Co słonko widziało

Troje bohaterów, siedem dni i jedno miasto. Jesteśmy gdzieś na Śląsku, gdzie nasi bohaterowie walczą o swoje marzenia. Sebastian ma 12 lat i razem z ojcem sprzedają czosnek oraz żurek w butelkach. Matka chłopaka nie żyje, a podczas „rozmów” z nią przeszkadza drzewo zasłaniające widok na grób. Marta to 17-latka mieszkająca z matką oraz młodszym bratem. Ona ma świetny głos i chciałaby śpiewać na scenie zawodowej, a nie tylko w kościele czy małych scenach. Pojawia się okazja, ale by to zrobić musi wyjechać do Norwegii na festiwal wokalny. No i jest jeszcze Józef – mężczyzna w średnim wieku, mieszkający z żoną. Ona wskutek wypadku ma uszkodzone zęby, on został zwolniony z pracy w kopalni. Jego celem jest uszczęśliwienie żony, czyli proteza zębów.

Czyżbyśmy spodziewali się kolejnego smutnego filmu o życiu w smutnym jak pizda mieście? Michał Rosa wraca do korzeni z debiutu, czyli idzie na Śląsk. Ale jeśli spodziewacie się jakiegoś nowelowego kina, to reżyser nie rozbija historii, gdzie każda część jest skupiona na innej postaci. Ich wątki przeplatają się ze sobą, a nawet parokrotnie przecinają. Mimo tego każdy z bohaterów jest na tyle zarysowany, że ich los obchodzi. Nie wszystko jest powiedziane ani pokazane wprost, co zmusza do uważniejszego oglądania i intryguje. Widać ile ludzie balansujący na granicy ubóstwa są w stanie zrobić do realizacji swoich marzeń czy prostych potrzeb. Jak łatwo można im wiele obiecać, a potem niekoniecznie z tych obietnic się wywiązać. Nie brakuje kłamstw, oszustw, ale także pewnych małych rzeczy.

Jednak co najważniejsze Rosa nie przesadza w żadną ze stron. Ani nie pokazuje skrajnej patologii i wszystkiego w czarnych barwach, ani nie słodzi i wali prostymi rozwiązaniami czy szczęśliwym zakończeniem. Woli pozostawić cień nadziei, tak potrzebny naszym bohaterom. Że jeszcze los się odmieni, że nie wszystko stracone. Że jeszcze jest o co walczyć i ta nuta też wybrzmiewa w muzyce. Oraz w bardzo otwartym zakończeniu, które może wielu zirytować. Na mnie jednak działało jako pewna obietnica, choć nie rozstrzygająca niczego.

I jak to jest cudownie zagrane. Odkryciem filmu byli tutaj Damian Hryniewicz oraz Dominika Kluźniak, dla których były to pierwsze role. Oboje są bardzo przekonujący i nie widać w ich grze fałszu. Do tego jeszcze wchodzi Krzysztof Stroiński, zawsze trzymający wysoki poziom i potwierdzający swoją klasę. Bardzo skromny, zniuansowany i wyciszony, a jednocześnie mający wiele ciężaru. Także drugi plan tutaj nie zawodzi z Jadwigą Jankowską-Cieślak i zaskakującym Tomaszem Saprykiem na czele.

Niby mało znany, ale bardzo solidny film Michała Rosy, wchodzący na wyższy poziom niż zwykle. Idealnie balansujący między niepokojem a nadzieją, unikając popadania w skrajności. To nie jest łatwa sztuka, co pokazał też reżyser w swoim debiucie.

7/10

Radosław Ostrowski

Noc Walpurgi

Noc z 31 maja na 1 czerwca w mitologii germańskiej była nazywana nocą Walpurgi. Nocą, gdzie budzili się zmarli lub demony. Tej nocy w 1969 roku do Szwajcarii przybywa młody chłopak. Robert jest dziennikarzem, który ma przeprowadzić wywiad z divą operową. Kobieta początkowo ignoruje mężczyznę i odmawia, jednak po pewnym czasie zaprasza do siebie. Rozmowa zaczyna przebieg w dość nietypowym kierunku.

Debiutujący reżyser Marcin Bortkowski chyba naoglądał się psychologicznych dramatów Romana Polańskiego. Inspirując się monodramem Magdaleny Czaus opowiada historię dwojga ludzi oraz prowadzonej między nimi psychologicznej gry. Gry pachnącej erotyzmem, perwersją i tajemnicą. Przeszłość obudzi się w najmniej spodziewanym momencie, maski zaczną się zmieniać niczym rękawiczki i ciężko będzie rozgryźć tą zabawę. Co w niej jest prawdą, kto kogo udaje i jakie są prawdziwe intencje. Znudzona diva z obozową przeszłością oraz młody, blondwłosy chłopak, mogący być jej synem. I noc, gdzie coś wisi w powietrzu, coś erotycznego, perwersyjnego. Walka o dominację, kontrolę miesza się z przeszłością i potrafi to nawet wciągnąć. Tylko trzeba do tego wiele cierpliwości.

Najbardziej przyciągającą rzeczą do tego filmu jest jego realizacja. Od czarno-białych, bardzo stylowych zdjęć oraz szczegółowej scenografii po bardzo elegancką muzykę. Nawet dialogi, choć miejscami mogą wydawać się pretensjonalne, brzmią nie najgorzej. Reżyser potrafi się też pobawić formą (jedna scena stylizowana na kino nieme czy scena zbliżenia rozgrania w półmroku) i jest to świetnie zagrane przez duet Małgorzata Zajączkowska (to jej najlepsza kreacja w karierze)/Philippe Tłokiński. Choć muszę przyznać, że to Zajączkowska magnetyzuje całą siłą i fascynuje.

Ale czegoś mi tutaj zabrakło i nie porwało mnie. Niby jest tu wszystko na miejscu, jednak emocje wydają się być takie letnie i oglądałem na zimno. Niemniej Zajączkowska jest na tyle wyrazista, że dzięki niej nie da się zapomnieć tego debiutu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Rysa

Joanna i Jan to bardzo starzy oboje ludzie, żyjący ze sobą ponad 40 lat. Małżeństwo szczęśliwe, po wielu przejściach, wydaje się silne oraz zcementowane. Podczas urodzin kobiety pojawiają się znajomi są wręczane prezenty i w ogóle jest fajnie. Do pewnego czasu, kiedy goście wychodzą, a prezenty można spokojnie otworzyć. Jedną z nich jest kaseta, a w niej nagranie programu telewizyjnego i rozmowy z historykiem. Ten podaje (i podobno ma dowody), że ojciec Joanna – wpływowy polityk PRL-u był inwigilowany przez agenta SB, którym miał być… jej mąż. Oboje są oburzeni tym faktem, a ona nawet bardziej. Konfrontuje się z historykiem, który okazuje się być dawnym agentem SB, zaś jego dowody nie robią na niej wrażenia. Ale czy aby na pewno?

rysa1

Początek XXI wieku w polskim kinie, to – poza dramatami obyczajowymi o tym, jak się ch***wo żyje w naszym kraju oraz próbami przeszczepienia zachodnich wzorców kina gatunkowego – także czas próby spojrzenia na poważne problemy społeczno-politycznej natury. Takimi jak lustracja, czyli prześwietlanie teczek osób będących tajnymi współpracownikami komunistycznych służb specjalnych. I takich filmów pojawiło się kilka jak „Różyczka” Kidawy-Błońskiego, „Korowód” Stuhra czy właśnie „Rysa” od Michała Rosy. Reżyser ubiera tą całą historię w konwencji dramatu psychologicznego, niemal ograniczając się do jednego domu oraz małżeństwa. A żeby być jeszcze bardziej precyzyjnym, to do tej kobiety. Kobiety, której zachowanie dla mnie jest niezrozumiałe, a wątpliwości doprowadzają do rozpadu. I aż chce się postawić pytanie: czy te 40 lat wspólnego życia można wymazać z pamięci i uznać za nieważne z powodu pomówienia? W dodatku pozbawionego jednoznacznych dowodów?

rysa2

Oto pytanie, które stawia reżyser, ale odpowiedzi nie daje żadnej. Wszystko jest stawiane na niedopowiedzeniu, ale tutaj to kompletnie nie działa. Rosa ogranicza się tutaj do roli obserwatora, przyglądającego się bakteriom pod mikroskopem. Tylko, że z tej obserwacji nic nie wynika, bo dla pozostały dla mnie osobami obcymi, nieznanymi. Niby mamy tutaj skupienie się na kobiecie, ale nie wchodzimy do jej głowy, nie rozumiemy jej zachowania, dlaczego ma obsesję na punkcie wątpliwych poszlak. I dlaczego z tego powodu zaczyna męża traktować jak osobę, z którą nie chce mieć nic wspólnego? Zaczyna wycierać rzeczy, które dotykał, śpią osobno, w końcu się od niego wyprowadza. Z tego powodu nie byłem w stanie się zaangażować w historię, bo żadnej nie było. I nie pomaga nawet duet Jankowska-Cieślak/Stroiński w rolach głównych, wyciskający z tego scenariusza ile się da.

rysa3

„Rysa” to przeciętny dramat psychologiczny, gdzie psychologii postaci niemal w ogóle nie ma. Kwestia lustracji oraz rozliczenia z przeszłością zostają w tle. Tutaj relacja między bohaterami zachwiana przez psychozę nie przekonuje, wywołując tylko rozczarowanie i znużenie. Za dużo jest rys w „Rysie”.

5/10

Radosław Ostrowski

1983

Pierwszy polski serial Netflixa – pamiętam jakie było poruszenie na dźwięk tych słów. Dodatkowo na wyobraźnię podziałał fakt, że był to thriller SF osadzony w alternatywnej historii naszego kraju. No i jeszcze nie byle jakie reżyserki: Agnieszka Holland, Kasia Adamik, Olga Chajdas i Agnieszka Smoczyńska. Co mogło pójść nie tak? Wiele rzeczy. Zwłaszcza kiedy scenariusz pisze Amerykanin w swoim języku, a potem jest to mechanicznie tłumaczone na polski. To jednak tylko drobiazg, ale po kolei.

Akcja toczy się w 2003 roku, kiedy Polska nadal jest w bloku komunistycznym, choć siła Związku Radzieckiego nie jest tak mocno obecna. Technologia jest bardzo rozwinięta, mimo braku social mediów. W tym świecie żyje Kajetan Skowron – młody student prawa, którego rodzice zginęli w zamachach terrorystycznych w 1983 roku. Mieszka z babcią, ma piękną dziewczynę (córkę ministra gospodarki) i jest idealistycznie zapatrzony w nowy, wspaniały świat. Wszystko się zmienia kiedy w niejasnych okolicznościach ginie jego mentor – sędzia Żurawski. Przed śmiercią wręcza mu akta sprawy sprzed 5 lat, kiedy doszło do morderstwa całej rodziny. Prowadzący śledztwo milicjant miał wątpliwości, co do winnego, ale został zdegradowany. Teraz inspektor Anatol Janów prowadzi sprawę samobójstwa młodego chłopaka. Pracował on jako drukarz zarówno dla rządu, jak i dla komórki terrorystycznej zwanej Lekką Brygadą. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem by stwierdzić, że drogi obu panów się przetną.

Na papierze ta historia ma wszystko, by przykuć uwagę. Intryga kryminalna przeplata się z polityczno-szpiegowskimi rozgrywkami na szczytach władzy. Zderzenie młodego idealisty z cynicznym twardzielem znającym swoje możliwości i ograniczenia też obiecywało wiele, tak jak cała otoczka tajemnicy. I co z tego dostajemy? Może nie nic, ale bardzo niewiele i sama konstrukcja tego świata wydaje się nieprzekonująca oraz pełna luk. Jak w ogóle doszło do tego gospodarczego cudu? Gdzie zniknęli działacze opozycji, o których się tu praktycznie nie wspomina (słowo Solidarność nie pada)? I kto tak naprawdę steruje tym krajem? Minister gospodarki, dowódca armii czy szef tajnych służb? A może jest ktoś jeszcze silniejszy?

Jedyną najciekawszą rzeczą tutaj jest obecność Wietnamczyków, będących z jednej strony siłą roboczą i imigrantami. Ale są też tacy bardziej obrotni jak Wujek – biznesmen, niby będący neutralny, ale tak naprawdę działający dla każdego, kto jest w stanie zapłacić. Mało tego, jest nawet specjalna dzielnica w Warszawie zwana Małym Sajgonem. I to miejsce budzi skojarzenia z „Blade Runnerem”. Realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić, bo udaje się zbudować klimat dystopijnego państwa policyjnego. Lekko neonowe, nocne zdjęcia, stonowana kolorystyka, równoległy montaż oraz scenografia mieszająca stare z nowym – to wygląda i ogląda się świetnie.

O ile jeszcze ta zamotana intryga jeszcze potrafi wkręcić, to jednak są tutaj dwa bardzo ważne problemy. Po pierwsze, bardzo nienaturalne dialogi. Z jednej strony są przeładowane ekspozycjami i parę zdań jest powtarzana istotna kwestia dla fabuły. Czyli jest zbyt łopatologicznie. Druga sprawa to jest tłumaczenie, gdzie postacie często używają w zdaniu słowa „ja”. Albo kiedy imiona i nazwiska nie są deklinowane, co jeszcze bardziej wywołuje poczucie obcości. No i jeszcze tempo strasznie nierówne: od przyspieszenia aż po chwile przestoju ze zbędnymi wątkami pobocznymi. Zupełnie jakby chciano upchnąć wszystko do tych 8 odcinków, by zbudować podwaliny pod 2. Sezon (który nie powstanie).

No i aktorsko jest tutaj jak na poziomie scenariusza, czyli nierówno. Albo w najgorszym wypadku te postacie są niewykorzystane i pojawiają się na bardzo krótko (jak w przypadku Andrzeja Konopki czy Łukasza Simlata) lub ich wątki nie prowadzą donikąd (tutaj to dotyczy niestety Edyty Olszówki oraz Zofii Wichłacz). Z głównych ról najlepiej sprawdza się zawsze trzymający poziom Robert Więckiewicz. Niby takich bohaterów już widzieliśmy wcześniej (cyniczny, złamany przez życie twardy glina), ale nadal to działa i daje się mu oblicze kogoś innego niż ostatniego sprawiedliwego. Niestety, najsłabszym ogniwem jest Maciej Musiał, będący tutaj absolutnie drewniany. Rozumiem, że to miał być młody idealista zderzony z prawdziwym obliczem systemu, jednak absolutnie tej postaci nie uwierzyłem. Głos jest kompletnie wyprany z emocji, zaś wszelkie próby ekspresji kompletnie nie działają. Znacznie lepsza jest Michalina Olszańska jako szefowa Lekkiej Brygady, Ofelia. Niby twarda, gotowa na siłową konfrontację, ale skrywa w sobie bardziej delikatne oblicze. A nawet uwodzicielskie, spróbujcie oderwać wzrok od niej, bo ja nie dałem rady. Drugi plan jest aż przebogaty w znane twarze (od Tomka Włosoka przez Bartka Bielenię), ale najbardziej zapada w pamięć Mirosław Zbrojewicz (generał Świętobór) oraz Vu Le Hong („Wujek” Bao Cho).

Czy ten serial zasługiwał na aż tak chłodny odbiór w dniu premiery? Troszkę tak, bo miał całkiem ciekawy pomysł, ale nie wiedział kompletnie co chce opowiedzieć. Rzuca wątkami na prawo i lewo, przez co ma się poczucie niedosytu. Czegoś tutaj brakuje, przez co czasami się nudziłem i ciężko mi było w to wejść.

6/10

Radosław Ostrowski

Wspomnienie lata

Jesteśmy w jakimś małym miasteczku gdzieś w latach 70. podczas wakacji. Wszystko poznajemy z perspektywy 12-letniego Piotrka, który jest tutaj razem z matką. Ojciec przebywa poza krajem, pracując na utrzymanie. A wiadomo, co się dzieje podczas wakacji: pierwsza dziewczyna, pierwszy alkohol, ale też pewna tajemnica. Bo matka dość często wychodzi z domu i pewnej nocy chłopak idzie za nią.

wspomnienie lata2

Adam Guziński w 2006 roku debiutował jako reżyser „Chłopcem na galopującym koniu”, który kompletnie przeszedł bez echa. Dziesięć lat później wraca z tym filmem i powiem szczerze, że wziął mnie ten film z zaskoczenia. Chociaż nie powinien, bo niby takie historie widzieliśmy. Ale tutaj to działa na zasadzie bardzo silnego kontrastu. Mamy niby sielankową atmosferę, choć okres lat 70. nie jest tutaj mocno zaznaczony. Zdjęcia Adama Sikory wyglądają wręcz pocztówkowo, jakbyśmy cofnęli się do czasów, gdzie trawa była bardziej zielona, kłosy bardziej żółte, a woda bardziej niebieska. Wiecie o co mi chodzi? Gdy wszystko było proste, a liczyła się tylko frajda, zabawa i kumple. Ale cały trick polega na tym, że podskórnie między chłopcem a matką czuje się napięcie. Nie wszystko jest tutaj powiedziane wprost i niemal do samego końca pozostaje nieznane. Przynajmniej dla naszego bohatera, próbującego zrozumieć zachowanie dorosłych. Zupełnie jakby był traktowany niepoważnie, więc nie wszystko mu się mówi, a mnie – jako widzowi – niczego się nie pokazuje.

wspomnienie lata1

Ta strategia, gdzie mamy tak naprawdę ciąg powiązanych scenek i takie niedopowiedzenia powinny odrzucić, zniechęcić. W najgorszym wypadku zanudzić. A jednak ze sprawną reżyserską ręką Guzińskiego nie tylko to działa, ale też jest w stanie zaangażować i wciągnąć do bardzo mocnego finału. Finału sygnalizowanego na samym początku, choć ostatecznie idącym w innym kierunku. Ten kontrast między tym, co widzimy a tym, co dzieje się naprawdę wchodzi w głowę. Tak samo jak nie można zapomnieć fantastycznego Maksa Jastrzębskiego w roli głównej. Rzadko zdarzają się tak wyraziste role w tak młodym wieku, a tutaj bardzo drobnymi spojrzeniami buduje wyrazistą kreację. Tak samo warto wyróżnić Urszulę Grabowską w roli matki innej niż można się było spodziewać. Relacja między nimi jest tak delikatnie zarysowa, a jednocześnie tak fascynująca, że zostaje w pamięci.

wspomnienie lata3

Jakie jest to „Wspomnienie lata”? Słodko-gorzkie i bardzo nostalgiczne, ale ta nostalgia jest bardzo fałszywa. Guziński o tym brutalnie przypomina, wprowadzając wiele razy w pole.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatni prom

Grudzień 1981 roku dla naszego kraju był momentem zaiste przełomowym. Wprowadzenie stanu wojennego wywróciło życie wielu osób do góry nogami. O tym też powstało wiele filmów, ale dopiero pod koniec lat 80. Z tego grona chyba najbardziej znany jest „Ostatni prom”.

Drugi film w dorobku Waldemara Krzystka nie skupia się na ludziach przebywających w kraju podczas tego zamieszania, lecz na statku płynącym do Hamburga. Pasażerowie chcą dotrzeć tam, by zacząć po prostu nowe życie, zostawić kraj pozbawiony perspektyw i duszący wolność. Poczucie bezsilności, opresyjności, brak jakichkolwiek towarów w sklepie – jak tu żyć? Jednym z pasażerów statku jest Marek Ziarno, nauczyciel języka polskiego. Jednak nie wyjeżdża z kraju z powodów ekonomicznych, lecz ma zadanie: działa w opozycji i musi przekazać pewną ważną przesyłkę. Ale nie tylko on płynie, bo wśród pasażerów jest staruszka z nielegalnie obecnym psem, stare małżeństwo, była żona Marka, była uczennica, młodzi małżonkowie spodziewający się dziecka (mąż działa w Solidarności), mężczyzna z żoną i dzieckiem porzucający swoją kochankę itd. Dopiero w trakcie rejsu kapitan dostaje informację radiową o wprowadzeniu stanu wojennego i rozkazie powrotu do kraju. Wieść nie może przejść do pasażerów, co może skończyć się paniką oraz ucieczką.

ostatni prom3

Dla Krzystka ta historia mogąca iść w stronę thrillera jest tak naprawdę pretekstem do pokazania zwykłych ludzi w ekstremalnej sytuacji. Podróż promem miała być szansą na początek nowego życia w lepszym świecie. Lepszym, czyli niekomunistycznym. Ale wszystko wisi w powietrzu i nie wiadomo jak uda się ta cała maskarada. To dodaje iskier, choć sama historia toczy się bardzo spokojnie, ze świetnymi dialogami w tle oraz powoli odkrywając losy kolejnych pasażerów. Co zaskakujące nawet drobne epizody (m.in. pijaka) są bardzo wyraziste, a to wcale nie jest takie proste. No i trudno wymazać z pamięci ostatnie sceny, dodające coś więcej do tego dramatu z zabarwieniem politycznym.

ostatni prom1

Wszystko to jeszcze z fantastyczną obsadą, gdzie każdy ma swoją szansę na wykazanie się. Są tutaj już bardzo znane twarze (Leon Niemczyk jako kapitan, mocny epizod Jana Tesarza czy Mirosław Konarowski w roli oficera rozrywkowego), osoby dopiero mające się przebić (Dorota Segda, Artur Barciś, Andrzej Mastalerz), a nad wszystkim przewodzi Krzysztof Kolberger (nauczyciel Ziarno) oraz kradnąca każdą scenę Agnieszka Kowalska (była żona Marka). Trudno mi się do kogokolwiek przyczepić, co pokazuje zarówno umiejętności aktorów, jak i potrafiącego ich prowadzić reżysera.

ostatni prom2

Sam film pozostaje kroniką pokazującą reakcje ludzi pragnących wyrwać się z kraju na stan wojenny. Krzystek nie boi się pokazać poczucia paranoi oraz tego, co ludzie mogliby zrobić dla szeroko pojętej wolności. Zaskakująco trafne i z kilkoma zapadającymi w pamięć, cholernie aktualnymi dialogami.

8/10

Radosław Ostrowski

Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham

Taki dokument zdarza się bardzo rzadko. Samo założenie było szalone, bo reżyser postanowił pokazać jak przebiega psychoterapia. Tylko jak to pokazać bez naruszania zasady poufności? Pawłowi Łozińskiemu razem z terapeutą Bogdanem De Barberą udało się znaleźć pewne rozwiązanie. I dzięki temu obserwujemy rozmowy dwóch kobiet. Matka i córka idą do gabinetu, bo chcą naprawić relacje między sobą. Dziura między nimi jest tak wielka, że przestały ze sobą rozmawiać.

Całość jest obserwacją rozmów tych pań podczas terapii. Kamera cały czas skupiona jest na twarzach naszych postaci: kobiet oraz terapeuty. Ten drugi pozwala rozmawiać swoim pacjentkom, by móc wyciągnąć z nich pewne pretensje, animozje oraz niezabliźnione rany. A mają one bardzo długie cienie, których początek bardzo trudno wyciągnąć. Niby mamy tylko i wyłącznie rozmowę, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia jakbym oglądał rasowy thriller. Obie panie są zdeterminowane i zależy im na osiągnięciu celu.

Jeśli spodziewacie się scen, gdzie wszelkie emocje zostaną wykrzyczane i uderzane na wysokim C, pomyliliście adresy. Łoziński oraz De Barbero daje im na spokojnie czas do powiedzenia paru słów. Mocnych, nie pozbawionych bólu, ale zawsze szczerych. Nie sprawiają one wrażenia zaplanowanych, pretensjonalnych czy walących jakimiś banalnymi tekstami. Są niepozbawione refleksji, mądrości, zaś terapeuta prowadzi tą rozmowę niczym taniec na linie. Wie, kiedy pociągnąć dalej temat, drążyć, jak sprawić, by to było na tyle delikatnie, na ile jest to możliwe. Zupełnie jakby był w stanie przewidzieć kolejne zachowania, słowa, gesty. To jest niesamowite, a wciągało jak woda w młynie.

Jednocześnie twórcy pokazują czym tak naprawdę jest terapia. Że nie jest to coś, co powinno być tematem tabu, że taka wizyta nie jest powodem do wstydu czy poczucia porażki. Zwłaszcza, jeśli nie radzimy sobie z rolą narzuconą przez społeczeństwo. Ale jest jeden ważny warunek: szczerość i otwartość. Wtedy jest szansa na wykonanie kolejnych kroków do pracy nad sobą.

Nie spodziewałem się, że można stworzyć dokument pokazujący pracę terapeuty. Łoziński jest oszczędny w formie, za to bardzo bogaty treściowo i trafia w punkt. Poruszające, szczere, piękne, kapitalne.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ultraviolet – seria 1

Tytułowy Ultraviolet to grupa detektywów-amatorów, którzy wykorzystują Internet i social media do rozwiązywania spraw kryminalnych. Spraw albo ignorowanych przez policję, albo nie zajmujących się tymi sprawami. Skromna grupa z drobnymi sukcesami kierowana jest przez Tomka Molaka, ale poznajemy ich przez pewną sprawę. Wszystko przez wracającą z Londynu do Łodzi Olę Serafin, będącą świadkiem dziwnego wypadku. Dziewczyna z pomostu spadła na samochód i potem została przejechana przez kierowcę. Policja uważa sprawę za samobójstwo, ale dziewczyna ma inne zdanie.

„Ultraviolet” to serial stacji AXN zrobiony wspólnie z Amerykanami, co samo w sobie mogło brzmieć elektryzująco. Jednak sam serial to klasyczny w swojej formie kryminalny procedural, gdzie każdy odcinek dotyczy innej sprawy: od dziwacznego wypadku przez wykorzystanie inteligentnego domu po śmierć dziennikarza oraz uwolnienia niewinnego człowieka z więzienia. Właściwie można odnieść wrażenie, że całość podporządkowana jest znajomym schematom z użyciem wielu mylnych tropów i wolnego odkrywania kolejnych elementów układanki. Bardziej niż rozwiązanie przyciągają tutaj dwie rzeczy: sama droga do rozwiązania oraz relacje między członkami ekipy.

Użycie dzisiejszych technologii, gdzie niemal wszystko jest dostępne w Internecie jest czymś świeżym na naszym podwórku. Rozmowy prowadzone przez videoczat, hackowanie, przeglądarka (chyba specjalnie zrobiona dla serialu) – te elementy ubarwiają całość i czynią ją bardziej przyjemniejszą w oglądaniu. A to mnie bardzo zaskoczyło, mimo odczuwania pewnych znajomych motywów w postaci nieufnego komendanta policji, gliniarza nawiązującego coś w rodzaju cichego porozumienia z Olą, naznaczona mrokiem przeszłość bohaterki czy takiej fiksacji na punkcie sprawy, że zagraża to życiu oraz sprawom prywatnym. Te jednak czasami sprawiają wrażenie tylko dodatku czy zapychaczem czasu, o którym czasem się zapomina. Ku mojemu zdumieniu pojawiają się tutaj momenty napięcia, a nawet jest miejsce na żart (głównie w relacji Oli z matką), choć początek nie obiecuje tutaj wiele. Zaczyna się bardzo przewidywalnie, jednak gdzieś na etapie 3 odcinka powoli zaczyna wszystko ruszać z kopyta, hamując dopiero w finale. A momentów przestoju czy nudy z każdym odcinkiem było coraz mniej.

Choć muszę przyznać, że produkcja AXN ma parę problemów, z czego jeden jest bardzo poważny. Chodzi o udźwiękowienie, gdzie parę dialogów jest albo niewyraźnie powiedzianych, albo – co jeszcze gorsze – są zagłuszane przez muzykę. Strasznie to irytuje, choć nie pojawia się tak często. Tak samo jak schematyczne prowadzenie śledztw, ale to z czasem przestaje być problemem.

I jest to na tyle porządnie zagrane, że wchodzi się w ten świat bez problemu. Choć nie brakuje tutaj znanych twarzy jak Bartłomieja Topy (komendant), Agaty Kuleszy (matka Oli) czy Michała Żurawskiego (Tomek Molak), całość tak naprawdę napędza to wszystko duet Marta Nieradkiewicz/Sebastian Fabijański. Ta pierwsza w roli Oli Serafin jest mieszanką determinacji, frustracji oraz nieufności wobec policji, choć potrafi irytować swoim egoizmem. Niemniej potrafi wzbudzić sympatię, co nie jest wcale proste. Z kolei Fabijański wydaje się robić to, co zawsze, czyli jest gliniarzem z zasadami, powoli pokazując inne, bardziej ludzkie oblicze. I nie jest taki drewniany jak większość osób uważa, po prostu do pewnych ról zwyczajnie nie pasuje.

Nie oczekiwałem cudów po „Ultraviolet”, ale AXN dostarczyło bardzo porządny i sympatyczny serial kryminalny. Tutaj bardziej liczy się samo dochodzenie do prawdy, a nie samo rozwiązanie zagadki plus stworzenie zgranego kolektywu. Choć zdarzają się potknięcia, jednak frajdy jest tutaj więcej niż się można spodziewać po samym opisie. Skuszę się na kontynuację.

7/10

Radosław Ostrowski

Wołyń

Jeśli oglądasz film Wojciecha Smarzowskiego, możesz być pewny dwóch rzeczy. Po pierwsze, nie będziesz się czuł wygodnie, a nawet będziesz chciał odwrócić wzrok. Bo jego kino to jak przeglądanie się w lustrze, gdzie w odbiciu widać wszystkie demony otaczające naszą duszę. Po drugie, choćbyś nie wiem jak próbował, nie zapomnisz tego, co zobaczysz. Nie idzie na kompromisy, nie daje łatwych odpowiedzi, ani nie poucza. Lecz – niczym Mariusz Max Kolonko – pokazuje jak jest. Nie inaczej było z jednym z najbardziej oczekiwanych filmów roku 2016 „Wołyń”.

O samej rzezi wołyńskiej pewnie wielu słyszało. Był rok 1943, kiedy to żołnierze Ukraińskiej Powstańczej Armii w imię nacjonalistycznej ideologii wymordowali Polaków. Ci zaś postanowili wziąć odwet na Ukraińcach, doprowadzając do nieskończonej spirali przemocy. Jak mogło do tego dojść? Reżyser zaczyna swoją opowieść w 1939 roku, gdy wojna jeszcze się nie zbliżała w te rejony. Spokój jednak wydaje się pozorny, zaś zgoda między Polakami a Ukraińcami podszyta nieufnością. Wkraczamy do tego świata, będąc na weselu Heleny Głowackiej i Wasyla Huka. Wszystko przebiega bardzo spokojnie, wszystko wydaje się radosne jak nigdy, zaś rodzice Polki planują hajtnąć jeszcze jedną córkę, Zosię. Dziewczyna podkochuje się w ukraińskim chłopaku, jednak ojciec swata ją z owdowiałym sołtysem, Maciejem Skibą. do ślubu dochodzi, ale potem wybucha wojna i zmienia wszystko.

Reżyser pozornie wydaje się robić tygiel, gdzie narracja jest skrótowa, parokrotnie skupiając się na innych postaciach. Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Niemcy, Sowieci – to wszystko się miesza, a dwie ostatnie strony podsycają mocno zakorzenione antagonizmy. Gdzie Polacy są niejako „panami”, bardziej uprzywilejowani wypierają kulturę oraz obyczaje Ukraińców, ograniczonych do roli chłopów, „sług” na swoim terenie. Pojawienie się trzeciej strony dla nich zostaje wykorzystane jako szansa na stworzenie własnego państwa, a nacjonalistyczne zapędy doprowadzają do spirali przemocy. Ta doprowadza do odwetu, zalewając tereny Kresów krwią. Miłość miesza się z nienawiścią, zaś wszystko pokazane w bardzo zdystansowany sposób.

Smarzowski nie boi się pokazać krwawej jatki oraz masy trupów, jednak nie epatuje oraz nie szczuje nią tylko po to, by zszokować. Niemniej poczucie przeżywania piekła razem z bohaterami jest bardzo namacalne, a śmierć (jak i ocalenie) może pojawić się z każdej, najmniej spodziewanej strony. To poczucie niepokoju podkręca typowy dla tego twórcy rwany montaż oraz nieprzyjemna muzyka Mikołaja Trzaski. Ale jednocześnie zachowuje dystans, przez co unika prostego podziału na dobrych Polaków, będących ofiarami oraz żądnych krwi i zemsty Ukraińców. Bo w sytuacjach ekstremalnych podział na narodowości przestaje mieć znaczenie, a liczy się tylko charakter i – chyba nawet bardziej – wola przetrwania. A to nie jest zbyt częsta perspektywa pokazywana w kinie, co zasługuje na uznanie.

I to wszystko jest bardzo sugestywnie zagrane. Zarówno od sprawdzonych aktorów Smarzola (tutaj najbardziej wybija się Arkadiusz Jakubik oraz Jacek Braciak), ale też mniej znanych twarzy, które miały udźwignąć całość. Takie zadanie otrzymała debiutująca Michalina Łabacz jako Zosia, która z młodej dziewczyny musi stać się zaradną, sprytną oraz gwałtownie dojrzewającą kobietą. Jej upór, przerażenie oraz próba zachowania zimnej krwi pokazana jest bezbłędnie, nie odrywając od niej oczu. Także aktorzy ukraińscy wypadają bardzo dobrze (tutaj wyróżnia się Roman Skorovskij jako nowy, śliski sołtys Szuma) oraz jest wiele drobnych, lecz niezapomnianych epizodów.

Dla mnie „Wołyń” to najlepszy film w karierze Smarzowskiego. Pozornie taki jak zawsze, czyli brudny, mocny, bezkompromisowy, ale zaskakująco stonowany, nie epatujący nachalnie przemocą. I jednocześnie – tak jak „Róża” – pokazuje bezwzględne koleje Historii, nie liczącej się z nikim i niczym.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Niebieskie chachary

Nie jest zbyt wiele filmów o tematyce kibicowskiej, zwłaszcza w naszym podwórku. Niemniej zadanie wypełnienia tej luki podjął się bardzo uznany montażysta filmowy oraz dokumentalista Cezary Grzesiuk. Przez 10 lat obserwował kibiców, ultrasów i kibicki Ruchu Chorzów, z którym był związany w czasach młodości. Jak się zmieniło kibicowanie i na czym ono tak naprawdę polega?

Na to próbują odpowiedzieć „Niebieskie chachary”. Tytułowe chachary to określenie kibiców Ruchu Chorzów – drużyny z wielkimi tradycjami, ale kiedy widzimy mecz jest to czas spadku z Ekstraklasy. Drużyna źle zarządzana, z długami oraz finałem w postaci wielkiej burdy. Jednak jeśli spodziewacie się stereotypowego kibica-chuligana, to jesteście w wielkim błędzie. Bo kibicowanie jest czymś innym niż robieniem zadymy po rozczarowującym meczu. To jest wspieranie drużyny na dobre i na złe, jest wręcz nałogiem, miłością, poświęceniem. Jest to poczucie wspólnoty osób pochodzących z różnych środowisk, płci, wieku. A nawet dla wielu jedyna rzecz jaką mają. Grzesiuk przygląda się tym ludziom, którzy nie różnią się tak bardzo od innych. Po prostu mają taką pasję jak nikt inny, a kibicem w zasadzie jest się od dziecka. Nie ma tutaj tak wielu klasycznych gadających głów (choć są tutaj znane postacie jak pisarz Wojciech Kuczok, Jerzy Buzek czy Kazimierz Kutz), ale reżyser skupia się na tych mniej znanych postaciach. I to ostatnie dodaje autentyzmu, pokazując różne środowiska: od głównego dopingującego (z zawodu… bankier) przez szefa ultrasów i jego matkę aż po ojca z dzieckiem.

Kalejdoskop jest spory, ale nie brakuje też ciemnej strony kibicowania. Dotyczy to głównie spięć z policją – od wyzwisk po wyrywkowe kontrole i zakazy stadionowe. Nie mówię już o strzelaniu rac na murawę. Jednak jest też parę fajnych momentów jak przyjazd kibiców Ruchu na mecz Atletico czy rozmów z dziewczynami, pokazującymi co je nakręca do kibicowania. Do tego mamy zgrabnie wplecione są piosenki rapowe, dodając mocny rytm.

Nie spodziewałem się po tym dokumencie, ale trudno odmówić Grzesiukowi szczerości oraz pasji. I nawet nie trzeba być kibicem jakiejkolwiek drużyny, by to złapać, poczuć, zaangażować. Bardzo przyjemna rozmowa, pozwalająca nam kibica zrozumieć, a nie krytykować.

7,5/10

Radosław Ostrowski