Hopnięci

Coś ostatnio forma jednego z najlepszych studiów filmów animowanych w USA, czyli Pixara jest bardzo chwiejna. Oryginalne produkcje jak „Między nami żywiołami” czy „Elio” spotykały się najwyżej z umiarkowanym odbiorem, zaś sequele raczej są robione z automatu (z wyjątkiem drugiego „W głowie się nie mieści”). Światełkiem w tunelu mieli okazać się „Hopnięci” – pierwszy od dawna film studia z Emeryville mający bardzo wysokie oceny krytyków. Czy w końcu dostajemy coś wyjątkowego?

Akcja dzieje się w Bobromyślu, gdzie życie sobie niejaka Malwinka Tanaka. Dziewczynka jest outsiderką, która ma totalnego zajoba na punkcie przyrody. Do tego stopnia, że jako młoda uczennica chciała „uwolnić” zwierzęta ze szkoły. Jedyną osobą, która ją rozumie i wspiera jest jej babcia o mocno ekologicznych przekonaniach, mieszkająca pod miastem nad jeziorkiem. Ale po śmierci staruszki Malwina zostaje studentką i przeprowadza się do jej domu. Sytuacja się pogarsza, kiedy burmistrz miasta Dziarski chce w okolicy jeziora zbudować obwodnicę, niszcząc domostwo boberów oraz innych zwierząt. Chyba, że jej uda się ściągnąć gryzoni od tam z powrotem. Dziewczyna przypadkiem trafia na eksperyment prowadzony przez panią profesor Bossak z uniwersytetu zwanego hopnozą. Polega na wydrukowaniu mechanicznych zwierząt oraz umieszczaniu w niej ludzkiej świadomości. Po co? By móc obserwować przyrodę bez płoszenia reprezentantów fauny i flory swoją obecnością. Nie trzeba być dziennikarzem TVN-u czy TV Republika, by domyślić się co zrobi Malwina.

Jeśli punkt wyjścia budzi w was skojarzenia z „Avatarem” Jamesa Camerona, nie jesteście jedyni. Dzieło Daniela Chonga na pierwszy rzut oka wydaje się mieszanką znajomych filmów – poza opowieścią o kosmicznych smerfach mamy tu i „Dzikiego robota”, „Odlot” (jeden rysunek na tablicy jakiś znajomy) czy… „Matrixa”. Ale to wszystko wydaje się na pierwszy rzut oka prostą kalką oraz podziałem na złych ludzi i dobrą przyrodę. Nie jest to pozbawione humoru, kiedy Malwinka jako bober (nie takie bydle jak mówił ktoś w filmiku z YT) poznaje przyrodę oraz jej prawa. Od działania łańcucha pokarmowego (oraz reakcji zwierząt) przez wspólne zamieszkiwanie pod wodzą króla ssaków, bobera Karola – scena wspólnej rozgrzewki pod muzykę CUDOWNA – czy wspólnej rady zwierząt.

Im dalej w las, tym bardziej twórcy odpinają wrotki i szaleją: zarówno wizualnie z masą zwierząt na ekranie (motyle, mrówki, ryby) robią piorunujące wrażenie, tak jak szalony pościg i ucieczka samochodem przed… rekinem Renatą (nie, nie pomyliłem się) albo komunikacja z ludźmi przy użyciu smartfona. Pojawi się parę niespodzianek i zakrętów (włącznie z nieoczywistym antagonistą), będą nagłe zgony, zaś przesłanie o wspólnym koegzystowaniu ludzi z fauną i florą nie jest nachalnie dydaktyczne. Sama animacja jest na najwyższym poziomie, gdzie czuć odrobinę inspiracji anime (szczególnie w przypadku twarzy postaci). Wygląda to pięknie, mimo nie bycia produkcją spod znaku National Geographic czy Discovery Channel.

Ponieważ filmy animowane przez Disneya u nas są pokazywane tylko z polskim dublażem. I jak w większości przypadków nie można się za bardzo przyczepić, co jest zasługą reżysera Łukasza Lewandowskiego (wcześniej odpowiadał za realizację „Uniwersytetu Potwornego” i pierwszego „W głowie się nie mieści”) oraz tłumaczenia Kuby Wecsile. Niespodzianką byli dla mnie mniej znani Alicja (nomen omen) Bobruk i Paweł Algier w rolach Malwinki oraz króla Karola. Pierwsza początkowo moje irytować swoją pro-ekologiczną obsesją, przez co staje się outsiderką w społeczeństwie. Ale zaczyna dostrzegać jakie niebezpieczne konsekwencje sprawiają jej działania, mimo czystych intencji i doprowadza do przemiany. Z kolei bobrzy król jest zwyczajnie uroczy, pełen życzliwości oraz empatii, choć wydaje się unikać konfrontacji. Oboje razem są świetni, z każdą sceną zyskując moją sympatię. Jednak to drugi plan kradnie jak zawsze ekran: od zaskakującego Pawła Małaszyńskiego (burmistrz Dziarski – polityk jakich wielu, ale lubiany przez mieszkańców) przez solidną Kingę Preis (profesor Simona Bossak) oraz Jarosława Boberka (ospały Buba) aż do świetnej Danuty Stenki (królowa owadów), lekko demonicznego Józefa Pawłowskiego (król owadów) i niespodziewanego cameo Katarzyny Herman (Renata!!!).

W zasadzie jedynym problemem było dla mnie nierówne tempo w drugim akcie. Nie zmienia to faktu, że „Hopnięci” to jedna z lepszych produkcji Pixara od kilku lat. Jak zawsze twórcy nadal czarują piękną animacją, dostarczając sporo frajdy dzieciom, ale także taki stary pryk jak ja (lat powyżej 18) nie będzie się nudził. No i pamiętajcie – zło bobrem zwyciężaj, bo bober to potęga!!!!

7,5/10

Radosław Ostrowski

Elio

Coś ostatnio Pixar ze swoimi animacjami nie porywa. Jasne, są imponujące wizualnie oraz technicznie na najwyższym poziomie, jednak same opowieści wydają się nieangażujące emocjonalnie, a także zbyt znajome. Dlatego rzadko pojawiam się w kinowej sali na nowym dziele ekipy z Emeryville. Taki też los spotkał „Elio”, kosztujący ponad 200 milionów dolarów animacja SF, która poniosła komercyjną porażkę. Czy zasłużenie?

Tytułowy Elio to młody chłopak, który po śmierci rodziców, jest wychowywany przez ciotkę z armii. Delikatnie mówiąc, oboje pochodzą z różnych planet. Dzieciak porozumiewał się z rodzicami specyficznym językiem oraz ma ogromną obsesję na punkcie kosmitów. Do tego stopnia, że chce nawiązać z nimi kontakt i wyrwać się z Ziemi. Tak bardzo samotność go dobija. Przypadkiem udaje się znaleźć połączenie z przybyszami z innych planet, którzy uznają go za… ziemskiego przywódcę. A ci przybysze to reprezentanci międzyplanetarnej wersji ONZ, mającej łączyć wszystkich liderów kosmosu. W tym czasie pojawia się pewien zdesperowany, wojowniczy lord Grigon, który chce dołączyć do organizacji – dobrowolnie lub siłowo.

„Elio” brzmi jak zlepek znajomych wątków oraz motywów – pierwszy kontakt, poczucie samotności, niezbyt udane więzy rodzinne i szukanie nowego domu. Przy okazji jeszcze dostajemy „ziemskiego” klona, przerażającego złola oraz – poznanego przypadkiem – jego syna, będącego kompletnym przeciwieństwem. To ostatnie zaowocuje nieoczywistą przyjaźnią, choć fundamentem (także pobytu w kosmosie) jest kłamstwo. Po drodze nie zabraknie masy slapstickowego humoru, olśniewającej animacji (sam wygląd przybyszy jest bardzo zróżnicowany), imponujących efektów specjalnych oraz niegłupiego przesłania. Ale mam z tym dwa problemy. Po pierwsze, środek troszkę gubi rytm oraz skupienie, co wywołało we mnie pewne znużenie. Po drugie, historia jest przewidywalna niczym kolejność dni w tygodniu. Widziałem to zbyt wiele razy, lepiej zrobione i bardziej angażujące. Przez co nie mogę pozbyć się wrażenia, że „Elio” powstał dla bardziej młodszego widza.

Technicznie, jak to Pixar, jest to bardzo wysoka półeczka. Animacja jest dopieszczona, design kosmitów bardzo unikatowy (choć jednocześnie bardzo znajomy), zaś wszelkie efekty z rozpuszczaniem klona czy płynów cieszą oko. Także głosy brzmią solidnie i nie wybijają z seansu.

Ale w „Elio” brakuje dla mnie czegoś świeżego, kreatywnego i oryginalnego. To jest zbyt znajome dla bardziej doświadczonego widza, zaś Pixar w porównaniu do konkurencji dostaje zadyszki. Pozostaje mieć nadzieję, że „Hopnięci” – ich najnowszy oryginalny film – będzie zwyżką formy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wielka mała koza

Gdzie dwa studia animowane się biją, tam trzecie korzysta. Disney/Pixar i DreamWorks ostatnio rozkręcają swoje dzieła, zdobywające uznanie widowni oraz krytyki, co jakiś czas daje o sobie przypomnieć Sony. Nie dość, że parę lat temu wywrócili reguły „Spider-Man: Uniwersum”, którego styl potem naśladowali inni („Kot w butach: Ostatnie życzenie”, „To nie wypanda”), to jeszcze sami się nim bawili. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego dzieła, czyli „Wielka mała koza” (w oryginale „GOAT”).

Akcja dzieje się w Pnączowie – jednym z miast, gdzie żyją antropomorficzne zwierzęta (niczym w „Zwierzogrodzie”). Tutaj powstała bardzo popularna gra zwana rykokoszem. Taka wariacja koszykówki, gdzie grają wielcy (dosłownie i w przenośni) zwierzęta, stanowiąc inspirację dla innych. Dla takich jak Will Harris – zwykła koza, pracujący w knajpie jako dostawca żarcia na wynos. Marzył, by być wielkim zawodnikiem jak jego idolka, Jett Fillmore z jego lokalnej drużyny Kolce. Problem w tym, że ekipa od lat nie wygrała żadnego meczu, zaś zawodniczka robi się coraz starsza. Wskutek niezwykłego zbiegu okoliczności (gra Willa z najlepszym graczem – koniem Main Attraction na skromnym boisku, która trafia do Internetu) zostaje zauważony przez właścicielkę klubu oraz dodany jako szósty zawodnik.

Nowe dzieło Sony od reżyserów Tyree Dillihay/Adam Rosette to w zasadzie klasyczne kino sportowe w stylu „Rocky’ego” czy innych opowieści o underdogach. Czyli tych, co nie mają zbyt wielkich predyspozycji (tutaj jest to wzrost) do zwycięstwa i dlatego im się kibicuje, a jednak to oni wygrywają. Droga zawsze jest wyboista i pełna zakrętów – egoistyczna, podstarzała gwiazda; niedopasowana drużyna (nosorożec, strusia, żyrafa, kameleon); zagubiony trener; o przeciwnikach wielkich jak King Kong nie muszę wspominać – co podbija stawkę i pomaga zaangażować. To sprawdzona formuła, która – jeśli jest dobrze wykonana oraz wyegzekwowana – działa cuda. Ale to także opowieść o lokalnym patriotyzmie (co z tego, że mówimy o kibicach), scalającym społeczności.

Sama animacja bardzo przypomina zarówno „Spider-Mana”, a także ostatni hit studia – „K-popowe łowczynie demonów”. Tła wyglądają niczym malowane sprajem od graffiti, dodając pewnej własnej tożsamości, mieszając to z hip-hopową muzyką. Sceny gry w kosza są bardzo efektowne, niepozbawione slow-motion czy szybkiego montażu, dodając mi odpowiednią dawkę adrenaliny. Wszystko w różnorodnych boiskach (od wiszących stalaktytów przez lód aż po niemal spaloną ziemię), a same postaci poruszają się bardzo płynnie i wyglądają bardzo porządnie. Nie było tu miejsca na nudę i kibicowałem do samego końca. A o to tu chodzi.

Film jest u nas pokazywany z polskim dubbingiem, za który odpowiada Bartosz Wierzbięta (reżyseria i dialogi). Tłumaczenie nie wywołuje jakiś zgrzytów językowych, a dobrane głosy pasują. Mocno reklamowany jest ten film udziałem koszykarza Marcina Gortata, który użyczył głosu żyrafie Lenny’emu i wypada solidnie. Dla mnie jednak najmocniejszym punktem było trio: Karol Jankiewicz (Will), Monika Dryl (Jett Fillmore) oraz – kradnący ekran – Jan Kulczycki (trener Dennis z bardzo brawurową i pełną pasji mową motywacyjną!!!). Słuchałem tego z dużą przyjemnością oraz bez poważnych zgrzytów.

Jedyne, co mi przeszkadza to polski tytuł tego filmu. Aż prosiło się, by „Kozę” przerobić na „Kozaka”, ale dystrybutor uznał inaczej. Nie będę owijał w bawełnę, że ten film odmienił ten gatunek. Ja jednak lubię takie historię, która ma drobne niespodzianki, wyrazisty styl wizualny oraz złożone, sympatyczne postacie. Wyczuwam tu kolejny klasyk w dorobku Sony Pictures Animation.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Orzełek Iggy

Czy ktoś jeszcze kojarzy Bartka Kędzierskiego? Twórca kultowych (w pewnych kręgach) „Włatców much” był jednym z fenomenów animacji dla dorosłych do czasu wkroczenia Bartosza Walaszka. Jednak teraz reżyser postanowił wrócić z filmem animowanym (oczywiście) skierowanym do młodszego widza. Ale czy „Orzełek Iggy” poleci niczym nasz orzeł? Tak, o Małysza też chodzi.

Wszystko dzieje się w świecie antropomorfizowanych ptaków, które od bardzo dawna – dzięki technologii – nie latają skrzydłami. Po co same mają latać, skoro mają samoloty wszelkiej maści, także poruszają się autami, motocyklami itp. Tak jak my. I właśnie tutaj pojawia się młody, skrzydlaty chłopiec o imieniu Iggy. Jego rodzice są tak sprzeczni jak tylko możliwe – nadopiekuńcza korpo-pracownica, z telefonem niemal cały czas oraz strażak na wymuszonej emeryturze, który jest trochę bardziej wyluzowany. Chłopak ma jedno marzenie, żeby latać. Tylko niemal wszyscy (od nauczycieli po uczniów) uważają to za nierealne. Ale wszystko zmienia się, kiedy poznaje nową koleżankę Ewę.

Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa i dla doświadczonych kinomanów (do których ewidentnie ten film nie jest adresowany) nie będzie zbyt wielką niespodzianką. Kędzierski prowadzi wszystko w formie narracji z offu przy udziale starej sowy-bibliotekarki. Tematy dotykane tutaj może nie zaskakują (przełamywanie schematów, przyjaźń, zderzeń fantazji z rzeczywistością, uzależnienie od technologii), ale wszystko jest opowiedziane w elegancki, choć bardzo bezpośredni sposób. Jeszcze mamy tutaj rodziców, którzy są jak magnezy z dwóch kierunków, sprytną i inteligentną koleżankę (z tajemnicą), wymyślonego przyjaciela Feliksa oraz… zombie-kuraki, czyli parodia zombie z „Nocy żywych trupów”. Jest tu troszkę humoru, ale bardziej skierowanego dla młodszych widzów.

Sama animacja to hybryda ręcznie rysowanych postaci z trójwymiarowymi tłami. I byłem bardzo zaskoczony, bo tła (budynki, wnętrza mieszkań) wyglądały bardzo namacalnie. Jakby postacie zostały dorysowane do naszego świata, co dość mnie zaskoczyła. Kreska może nie jest zbyt szczegółowa – poza sekwencjami sennymi, gdzie tła wyglądają imponująco – ale wygląda przyzwoicie. Szczególnie horrorowe wejścia zombie-kurczaków oraz drobne efekty specjalne. Złego słowa także nie powiem o polskim dubbingu, ze wskazaniem na przekonujące role dziecięce w wykonaniu Tymoteusza Gliszczyńskiego (Iggy), Kosmy Pressa (Feliks) oraz Antoniny Baduchowskiej (Ewa). Wspierani przez bardziej doświadczonych aktorów jak Piotr Adamczyk (Leon, ojciec Iggy’ego), Agnieszka Dygant (Julia, matka Iggy’ego), Anna Seniuk (bibliotekarka) czy Danuta Stenka (dyrektorka – nie do poznania) tworzą bardzo zgraną grupę bez słabego ogniwa.

„Orzełek Iggy” może nie robi aż takiego wrażenia jak niedawny „Smok Diplodok”, ale to kawałek bardzo przyzwoitego kina dla młodego widza. Niedzisiejszy w formie, choć dotyka jak najbardziej współczesnych, jak i bardziej uniwersalnych kwestii. Dorośli mogą poczuć się troszkę znudzeni, ale krótki czas trwania nie pozwala się wiercić w trakcie seansu.

6/10

 

Radosław Ostrowski

Mała Amelia

W dzisiejszych czasach ręcznie rysowana animacja wydaje się czymś w przestarzałym, kiedy to duże wytwórnie korzystają z trójwymiarowej grafiki komputerowej. Nadal jednak ona ma się dobrze, głównie w krajach europejskich i Japonii. A także jest w stanie zdobywać uznanie oraz prestiżowe nagrody, co udowodniły dwie produkcje ostatnio nagrodzone Oscarem: japoński „Chłopiec i czapla” oraz łotewski „Flow”. A kolejnym magicznym filmem w stylu stała się dla mnie „Mała Amelia”.

Ta francusko-japońska animacja oparta jest na autobiograficznej powieści Amelie Nothomb „Metafizyka rur”. I skupia się na pierwszych trzech latach z życia pisarki, kiedy urodziła się oraz mieszkała w Japonii. Razem z ojcem konsulem, mamą oraz dwójką rodzeństwa. Jednak dziewczynka w zasadzie pozostaje biernym obserwatorem, niemal jakby nieobecna. Wszystko zmienia się, gdy w domu pojawia się babcia i dzięki białej czekoladzie. To sprawia, iż dwuletnia dziewczynka ożywia się, a wszystko nabiera dodatkowej mocy z pojawieniem się Nishio-san – opiekunki, pomagającej rodzicom z domem.

Za animację odpowiada studio Maybe Movies, znane choćby z przepięknego „Ernesta i Celestyny”. Tym razem duet reżyserski Mailys Vallade/Liane-Cho Han (oboje doświadczeni animatorzy) niby idzie po znajomy motyw świata pokazywania z perspektywy dziecka. ALE nie w taki szalony sposób, w czym pomaga niepozbawiona humoru narracja z offu. W niej dziewczynka niejako przyjmuje perspektywę… Boga, uwięzionego w małym ciele. Kiedy próbuje mówić, wypadają pojedyncze słowa i doprowadza ją do płaczu. Jednak pojawiają się dwa silne zapalniki: babcia oraz młoda opiekunka. Szczególnie relacja z Nishio, z którą spędza najwięcej czasu i czuje niemal silne przywiązanie do Japonii. Do tego stopnia, że sama Amelia uważa się za Japonkę.

Dla mnie najpiękniejsze momenty były skręcające w kierunku surrealizmu. Rozpędzona dziewczynka idąca w ogrodzie, który zaczyna zakwitać. Amelia zjada białą czekoladę i nagle (ku zaskoczeniu wszystkich) uspokaja się i zaczyna… mówić, karmienie karpi, które zaczynają mieć… twarz jej brata czy krople deszczu wyglądające niczym głowa Amelii. Nie wspominając także o bardziej dramatycznych momentach (zatonięcie Amelii na plaży czy „zjedzenie” przez karpia), potrafiących uderzyć bardziej emocjonalnie niż się spodziewałem. A wszystko przypominało malowane farbami obrazy, którym blisko klasycznego anime (duże oczy, mocne kolory). Takich momentów jest więcej, a ja z każdą minutą byłem kompletnie oczarowany oraz oszołomiony oprawą wizualną. Jak dodamy do tego okraszoną „japońskimi” instrumentami muzyką, przypominającą dzieła Joe Hisaishiego z animacji Studia Ghibli, mamy animowany odpowiednik emocjonalnej bomby atomowej.

Nie wiem, czy mogę bardziej polecić „Małą Amelię”, która przypomina czym była dziecięca ciekawość świata i czyniąc zwykłe czynności oraz wydarzenia czymś magicznym, wyjątkowym, zaczarowanym. Fenomenalnie napisane, z cholernie dobrym polskim dubbingiem i pełne dużej dawki wrażliwości. Po sensie dla dorosłych i dzieci da szansę do rozmów na różne tematy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zwierzogród 2

Chyba na żadną kontynuację w tym roku nie czekałem tak bardzo jak na drugą część „Zwierzogrodu”. Bardzo szeroka metropolia mieszająca wszystkie rasy antropomorficznych zwierząt dawała sporą przestrzeń do eksploracji. Plus nasz cudowny niedopasowany duet lis Nick Bajer/królik Judy Hops, którzy działają jako stróże prawa. Jak sobie poradzi nasz duet, którego zaczyna coś zgrzytać?

Bo Bajer to wygadany cwaniaczek, zaś Hops jest aż nadgorliwa w prowadzeniu spraw, nie potrafiąc odpuścić. Tym razem pakują się w o wiele poważniejszą intrygę niż poprzednio. Tym razem wszystko krąży wokół kodeksu Rysiowieckich – rodu założycielskiego miasta, które działa już od 100 lat. Z jakiegoś powodu rękę – nie dosłownie, lecz w przenośni – chce położyć pewien… wąż. Co jest dość niezwykłe, albowiem gady w mieście nie są zbyt powszechnym widokiem. Szczególnie te śliskie, co wiąże się z tajemniczą zbrodnią czasów założenia miasta. Więc nasza para (wbrew przełożonemu, kolegom i częściowo sobie) decyduje się rozwikłać zagadkę.

Wraca duet twórców Byron Howard/Jared Bush i wydawałoby się, że po tylu latach twórcy nie będą mieli zbyt wiele pomysłów na sequel. Bo znowu będziemy mieli komedię opartą na zderzeniu charakterów i kontrastach, przy użyciu stereotypów antropomorficznych zwierzątek? Pomyślcie jeszcze raz. Dość szybko wskakujemy do historii (po krótkim przypomnieniu zakończenia oryginału), gdzie w centrum znajduje się nasz duet. Między nimi nadal jest chemia, ale też są tarcia, które wystawią ich „współpracę” na wysoką próbę. Sama intryga pozwala odkryć inne lokacje jak rodzinna siedziba Rysiowieckich (rysie), górskie krajobrazy, mocno inspirowane Luizjaną dzielnica wodna czy pustynię. Miejscówki są zróżnicowane i pięknie wyglądające – szczególnie finał w opustoszałej dzielnicy gadów. Jednocześnie nie brakuje tu przykład jak bardzo łatwo można zmanipulować społecznością, by wywołać strach, wrogość i uprzedzenia. Szczególnie wobec jednostek wpływowych i przy władzy. Może historia bywa przewidywalna, jednak angażuje swoim tempem, bardzo kreatywnymi pościgami oraz satysfakcjonującym zakończeniem. Nie brakuje powrotu starych znajomych (pan Be, czyli kreci ojciec chrzestny; sprzedający lipne filmy Łasica; leniwiec Flash), lecz nie ma tu żerowania na nostalgii oraz parę zaskakujących odniesień (nie spodziewałem się w animacji Disneya… „Lśnienia” Kubricka). Z kolei nowi bohaterowie (podcasterka Gryzelda Klonowska, nie pasujący do rodziny Ryszard czy podejrzany wąż – Grześ Żmijewski) pięknie uzupełniają się i wnoszą sporo świeżości.

No i nie można nie wspomnieć o polskim dubbingu. Nieżyjącego już Wojciecha Paszkowskiego na stołku reżysera zastąpił Grzegorz Pawlak (głos Flasha), zaś dialogi tłumaczył Jakub Wecsile. Zachowano przekład nazwisk postaci i nazw własnych, które są dość kreatywne. Stare głosy wracają, w tym rewelacyjny duet Julia Kamińska/Paweł Domagała, których ciągle słucha się z przyjemnością. Z nowych głosów najlepiej wypadł zaskakujący Maciej Stuhr (Grześ Żmijewski), trzymający klasę Andrzej Grabowski (Krzesimir Rysiowiecki) oraz żywiołowa stand-uperka Wiolka Walaszczyk (Gryzelda Klonowska). Jest tutaj jeszcze parę zaskakujących epizodów, o których nie chcę mówić, ale odkrywanie ich jest dodatkową frajdą i wielokrotnie łapałem się na tym, że znam ten głos.

Czy warto było czekać na kontynuację „Zwierzogrodu”? Jak najbardziej tak. Twórcy tutaj czerpią w pełni z konwencji buddy movie, mają świetnie napisane postaci, sama animacja jest pełna uroku oraz szczegółów, zaś intryga angażuje. Film daje sporo frajdy najmłodszym oraz tym troszkę starszym, dorównując i nawet przebijając poprzednikowi. A to nie jest łatwa sztuka.

8/10

Radosław Ostrowski

Predator: Pogromca zabójców

Po sukcesie „Prey” reżyser Dan Trachtenberg musiał zdobyć spore zaufanie u Disneya, bo postanowili mu dać pieczę nad Predatorem. Teraz reżyser szykuje kinową „Strefę zagrożenia”, ale parę miesięcy temu pojawiła się animowana antologia „Pogromca zabójców”. I to dla mnie jedna z największych niespodzianek tego roku oraz – co może zaskoczyć – najlepszym Predatorem od czasu części pierwszej.

Mamy tutaj trzy historie osadzone w trzech różnych realiach czasowych: IX wieku, XVII wieku oraz podczas II wojny światowej. W pierwszej przywódczyni Wikingów Ursa razem z synem Andersem wyrusza, by się zemścić na innym przywódcy. W drugiej dwaj bracia, synowie dajmio walczą przeciwko sobie – jeden jako samuraj, drugi będąc wygnanym (zbyt słabym) ninja. Z kolei w trzeciej mamy młodego mechanika Torresa, który – trochę wbrew sobie – walczy na Pacyfiku. We wszystkich tych akcjach wbija się na trzeciego wojownik z rasy Yautia, będący troszkę takim nieproszonym gościem na imprezie.

Każda część jest niejako osobną opowieścią, która – pod koniec – zaczyna się łączyć. Wszystkie segmenty wyglądają bardzo imponująco, mają swój wyrazisty styl i są bardzo brutalne. Krwawa jatka Ursy przy użyciu tarczy, wkroczenie ninja oraz infiltracja pałacu – to są bardzo soczyste, intensywne, trzymające w napięciu sceny. No i sceny walka powietrznej ze statkiem Predatora. Czuć tutaj stawkę każdej walki, zaś Predator (za każdym razem inaczej uzbrojony) jest bardzo ogromnym wyzwaniem. Mi się najbardziej podobał segment japoński, głównie z powodu niemal braku dialogów – poza początkiem i końcem. Same dialogi są oszczędne, motywacja protagonistów prosta, ale bardzo efektywna. Sama animacja jest bardzo ładna, bardzo płynna oraz przypomina ręcznie malowaną. W tle jeszcze przegrywa mieszająca orkiestrę z elektroniką muzyka, zaś otwarte zakończenie wywołuje apetyt na więcej.

Wygląda na to, że jeden z najbardziej przerażających monstrów w historii kina SF powraca w wielkim stylu. Nawet jeśli idzie znajomym szablonem, to Trachtenberg daje sporo energii, pasji oraz zaangażowania, że chce się „Pogromcę zabójców” oglądać raz za razem. I jeszcze troszkę dodaje (szczególnie w finale) parę detali w tym świecie. Nie mogę doczekać się kolejnych szalonych popisów Trachtenberga w kwestii tego uniwersum.

8/10

Radosław Ostrowski

Beavis i Butt-Head zaliczają Amerykę

Mike Judge obecnie znany jest jako twórca serialu „Dolina Krzemowa” o grupie nerdów i ich próbach stworzenia biznesu na technologii. Jednak parę dekad wcześniej stworzył duet niezbyt lotnych facetów, co spędzają więcej czasu przed telewizorem i myśląc tylko o jednym: bzykanku. Tak pojawili się Beavis i Butt-head, początkowo obecni w serialu MTV. Zaś ich pierwsze wejście na dużym ekranie pojawiło się 30 lat temu.

„Beavis i Butt-Head zaliczają Amerykę” jest ciągiem absurdalnych sytuacji z udziałem naszej dwójki leniwców kanapowych. Ale w końcu muszą ruszyć swoje tyłki, bo… nie ma telewizora. Chłopaki kompletnie nie widzą śladów butów oraz łomu, za to idą przez miasto. Ale zamiast znaleźć odbiornik (nawet próbując wykraść go ze szkoły), pakują się w grubą aferę. Przez pomyłkę zostają wynajęci jako płatni mordercy przez handlarza bronią (Bruce Willis), żeby zająć się jego żoną w Las Vegas. Za 10 tysięcy dolców. Tylko, że Beavis i Butt-Head myślą, że chodzi o bzyknięcie kobiety, a tak naprawdę chodzi o morderstwo.

„Beavis i Butt-Head…” to kompletna mieszanka sensacyjno-szpiegowskiej intrygi z satyrą na ludzką głupotę. Humor może na pierwszy rzut oka wydawać się prostacki i prymitywny, jednak reżyser ma parę sprytnych patentów, by nie nudzić. Czy to żarty oparte na słownych dwuznacznościach (nasza parka wszędzie widzi podtekst seksualny), pokazaniu mentalności chłopaków, gdzie my szybciej łączymy kropki niż bohaterowie (np. gdy na pustyni chłopaki poznają swoich ojców – wiadomo, po kim odziedziczyli inteligencję), gatunkowych kliszach czy lekko psychodelicznym odlocie po kaktusie. A jeszcze bardziej zdumiewające jest to, że mimo swojego intelektu, mają oni więcej szczęścia niż można było spodziewać. Choć sama kreska jest prosta, to jednak nie przeszkadza. A jeszcze bardziej zadziwiający jest finał, gdzie dzięki zbiegom okoliczności, nasz dziwny duet wychodzi z zadziwiającą lekkością.

Wszystko trzyma w ryzach świetny dubbing. Judge użycza głosu obydwu inteligentnym inaczej facetów i jest absolutnie niesamowity, tworząc unikatowe charaktery. Inny sposób mówienia, mamrotania, tembr głosu – nie byłem w stanie wychwycić, że to ten sam aktor. Do tego jeszcze mamy znienawidzone małżeństwo handlarzy broni, czyli duet Bruce Willis/Demi Moore (mam wrażenie, że ten casting nie był dziełem przypadku) czy Roberta Stacka jako agent AFT na tropie panów B.

Sam muszę przyznać, że po tych 30 latach pierwszy film o Beavisie i Butt-Headzie jest nadal rozbrajająco śmieszny. Judge znowu piętnuje i kpi z ludzkiej głupoty, ale jednocześnie czuć sporo sympatii do tych miłośników oglądania telewizji przed kanapą. Zadziwiające połączenie, które jeszcze długo będzie działać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Renaissance

Kino spod znaku cyberpankowego SF ma dwa oblicza: japońskich animacji pokroju „Akiry” czy „Ghost in the Shell” oraz amerykańskich filmów pokroju „Blade Runnera” albo innego „Matrixa”. Nie oznacza to, że w innych krajach nie podejmowano prób zmierzenia się z tym podgatunkiem fantastyki naukowej. Takie ryzyko podjął w 2006 roku francuski reżyser Christian Volckman w animacji „Renaissance”.

Akcja toczy się w Paryżu roku 2054, gdzie wszystko i wszystkich można zobaczyć, podsłuchać, obserwować. Tu działa bardzo potężna korporacja Avalon, zajmująca się szeroko pojętą medycyną, w tym prowadzeniem szpitali czy badań naukowych. Jedna z osób zajmujących się badaniami, 22-letnia Ilona Tasujew znika bez śladu. Włącznie z jej samochodem. Do sprawy zostaje skierowany kapitan Karas, bardzo twardy i nie idący na kompromisy śledczy.

Reżyser mocno tutaj inspiruje się kultowym klasykiem Ridleya Scotta z 1982 roku. „Renaissance” to ubrany w sztafaż SF kryminał noir, z masą znajomych elementów: wielkiej tajemnicy, co może zmienić oblicze świata; chciwa korporacja zacierająca ślady; nieustępliwy detektyw, dystopia. Brakuje tylko tutaj robotów czy futurystycznych maszyn, co oszałamiają swoim wyglądem. Całość jest o wiele bardziej przyziemna i skupiona na samym śledztwie. Problem w tym, że dialogi niespecjalnie zapadają w pamięć, samo rozwiązanie jest dość przewidywalne i jedynie gorzki finał potrafił uderzyć.

Co wyróżnia film Volckmana od innych animacji to jego stylistyka. Stworzona przez Attitude Studio animacja wykorzystała technikę motion capture, następnie całość przeniesiono do komputera, gdzie stworzono tła oraz fakturę. Samo w sobie nie byłoby niczym dziwnym, gdyby nie jeden istotny szczegół. Całość jest zrobiona w czerni i bieli, ale nie w stylu dawnych filmów z lat 30., 40. czy 50. Nie ma tu żadnych odcieni szarości, tylko czerń tak lepka niczym sama noc, przerywana tylko bielą świateł. Nieważne, czy są to światła reklam, mieszkań, klubu, samochodu czy latarki – po niemal 20 latach wygląda to imponująco. Szczególne wrażenie zrobił na mnie widok z szyb albo brawurowego pościgu samochodowego z gonitwą przez szklaną powierzchnię nad katedrą Notre-Dame. O podziemnym metrze nawet nie chcę wspominać – nie można od tego oderwać oczu.

W sumie mógłbym podsumować, że „Renesans” to klasyczny przerost formy nad treścią. Za dużo skupienia jest tutaj na warstwie wizualnej (bardzo imponującej, z cudownymi przejściami montażowymi), próbując zamaskować dość szablonową opowieść spod znaku noir SF. Swoją drogą jest w tym cholernie skuteczny.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Pan Wilk i spółka 2

Zazwyczaj sequele są traktowane jako łatwy, prosty i nawet bezczelny skok na kasę. Bardzo rzadko udaje się kontynuacja na poziomie poprzednika. Taki jest właśnie przypadek „Pana Wilka i spółki 2” – jednego z najlepszych heist movies ostatnich lat oraz najlepszej odsłony „Szybkich i wściekłych”.

Nasza szalona paczka bandziorów próbują przejść na dobrą stronę prawa. Jednak łatwo nie jest – o pracę jest bardzo ciężko, rachunki i czynsz stale rosną, co wywołuje silną frustrację. Jedynie Wąż sprawia wrażenie dziwnie zadowolonego: chodzi na jogę, trenuje i nie przejmuje się niczym. Co budzi pewne podejrzenia u pana Wilka. Ten zaczyna dostrzegać szansę na powrót. W okolicy szaleje złodziej zwany Widmowym Bandytą, który nie zostawia po sobie żadnego śladu. Schwytanie tego złodzieja wydawałoby się idealną szansą na rozpoczęcie nowego życia dla pana Wilka i spółki, więc planuje zasadzkę na ostatni cel – pas mistrza wrestlingu. Podejrzanym jest Wąż, ale na miejscu prawda okazuje się bardziej skomplikowana. Do tego ekipa Wilka zostaje wrobiona w kradzież, za którą stoi inny gang i zmusza grupkę do wspólnej akcji.

Reżyser Pierre Perifel wraca na stołek twórcy i od samego początku wskakujemy na szalone tory. Mamy fantastycznie zrobiony pierwszy skok z udziałem Włóczki (tarantula-hakerka) w Egipcie. Akcja jest bardzo intensywna, szalona, ze sporą ilością gwałtownych zbliżeń, masy kurzu i dymu (te efekty wyglądają niesamowicie) oraz slow-motion. Ekscytująca scena, która przeskakuje do – o wiele bardziej szarej – rzeczywistości. I film pokazuje jak bardzo niełatwo jest wyjść na prostą, zwłaszcza mając tak „sławną” przeszłość.

Sama intryga oraz główny plan jest poprowadzony w bardzo pomysłowy sposób. Nie tylko skala oraz stawka jest dużo większa, z kolei główna antagonistka (Kitty Kat) jest bardzo wyrazista, zadziorna oraz balansuje między sympatią a groźbą. Nadal siłą filmu pozostaje silna chemia między naszą paczką (anty)bohaterów, wizualne gagi oraz szalonymi twistami. Od próby zdobycia cennego zegarka po (dosłowny) lot w kosmos, gdzie Wilk ze spółką musi powstrzymać Kitty z kumpelami. Animacja wygląda bardzo imponująco, nawet jeśli nie jest to poziom przepięknego „Dzikiego robota”. Imponuje ilość detali (zwłaszcza w scenach kosmicznych), zmiany stylistyczne (krótkie przejście na ręcznie rysowaną kreskę) oraz zabawa chronologią czy szybkie cięcia montażowe. Trudno oderwać wzrok, zaś w tle gra jazzowo-elektroniczna muzyka Daniela Pembertona. W zasadzie trudno mi się tu w warstwie technicznej czy fabularnej przyczepić.

„Pan Wilk i spółka 2” jest pokazywany tylko z polskim dubbingiem, ale tutaj nie czuć dużego spadku jakości. Nadal za tłumaczenie odpowiada Bartosz Wierzbięta, zaś reżyserią zajęła się weteranka Joanna Węgrzynowska. Wraca obsada głosowa z poprzedniej części ze świetnym Szymonem Roszakiem na czele i nikt tutaj nie zawodzi. Nowością jest tu trio złodziejek, grane przez cholernie dobrą Annę Szymańczyk (Kitty Kat), zadziwiająco uroczą Olgę Szomańską (ptak Doom/Suzan) oraz Emilię Komornicką (hakerka Pigtail mówiąca z „rosyjskim” akcentem). Też czuć tutaj zgranie nowej ekipy, dodając troszkę więcej napięcia.

Chyba w ostatnich latach nie ma tak równego studia specjalizującego się w animacji jak DreamWorks, walące niemal hit za hitem („Pan Wilk i spółka”, „Kot w butach: Ostatnie życzenie”, „Dziki robot”, „Dog Man”). Nie inaczej jest z nową częścią przygód pana Wilka, dorównującej i nawet wręcz przebijającej pierwszą część, a zakończenie zostawia furtkę na ciąg dalszy. Nie wiem jak wy, ale na kolejną eskapadę eks-złodziei chętnie się wybiorę.

8/10

Radosław Ostrowski