The Vast of Night

Lata 50., jakieś małe miasteczko, gdzie życie toczy się powoli wokół różnych lokalnych imprez. Takich jak mecz szkolnej drużyny koszykówki. W trakcie meczu będzie grało lokalne radio grające nową muzykę, a prowadzone przez Everetta. Oprócz niego równie istotną osobą jest pracująca w centrali telefonicznej Fay, która chciałaby robić coś innego. Nie zapowiada się nic ciekawego, aż do momentu, kiedy dziewczyna słyszy tajemnicze dźwięki przez radio. Od tej pory dzieją się rzeczy dziwne, z urwanymi połączeniami telefonicznymi. To jednak dopiero początek tajemnicy.

Debiut Andrew Pattersona klimatem przypomina produkcje SF z lat 50. oraz produkcje telewizyjne w rodzaju „Strefy mroku”. I to już od samego początku, kiedy widzimy telewizor a z niego na ekranie pojawia się zapowiedź „Teatru Paradoksu”. Narrator wprowadza nas w opowieść, a potem nie „przenosimy” się na obraz z ekranu. Parę razy będziemy obserwowali historię niczym oglądając tamtejszą telewizję. Sam film jest bardzo kameralny, wręcz niskobudżetowy jak na kino SF, jednak reżyser potrafił mnie zaskoczyć. Choć sama historia dotyczy ogranego tematu (nie powiem jakiego), to bardzo konsekwentnie buduje atmosferę powoli odkrywanej tajemnicy. I to bardzo oszczędnymi środkami, osadzając akcję przez sporą część czasu w jednym miejscu (stacja radiowa albo centrala telefoniczna). Stąd spora obecność długich ujęć podczas dwóch kluczowych rozmów, pozwalając aktorom dać spore pole do popisu. I to jeszcze bardziej potęguje atmosferę czegoś niesamowitego, ale też trzyma w napięciu. Nie brakuje kilku szybkich cięć montażowych (sceny przyjmowania kolejnych telefonów) oraz absolutnie cudowny mastershot przenoszący po niemal całej okolicy. Przez takie rzeczy zapomina się o skromnym budżecie.

Patterson reżyseruje całość z taką energią, że wydaje się to robotą doświadczonego, ale pełnego pasji reżysera. Konsekwentnie prowadzi całą narrację, choć podejrzewałem w jakim kierunku to może pójść. Jednak sama droga oraz relacja dwójki bohaterów stanowi prawdziwe paliwo. Troszkę cięty, bardziej „doświadczony” radiowiec Everett (świetny Jake Horowitz) oraz troszkę naiwna, ale pełna empatii Fay (cudowna Sierra McCormick) tworzą przyciągający, wręcz magnetyzujący duet. W krótkich rozmowach poznajemy ich charaktery, motywacje bez walenia ekspozycją na siłę. To przebiega tak naturalnie, że chyba bardziej się nie da. Film kradną także równie fantastyczni Bruce Davis (weteran wojenny Billy, którego tylko słyszymy) oraz Gail Gronauer (Mabel Blanche).

Raz na jakiś czas pojawia się taki mały film, który okazuje się wielką niespodzianką. Czy „The Vast of Night” będzie filmem, który zostaje uznany za klasyka? Ma wszelkie zadatki i pokazuje siłę wyobraźni oraz wizji nad budżetem w kinie gatunkowym. Wsysające jak odkurzacz oraz trzymające w napięciu do końca, co w przypadku debiutu jest rzadkością. Czekam na kolejne filmy Pattersona z niecierpliwością.

8/10

Radosław Ostrowski

Drabina Jakubowa

Jacob Singer jest weteranem wojny w Wietnamie, który po ciężkich ranach wraca do cywila. Pracuje jako listonosz, ma śliczną i charakterną dziewczynę, czasem odwiedza kręgarza z powodu bólu pleców. Jednocześnie nawiedzają go koszmary. Jednak nie chodzi tylko o przebitki z wojny, ale też koszmary dziejące się na jawie. Tajemnicze istoty ze zdeformowanymi twarzami, jakieś jaszczurze ogony. Czyżby Singer dostawał obłędu?

Adrian Lyne to reżyser kojarzony głównie z filmami o zabarwieniu erotycznym. Ale w 1990 roku nakręcił film bardzo niepodobny do całego swojego zbioru. „Drabina Jakubowa” to psychologiczny horror skupiony na człowieku, który nie jest w stanie odróżnić jawy od snu, prawdy od urojeń. Reżyser też nie ułatwia nam sprawy, bo granica między dwoma światami zaciera się. Jest wręcz bardzo płynna, co jest zasługą świetnego montaż oraz bardzo spójnych stylistycznie zdjęć. Co jest przyczyną tych dziwnych wizji? Stres pourazowy, tajemniczy wojskowy eksperyment? A może coś zupełnie innego? Z każdą kolejną minutą wydaje się, że odpowiedź albo będzie bardzo prosta, albo nie będzie jej w ogóle. Logika robi sobie tutaj wolne, a wszystko podporządkowane jest symbolice oraz budowaniu aury tajemnicy. I dopiero w finale docieramy do sedna, choć dla wielu osób może on wywołać ból głowy. Lecz uwierzcie mi, wszystko wtedy nabierze sensu, zaś pewne poszlaki są porozrzucane i nie zawsze powiedziane wprost.

A gdzie tutaj jest groza? Lyne prezentuje ją zarówno w postaci zagubionego, pokręconego umysłu Jacoba (fenomenalny Tim Robbins). Raz jest w Wietnamie, raz u boku swojej dziewczyny (zjawiskowa Elizabeth Pena), a raz ze swoją byłą żoną oraz dziećmi. Mindfuck będziecie mieli gwarantowany, a sytuację podkręcają jeszcze momenty obecności demonów. Mocno zniekształcone twarze, czasem z głową tak bardzo w ruchu, że nie widać twarzy. Najbardziej jednak zapada w pamięć scena, kiedy Jacob przypięty do noszy, trafia do szpitala oraz kiedy Jacob ma wysoką gorączkę i jest chłodzony lodem w wannie. Autentycznie przerażające sceny.

Więcej wam nie zdradzę, ale po latach i drugim seansie dzieło Lyne’a jeszcze bardziej ryje banię. Jeden z niewielu przykładów horroru psychologicznego, gdzie finałowi twist nie psuje przyjemności z kolejnego seansu, lecz pozwala uważniej połączyć elementy układanki.

8/10

Radosław Ostrowski

Constantine

Był taki czas, że popularność kina superbohaterskiego nie była aż tak wysoka jak obecnie. Na nowo ta fala po słabej drugiej połowie lat 90. Podniosła się po sukcesie „X-Men” oraz pierwszego „Spider-Mana” od Sama Raimiego. Potem – tak jak dzisiaj – bywało różnie, szukając innych materiałów niż komiksy Marvela czy DC. Ale poza „Hellboyem” oraz „Watchmenami” nic nie zrobiło dużego zamieszania. A czy mówi wam coś Constantine? John Constantine.

Postać stworzona przez brytyjskiego autora komiksów Alana Moore’a to blondwłosy, brytyjski gość, który widzi anioły i demony. Kiedyś próbował odebrać sobie życie, co doprowadziło do faktu, że jego życie zostało skazane na potępienie. Chcąc troszkę odzyskać łaskę od Boga, pełni rolę takiego egzorcysty. A nasza planeta pełni coś w rodzaju miejsca gry między piekłem a niebem, gdzie tzw. mieszańcy dbają o równowagę. I nasz bohater dostaje sprawę. zgłasza się do niego policjantka, której siostra bliźniaczka popełniła samobójstwo w szpitalu psychiatrycznym. Policjantka nie wierzy w samobójstwo, ponieważ była ona osobą wierzącą.

„Constantine” to reżyserski debiut Francisa Lawrence’a, wówczas reżysera teledysków, dzisiaj znany jako twórca serii „Igrzyska śmierci” (oprócz części I). I jest to bardzo luźna adaptacja materiału źródłowego. Akcja z Londynu przeniesiono do Nowego Jorku, zaś nasz bohater to brunet z amerykańskim akcentem oraz ciemnym garniturem. Sama historia wydaje się prosta, ale nie jest opowiedziana w sposób prostacki. Reżyser próbuje zbudować wokół wiary mitologię, choć czasami logika potrafi zrobić sobie wolne. Wolne oraz spokojne jest także tempo, rzadko sięgające po sceny akcji, dając czas na wejście w klimat lekko noirowy. Świetny wizualnie, utrzymany głównie w ciemnych kolorach oraz dziejący się w nocy. Tylko, że ta historia – choć ma parę zakrętów – nie wciąga, a nawet troszkę nudzi. Dialogi czasami są przeładowane ekspozycją, świat wydaje się bardzo niewielki oraz ledwie zarysowany, zaś ustalenie kto stoi za wszystkim nie jest wcale trudne. No i czasami twórcy za bardzo chcą być cool (spluwa w kształcie połączenia Thompsona z… krzyżem), choć sceny egzorcyzmów czy drobnej akcji dobrze się trzymają. Tak jak niezłe efekty specjalne oraz wizje piekła przypominające pst-apokaliptyczną rzeczywistość.

Jeśli chodzi o aktorstwo to jest więcej niż OK. Tytułową rolę zagrał Keanu „Neo” Reeves, który do ról niezbyt rozmownych, wycofanych stoików pasuje idealnie. A że nie ma nic wspólnego z komiksowym pierwowzorem? Cóż, to akurat drobiazg, chociaż ta postać wydaje się zbyt wycofana oraz obojętna na to, co się dzieje dookoła. Znacznie ciekawiej prezentuje się Rachel Weisz w ról bliźniaczek: „psychicznej” Isabel oraz detektyw Angeli, chociaż między nią a Reevesem nie ma żadnej silnej chemii. A szkoda. Film za to kradną drobne epizody Petera Stormare’a (Lucyfier) oraz Tildy Swinton (archanioł Gabriel), dodając odrobinę charakteru do całości.

Solidna adaptacja oraz debiut, chociaż troszkę za bardzo skupiony na wizualiach. Bo sama historia nie robi aż tak wielkiego wrażenia, zupełnie jakby to był wstęp do większej całości, sequela? Ale szkoda, że nic z tego nie wyszło.

6/10

Radosław Ostrowski

Zabawa w pochowanego

Z czym wam się kojarzy ślub? To początek nowego etapu oraz dołączenie do nowej rodziny – pana lub pani młodej. Przez jednego z małżonków, co może okazać się niezapomnianym doświadczeniem. Taki dzień przydarzy się Grace – blondwłosej ślicznotce, wychowywanej w rodzinie zastępczej. I trafia jej się naprawdę bardzo mocna, wpływowa partia. Zamożna rodzina, która zbudowała swoje imperium na grach towarzyskich (planszówki, karty itp.), zaś przyszły mąż chciał się od niej odciąć. Od rodziny, nie od żony. Dość dziwacznej i pokręconej, co pokazuje choćby inicjacja polegająca na… rozegraniu gry przez nowego członka rodziny, a wybór dokonywany jest za pomocą kart. Na swoje nieszczęście Grace wybiera grę w chowanego. Ale co niby nieprzyjemnego jest w grze, gdzie rodzina będzie szukać naszej bohaterki? Niby nic, tylko że cała familia używa do złapania jej… strzelby, łuku, kuszy oraz innych narzędzi zagłady.

Brzmi jak mroczny horror? Horror może to i jest, ale bliżej tutaj do czarnej komedii niż pełnokrwistego filmu grozy. „Zabawa w pochowanego” (polskie tłumaczenie tytułu jest świetne) jest mieszanką horroru z rodzaju slasher z czarną komedią oraz – a jakże to modne dzisiaj – satyrą na ludzi bogatych. A ci jak wiemy, są ponad wszelkim prawem i mogą robić, co im się żywnie podoba. Czasem by osiągnąć sukces oraz swoją pozycję idą na pakt z siłami nadprzyrodzonymi. No i to ostatnie ma pewną cenę, co pokazuje przebieg tej gry w chowanego. Jednocześnie pokazano tutaj jak bardzo zmienny jest stosunek do tradycji: od mocno się jej trzymającej ciotki, wyglądającej jak prawdziwa wiedźma przez ojca rodziny aż po młodszych członków rodziny, mających to troszkę gdzieś. Jest też służba, jak na zamożną rodzinę mieszkającą w pałacu, ale oni troszkę robią za mięso armatnie.

Ku mojemu zdumieniu film bardzo zgrabnie balansuje między horrorem a komedią. Humor ma tutaj charakter głównie sytuacyjny albo kiedy bohaterom coś się nie udaje. ewentualnie podsumowane jest ciętym one-linerem. Pojawiająca się posoka też potrafi rozbawić, jednak nie brakuje tutaj kilku przewrotek i niespodzianek. Klimat grozy pomaga świetna scenografia dużego domostwa oraz odpowiednio mroczna muzyka Briana Tylera. Zaś finał to idealne połączenie rzezi polanej czarnym humorem.

A co jest mocną kartą jest świetne aktorstwo, dające barwne postacie. Absolutnie idealna jest Samara Weaving jako nasza protagonistka. Grace w jej wykonaniu to nie głupia blondwłosa ślicznotka, ale twarda babka, co nie daje sobie w kaszę dmuchać. Choćby nie wiadomo co by się działo, zachowuje zimną krew i – co nie jest częste – podejmuje sensowne decyzje. Także reszta rodzinki wypada bardzo dobrze: od świetnego Henry’ego Czernego (ojciec) i troszkę nie widzianej Andie MacDowell (matka) po kradnącą sceny Nicky Guadani (ciocia Helene) aż do cudnego Adama Brody’ego (mający wszystko w dupie pijaka Daniela).

„Zabawa w pochowanego” pokazuje, że komediohorror ma się bardzo dobrze. I nawet jeśli satyra na wyższe sfery wydaje się już czymś ogranym, to pożenienie jej z czarną komedią/horrorem czyni ją świeżą. Dobra zabawa gwarantowana.

7/10

Radosław Ostrowski

Od zmierchu do świtu

Quentina Tarantino oraz Roberta Rodrigueza przedstawiać nie trzeba. To wielcy fani kina klasy B, każdy z nich posiada swój bardzo unikatowy styl (pierwszy jest bardziej elegancki, drugi bardziej śmieciowy i przerysowany), choć Meksykanin robi bardziej zróżnicowane kino gatunkowe. Aż zaskakujący jest fakt, że razem udało im się zrobić tylko jeden film. Jego celem był hołd dla kina exploitation, gdzie całość rozbija się na dwie części. Nie mogę mówić o niczym innym jak „Od zmierzchu do świtu”.

Wszystko zaczyna się jak niemal klasyczna sensacja a’la Tarantino. Jest sobie dwóch braci Gecko. Seth to złodziej, który wpadł podczas napadu na bank. Ucieczkę zorganizował Ritchie, który ma skłonności psychopatyczno-paranoiczne. Jest narwany, lubi zabijać i gwałcić. Obaj ruszają do Meksyku, by oddać szmal Carlosowi oraz zniknąć w El Rey. Niestety, zabrana zakładniczka zostaje zamordowana, więc bracia – chcąc przebić się gładko – porywają rodzinę przechodzącego kryzys wiary pastora. Nie bez problemów trafiają do baru Titty Twister, czekając na umówionego Carlosa. Co może pójść nie tak?

Rodriguez według scenariusza Tarantino idzie początkowo tropem znanym ze stylu tego pierwszego. Nie brakuje krwawych strzelanin, ciętych dialogów oraz czarnego humoru. To dodaje postaciom (nawet epizodycznym jak w otwierającej scenie) okazję do nadania im charakteru. i tutaj czuć scenariuszową rękę Quentina. Ale reżyser dorzuca szybki montaż oraz mocno blues-rockową muzykę z domieszką instrumentalnych fragmentów niczym z epickiego horroru. Ale B-klasowy sznyt podkreśla druga połowa filmu, gdzie mamy tutaj walkę z wampirami. Nie wspomniałem, że druga część to horror? Ale taki z dużym przymrużeniem oka i celowo wyglądający dziadowsko. Tandetna scenografia, tanio wyglądające efekty specjalne (chociaż te praktyczne godnie znoszą próbę czasu) – tutaj mocno czuć rękę Rodrigueza. Niektóre pomysły wydają się wręcz szalone w postaci nietypowych pukawek do walki z krwiopijcami (m.in. wielki, drewniany… wibrator), a humor towarzyszy aż do krwistego finału. Potrafiącego zaangażować, rozbawić i poruszyć.

To wszystko jednak by nie zadziałało, gdyby nie fantastyczne aktorstwo. Prawdziwym objawieniem był wtedy George Clooney. Aktor wówczas znany z roli w serialu „Ostry dyżur”, tutaj jako opanowany i twardy zabijaka Seth skupia swoją uwagę, tworząc bardzo wyrazistą, niejednoznaczną postać. bandyta i morderca, ale z zasadami oraz paroma momentami na pokazanie ludzkiego oblicza. Niestabilnego Ritchie’ego gra sam Tarantino i jest to bardzo wycofana, ale i bardzo niepokojąca postać. pod chłodnym spojrzeniem czai się szaleństwo. Poza tym duetem najlepiej prezentuje się odrobinę ucharakteryzowany Harvey Keitel. Niby już widzieliśmy duchownym z kryzysem wiary, ale wierzcie mi: takiego faceta, pozornie spokojnego, lecz w oczach widać powoli narastającą wściekłość oraz gniew. Jedna z niespodzianek, tak samo jak bardzo bogaty drugi plan z Salmą Hayek (Santatico Pandemonium) czy legendą efektów specjalnych – Tomem Savinim (Sex Machine) na czele.

Do tej pory wspólny film duetu Rodriguez/Tarantino dzieli widownię. Dla jednych to najbardziej jajcarski film lat 90., dla drugich niestrawna chała, nie mogąca się zdecydować czym chce być. Ja uważam, że to dostarczająca wiele frajdy zabawa w b-klasowe kino.

7/10

Radosław Ostrowski

Odległy ląd

Stacja kosmiczna gdzieś na jednym z księżyców Jowisza. Tutaj robotnicy są zatrudniani przez wielką firmę do wydobywania surowców, choć warunki są bardzo nieprzyjemne. Tak bardzo, że kilku pracowników zaczyna dostawać ataku szału oraz zabijając się. Sytuację, mimo szybkiego pozbywania się ciał (albo tego co, z nim zostało), próbuje wyjaśnić nowy szeryf, William O’Neil. Powoli odkrywa, że za wielkim sukcesem firmy stoją… przemycane narkotyki, zlecane przez kierownika kolonii, Marka Shepparda. Na nieszczęście szeryfa, do konfrontacji staje samotnie, zaś szef wynajmuje zabójców.

Peter Hyams na początku lat 80. był już znanym filmowcem, opromienionym sukcesem „Koziorożca 1”. Więc nie było zaskoczeniem, że znowu sięgnął po kino SF. Jeśli do czegoś miałbym porównać „Odległy ląd” to byłaby hybryda „Obcego” z… westernem. Ze szczególnym wskazaniem na „W samo południe”, zwłaszcza od momentu oczekiwania na zabójców. Dlaczego z filmem Ridleya Scotta? Bo ma tak samo brudny, chropowaty świat zdominowany przez korporacje. Te są nastawione na zysk za wszelką cenę, decydując się na wyzysk w zamian dając duże wypłaty oraz bonusy. Wszyscy odwracają wzrok, a system działa bardzo sprawnie, więc po co to psuć? Historia jest prosta i brzmi znajomo, ani nie jest widowiskowa. Ale Hyams prowadzi to tak pewnie, że nie ma tutaj miejsca na nudę.

Jest troszkę bieganiny, jest suspens oraz finałowa strzelanina, potrafiąca ograć przestrzeń. Co ciekawe, jest parę drobnych zaskoczeń, jednak nie zdradzę wam. Realizacyjnie wygląda to bardzo w stylu „Obcego”, czyli bardzo przyziemnie i chropowato. Pomaga w tym na pewno świetna scenografia, balansująca między sterylnością a zużyciem. Jedynym poważniejszym problemem dla mnie są dwie rzeczy. po pierwsze, sceny gdy postacie ulegają dekompresji. Innymi słowy z powodu przeciążenia grawitacji ich głowy wybuchają. Być może w czasie realizacji była to jedna z teorii naukowych, jednak w filmie wygląda to śmiesznie. Drugim problemem jest odtwórca roli syna głównego bohatera. chłopak wypada bardzo sztucznie oraz nie jest podobny do swoich rodziców. Zwłaszcza że szeryfa gra absolutnie świetny Sean Connery, zachowujący (pozorny) spokój w stresowej sytuacji.

Jak już wspomniałem Connery’ego, drugą wyrazistą postacią jest jeszcze dr Lazarus. Frances Sternhagen daje tej postaci szorstkość, zadziorność oraz charakterek, czyniąc z nią jedyną sojuszniczką naszego bohatera. Chociaż sama do tego by się nie przyznała. Antagoniści są tutaj solidni oraz typowi dla tego okresu, czyli korpo-szef (solidny Peter Boyle) oraz drobne role zabójców.

„Odległy ląd” mógłby być spokojnie spin-offem serii zapoczątkowanej przez Ridleya Scotta. Szorstki, chropowaty klimat, korporacja w tle oraz charyzma Connery’ego czyni ten film małą perełkę. Zbitka westernu z SF działa tutaj mocno, pokazując jak wiele osiągał Peter Hyams w wysokiej formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Castle Rock – seria 1

Każdy fan twórczości Stephena Kinga zna nazwę miasteczka Castle Rock. Po raz pojawiło się w „Martwej strefie” i od tej pory przewijało się w wielu powieściach oraz opowiadaniach mistrza grozy z Maine. Na pozór to zwykłe miasteczko w stanie Maine, jednak bardzo mocno przyciąga zło o wymiarze nadprzyrodzonym. Tym bardziej dziwi fakt, że dopiero niedawno ktoś wpadł na pomysł serialu, którego akcja toczyłaby się w tym miasteczku, czerpiąc wiele z dorobku literackiego Kinga. Ale od czego jest J.J. Abrams oraz platforma streamingowa Hulu? I tak dwa lata temu pojawiła się pierwsza seria antologicznego serialu „Castle Rock”. Czy udana?

Jej bohaterem jest Henry Deaver – czarnoskóry adwokat, adoptowany jako dziecko przez białą rodzinę z Castle Rock (ojciec – pastor, matka zajmowała się domem). Mężczyzna od bardzo dawna mieszka w Teksasie, gdzie broni ludzi skazanych na śmierć. Ale chcąc, nie chcąc wraca w rodzinne strony, mimo bardzo mrocznej oraz zamazanej przeszłości. A wszystko z powodu tajemniczego chłopaka znalezionego w nieużywanym skrzydle więzienia Shawshank. Poprzedni naczelnik w dniu przejścia na emeryturę popełnił samobójstwo, a przy chłopaku nie znaleziono żadnych dokumentów, a jedyne wymówione przez niego słowa to: „Henry Deaver”. Prawnik próbuje wybadać sprawę, jednak nie będzie to takie proste.

Cały sezon pełni rolę takiego jakby wprowadzenia do miasteczka Castle Rock, którego rozmiar pokazywany w panoramie jest ogromny. Tylko, że całą historia skupia się dosłownie w kilku lokacjach (dom matki Deavera, więzienie, dom naczelnika, bar, las, kościół), przez co nie czuć tej sporej przestrzeni. Czasami na chwilę trafimy w inne miejsce jak złomowisko, ale to się zdarza zbyt rzadko. Jeszcze bardziej zaskakujący jest fakt, że w samym serialu jest stosunkowo mało horroru. Jasne, jest pewien klimat niepokoju oraz tajemnicy (szczególnie na początku oraz wobec postaci chłopaka), ale potem bywa z tym różnie.

Twórcy próbują troszkę przybliżyć inne osoby w miasteczku, co częściowo się udaje. Jak w przypadku matki Deavera (rewelacyjna Sissy Spacek), która nawet dostaje jeden odcinek dla siebie, gdzie widzimy wydarzenia z jej perspektywy. A że jest ona osobą chorą na Alzheimera, to dzieją się na ekranie rzeczy. Ale nie wszyscy mają tyle szczęścia, bo kilka potencjalnie ważnych postaci albo zostaje zepchnięta na dalszy plan (naczelnik Lacy czy Jackie Torrance), albo nie odgrywa aż tak istotnej roli jak by się mogło wydawać (Molly). No i sam główny bohater wydaje się być tylko solidnie napisaną oraz zagraną postacią przez Andre Hollanda. Jednak czegoś mu brakuje, bo przestaje interesować.

Ale za bardzo wyskoczyłem, bo realizacyjnie jest to bardzo porządnie zrealizowane. Nie brakuje tutaj długich panoram miasta czy ujęć od góry. Fani książek Kinga znajdą tutaj wiele odniesień do innych dzieł czy to w formie zdjęcia lub dialogów. Ale inne są bardziej oczywiste jak więzienie Shawshank czy odniesienia do postaci z innych książek. To na pewno będzie dodatkowym źródłem frajdy, jednak nie ma ono aż tak dużego wpływu na fabułę. Która ma nierówne tempo (zwłaszcza w okolicy środka) i czasem porzuca główny wątek, unikając długo odpowiedzi. Niemniej jest tu kilka fantastycznych momentów jak wspomniany odcinek 7 czy moment dokonania rzezi przez strażnika w więzieniu. Tego nie da się wymazać z pamięci, tak jak mocnego i otwartego finału.

Aktorsko bywa dość różnie, a poza w/w aktorami wybija się bardzo jedna postać: chłopak w wykonaniu Billa Skarsgarda. Aktor przez większość czasu na ekranie nie odzywa się, mając do dyspozycji niemal tylko spojrzenia. Budzą one niepokój oraz tworzą aurę tajemnicy, nie dając jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: kim on jest? Skąd się wziął? Co go motywuje? To jest niesamowite jak skromnymi środkami aktor osiąga tak wiele. Nie można nie wspomnieć świetnego Scotta Glenna jako byłego szeryfa Alan Pangborna czy bardzo wycofaną Melanie Lynskey (Molly Strand), którzy stanowią wyrazisty drugi plan.

Pierwszy sezon „Castle Rock” to bardziej solidny dreszczowiec, mający spory potencjał na coś więcej. Nie jest tak mroczny jak mógłby być, a samo miasteczko nie ma własnej tożsamości, której brakuje. Mogę mieć tylko nadzieję, że dalej będzie tylko lepiej, a drugi sezon zabłyśnie pełnym blaskiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Wszystko, co kocham

Czy w kraju naznaczonym tragediami oraz martyrologią tak wielką, że wszelkie słowa wydają się zbyteczne można nakręcić film o dawnych czasach bez popadania w przeszłość, bez wielkich słów czy tragedii? Co jakiś czas pojawiają się delikwenci podejmujący się tego wyzwania, jednak to bardzo rzadkie przypadki. Tak też było z pewnym niepozornym filmem z 2009 roku o młodych, wchodzących w życie dorosłe chłopakach.

Jest rok 1981, gdzieś koło Trójmiasta. Tam mieszka Janek, który z bratem oraz dwoma kumplami grają punk rocka. Kapela się zwie WCK (Wszystko, co kocham) i zdaje się, że chcą iść w tą stronę. Ojciec chłopaka służy w wojsku, a dokładnie w Marynarce Wojennej, co paru osobom może się nie podobać. Ale wkrótce życie chłopaka wywrócą dwie rzeczy. Pierwszą jest poznania dziewczyna Basia, której ojciec jest opozycjonistą. I co może coś z tego będzie. Ale kończy się lato, zaczyna zima, a wraz z nią przychodzi stan wojenny.

Jak widać, jest tutaj wszystko, co powinno się znaleźć w kinie inicjacyjnym czy opowieści o dojrzewaniu. Nawet o dojrzewaniu w czasach, kiedy Historia bez zgody, bez pytania i pozwolenia wchodzi z butami, destabilizując spokojne życie. Ale jeśli spodziewacie się widoku pałujących milicjantów, rzucających bluzgami na prawo i lewo czy ordynarnych wojskowych, działających za pomocą terroru oraz zastraszania, lepiej sobie ten film odpuśćcie. Borcuch Historię osadza gdzieś w tle, na pierwszy plan wpuszczając postacie oraz zwykłe, codzienne życie. Z bardzo przyziemnymi problemami i zdarzeniami. Pierwsza miłość, bunt oraz niezrozumienie tego pojebanego świata, odcinającego skrzydła. Tak nagle, niespodziewanie. Jak w tym wszystkim żyć, marzyć, zakochiwać się? To jest trudne, a każda decyzja (jak koncert w szkole na maturze) może mieć konsekwencje tak poważne, że nie da się tego przewidzieć. Choć cały ten świat może wydawać się sielankowy czy wręcz w pastelowych barwach (przepiękne zdjęcia), a nawet czuć pewien nostalgiczny klimat potęgowany przez muzykę,  to gdzieś między słowami czuć pewne zagrożenie, niepokój. Przeplatane to jest drobiazgami jak wspólne palenie, podglądanie sąsiadki, wspólne próby czy wizyta u dziadków. Dla innych może być to dziwne, bo o takich wydarzeniach powinno się mówić tylko z wysokiego C.

I jest to rewelacyjnie zagrane, co dodaje tej młodzieńczej energii oraz świeżości. Odkryciem byli rewelacyjni jako kumple Mateusz Kościukiewicz (Janek) oraz Jakub Gierszał (Kazik), a chemia między nimi wydaje się naturalna jak powietrze, którym się oddycha. Do spółki z nimi jeszcze wchodzi cudowna Olga Frycz (Basia), której nie da się zapomnieć. I nie mówię tu tylko o scenie na plaży. Stara gwardia też robi radzi świetnie, ze szczególnym wskazaniem na Andrzeja Chyrę jako ojca. I to ta relacja nabiera silnej dynamiki, zmieniając się diametralnie oraz dodając wiele ciężaru.

Wracając po latach, zaczynam bardziej doceniać szczerość i bezpretensjonalność dzieła Borcucha. Owszem, jak niemal każde wspomnienie po latach, bywa troszkę ugrzecznione, ale nie unika tła historycznego. Tylko, ze pozostaje ono tłem dodającym smaczku dla tej poruszającej historii, dotykającej uniwersalnych tematów i robiąc to bez napinania się. A to już jest coś.

8/10

Radosław Ostrowski

Pożegnanie z Marią

Warszawa okupowana przez Niemców. Wszystko toczy się wokół wesela, gdzie przebywają przyjaciele. Jednym z gości weselnych jest poeta Tadeusz razem ze swoją dziewczyną Marią. On pracuje u kierownika magazynu, gdzie handluje się cementem oraz innymi materiałami budowlanymi. Cały spokój zostaje zburzony, kiedy na wesele przybywa ukrywająca się Żydówka Sara oraz granatowy policjant.

pozegnanie z maria1

Przeniesienie na ekran opowiadań Tadeusza Borowskiego nie należy do łatwych. Akcji jako takiej nie było, za to dużo obserwacji ludzkich zachowań. Taka oszczędna forma wymaga troszkę innego podejścia, co postanowił zrobić w 1993 roku debiutant. Patrząc na ostatnie filmy Filipa Zylbera jakoś trudno poznać tego twórcę i porównać ostatnie chały. „Pożegnanie z Marią” jest bardzo kameralnym dramatem, gdzie wojna początkowo jest gdzieś tam daleko. Czysty surrealizm. Z jednej strony radość i impreza, z drugiej gdzieś w tle Niemcy, łapanki oraz getto. Ukrywanie Żydów, handel na lewo z Niemcami, młodzi ludzie, granatowy policjant i starsza pani, czekająca na córkę oraz zięcia. Wszystko takie pozornie spokojne, z refleksyjnymi dialogami oraz sugestywnie opowiedzianym życiem po drugiej stronie muru. No i ze sporą ilością slow-motion, mającym dodać chyba takiego bardziej poetyckiego klimatu. Tego ostatniego akurat się nie spodziewałem.

pozegnanie z maria2

Co jeszcze bardziej zaskakuje, to bogato zarysowane postacie. Nawet drobne epizody sklepikarza pośredniczącego w kupnie mieszkań dla Żydów czy woźnicy produkującego bimber mają więcej niż parę linijek dialogu stając się wyrazistymi osobami. A wszystko pokazane w kontraście między wojną a weselem. Radość miesza się z brutalnym, okrutnym światem, gdzie normalnością jest śmierć, łapanki, Niemcy. W tle gdzieś pojawia się nienawiść do Żydów, a nawet wypowiadana radość, że po ich zniknięciu będzie porządek. I jak w tej nienormalności żyć, kochać, być? Te pytania padają między wierszami, prowadząc do dramatycznego finału.

I jeszcze jedna rzecz rzuciła mi się w oczy (bo w uszach pięknie grała muzyka Tomasza Stańki, a i dźwięk jest wyraźny, przez co dialogi słychać bez problemu): kilka razy się zdarzyło, że pokazywano to samo ujęcie dwa lub trzy razy, ale z innej perspektywy. Wydawało mi się to dezorientujące, a nawet zbędne. Nie wiem, czemu to miało służyć, tak samo jak slow-motion.

pozegnanie z maria3

Muszę jednak za to przyznać, że jest to fantastycznie zagrany film. Ile tu jest młodych, wówczas zapowiadających się aktorów jak Marek Bukowski (Tadek), Agnieszka Wagner (Maria) czy Katarzyna Jamróz (Sara). Każde z nich wykonuje swoją robotę fenomenalnie, nawet nie mówiąc nic. Warto jeszcze z tej młodej ekipy wyróżnić Rafała Królikowskiego jako skrzypka. A drugi plan tutaj kradną dla siebie Sławomir Orzechowski (granatowy policjant Cieślik) oraz Danuta Szaflarska (doktorowa), tworząc bardzo zniuansowane, choć pozornie wycofane. Dla mnie mistrzostwo świata.

Aż jestem zdumiony, że po tym debiucie Filip Zylber kolejnymi filmami nie zbliżył się do tego poziomu. Blisko był „Egzekutorem” z 1999 roku, ale potem to już były albo produkcje serialowe, albo tzw. komedie romantyczne. A ten poetycki, bardzo skromny film o życiu podczas wojny przepadł zapomniany. Moim zdaniem, niesłusznie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Gniazdo

Lata 80. to był czas kiedy w USA poluzowano kilka przepisów, by gospodarka mogła ruszyć z kopyta. Więc szansa na zdobycie wielką kasę zrobiła się bardzo wielka. Ale nie każdemu udało się wyrwać dla siebie kawałek tortu. Rory O’Hara miał takiego farta, mieszka z żoną oraz dwójkę dzieci. Jednak teraz decyduje się wrócić do rodzinnego Londynu, by stworzyć siebie na nowo. By znów złapać byka za rogi i odnieść sukces. Dlatego kupuje wielką rezydencję, opłaca czynsz na rok i wraca do dawnej firmy. Wszystko wydaje się iść w idealnym kierunku, prawda?

gniazdo2

Reżyser Sean Durkin pozornie wydaje się opowiadać historię znaną i starą jak świat. Portretu idealnej rodziny, która tylko idealnie wygląda z daleka. Im bliżej jednak podchodzimy, tym pojawia się więcej pęknięć. Opowiada to bardzo powoli i spokojnie, lecz spokój jest pozorny. Rodzina tutaj staje się siedliskiem problemów. On (świetny Jude Law) to złotousty gaduła, pragnący osiągnięcia sukcesu. Chce być lepszym, bogatszym, szczęśliwym. Tylko, że pod tym obliczem skrywa się mania wielkości, narcyzm oraz ciągła pogoń za pieniądzem. Zaś jego nawijka to zwykłe wodolejstwo, mające zwrócić uwagę osób, by kupić ich sympatię. Taki tryb marzyciela, chcącego więcej niż ma. Kontrastem dla niego jest bardziej trzymająca się ziemi Allison (rewelacyjna Carrie Coon), trafiająca na nowe, nieznane środowisko. I to poczucie obcości doprowadza do depresji oraz osłabienia pewności siebie.

gniazdo1

Niby jest to dramat obyczajowy, ale Durkin stawia tutaj na bardzo mroczną atmosferę. Czuć coraz bardziej narastający niepokój oraz poczucie bycia w pułapce. A jest nią przywiązanie do luksusowego stylu życia, pogoń za pieniądzem oraz blichtrem. To zagrożenie jest bardzo delikatnie sygnalizowane, a reżyser skupia się na samych bohaterów. Stąd jest tyle zbliżeń oraz skupienie na twarzach. Tak samo bardzo stonowane kolory oraz rzadko pojawiająca się, ale budująca mroczny klimat muzyka.

„Gniazdo” nie jest filmem dla każdego i wielu może zniechęcić wolne tempo czy skromnie zarysowana akcja. Ale jest to bardzo wyrafinowane, fantastycznie zagrane kino, dziwnie trafne pasujące do dzisiejszych czasów.

7,5/10

Radosław Ostrowski