Jestem legendą

Rok 2009 miał być dla nas przełomowym. Naukowcy skonstruowali wirusa, który miał tylko jedno zadanie: usunąć raka. Poszło im tak świetnie, że po trzech latach przeżyło mniej niż 10% całej populacji, bo reszta albo zamieniła się w albinosowate zombiaki, albo karmę dla nich. Sam Nowy Jork bardziej przypomina miejską pustynię, a jedynym jej „ludzkim” mieszkańcem jest pułkownik Robert Neville – wojskowy wirusolog oraz jego suka Samantha (znaczy się pies). Mężczyzna pracuje nad antidotum, mogącym odwrócić efekt wirusa, dzięki odporności jego organizmu.

Reżyser Francis Lawrence obecnie jest znany dzięki serii „Igrzyska śmierci”, do której nakręcił 3 z 4 filmów. Po debiutanckim „Constantinie” reżyser postanowił sięgnąć po słynną powieść Richarda Mathiesona, przenoszoną do tej pory już trzykrotnie. Osadzona współcześnie opowieść można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza skupia się na Neville’u (zaskakująco wyciszony Will Smith) oraz jego rutynie. Rzadkim wychodzeniu na zewnątrz, gdzie rozmawia… z manekinami (początki szaleństwa?), poluje na zombiaki, by móc na nich badać antidotum, już działające na zwierzęta. W tych momentach dominują bardzo szerokie ujęcia, potęgujące samotność bohatera w opuszczonym mieście. Przynajmniej za dnia, bo te monstra są mocno wyczulone na światło słoneczne. Pojawia się kilka momentów budowania napięcia (poszukiwanie psa w magazynie czy moment schwytania zombie za pomocą pułapki) i działa to efektywnie.

Jeszcze bardziej zadziwia fakt, że – poza kawałkami Boba Marleya – muzyka pojawia się tutaj bardzo rzadko. W większości czasu dominuje tutaj cisza, samotność oraz Will Smith w towarzystwie komputerowo wykonanych monstrów. Trzyma się nadziei, że jeszcze są ocaleni. Druga połowa zaczyna się w momencie pojawia się kobiety, której towarzyszy chłopak (raczej nie syn). I tutaj mamy próbę interakcji między postaciami, a także zderzenia dwóch postaw: racjonalizmu z wiarą, nauki i religii. Wtedy akcja zaczyna przyspieszać, zaś klimat z pierwszej części zaczyna znikać, przez co przestałem się interesować kolejnymi scenami. Sytuację uratowało bardzo przewrotne zakończenie (oglądałem reżyserską wersję), gdzie bohater uświadamia sobie, że w oczach dominujących monstrów to on jest tak naprawdę tym złym.

Ale nawet to nie jest w stanie wyciągnąć „Jestem legendą” spoza stanu nieco powyżej średniej. Will Smith jest w stanie sam udźwignąć film, jednak reżyser doszedł do wniosku, że musi mu troszkę „pomóc”. Efekt wyszedł odwrotny od zamierzonego, ale wyszedł z tego niezły, usiłujący iść w innym kierunku niż inne tego typu produkcje.

6/10

Radosław Ostrowski

Lewiatan

Bohaterami są pracownicy firmy zajmujący się wydobywaniem surowców z dna oceanu. Do wyjścia na zewnątrz oraz odbębnienia zmiany zostały tylko 3 dni. Podczas jednego dnia dwoje członków ekipy znajduje wrak sowieckiego okrętu Lewiatan. Wyciągają z niego sejf zawierający kilka przedmiotów (m.in. wódkę, akta załogi oraz dziennik kapitana w formie video), ale koleś o ksywie Sixpack chowa dla siebie menażkę z wódką. Wypija ją razem z koleżanką i następnego dnia zaczyna czuć się gorzej. Mało tego, po kilku godzinach umiera, co zostaje zachowane w tajemnicy przez szefa grupy, Becka oraz lekarza. To oznacza kłopoty, co zmusza resztę pracowników do walki o swoje życie.

Dla wielu kinomanów reżyser George P. Cosmatos najbardziej kojarzony jest dzięki dwóm filmom z Sylvestrem Stallone w rolach głównych: drugim „Rambo” oraz „Cobra”. Ale w dość skromnym dorobku filmowca z greckimi korzeniami znalazło się też skromne dzieło z 1989 roku. „Lewiatan” jest taka zbitką „Obcego” z „Coś”, tylko pod wodą. Z pierwszego bierze wizualną otoczkę, mocno „zużyte” miejsce oraz złą korporację skupioną na profitach, traktującą swoich ludzi jako zbędnych, z drugiego zamkniętą, klaustrofobiczną przestrzeń. Kierunek w jakim podąża historia jest znajomy i powoli kolejni ludzie zostają wyeliminowani, odkrywając to, co mogło się wydarzyć na statku. I muszę przyznać, że Cosmatos może nie zbliża się do poziomu filmów, którymi się inspiruje. Ale jest to bardzo kompetentnie zrobiony film, potrafiący trzymać w napięciu. Wszystko poznajemy z perspektywy załogi kierowanej przez pozornie posłusznego firmie faceta, który z czasem staje się bardzo silnym liderem.

Wrażenie robi tutaj przede wszystkim realizacja: od fantastycznych zdjęć przez bardzo przekonującą scenografię po budującą napięcie muzykę Goldsmitha oraz płynny montaż. Nadal są tutaj klisze w postaci skromnie zarysowanych (ale wyrazistych) postaci czy momenty, gdy bohaterowie oddzielają się od siebie, budując niepokój. No i oczywiście zła korporacja, próbująca zatuszować całą sytuację, choć ich przedstawicielka (niezawodna Meg Foster) sprawia wrażenie życzliwej oraz pragnącej pomóc. Mimo wielu zalet, „Lewiatan” ma parę drobnych wad. Po pierwsze, nie przekonuje wygląd potwora, choć pokazywany jest we fragmentach za pomocą zbliżeń. Wtedy potrafi przerazić, ale w pełnej krasie wydaje się wtórny wobec monstrum z filmu Carpentera. Po drugie, uzbrojenie do walki z bestią też nie powala (piła, miotacze ognia) i wygląda na dużo za duże. No i jeszcze to zakończenie, gdzie jeden z bohaterów ginie, co nie wywołuje reakcji po całej chwili.

Jednak mimo znanych szablonów, „Lewiatan” nadal broni się jako horror w klaustrofobicznym miejscu w czym pomaga reżyserska solidność Cosmatosa oraz dobrze (nawet bardzo) dobrana obsada z Peterem Wellerem, Richardem Crenną oraz Erniem Hudsonem na pokładzie. Z takim składem można dobrze się bawić. To co, gotowi?

7/10

Radosław Ostrowski

O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu

Pojawiają się czasem takie filmy, po obejrzeniu których ciężko wyrazić swoje emocje. Przypomina to takie objawienie w stylu: „zobaczyłem coś, ale… no właśnie, co?”. Wtedy w mojej głowie pojawia się dezorientacja, zdziwienie, a czasem nawet odrzucenie czy zmieszanie. I teraz pojawił się film, który od dawna wywołał we mnie takie odczucia.

„O dziewczynie, która…” to debiut brytyjskiej reżyserki z irańskimi korzeniami, Any Lily Amirpour. I to bardzo tajemnicze kino, w zasadzie mające (chyba) być czymś w rodzaju przypowieści. Znajdujemy się w jakimś mieście, które wydaje się opuszczone. Niby są w tle jakieś fabryki, jednak jedyni ludzie obecni to prostytutki, diler, nastolatka, młody chłopak i jego ojciec-narkoman. Reszta ludzi leży martwa gdzieś przy rzece, ale ich jest strasznie dużo. Skąd tyle trupów? Wszystko przez pewną niepozorną dziewuchę, noszącą czador, bo ona sama jest… wampirem. A wtedy w jej życiu pojawia się Arash – chłopak ubierający się jak James Dean i jeżdżący bardzo stylowym autem. Jak to się może skończyć ta znajomość?

Wszystko w tym filmie wydaje się próbować iść w zupełnie innym kierunku niż trzymać się wiernie rzeczywistości. Wszystko jest filmowane czarno-białą taśmą, postaci jest zaledwie kilka, a najważniejsze wydaje się tutaj zbudowanie nastroju. Takiego bardziej romantycznego, trochę niepokojącego, ale też bardziej melancholijnego. Na pewno pomaga w tym świetnie dobrana muzyka oraz zdjęcia, co pozwala zapomnieć o bardzo minimalistycznych dialogach oraz w zasadzie braku scenariusza. Bo jako takiej fabuły tu brak, co troszkę przypomina mi kino Jima Jarmuscha. Nic się nie dzieje specjalnie na ekranie (co wydaje się ma być celowym zabiegiem), jednak tutaj wywołuje on obojętność. Żaden z bohaterów nie był dla mnie na tyle interesujący, żeby ich los mnie obchodził, co jest dla mnie błędem kardynalnym.

Właśnie dlatego debiut Amirpour dla mnie jest tak naprawdę piękną audio-wizualnie wydmuszką pozbawioną treści. Widzę potencjał w tej reżyserce, bo film ma parę momentów, których nie da się zapomnieć (pierwsza scena czy moment poznania się naszych bohaterów). Ale potrzebny jest jeden warunek: lepszy scenariusz.

5/10

Radosław Ostrowski

Dobry omen

Było już wiele wizji końca świata na ekranie. I zawsze w nich pojawiały się takie elementy jak Antychryst, anioł, diabeł, Armageddon, Szatan, Czterej Jeźdźcy Apokalipsy itp. Jednak to, co postanowił spłodzić Prime Video do spółki z BBC można określić mianem wielkiego szaleństwa. Zdecydowano się przenieść w formie miniserialu powieść Terry’ego Pratchetta i Neila Gaimana, opisującą najbardziej zwariowany koniec świata jaki możecie sobie wyobrazić.

A wszystko zaczęło się od początku świata, czyli… 6 tysięcy lat temu, kiedy to Adam i Ewa opuścili Eden. Wtedy też poznali się po raz pierwszy reprezentanci dwóch stron konfliktu: anioł Azifaral oraz demon Crowley. Ich drogi wielokrotnie się przecinały, ale nigdy nie doszło między nimi do konfrontacji. Nawet zaczęli się przyjaźnić i czasem jeden wyciągał drugiego z tarapatów. Jednak musiało dojść do nieuniknionego: sprowadzenia Antychrysta na ten świat, by ten w wieku 11 lat doprowadził do zagłady, przybędą Czterej Jeźdźcy Apokalipsy i dojdzie do ostatecznej konfrontacji. Tylko, że naszym dwóch kumplom/wrogom jest to wybitnie nie na rękę. Obaj zamierzają obserwować chłopaka po tym, jak zostanie zamieniony z dzieckiem amerykańskiego dyplomaty w małym klasztorze. Syna Diabła ma ściągnąć Crowley, jednak w tym samym czasie przybywa kolejne małżeństwo spodziewające się porodu i to doprowadziło do komplikacji. Z tego powodu Niebo oraz Piekło obserwowało nie tego chłopaka, co trzeba.

Przewodnikiem po tym świecie jest pełniący rolę narratora… Bóg, którego nigdy nie widzimy. Ale za to ma bardzo charyzmatyczny głos Frances McDormand, więc słuch i uwagę ma się od razu. Zaś sam świat jest pokazany w bardzo krzywym zwierciadle, gdzie przedstawiciele obu stron dążą za wszelką cenę do konfrontacji. Panuje też niby biurokracja, choć prawda jest taka, że nikt nie sprawdza danych, zaś poza naszymi bohaterami, reprezentanci Nieba i Piekła słabo się maskują wśród ludzi. Ale twórcom udaje się zbalansować wszystkie wątki: od przyjaźni naszych bohaterów (ich historię poznajemy w połowie odcinka 3) przez dorastającego Adama – tak się zwie Antychryst – i jego paczkę kumpli po jedynego łowcę wiedźm oraz potomkinię autorki trafnych przepowiedni, Agnes Nutter. Wszystko zbalansowane między powagą a zgrywą i absurdem, co jest zasługą świetnego, nieprzewidywalnego scenariusza oraz pewnej reżyserii.

Równie realizacyjnie serial wypada bardzo dobrze: od zabawy montaż (fantastyczne wprowadzenie o początku świata czy opowieść o sztuczce z trzema kartami) przez scenografię oraz kostiumy po bardzo przyzwoite efekty specjalne (chociaż nie wszystko wygląda tak dobrze jakbym chciał). No i samo osadzenie całości w Londynie pozwala na ponabijanie się z tamtejszej kultury i mieszkańców. Ale niejako przy okazji stawiane jest pewne banalne pytanie: co decyduje o naszym losie? Oraz jaki wpływ mają na nas pewne nazwijmy to wpływy Dobra i Zła? Można też potraktować „Dobry omen” jako parodię kina satanistycznego (plan podmiany Antychrysta budzi skojarzenia z „Omenem” z 1976), satyrę na religię czy głupotę dorosłych ludzi.

I jak to jest rewelacyjnie zagrane. I nie brakuje tutaj znanych twarzy czy głosów (poza McDormand mamy m.in. Briana Coxa, Jona Hamma, Mirandę Richardson czy Michaela McKeana), ale tak naprawdę ten serial straciłby ponad ¾ swojej siły, gdyby nie absolutnie genialny, fenomenalny, rewelacyjny, wręcz boski duet w rolach głównych. Czyli Michael Sheen oraz David Tennant – pierwszy jest rozbrajająco uroczy i naiwny w swojej dobroci, drugi z szelmowskim spojrzeniem, lekko zblazowanym sposobem wypowiedzi. Trudno o bardziej niedobrane, a jednocześnie tak idealne połączenie z chemią znajdującą się poza jakąkolwiek skalą.

Na dzisiejsze czasy potrzebny jest zwariowany humor oraz nadzieja, że to nie jest jeszcze koniec świata. „Dobry omen” daje obie te rzeczy, dostarczając także masę frajdy fanom literackiego pierwowzoru oraz brytyjskiego kina/telewizji. Potrzebna dawka pozytywnej energii, oj bardzo potrzebna.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

The Nightingale

Słowik jak wszyscy wiemy to ptak cudnie śpiewający i pięknie wyglądający. Jak kobieta. Ale jedno i drugie nie bardzo przepada za byciem uwięzionym. Nie inaczej jest z Claire – irlandzką kobietą, która trafiła w XIX wieku do Tasmanii. A był to czas, kiedy w tej brytyjskiej kolonii trafiali skazańcy wszelkich płci. Kobieta została wypuszczona z więzienia, gdzie trafiła za kradzież dzięki porucznikowi Hawkinsowi. Ten miał napisać jej list, dzięki któremu mogłaby swobodnie przebywać, jednak odwleka sprawę i traktuje Claire jak swoją własność. To bardzo nie podoba się mężowi kobiety, doprowadzając do ostrej awantury oraz braku awansu dla oficera. Ten z zemsty zabija mężczyzna oraz niedawno urodzone dziecko razem z dwoma żołnierzami, gwałcą ją oraz ciężko poturbowaną zostawiają w buszu. Co pozostaje Claire do zrobienia? Jedna, oczywista rzecz – zemsta, w czym ma jej pomóc rdzenny przewodnik Billy, który nie zna jej motywacji. Oboje wyruszają w pościg za Anglikami.

Pochodząca z Australii reżyser Jennifer Kent zwróciła na siebie uwagę horrorem „Babadook” w 2014 roku. „The Nightingale” to drugi film w dorobku reżyserki i potwierdza, że warto uważniej przyglądać się tej twórczyni. Tutaj jest to mieszanka filmu historycznego z thrillerem i kinem zemsty. Ale nie spodziewajcie się czegoś w stylu „Johna Wicka” czy popisów a’la Charlize Theron. Czyli co, mamy wolnego snuja z żółwim tempem, doprowadzającego do wczesnego zaśnięcia? Na szczęście nie. Kent spokojnie opowiada swoją historię, tylko pozornie chłodną i z masą statycznych ujęć. Jednak w środku widać, że się tam pod skórą gotuje. Samo wprowadzenie trwa ponad 30 minut, kończąc się bardzo nieprzyjemną sceną gwałtu oraz morderstwa. Niby widziałem takich scen wiele, a ta wygląda zwyczajnie. Jednak czułem mocno dyskomfort, spotęgowany przez bardzo ciasne zdjęcia.

Sama historia zemsty dla reżyserki jest także pretekstem do pokazania historii Tasmanii oraz relacji między rdzennymi mieszkańcami a białymi ludźmi. Ci pierwsi zostali wypchnięci ze swoich domów, terenów łowieckich, stając się niejako niewolnikami. Robią za przewodników po swoim własnym kraju, niby są „cywilizowani” przez białych, a tak naprawdę tracą swoją tożsamość, język czy duchowe życie. A nawet tylko swoje życie – czy można dokonać większej podłości niż wywyższanie się nad innymi na niby swoim terenie? To jednak nie jako toczy się przy okazji pokazując sojusz dwójki outsiderów w nieprzyjaznym dla nich świecie. Nie brakuje tu zarówno onirycznych momentów, gdy bohaterkę prześladują koszmary jak i bardzo intensywnych, choć krótkich scen przemocy.

Ta intensywność wynika też z absolutnie rewelacyjnego aktorstwa. Odkryciem są tutaj Aisling Franciosi (Claire) oraz Baykali Ganambarr (Billy, przewodnik), którzy byli dla mnie kompletnie nieznani. Oboje niejako odrzuceni przez świat, początkowo niechętni i obcy, z czasem zaczynają się zbliżać (nie fizycznie). Ta więź była dla mnie prawdziwym paliwem, poprowadzona absolutnie bezbłędnie i są to role zasługujące na wszelkie nagrody. Ale największą niespodzianką był Sam Claffin jako porucznik Hawkins. Taki przystojny facet, a taki skurwysyn z krwi i kości, za wszelką cenę dążący do awansu. Tak obrzydliwego, odpychającego degenerata nie widziałem od bardzo dawna. I ta rola pokazuje inne, niespotykane predyspozycje tego aktora.

„Słowik” pokazuje jak rozwija się Jennifer Kent i jedno mogę wam powiedzieć – delikatnych filmów ta osoba robić nie będzie. Mocny, powalający i trzymający w napięciu do krwawego finału, przebijający debiut. Kolejny przykład pokazania niewygodnej przeszłości, pokazując do czego był (i nadal jest) zdolny biały człowiek.

8/10

Radosław Ostrowski

Dog Soldiers

Jakieś odludzie w Szkocji. Tutaj trafia oddział żołnierzy pod wodzą sierżanta Wellsa w ramach ćwiczeń wojskowych z siłami specjalnymi. Ale na miejscu sytuacja się komplikuje. W docelowej bazie przeciwnika wszędzie panoszy się krew oraz wnętrzności, a jedynym ocalonym jest kapitan Ryan. Jeden z oddziału sierżanta, szeregowy Cooper wcześniej starał się o przydzielenie do sił specjalnych, jednak oblał sprawdzian, bo… nie zabił psa. Wojskowi mierzą się z groźnym i – dzięki szczęściu – trafiają do domu zoologistki Megan. Niestety, dom jest odcięty od reszta świata i nie ma telefonu, więc bohaterowie stają do walki z atakującymi monstrami.

Dzisiaj brytyjski reżyser Neil Marshall znany jest jako twórca telewizyjny, który pracował m.in. przy „Grze o tron” oraz jako ten gość, co zamordował „Hellboya”. Początki jednak wskazywały na to, że to może być jeden z najciekawszych reżyserów kina grozy. Debiutancki „Dog Soldiers” ma prostą historię, gdzie ludzie mierzą się z potworami. Tutaj jest to oddział wilkołaków, który od lat w tej okolicy poluje sobie na ludzi. I to już dostajemy na początku filmu, gdy widzimy biwakującą parę, kończącą krwawo swój żywot. Ale przez długi czas nie wiemy kto. Nie widać sylwetek wilkołaka, ale jak już się pojawiają, wyglądają przerażająco. Świetnym zabiegiem są sceny pokazane z perspektywy ich oczu, gdzie wszystko staje się czarno-białe. Potęguje to klimat wyalienowania, gdzie nasi bohaterowie są zdani tylko na siebie. A dookoła las i cisza.

Reżyser bardzo pewnie operuje mrokiem, powoli odkrywając kilka tajemnic. A w chwili trafienia d domu całość idzie w kino o oblężeniu. Niczym w starych horror z lat 80., z szybkim montażem, praktycznymi efektami specjalnymi (krwi i flaków jest tu mnóstwo), zbalansowane czasem smolistym poczuciem humoru. Co mnie zaskoczyło to fakt, że mimo pewnej przewidywalność, Marshall trzyma w napięciu wręcz za gardło. Zależy nam na bohaterach, którzy są oszczędnie zarysowani (twardy, ale odpowiedzialny sierżant, mający potencjał na dowódcę Cooper, filozofujący kapral Bruce Campbell, zafiksowany na punkcie piłki Joe czy absolutnie nie bojący się niczego Spoon). Jedyny problem jaki mam to odkryta w trakcie fabuły relacja między kapitanem Ryanem a zoolożką Megan, która pozostaje niewypowiedziana (podczas montażu sceny zawierające więcej informacji na ten temat wycięto).

„Dog Soldiers” to mała perła dla fanów monster movies, która troszkę dzisiaj przepadła w pamięci kinomanów jak i dorobku Neila Marshalla. Fantastyczny debiut zrobiony za małe pieniądze (2 miliony dolców) oraz niezbyt wówczas znaną obsadą wykonuje swoją robotę bez poważnych problemów. Chyba niczego lepszego na temat wilkołaków nie powstało do tej pory.

8/10

Radosław Ostrowski

Niewidzialny człowiek

Ile już było opowieści o człowieku, który jest w stanie stać się niezauważalny? Powieść Herberta George’a Wellsa była inspiracją oraz źródłem dla opowieści o człowieku, którzy – pod wpływem nowej mocy – zmieniali się w zabójców i gwałcicieli. Nie wracając do dawnego, widzialnego trybu. Tym bardziej zadziwiający jest fakt, że dopiero teraz postanowiono pokazać historię z innej perspektywy. do tego za małe pieniądze przez Blumhouse, które ostatnio raczej zawodzi niż dostarcza. A czy reżyser Leigh Whannell zadziałał?

Cała historia została uwspółcześniona i poznajemy z perspektywy Cecilii – młodej kobiety, żyjącej w związku z ekscentrycznym naukowcem. Kiedy ją poznajemy ucieka od męża w nocy, dzięki pomocy swojej siostry. Mija parę tygodni, lecz strach przed pojawieniem się Adriena paraliżuje ją. Dlatego cały czas przebywa w domu przyjaciela-policjanta oraz jej córki. i wtedy pojawia się wiadomość, że Adrien popełnił samobójstwo oraz przekazał cały majątek Cecilii. Wtedy wokół niej zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Jakby jej mąż znalazł sposób na to, by sfingować śmierć oraz stać się niewidzialnym. Tylko, że nikt jej nie wierzy, co doprowadza kobietę do obłędu.

Whanell z bardzo niewielkim budżetem potrafi wyczarować cuda, co pokazał w poprzednim filmie „Upgrade”. Tutaj też to potwierdza, choć – z oczywistych powodów – ma zupełnie inne tempo. Tutaj czuć echa staroszkolnych horrorów, gdzie najpierw poznajemy bohaterkę oraz jej historię. Dopiero po 30 minutach zaczynają dziać się dziwne rzeczy, budzące skojarzenia z filmami w rodzaju „Poltergeista”. A tu zabrana kołdra, a tu przypalone danie na patelni, a tu włączona woda itp. Obecność tajemniczego mężczyzny zaczyna budzić, choć początkowo jeszcze można to wszystko zwalać na wyobraźnię zwichrowanego umysłu. To jednak tylko złudzenie.

Jednak by zachować wiarygodność, trzeba było pokazać przekonująco jak człowiek mógłby się stać niewidzialny. Czasy mikstur czy skomplikowanych formuł poszły do lamusa, ale od czego jest technologia. A dokładnie specyficzny kombinezon z masą kamer w środku – jest tak skuteczny, że osoba nosząca go nie wydaje żadnego dźwięku. Choć to ostatnie to jedna z paru głupot tego dzieła, na które można przymknąć oko. Dlaczego? Bo od momentu pierwszego ataku, film zaczyna trzymać w napięciu. Od chwili ataku w kuchni po kulminacyjną jatkę w szpitalu psychiatrycznym (scena niemal w całości zrobiona jednym ujęciem) aż do finału. Udaje się nie tylko podnieść adrenalinę, ale też kilka razy zaskoczyć (np. tożsamością niewidzialnego człowieka).

To, co jest najmocniejszą kartą w talii reżysera i czyni całość angażującą jest znakomita kreacja Elisabeth Moss jako Cecilia. To jest tak rolą, którą określam jako silno-słaba, gdzie momenty wycofania, bezsilności, wręcz paranoi przeplatają się z chwilami stabilności, by przejść w walkę, determinację oraz siłę. Wszystko jest pokazane samym spojrzeniem, mową ciała oraz drobnymi grymasami, tworząc bardzo efektywną, wyrazistą przemianę. Reszta aktorów wypada więcej niż dobrze, jednak to Moss wznosi całość na wyższy poziom.

Czyżby to miał być kierunek dla nowego oblicza klasycznych monstrów Universala? Leigh Whanell odświeża klasyczną historię w opowieść o wyzwoleniu się z toksycznej więzi. Na dzisiejsze czasy pod znakiem #MeToo jak znalazł z obietnicą na kolejne odświeżenia. Ja czekam z niecierpliwością.

7/10

Radosław Ostrowski

Opiekunka: Demoniczna królowa

Pierwsza „Opiekunka” wzięła mnie z zaskoczenia. Mieszanka krwawej komedii z opowieścią o wyrywaniu się z dzieciństwa i wchodzeniu w wiek nastoletni dała mi masę frajdy. B-klasowy sznyt, samoświadomość i dużo humoru podziałały jak trzeba. Tym bardziej byłem zdziwiony, że było to dzieło McG, którego wielkim fanem nie byłem. No i pojawiły się wieści, że Netflix robi sequel. Nie powiem, czekałem i… o mój Boże. Jest więcej, bardziej oraz równie fajnie jak w jedynce.

Minęły dwa lata, a nasz Cole chodzi do liceum, gdzie traktowany jest jak wariat. Nikt nie wierzy w to, co się wydarzyło poprzednio. Że opiekunka razem z demonami należała do sekty i potrzebowano jego krwi, by spełnić swoje największe marzenia. Jedyną osobą wspierającą go jest blondwłosa Melanie. W szkole pojawia się jeszcze nowa, jeszcze bardziej wyobcowana Phoebe. Na wieść, że rodzice chcą go umieścić w psychiatrycznym liceum chłopak decyduje się na wagary z Melanie. Płyną łódką gdzieś na odległa wyspę (razem z kumplami) i okazuje się, że… Melania zawarła pakt z diabłem. No i trzeba krwi prawiczka, by wszystko doszło do skutku. Czyli wszystko zaczynamy od początku, jednak bohater ma wsparcie w postaci przypadkowo pojawiającej się Phoebe.

McG realizuje wszystko zgodnie z zasadą pradawnego amerykańskiego boga Box-Office’a. Jest inna lokalizacja, ale (prawie) ci sami bohaterowie. Jest więcej krwi, troszkę bluzgów oraz porąbanych pomysłów realizacyjnych. Zupełnie jakbym oglądał teledysk czy grę komputerową (scena walki jeden na jeden żywcem wzięta z jakiejś bijatyki): pojawiające się napisy, sceny retrospekcji dotyczące naszych złoli, w tle wpleciona muzyka z lat 70. i 80. (m.in. Focus, Jefferson Airplane czy Tangerine Dream), popkulturowe odniesienia w dialogach (bo nastolatkowie oglądają stare filmy i uczą się z nich) oraz groteskowe sceny zgonów. Wszystko w bardzo krzywym zwierciadle, z chwilami na złapanie oddechu oraz przewrotnym finałem.

W zasadzie mam jeden poważny problem, bo całość jest aż za bardzo przerysowana, szalona i chcąca być cool. W paru momentach jest tego aż za dużo, przez co można wybić się z seansu. I tylko dlatego dwójka jest filmem utrzymującym poprzednika, ale go nie przebijającym. Aktorzy wydają się wiedzieć, w co weszli i bawią się świetnie na planie, balansując między powagą a zgrywą. Ale czego kompletnie się nie spodziewałem, to pojawienie się Samary Weaving pod sam koniec jako cameo. Zaś starzy znajomi (m.in. Judah Lewis, Bella Thorne i Robbie Amell) nie sprawiają wrażenia znudzonych.

Druga „Opiekunka” nie jest w żadnym wypadku odgrzewanym kotletem, ale równie szaloną, zabawną, krwawą komedią dla nastolatków. Prosta, bezpretensjonalna zabawa konwencją jakiej troszkę na dzisiejsze czasy potrzebujemy.

7/10

Radosław Ostrowski

Antebellum

Są takie filmy, gdzie mamy tak naprawdę dwie historie wciśnięte do jednego worka. Na przykład, gdzie wszystko zaczyna się jak dramat historyczny. Jesteśmy gdzieś w XIX-wiecznym Południu USA na plantacji założonej przez armię Konfederatów. Wśród przebywających tu czarnoskórych osób jest kobieta o imieniu Eden. Kobieta wiele razy próbowała uciekać, ale zawsze kończyło się porażką. Po pewnej imprezie Eden zapada w sen i… okazuje się, że jest żyjącą współcześnie socjolożką oraz żoną i matką. A może to tylko sen?

Dziwny to film, który w założeniu miał być horrorem. Sama pierwsza scena, gdzie mamy mastershot pokazujący całą plantację wygląda imponująco. Groza wynika tutaj z bycia traktowanym jak przedmiot z powodu innego koloru skóry. Tylko, że temat niewolnictwa ostatnimi czasy jest już tak wałkowany przez filmowców z USA, iż można się nad jednym zastanowić: co można nowego powiedzieć dziś na ten temat? W zasadzie niewiele, bo psychiczne i fizyczne znęcanie się jest znane. Trudno znaleźć coś przerażającego czy szokującego w tej materii. To już znałem. Ale sama koncepcja umieszczenia ludzi w tej plantacji (czyli umieszczanie w niej osób… współczesnych) brzmi bardziej niedorzecznie niż w filmach Jordana Peele’a. Wyjaśnienie dostajemy w trzecim akcie, kiedy w poprzednich najpierw trafiamy na plantację, a potem do domu Eden/Veroniki. Tam spędzamy większość czasu, a w trakcie seansu zadawałem sobie pytanie.

Czy to co widziałem, było tylko snem przeszłości (plantacja), czy może sceny współczesne to wizja przyszłości? I tak zacząłem się zastanawiać, ale sama historia oraz postać bohaterki kompletnie mnie nie interesowały. Bo w zasadzie mamy krótki fragment wykładu, wywiad oraz pogaduszki z napaloną redaktorką przy kości. Oraz balowanie w nocy (na krótko). Nic z tego kompletnie nie wynika, postacie są płaskie i pozbawione charakteru, zaś aktorzy nie bardzo mają co wyciągnąć ze scenariusza.

„Antebellum” poza realizacją (zdjęcia są miejscami wręcz bardzo malarskie), muzyką w duchu Bernarda Herrmanna oraz kilkoma znajomymi twarzami (Janelle Monae i Eric Lange) rozczarowuje. Nie wie czym chce być, a zespolenie dwóch różnych gatunków przynosi spore rozczarowanie.

4/10

Radosław Ostrowski

Chłopaki – seria 2

Po zdarzeniach z pierwszego sezonu, nasi Chłopacy mają przejebane. Próba pokonania Siódemki z Vought skończyła się totalną porażką, mimo odkryciu kilku potencjalnie niebezpiecznych dla korporacji faktów. Rzeźnik oddziela się od grupy i odkrywa, że jego teoretycznie martwa żona nie jest martwa. Mało tego, ma dziecko z Ojczyznosławem i może on mieć supermoce. Hughie, Franzucik i Cycuś Glancuś (straszna szkoda, że w drugim sezonie zostawiono oryginalne ksywy 😊) ukrywają się bez żadnego planu, ścigani przez policję. A dziewczyna Hughie’ego – superbohaterka Starlight – jest coraz bardziej na granicy zdemaskowania. Czy może być jeszcze gorzej, w świecie pełnym skorumpowanych superbohaterów? Do Siódemki zamiast skompromitowanego Głębokiego dołącza Stormfront, a do miasta przebił się superzłoczyńca. Jak sobie z tym wszystkim poradzi nasza ekipa?

Pierwszy sezon „Chłopaków” to bezpardonowa, brutalna jazda po bandzie, pokazująca możliwie realistyczną wizję świata, gdzie superbohaterowie istnieją naprawdę. I są też narzędziami biznesowymi w rękach korporacji medycznej. Zaś jej cele są zdobyciem większej władzy oraz kontroli, choćby dołączając naszą superekipę do wojska oraz wstrzyknięcie jak najwięcej osobom związku V. nadal mamy tutaj intrygę niejako toczącą się dwutorowo: Chłopaki oraz korporacja Vought i jej Siódemka pod wodzą Ojczyznosława. Cele są jasne, ale pojawienie się nowych postaci rozszerza ten świat. Pojawia się Kościół Odnowy (odpowiednik scjentologów), która pozwala bohaterom poprawić swój wizerunek. Jest działająca pani senator, działająca w komisji na celu wykazania ciemnej strony korporacji. Także relacja między pseudo-Supermanem a nieznanym wcześniej synem jest bardzo istotna. Z jednej strony pokazuje troszkę inną twarz bohatera, bardziej ludzką i zdolniejszego do czegoś więcej. Z drugiej pokazuje jeszcze bardziej bezwzględne działanie korporacji, nie potrafiącej trzymać swoich ludzi na smyczy.

Co najbardziej mnie zaskoczyło to sporo scen, gdzie poznajemy przeszłość kilku ważnych postaci: Rzeźnika, Francuzika oraz Kimiko, choć nadal pozostaje niemową. I te momenty, zwłaszcza przeszłość najbardziej pokręconego bohatera potrafi poruszyć. Udaje się twórcom zbalansować zarówno momenty dialogu i retrospekcji z akcją, która wygląda lepiej niż w poprzedniej serii. Nie ma tutaj chaotycznego montażu, ale nadal jest krwawo, brutalnie i… szokująco. A jednocześnie z czasem szaloną fantazją (wjazd na walenia – bezcenny). Ostrze satyry miesza się z brutalnym pokazaniem bezwzględnego świata korporacji. Ta jest w stanie wykorzystać każdy element życia prywatnego do kapitalizacji swoich herosów oraz ukrywa masę tajemnic, których wyjawienie może zagrozić. Ale ta sama korporacja ma świetnych PR-owców, dzięki czemu wychodzi z każdych opałów z twarzą (scena przesłuchania w senacie, zakończona w bardzo makabryczny sposób czy zakończenie). Daje to także bardzo silną podbudowę do nowej serii, gdzie będzie się działo. Mimo pozornego happy endu, gdzie udaje się bohaterom częściowo osiągnąć cel.

Zagrane jest to jeszcze lepiej i czuć silniejszą, głębszą chemię miedzy Chłopakami, chociaż nie od razu. Karl Urban (Rzeźnik) oraz Antony Starr (Ojczyznosław) są rewelacyjni, niejako tworząc dwie strony tej samej monety. Obaj z wielkim ego, pełni kompleksów oraz skrywanych demonów skupiają swoją uwagę do samego końca, podejmując wręcz niespodziewane decyzje. Każdy tutaj gra przynajmniej bardzo dobrze, potwierdzając swoja wysoką formę i trudno mi wskazać kogoś, kto ciągły ten serial w dół. Nawet nowa w ekipie, czyli Stormfront (niesamowita Aya Cash) kradnie wielokrotnie scenę, zaś jej przeszłość oraz motywacja działały na mnie jak cios obuchem.

Jestem absolutnie zachwycony drugą serią „Chłopaków” i bardzo czekam na ciąg dalszy tej bezpardonowej walki z superherosami. Twórcy nie biorą jeńców, serwując kolejną, niepoprawną politycznie jatkę, pokazującą bardziej mroczną stronę bycie herosem, będąc tak naprawdę niewolnikiem swojego wizerunku, kompleksów oraz firmy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski