Chrzest

Marcin Wrona to jeden z tych reżyserów, który odszedł zbyt szybko i dopiero zaczynał się rozkręcać jako filmowiec. Co pokazał skręcającemu w kierunku horroru „Demonowi”, który był ostatnim filmem. O nim już pisałem, więc zdecydowałem się sięgnąć po poprzednika, czyli „Chrzest” z 2010 roku.

Pozornie całość zaczyna się jak dramat, który skupia się na dwóch kumplach. Michał (Wojciech Zieliński) mieszka w Warszawie razem z żoną (Natalia Rybicka) oraz świeżo urodzonym dzieckiem. Prowadzi firmę produkującą szkło i szykuje się do chrztu niemowlaka. Wtedy go odwiedza dawny kolega Janek (Tomasz Schuchardt), który dopiero skończył służbę w wojsku. Pojawia się w domu Marcina, który chce by został ojcem chrzestnym jego dziecka. Ale im dalej w las, tym bardziej Janek zaczyna zauważać, że to spokojne i zamożne życie jest tylko fasadą. Bo nasz stabilny pan biznesmen – tak jak Janek – był powiązany z półświatkiem, jednak za zerwanie płaci poważną cenę. Ten tydzień zmieni życie obu mężczyzn.

I już od pierwszych scen widać, że „Chrzest” jest bardzo surowo wykonanym kinem. Od kręconych z ręki, niemal dokumentalnej formy wizualnej oraz stonowanej kolorystyce aż po masę scen nagle uciętych z masą wydarzeń poza kadrem. Jesteśmy rzuceni w całą opowieść razem z Jankiem i zaczynamy powoli odkrywać, jaką tajemnicę skrywa Marcin. A wszystko wokół chrzcin jest przygotowanym planem oraz w jakiej pułapce się znajduje mężczyzna. Do tego stopnia, że w zasadzie wydaje się być pozbawionym własnej woli, każdego dnia walcząc o przetrwanie. Sporo jest tutaj momentów ciszy i niedopowiedzeń, a także pozornie niepowiązanych ze sobą momentów: od nagłego ataku Marcina na grupę młodzików po wizytę u weterynarza.

Z drugiej strony pojawia się gangsterka w postaci „Grubego” (kradnący ekran Adam Woronowicz), który robi swoje gangsterskie rzeczy. Czyli prowadzi knajpę, chodzi elegancko ubrany i towarzyszy mu grupka młodocianych sługusów (Krzysztof Czeczot, Paweł Tomaszewski oraz – najmniej pasujący – Michał Koterski), a nawet zabija jednego z dłużników. Przemoc tu jest gwałtowna, nagła oraz bardzo brutalna. Za to sporym problemem (poza upchnięciem tej historii do półtorej godziny) jest sprowadzenie żony Michała do pozostającej w nieświadomości kobiety oraz obiektu pożądania. „Chrzest” jest zdecydowanie męskim kinem o przyjaźni, lojalności, która jest poddana najciężej próbie.

Co czyni film bardziej strawnym to elektryzujący duet Wojciech Zieliński/Tomasz Schuchardt. Ten pierwszy wydaje się bardzo spokojny, pogodzony ze swoim losem i zachowujący opanowanie. Jednak gdzieś podskórnie w spojrzeniu widać strach, niepewność. Z kolei ten drugi sprawia wrażenie dużo młodszego, niedojrzałego, który musi zdecydować między lojalnością wobec przyjaciela a lojalnością wobec gangu, do którego należał. O wiele bardziej emocjonalny i mniej panujący nad sobą, jednak z czasem podejmuje kolejne trudne decyzje.

Bez tej dwójki „Chrzest” byłby kolejnym, na siłę udziwnionym dramatem obyczajowo-gangsterskim, niepozbawionym symboliki. Początek mocno dezorientuje, jednak z czasem Wrona zaczyna kleić to wszystko, kończąc mocnym uderzeniem. Kawałek niezłego kina, ale najlepsze od reżysera miało dopiero nadejść.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Święty interes

Maciej Wojtyszko to jeden z bardziej znanych twórców, znany głównie z powieści dla dzieci („Bromba i inni”, „Tajemnica szyfru Marabuta”) jak i reżyserii w Teatrze Telewizji. O autorskich sztukach teatralnych oraz serialach nawet nie wspominam. Tworzył też filmy fabularne, choć rzadko i niewiele. Ostatni takim tytułem jest nakręcony w 2010 roku „Święty interes”, który spotkał się z dość chłodnym odbiorem.

Punkt wyjścia tej komedii wydaje się prawdziwym samograjem. Bohaterami są dwaj bracia tak różni jak tylko to możliwe: Leszek (Piotr Adamczyk) mieszka w Szwecji razem z egzotyczną żoną (Patricia Kazadi) oraz prowadzi firmę sprzątającą, zaś Janek (Adam Woronowicz) ma problemy ze znalezieniem pracy, za bardzo lubi hazard i przez to wisi kasę niejakiemu Borysowi (Mariusz Bonaszewski). Nie widzieli się od dawna, ale znowu się zejdą. Bo nic tak nie scala dawno nie widzianych członków rodziny jak… pogrzeb. Ich ojciec nie zostawił zbyt dużego spadku, bo tylko stodołę oraz jej zawartość. Czyli raczej nie za wiele. Poza starym autem marki Warszawa, który – według plotek – miał należeć do samego Jana Pawła II oraz miało doprowadzić do cudów. Brzmi jak okazja do łatwego zarobku.

Wojtyszko próbuje zrobić komedię zawierającą elementy satyry na religijność oraz dewocjonaliów. Czyli łatwego zbicia kapitału na nowych „relikwiach” i przekonaniach maluczkich. Jednak reżyser nie chce być pełnym złośliwości satyrykiem, dlatego całość opiera się na średnio zabawnych gagach oraz wieloma wątkami pobocznymi, które rozwadniają tą historię. Niby jest tu portretowana galeria mieszkańców wsi: od ambitnego politycznie sołtysa Dujnika (najlepszy z obsady Tomasz Międzik), niezbyt lotnego Waldka Szostaka (Arkadiusz Smoleński) z reputacją syna zabójcy czy nauczycielki angielskiego, Anny Walaszek (Dorota Landowska). Tylko, że jako całość zwyczajnie się to nie klei i wydaje się zbyt znajoma. A jeszcze ten wątek coraz bardziej zgrzytającego małżeństwa Leszka, który jest prowadzony na serio i wydaje się wyrwany z zupełnie innej opowieści. Sytuację ratuje przewrotne zakończenie (choć troszkę bajkowe), ale dla mnie to niewystarczająco.

Chciałoby się powiedzieć, że „Święty interes” mógłby być dobrym interesem, ale Wojtyszko wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle. Chciał jednocześnie pokazać pewne mentalne wady oraz zachować życzliwość wobec swoich postaci, co ostatnie nie do końca zagrało. W prostych słowach: niewykorzystany potencjał.

5/10

Radosław Ostrowski

Zamach na papieża

Czasy się zmieniają, a Władysław Pasikowski niekoniecznie. Konsekwentnie tworzy szeroko rozumiane kino sensacyjne w starym stylu. Po trzeciej części „Psów”, teraz reżyser wraca z mieszanką sensacji oraz politycznego thrillera. Czyli jak miało dojść do „Zamachu na papieża” znanej też (przynajmniej tutaj) jako operacja „Paproch”.

Bohaterem film jest emerytowany kapitan wywiadu Konstanty „Bruno” Brusicki (Bogusław Linda). Więcej czasu spędza na wędkowaniu, ciszy i spokoju. Pewnie by to tak trwało, gdyby nie nowotwór. W najcięższym stadium, bez szans na operację oraz parę miesięcy życia. Więc Bruno wyrusza na prowincję, kupuję dom oraz wprowadza się z prostytutką „Bianką” (Karolina Gruszka), by spędzić ostatnie chwile życia. Jednak rzeczywistość ma wobec niego zupełnie inne plany. Pewnego dnia pojawia się u niego dawny przełożony, pułkownik Szymurek (Ireneusz Czop) i jego kolega, Władeczek (Dobromir Dymecki) – mają dla niego zadanie. Padł rozkaz zabicia Jana Pawła II z Kremla, zaś wykonawcą jest Turek Ali Agca. Bruno ma zabić zamachowca po wykonaniu wyroku. Niechętnie i pod wpływem szantażu zgadza się. Powoli zaczynają się przygotowania.

Idąc na ten film mniej więcej wiadomo czego się spodziewać. Czyli akcji, napięcia oraz komplikującej się intrygi. Jednocześnie jest to film zaskakująco powolny oraz melancholijny, w niczym nie przypominającym poprzednich dokonań reżysera. Mocno osadzony w realiach początku lat 80., gdzie większość ludzi marzy o ucieczce z tego kraju, ale nie wszyscy mogą sobie na to pozwolić. A także działań służb specjalnych, zawsze działających w bezwzględny sposób.

Intryga i przygotowania do zamachu to jeden z elementów tej historii, bo wątków pobocznych jest sporo. Sam pobyt w małym miasteczku ma parę ciekawych wątków jak m.in. seryjny morderca dzieci, co wyrzuca ciała do rzeki czy pierwszego sekretarza (Adam Woronowicz), lubiącego mocno dać w palnik. Mogą one wydawać się zapchajdziurą, jednak nawet tutaj Pasikowski trzyma wszystko w ryzach. Technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić. Zdjęcia są bardzo ładne, scenografia (szczególnie w miejscach poza miasteczkiem) robi wrażenie detalami, zaś w tle przygrywa nostalgiczno-jazzowa muzyka Daniela Blooma (bardzo przypominająca brzmienia Michała Lorenca).

A wszystko z bardzo mocną obsadą. Bogusław Linda nie zawodzi w roli zmęczonego, cynicznego Bruna z wyrzutami sumienia oraz twardymi zasadami. To nadal jest jeden z tych aktorów, który potrafi wyrazić wiele bez słów. Pozorny stoicki spokój skrywa wiele: od gniewu aż po żal i wyrzuty sumienia. Dla mnie film skradli Ireneusz Czop z Dobromirem Dymeckim, czyli duet oficerów wywiadu z najlepszymi tekstami oraz dodając odrobiny (czarnego) humoru, a także dobry Wojciech Zieliński w roli lokalnego aptekarza. Jest jeszcze czarująca Karolina Gruszka, będąca tutaj partnerką Bruna i nawet ta dynamika intryguje.

Pasikowski wraca do formy i „Zamachem na papieża” tworzy swój najlepszy film od paru lat. Świetnie napisany, zagrany, z mocnymi dialogami, niepozbawiony krwawych scen oraz paru niespodzianek w tle. Niby jest znajomo, ale jakby inaczej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Teściowie 3

Chyba nawet sam dramaturg Marek Modzelewski nie spodziewał się, że jego teatralny „Wstyd” i jego kinowa adaptacja w postaci „Teściów” wywoła taki ferment. Lekko satyryczne zderzenia mentalności „Warszawki” z Podlasiem na ślubie ich dzieci potrafi rozbawić, ale też ostro potraktować hipokryzję i puste przywiązanie do tradycji. Sukces był tak duży, że powstała kontynuacja, jednak zmiana reżysera mocno odbiła się na jakości. Jednak przy części trzeciej wraca reżyser Jakub Michalczuk i forma też jakby jest lepsza.

W „trójce” już tym razem ślubu nie będzie, bo już był. Do tego jeszcze panna młoda już zaciążyła i razem z mężem mieszkają w Niemczech. Ale teraz wracają młodzi, rodzice panny młodej – Wanda z Tadeuszem (Iza Kuna i Adam Woronowicz) oraz matka pana młodego, Małgorzata (Maja Ostaszewska). Już z mężem nie są razem, więc kobieta przyszła razem z przyjaciółką, Grażynka (Magdalena Popławska). Ku jej zaskoczeniu pojawia się także jej dawny partner, Andrzej (Marcin Dorociński) z Australii. Razem z… synem. Po co spotyka się cała rodzinka? Na urodzinach najmłodszego członka rodziny oraz… jego chrzcinach. A to staje się dla Małgorzaty prawdziwą iskrą w prochu.

Reżyser wraca do zderzenia dwóch przeciwstawnych światów, gdzie baty są serwowane obydwu stronom. I już od samego początku, gdzie mamy podobne długie ujęcie prowadzące na naszych gospodarzy przez kuchnię, czuć pewną świeżość. Znowu wracamy do tradycji i skrytych pozorów skonfrontowanych z tak szerokim otwarciem się na świat (wiedza o chorobach psychicznych oraz przyczynach, wiara w różne talizmany), że doprowadza to do totalnych idiotyzmów. Te spięcia (zwłaszcza wobec pań) mają w sobie tą znaną ostrość poprzedników. Ale jest w tym wszystkim zaskakująco sporo bardziej refleksyjnej nuty. Szczególnie widać to w wątku Andrzeja, który zaczyna (przynajmniej takie sprawia wrażenie) dojrzewać do ogarnięcia się. Jeszcze jest tu zamknięty w sobie Tadeusz, odkrywający paskudną tajemnicę Wandy, z którą będzie musiał się zmierzyć. W ogóle ostatnie 30 minut to najintensywniejsza farsa, jaką widziałem od dawien dawna, z masą przewrotek i zakrętów oraz bardzo satysfakcjonującego zakończenia.

A wszystko jest absolutnie rewelacyjnie zagrane. Ostaszewską z Kuną drą łacha tak mocno, że się już bardziej nie da, wycofany Woronowicz nadal budzi mnóstwo sympatii, zaś wracający Dorociński ma w sobie masę uroku. Wspólne sceny obu panów wywołują wiele śmiechu, także doprowadzając do najbardziej widowiskowej sceny filmu. Do tego miksu jeszcze wrzuceni zostają bardzo energiczny Wojciech Mecwaldowski (właściciel knajpy Marek Vajs) oraz niezawodna Magdalena Popławska (neurotyczna Grażyna), dodający sporo świeżej energii.

Trzecie spotkanie z „Teściami” jest powrotem do dobrej dyspozycji, choć muszę przyznać, że jest bardziej refleksyjna i skupiona na postaciach niż humorze. Nadal jest to inteligentna rozrywka, zrobiona z dużym wyczuciem, masą energii oraz cudownym aktorstwem. W zasadzie domyka całą serię, aczkolwiek nie miałbym nic przeciw kolejnej części.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wujek Foliarz

Dawno, dawno temu pojawiła się krótka historia o pewnym starym, co był fanatykiem wędkarstwa. Adaptacja creepypasty Malcolma XD wywołała spore poruszenie i zachwyt, więc sięgnięto po inne dokonania tego autora jak „Emigracja xD”. Teraz pora na kolejną creepypastę oraz niejako kontynuację „Fanatyka”.

Pamiętacie Kubę (Mikołaj Kubacki)? Trafił na terapię po aresztowaniu za posiadanie zbyt dużej ilości dragów. Udaje mu się nawet poznać fajną dziewczynę i jest plan, by wyruszyć razem do Włoch. Problem w tym, że chłopak zostaje porwany. Nie pomoże mu Liam Neeson czy inny heros kina akcji, bo trafia na totalne wygwizdowo. Odebrany mu zostaje telefon, dowód oraz kasa. A gdzie się znajduje? U równie pokręconego wujka Jerzego (Adam Woronowicz), co ma kompletnego zajoba na punkcie wszelkich teorii spiskowych. Do tego prowadzi własną telewizję Prawda TV i ma obsesję na punkcie burmistrza, którego chce dopaść. Pomaga mu w tym „Pułkownik” (Andrzej Grabowski) – wielki fan Fidela, sprawnie obsługujący komputer „Szybki” (Michał Sikorski) oraz mocno skręcająca ku ezoteryzmowi Barbara (Katarzyna Figura). Kuba ma pomóc w udowodnieniu sfałszowania wyborów, a w zamian odzyska swoje rzeczy. Jest jeszcze jedna komplikacja, czyli była dziewczyna Gosia (Kamila Urzędowska).

Za „Wujka Foliarza” odpowiada Michał Tylka, czyli reżyser „Fanatyka” i wydaje się być wszystko na miejscu. Bardzo przerysowana galeria ekscentryków, co żyją przeszłością oraz swoim obsesjami, których można bardzo łatwo obśmiać. Z drugiej jest nasz Kuba, zderzony z tym pokręconym światem, ale też ciągle uciekający. I nawet on nie jest gotowy na to, co się zdarzy. Bo jest tu i romans, i spisek (o dziwo nie urojony), potencjalna katastrofa ekologiczna oraz spora szansa, że – cytując wuja – to wszystko pierdolnie. Ale reżyserowi udaje się ten koktajl gatunkowy, choć w trzecim akcie puszcza hamulce i jedzie w najbardziej absurdalne rewiry. Ale pod tym wszystkim kryje się o wiele bardziej sympatyczna opowieść o sile rodziny (jakakolwiek by ona nie była) rodzinie, przyjaźni.

Technicznie „Wujek foliarz” prezentuje się naprawdę solidnie. Najbardziej wyróżnia się scenografia: od samego wyglądu bunkra niczym z taniego filmu SF po rekwizyty z dawnych czasów. Także praca kamery ze sporą ilością mastershotów robi wrażenie oraz muzyka niczym z heist movie dodają do specyficznego klimatu. Do tego równie dobrze dopasowane piosenki i bardzo płynny montaż sprawiają, że ogląda się film z przyjemnością. ALE czasami ten nadmiar wątków nie zawsze udaje się utrzymać w ryzach i parę żartów jest zbyt powtarzalnych. Szczególnie postać „Pułkownika” i „Szybkiego” cierpią na tym najmocniej. Choć ciekawym zabiegiem jest dodanie napisów na ekranie, kiedy wypowiada się postać grana przez Grabowskiego.

Sytuację za to ratuje obsada. Mikołaj Kubacki cholernie dobrze się odnajduje w tym szaleństwie. Jego reakcje wydają się naturalne, tak jak jego ewolucja i wyrastająca pewność siebie. Zgrabnie ten mix uzupełnia Michał Sikorski („Szybki”), urocza Kamila Urzędowska czy pojawiający się na chwilę Dariusz Kowalski (ta czarna fryzura jest niezapomniana!!). Ale i tak całość kradnie Adam Woronowicz w roli tytułowej – absolutnie szalony wujek, co wierzy we wszystkie szalone bzdury. Jednocześnie jest w nim pewne poczucie wspólnoty i czasem potrafi zaskoczyć.

Więc jaki jest ten „Wujek foliarz”? Na pewno nie tak intensywny i szalony jak „Fanatyk”, zdarza mu się mocno zwolnić oraz zgubić tempo. Niemniej to jedna z lepszych polskich komedii ostatnich lat, dająca więcej frajdy niż się można było spodziewać.

6/10

Radosław Ostrowski

Biała odwaga

Dotykanie tematów przemilczanych czy niewygodnych nigdy nie jest łatwe. W konsekwencji może on albo doprowadzić do kontrowersji czy skandalu albo oskarżeń o wykorzystywanie tematu do eksploatacji w najbardziej prostacki sposób. Były pewne obawy wobec nowego filmu Marcina Koszałki, gdyż dotyczył on kolaboracji górali z Niemcami podczas II wojny światowej. Kwestia niewygodna, do tej pory stanowiąca spore tabu i mogłaby stanowić mocny akt oskarżenia. Jednak reżyser idzie inną ścieżką.

Jesteśmy w samiuśkich Tatrach, gdzie mieszkają dwie rodziny: Zawratów i Wetulów. Jeden z synów, Jędrek (Filip Pławiak) to taternik i alpinista, kochający się w Bronce (Sandra Drzymalska). Niestety, jej rodzicom nie bardzo to odpowiada, bo jest dla nich bardziej miastowy niż gazda. Dlatego chcą, by ich córkę poślubił Maciej (Julian Świeżewski) albo ślubu nie będzie. Ślub jednak musi się odbyć, bo inaczej ziemia Zawratów zostanie zabrana przez wierzycieli. W końcu nasz góral porzuca swoje strony i zamieszkuje w Krakowie. Tam poznaje niemieckiego alpinistę Wolframa von Kamitza (Jakub Gierszał), który chce wziąć Jędrka jako przewodnika po górach. Jednocześnie Niemiec wierzy, że górale pochodzą ze starogermańskiego plemienia Gotów. Wkrótce wybucha wojna, a Niemcy chcą pozyskać górali jako sojuszników, proponując im wiele korzyści.

Na pierwszy rzut oka „Biała odwaga” jest melodramatem z historią w tle. Bo niejako kośćcem głównego wątku jest skomplikowany trójkąt miłosny. Teoretycznie, bo im dalej w las, tym bardziej Koszałka próbuje złapać kilka srok za ogon. Kolaboracja górali z Niemcami, przyjaźń Jędrka z von Kamitzem, zwerbowanie (siłą) górali do Wehrmachtu, partyzanci zabijający kolaborantów, wreszcie wkroczenie Armii Czerwonej. Dużo się tu dzieje, oj dużo. Jak na dwie godziny, wręcz za dużo, przez co reżyser bardzo gubi się w tej narracji. Przeskakuje z postaci na postać, a także w czasie, przez co film wydaje się rwany i chaotyczny. Muszę przyznać, że twórcy próbują zrozumieć motywacje postaci, tylko ci bohaterowie są strasznie jednowymiarowi. Choć nie brakuje dramatycznych i mocnych scen (atak partyzantów, rozmowa majora UB czy przywitanie gubernatora), nie mówiąc o zachwycających zdjęciach górskich, „Biała odwaga” wywołała we mnie jedno uczucie: obojętność.

Technicznie nie jestem w stanie się do czegokolwiek przyczepić. Zdjęcia są świetne, co akurat nie dziwi – Koszałka jest przede wszystkim operatorem filmowym. I to widać, nie tylko w pokazywaniu krajobrazów. Scenografia, kostiumy i wszelkie sceny, gdzie wykorzystane są góralskie tradycje, przyśpiewki itp. stoją na wysokim poziomie. Tak samo dialogi pełne gwary (dla takich ceprów jak ja użyto napisów) sprawiają wrażenie wiarygodnych. Tylko sposób przedstawienia tej historii kompletnie mnie nie porwał.

Chciałbym móc wam polecić „Białą odwagę”, bo film ma coś ciekawego do opowiedzenia na temat kwestii przemilczanej przez lata. Problem jednak w tym, że reżyser próbuje upchnąć tyle rzeczy w tej opowieści, że z czasem rozwadnia się i traci jakikolwiek emocjonalny ciężar. Nie mogę pozbyć się wrażenia niewykorzystanego potencjału, co jest szczególnie bolesne. Wielka szkoda.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Teściowie 2

Jak dobrze wiemy, bardzo rzadko zdarzają się udane kontynuacje. Najczęściej to łatwiejszy skok na kasę w imię prastarej zasady „więcej, mocniej, bardziej”, bo skoro coś się dobrze sprzedało raz, można zrobić to znowu. Więc czy był sens dalszej historii „Teściów”, czyli jak (nie doszło) do ślubu młodych przez ich rodziców z dwóch różnych światów.

Teraz mamy drugie podejście, bo młodzi (Łukasz i Weronika) są zdeterminowani, uparci, szaleni. Naprawdę chcą się chajtnąć, a tym razem uroczystość ma mieć miejsce… nad morzem. Na plaży przy hotelu, już za swoje pieniądze. Więcej przyjeżdżają przyszli teściowie, co zwiastuje zderzenie czołowe: prowincjusze Wanda i Tadeusz (Izabela Kuna i Adam Woronowicz) oraz reprezentująca inteligencję Małgorzata (Maja Ostaszewska) z mamusią (Ewa Dałkowska). Na czym polega myk? Kobieta rozstała się z Andrzejem (ten ma się pojawić później) i na ślub przybywa w towarzystwie młodszego Jana (Eryk Kulm) – kolegi z pracy. Wszystko dwa dni przed ceremonią, więc co może pójść nie tak?

Za drugą część tym razem odpowiada Kalina Alabrudzińska i na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło. Nadal siłą humoru jest kontrast między inteligencją a wsią, co daje odrobinę śmiechu. Szczególnie wobec bardzo poczciwego Tadeusza, który pierwszy raz jest w hotelu i widzi osoby z innych krajów oraz… koloru skóry. No i nie byłby sobą, gdyby tego nie skomentował, co czasami wywoływało we mnie ciarki żenady. Tutaj bardziej skręcamy ku komedii stricte, nawet idąc ku farsie (pojawienie się „stalkera”), ALE to nie ma tej siły rażenia jak „jedynka”. Nie czuć tutaj takiego wrzenia oraz coraz nasilającego się napięcia, zaś gagi z czasem stają się powtarzalne. A nawet finałowa mowa Małgorzaty była dla mnie zbyt dosłowna i niekomfortowa w oglądaniu.

Sama lokacja wnosi świeżego powietrza i zahacza klimatem o „Biały Lotos” (te szklane pokoje, masaże), co ładnie wygląda w obrazku. Najbardziej jednak mnie zaskakiwało to skupienie na postaciach, głównie naszych paniach. Obie, choć z różnych środowisk, mają ze sobą więcej wspólnego niż się wydaje. Iza Kuna i Maja Ostaszewska fantastycznie wygrywają (przez większość czasu) swoją tłumioną seksualność, samotność oraz ciągłą potrzebę zaspokajania potrzeb innych niż własne. Co dodaje – ku mojemu własnemu zaskoczeniu – ciężaru emocjonalnego, wybrzmiewając najmocniej. Nadal także błyszczy Adam Woronowicz, czyli bardzo wycofany Tadeusz. Może i ma bardzo archaiczne przekonania (oraz rzuca najbardziej żenujące teksty), ale nadal potrafi wywołać sympatię swoją poczciwością. Niejako w cieniu pozostaje Eryk Kulm jako młody partner Małgorzaty, jednak ma kilka momentów i okazuje się solidnym wsparciem.

Druga część „Teściów” jest dla mnie, niestety, sporym rozczarowaniem. Strasznie wtórny, powtarzalny, choć nadal jego siłą pozostają wyraziści bohaterowie. Aktorstwo ciągnie ten film wyżej, choć balans między humorem a zażenowaniem jest silnie zaburzony. ALE jest bardzo silna sugestia, że będzie część trzecia i może uda się odzyskać moje zaufanie.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Pakt – seria 2

Po wydarzenia z pierwszej serii Piotr Grodecki (Marcin Dorociński) przeniósł się do Katowic i redakcji „Tygodnika”. Nie oznacza jednak, że zrezygnował z opisywania afer oraz polityki. Tym razem trafia na seksaferę związaną z ministrem gospodarki Janiakiem, jednak ofiara – asystentka polityka, Natalia (Magdalena Berus) – boi się o tym mówić. Ale dziennikarzowi udaje się przekonać ją i to doprowadza do destabilizacji rządu. W konsekwencji zostają rozpisane przyspieszone wybory. Cztery miesiące później w kopalni „Brygida” dochodzi do wybuchu i ginie 36 górników. Prezydent miasta Bytomia Anna Wagner (Magdalena Popławska) oskarża premiera o odpowiedzialność za katastrofę i ignorowanie sygnałów. Kobieta dołącza do stworzonej przez Dariusza Skalskiego (Adam Woronowicz) partii Odnowa.

Niby wszystko wydaje się nie mieć zbyt wiele ze sobą wspólnego, ALE… Grodecki w tajemnicy spotyka się z Wagner. I to jest pierwszy łącznik, a drugim jest otrzymana wiadomość z anonimowego źródła. Z tego wynika, że cała seksafera oraz dymisja Janiaka była ukartowana. Kto zmanipulował dziennikarza i jakie jest tu drugie dno? Grodecki próbuje dociec.

Drugi sezon tym razem zrealizowany został przez reżysera Leszka Dawida i tym razem jest to historia oryginalna, nie podparta na licencji. Tutaj już bardziej skupiamy się na politycznych gierkach, podchodach, kantach oraz wszelkich innych nieczystych zagrywkach. Wszystko w jednym celu i jednym celu wszystko: władzy. Dla niej można posunąć się do wszystkiego, nawet do morderstwa. I tak jak poprzednio mamy kolejną intrygę, która jest odkrywana powoli, po drodze serwując wiele trupów, tajemnic i zmiennych. Znowu mamy spisek ludzi na styku polityki, biznesu i służb specjalnych, jednak tutaj bardziej czuć klimat… „House of Cards”. Przesadzam? Troszeczkę, bo jednak nasz bohater bardziej przypomina superherosa, co niemal z każdej sytuacji wychodzi za pomocą sprytu lub szczęścia. No i świat brudnej, nieczystej polityki, gdzie trzeba szybko się uczyć jak przetrwać i walczyć. Tylko czy walka o władzę za wszelką cenę jest jedynym sposobem?

Nadal zachowany jest taki szaro-bure kadry z paroma nieostrymi ujęciami oraz pulsującą, elektroniczno-ambientową muzyką. Zdarzają się pewne problemy z uchwyceniem dialogów, lecz nie tak częste jak w poprzedniku. O wiele bardziej za to wypada montaż. I nie chodzi tylko o sceny dialogów czy rozmów, ale choćby użycie montażu równoległego, szybkich cięć, pokazywania (na ekranie, który nie jest monitorem) redagowanego tekstu czy szybkich zbitek z fragmentami rozmów dziennikarzy, zdjęć, tekstów. To o wiele urozmaicało seans.

Mieszanka starych znajomych z nowymi postaciami jest wręcz piorunująca. Dorociński nadal trzyma fason, ale to wyga i trudno mu nie kibicować. Tak samo solidnie się prezentuje Witold Dębicki (Andrzej Bitner), Mariusz Bonaszewski (premier Kostrzewa) czy świetny Adam Woronowicz (Dariusz Skalski). Ten drugi zostaje pogłębiony jako pozornie opanowany i spokojny, ale też doświadczony weteran zagrywek politycznych.

Najjaśniejszym nowym punktem obsady – przynajmniej dla mnie – była rewelacyjna Magdalena Popławska jako Anna Wagner. Lokalna polityk, której bliżej jest do idealistki z zasadami i zostaje zderzona z brutalnymi, bezwzględnymi zagrywkami, próbując zachować twarz. A nie jest to łatwe zadanie, gdy odkrywa kolejne brudy oraz jak głęboko sięga cały układ. Równie mocna jest Kinga Preis, czyli przełożona Piotra, Olga oraz Roman Gancarczyk w roli tajemniczego oficera ABW. Pojawiają się kolejne znajome twarze o różnym stopniu znaczenia, ze szczególnym wskazaniem na Łukasza Simlata (Sebastian Malik), Zbigniewa Zamachowskiego (Roman Hanus) i Borysa Szyca (właściciel Tygodnika, Łukasz Seidler).

Drugi sezon „Paktu” trzyma poziom poprzednika, a w paru miejscach wręcz przebija. Ciągle mroczna, brudna, lepka i nieprzyjemna kombinacja powiązań polityki, mediów, biznesu oraz służb specjalnych. Trzymająca w napięciu, z mocnymi dialogami i wyrazistymi postaciami. Ale trzeciej serii już nie dostaliśmy, co wynika z braku furtki na ciąg dalszy. Może to i lepiej.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Pakt – seria 1

Warszawa – miasto najbardziej znane z dwóch rzeczy: bycia stolicą kraju, gdzie stykają się wielka polityka oraz biznes, a także z powodu lokalizacji. Albowiem miasto to leży między Pruszkowem a Wołominem. Tutaj też działa gazeta „Kurier”, gdzie pracuje Piotr Grodecki (Marcin Dorociński). Dziennikarz prowadzi śledztwo w sprawie przekrętów finansowych w firmie, której dyrektorem operacyjnym jest jego brat Daniel (Jacek Poniedziałek). Sprawa wydaje się zamknięta, kiedy Daniel popełnia samobójstwo podpalając się. 9 miesięcy później dzieje się jednak coś dziwnego, a dokładnie notariusz przekazuje pakiet od zmarłego Daniela. Tam znajduje się lokalizacja i godzina, zaś na miejscu jest świadkiem samobójstwa biznesmena Andrzeja Bogusza. Piotr razem z zaprzyjaźnioną agentką CBŚ Weroniką (Marta Nieradkiewicz) próbuje odkryć cała tą tajemnicę.

Stworzony przez HBO serial Marka Lechkiego jest remakiem norweskiego mini-serialu „Układ”. Nie znam tego dzieła, niemniej czuć tutaj pewną „skandynawskość” w klimacie. Bardzo chłodnym, niemal wypranym z kolorów świecie pełnym mroku, tajemnic, manipulacji i tajemnicy. Warszawa tak groźnie i niepokojąco nie wygląda tak później (może w „Ślepnąc od świateł”), gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać. Wróg wydaje się bardzo potężny, działający o krok przed bohaterami, co może skończyć się: a) poczucie paranoi i ciągłego osaczenia, b) zastraszeniem i poczuciem bezsilności, c) śmiercią. Przez co niemal cały czas trzeba było uważnie śledzić i łączyć wszystkie elementy układanki. Dawkowanej bardzo powoli, bez pośpiechu, gdzie cały czas czuć zagrożenie. Nawet politycy nie wydają się być bezpieczni, o czym przekonuje się minister gospodarki Skalski (Adam Woronowicz).

Sama intryga jest więcej niż sprawnie opowiedziana, z paroma zaskoczeniami i twistami. Do tego jeszcze mamy tu spojrzenie na świat mediów, gdzie bardziej liczy się klikalność czy chronienie tyłka samej gazecie i redakcji. Krótko mówiąc pogoń za newsem zamiast weryfikacji źródeł, co bardzo pomaga manipulować dziennikarzy. I to też jest źródłem konfliktu między naczelnym (Andrzej Konopka), a szefem działu (Witold Dębicki), co jest zgrabnym wątkiem pobocznym. To jednak jest niejako przy okazji, nadal pozostając dziennikarskim śledztwem. Kolejne powiązania, postacie oraz pozostający w cieniu ludzie Paktu, którzy dość brutalnie wymuszają lojalność. Jest naprawdę niepokojąco, tajemniczo i mrocznie.

Jedyną bardzo poważną wadą jest w zasadzie dźwięk, czyli miejscami bardzo niezrozumiałe dialogi. Co jest poważną dolegliwością większości polskich produkcji czy zakończenie, gdzie pozostaje parę znaków zapytania. Za to absolutnie błyszczą aktorzy. Marcin Dorociński potwierdza klasę w roli nieustraszonego Piotra przypomina twardzieli z dawnych czasów. Szorstki, zdeterminowany i podążający za tropami, lecz nie piszący niczego bez potwierdzenia. Klasyczny śledczy w nowych fatałaszkach. Ale prawdziwym odkryciem jest dla mnie Marta Nieradkiewicz w roli agentki CBŚ Weroniki. Z jednej strony mocno napędzana przez obsesję i determinację, ale z drugiej bardzo wycofana i coraz bardziej naznaczona przez swoją pracę, co doprowadza do nasilającej się paranoi. Na drugim planie jest masa znajomych twarzy: od solidnych – jak zawsze – Dębickiego, Woronowicza, Konopki i Grzegorza Damięckiego przez zaskakującą Alicję Dąbrowską, dawno niewidzianego Edwarda Linde-Lubaszenko aż po drobne epizody Sebastiana Fabijańskiego, Tomasza Ziętka oraz Mariusza Bonaszewskiego. A to nie wszyscy warci wymienienia.

Kolejny przykład, że polskie seriale z wątkami kryminalnymi zawsze trzymają wysoki fason. Na ile to zasługa oryginalnego tekstu i przeniesieniu na nasze podwórko, a ile naszej warstwy realizacyjnej – trudno powiedzieć. Nie zmienia to faktu, że „Pakt” jest kolejną perełką w dorobku HBO – przynajmniej pierwszy sezon. A jak sobie poradzi drugi, już oparty na autorskim scenariuszu? To temat na osobną opowieść.

8/10

Radosław Ostrowski

Orzeł. Ostatni patrol

ORP „Orzeł” – polski okręt podwodny, który 11 czerwca 1940 roku został uznany za stracony. Jak do tego doszło? Tego nie wie nikt, tak samo nie wiadomo gdzie znajduje się wrak okrętu. Pewną próbę opowiedzenia tej historii postanowił się podjąć Jacek Bławut – autor zdjęć i reżyser filmów dokumentalnych. Powiem, że czekałem na ten film, choć obawiałem się wykonania. Wszyscy wiemy jaką reputację ma polskie kino historyczne.

orzel (2022)1

„Ostatni patrol” toczy się pod koniec ostatniego maja 1940. Już po ucieczce z Tallina i działając razem z aliantami, czasy sukcesów mają za sobą. Załoga pod wodzą kapitana Grudzińskiego (Tomasz Ziętek) dostaje zadanie wyruszyć ku Morzu Północnemu. Jaki jest cel? Zatopienie dwóch okrętów z niemieckiego konwoju. Nie będzie to łatwa robota, bo trzeba przejść przez pole minowe oraz samoloty Luftwaffe.

orzel (2022)2

Ale jeśli spodziewacie się dynamicznego kina akcji, to absolutnie omijajcie kina. Bławut bardziej skupia się tutaj na budowaniu atmosfery. Dusznej, klaustrofobicznej, gdzie niemal cały czas jesteśmy w środku, pod wodą. I jest tylko czekanie, czekanie, czekanie. Na wyrwanie się z zasięgu bomb głębinowych, bomb z powietrza, okrętów nad nimi. Liczenie na łut szczęścia i kompletna cisza. Poczucie klaustrofobii potęgowane jest przez dźwięk, niemal roznoszący się po całej przestrzeni. Każda śruba, skrzypnięcie, trzask, pisk radaru podnosi napięcie. Jeśli komuś przypomina to „Das Boot”, jest to skojarzenie jak najbardziej na miejscu. Podbite to jeszcze jest zdjęciami oraz dość… dziwnym zabiegiem wizualnym. Masa kadrów jest pokazana z perspektywy peryskopu oraz wszelkich maści szklanych obiektów czy to przy drzwiach, czy nawet… radaru. W takich ujęciach obraz jest pobrudzony, dźwięk mocno przytłumiony i sprawiało, że czułem się niemal jak podglądacz.

orzel (2022)3

Jeszcze bardziej zadziwiają dialogi, których minimalizm wywoła konsternację. Wypowiadane słowa to w zasadzie komendy, rozkazy oraz techniczny żargon. Postacie w zasadzie niewiele mówią o sobie, co nie pozwala w pełni się z nimi utożsamić. Mimo masy znajomych twarzy (m.in. Tomasz Ziętka, Tomasza Schuhardta, Antoniego Pawlickiego czy Filipa Pławiaka), trudno tu wskazać jakąś wyróżniającą się postać. Wszystko się zlewa w jedną masę, przez co troszkę nie wszedłem w tą historię. Szczątkową, dramaturgicznie kulawą. Niemniej trudno nie docenić strony technicznej. O zdjęciach i dźwięku już mówiłem, ale nie można nie docenić scenografii (odtworzenie wnętrza okrętu zajęło twórcom ponad rok) oraz bardzo przyzwoitych efektów specjalnych. Niemniej muszę przyznać, że parę podwodnych ujęć jest zbyt ciemnych i naprawdę mało widać.

orzel (2022)4

Reżyser Bławut swoim filmem idzie pod prąd oczekiwaniom i idzie w bardziej eksperymentalną formę, która spolaryzuje widownię. Nie jest to patetyczno-sensacyjna opowiastka, lecz próba odtworzenia ostatnich dni załogi, skupiona bardziej na klaustrofobicznej atmosfery i poczuciu strachu. Szanuje to podejście, ale filmu raczej nie polubię.

6,5/10

Radosław Ostrowski