajemnice oraz nowe postacie, mogące namieszać. Młoda para, której przeszłość poznajemy w retrospekcjach (i ten element naprawdę działa), a los kobiety jest nawet powiązany z obecnym proboszczem, mieszkający na odludziu Feliks Szmidt, jest jeszcze Twerski ze swoją wspólniczką Kają, mający swoje własne cele.

Ale też nasi starzy znajomi też próbują jakoś funkcjonować w tym chaosie. I udaje się tutaj coś, co nie zawsze wychodziło – trzyma w zainteresowaniu, dodając kolejne elementy układanki. Cudowna broń, grób kapitana Godarda, produkcja narkotyków, psychicznie chora kobieta nie pogodzona ze śmiercią córki czy alkoholik, którego córka znika. Wszystko to się przeplata jak w kalejdoskopie, a każdy z wątków potrafi zaintrygować. Miasteczko jest pięknie sfilmowane, z niesamowitymi krajobrazami, budującymi niepokojący klimat. Tak samo jak mocno ambientowa muzyka oraz świetne aktorstwo. Jedyne, co mi mocno zgrzyta to zakończenie, które… wywołuje dezorientację i nie daje odpowiedzi na wiele pytań. Zupełnie jakby to miała być podwalina pod 3. Sezon, tylko czy on w ogóle powstanie? A co jeśli AXN zdecyduje się urwać całość? To bardzo ryzykowny zabieg, opłacający się tylko produkcją z dużą widownią.

Muszę przyznać, że drugi sezon „Znaków” jest krokiem w dobrą stronę. Mimo pewnej chaotyczności oraz niedokończonych wątków intrygi, ma w sobie to słynne „coś”. I przez nie chce się oglądać dalej, poznając ten niepokojący, ale dziwnie znajomy świat. Gdzie nie każdy jest w stanie odczytać jego znaki.

7/10

Radosław Ostrowski

Kult. Film

Nie ma chyba w Polsce bardziej kultowego zespołu niż – nomen omen – Kult. Od 1982 roku formacja Kazika Staszewskiego zebrała masę fanów, 9 członków zespołu, masę przebojów oraz miliony sprzedanych albumów. Tym bardziej zadziwia fakt, ze film o sobie powstał dopiero w zeszłym roku. ale jeszcze bardziej nieoczywisty jest, iż nie jest to konwencjonalny dokument.

Bo jeśli spodziewacie się, że „Kult. Film” będzie historią o samym zespole od początków do dnia dzisiejszego, a wokół tego będą krążyć opowieści, anegdoty czy historii o fenomenie formacji, to tutaj tego nie znajdziecie. Reżyserka Olga Bieniek obserwuje zespół w trakcie trasy koncertowej, pokazując grupę niejako od kuchni. Z bardziej prywatnej perspektywy, co samo w sobie jest niezłym pomysłem. Skupiamy się na drobiazgach pokazujących jak funkcjonuje ten kolektyw, ich rodziny oraz relacje między członkami. Przeplatane to wszystko jest fragmentami koncertów oraz rozmowami z członkami zespołu. I te momenty mogą się nawet podobać, bo dzięki nim troszkę bliżej poznajemy tych ludzi. Jednak to są tylko momenty niepozbawione kilku anegdot (m.in. sprawy wchodzenia i wychodzenia na scenę pod wpływem), jednak to za mało, by zrealizować ten film.

I wtedy pojawia się pewna postać, która dodaje troszkę kolorytu. Didi – przyjaciel Kazika, którego obecność na jednym z koncertów wokaliście Kultu zatkało. Sam bohater, czyli lekko sepleniący facet oraz jego relacja z Kazikiem jest dla mnie powiewem świeżości. Jak doszło do znajomości oraz siła tej więzi mnie interesowała najbardziej. Tam było troszkę życia i było bardziej poważnie, przez co nie czułem takiego znudzenia jak przez większość seansu. Mimo dość krótkiego czasu trwania, nie wszedłem w to tak bardzo.

Czy bardziej fanatyczni wielbiciele Kultu polubią ten film? Nie wiem, nawet nie próbuje odpowiadać na to pytanie. „Kult. Film” próbuje iść w innym kierunku, za co szanuję, ale nie polubiłem się z filmem. Rozczarowanie spore.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zabij to i wyjedź z tego miasta

Animacja dla dorosłych to nie jest coś z czym kojarzy się polskie kino. Jasne, były dzieła Antonisza czy Rybczyńskiego, ale to było dawno temu. Teraz w tym kierunku podąża Mariusz Wilczyński – reżyser o bardzo wyrazistym, pozornie uproszczonym stylu wizualnym. Po realizacji krótkometrażówek i teledysków mamy w końcu pełnometrażowy debiut. Praca nad nim trwała 14 lat, zaś wiele osób użyczających głosów nie dożyło do końca. Efekt jest dość intrygujący.

Trudno tutaj mówić o fabule, bo „Zabij to…” przypomina raczej płynący nurt świadomości. Czas i przestrzeń idą ze sobą, a przeszłość z teraźniejszością zacierają się. Dzieciństwo osadzone w realiach PRL-u wydaje się nie kończyć. Ciągle widać dym z kominów, jest dancing, jeżdżą tramwaje, gdzieś świeci się neon do czegoś, o czym nikt nie pamięta. Można powiedzieć, że jest tu pięknie, pod warunkiem, iż jest się fanem turpizmu. Ale nie tylko świat jest brzydki, lecz także i ludzie, wręcz groteskowi, zdeformowani, brzydcy. Nie ważne, czy jest to Mariuszek (jestem więcej niż pewny, że to sam reżyser) – zarówno jako dziecko, jak i dorosły, myśląca o swoim synu oraz zakupach Jadwiga, umierająca matka Mariuszka, paląca papierosy ekspedientka w sklepie czy para staruszków w pociągu (z czego on ma dziób ptaka). No i jest jeszcze Tadeusz Nalepa – przyjaciel Mariuszka, którego muzyka zostaje wykorzystana, tworząc bardzo specyficzny klimat.

Realizacyjnie jest to zdecydowanie dzieło dla dorosłych. Nie tylko z powodu widocznych genitaliów, ale też paru brutalnych scen. Nie chodzi tu nawet o rzucane bluzgi, lecz bardzo surrealistyczne obrazy. Choćby w scenie, gdzie zamiast ryb zabijani i patroszeni są… ludzie, tylko pomniejszeni, rozmiaru ryb czy choćby kiedy dorosły Mariuszek trafia do łóżeczka jak dziecko, zaś rodzice chcą puścić mu bajkę. Ale nie wszystko idzie zgodnie z planem, co doprowadza do kłótni o przyszłość chłopaka. Jeszcze pojawiają się sceny niemal z „Mistrza i Małgorzaty”, zaś wszystko ma chwytliwe, wyraziste, choć jednocześnie takie urwane. Jakby wszyscy tylko gadali, a nie rozmawiali ze sobą.

Czym jest tytułowe To, które trzeba zabić? Mam pewne podejrzenia, ale reżyser nie daje żadnej odpowiedzi. Film zmusza do skupienia oraz uważnego oglądania, pozwalając na różne interpretacje. I to może być największa frajda dla każdego widza. O ile zaryzykuje i będzie miał otwartą głowę.

7/10

Radosław Ostrowski