Zgubiłam swoje ciało

Sam początek filmu jest mocno dezorientujący. Najpierw widzimy muchę, a obok wiele krwi i jakiś leżący chłopak. Cięcie. Potem słyszymy jak ktoś próbuje się z czegoś wyrwać nie wiadomo skąd. Kiedy dostajemy obraz okazuje się, że tym czymś jest… zawinięta w folię ludzka ręka. Czyja ręka? Co ona tam robi? Do kogo ona należy? I jak została ona rozdzielona od reszty ciała?

zgubilam swoje cialo1

Już sam początek tej francuskiej animacji stawia pytania oraz intryguje. Reżyser Jeremy Clapin stosuje tutaj dwutorową narrację, gdzie od razu zaczynamy poznawać dwójkę naszych bohaterów, czyli rękę oraz jej właściciela. A jest nim młody chłopak, który po śmierci rodziców trafia do dalszej rodziny i nie może znaleźć sobie miejsca. Marzenia o karierze muzyka czy astronauty zastępuje dowożenie pizzy. Ale nie jest on w tym dobry. Jednak jedna rozmowa zmienia jego życie, zaś pewien pociągający głos (i jego właścicielka) mogą być początkiem czegoś więcej.

zgubilam swoje cialo3

Historia jest prosta jak konstrukcja cepa, ale sposób jej opowiadania czyni ją niezwykłym doświadczeniem. Przeplatana narracja oraz droga jaką przeżywa dłoń fascynuje, choć początkowo może wywoływać dezorientację. Same przeszkody są pomysłowo pokazane: od ucieczki z lodówki przez walkę z gołębiem na dachu czy szczurami w metrze. Pomaga w tym fakt, że niektóre sceny są pokazywane niejako z perspektywy dłoni oraz serwując masę zbliżeń. Nie brakuje też momentów niemal surrealistycznych (sen o rodzicach, próba przejścia na drugą stronę ulicy) czy bardzo subtelnego humoru (pierwsza rozmowa z Gabriellą przez domofon), dodają uroku do tej pokręconej opowieści.

zgubilam swoje cialo2

Jeszcze bardziej zaskakuje niemal klasyczna forma animacji, bez metod stosowanych przez Disneya, Pixara czy innych gigantów zza Wielkiej Wody. Prosta kreska, wyglądająca jak ręcznie rysowana jest dość umowna. Z drugiej strony przy zbliżeniach widać sporo detali, szczególnie przy wyglądzie zwierząt. Wydaje się bardzo proste, ale zgrabnie uzupełnia się z samą opowieścią, pełną nostalgii oraz melancholijnego klimatu. Jedyne, co wywołuje we mnie niedosyt to zakończenie. Nie chodzi nawet o to, że nie ma (klasycznie rozumianego) happy endu, jednak rozminęło się ono z moimi oczekiwaniami.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Zgubiłam swoje ciało” to jednak z ciekawszych rzeczy dostępnych na Netflixie. Prosta w treści, ale oryginalna w formie animacja posiadający tzw. french touch.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Klaus

Poznajcie Jespera. Chłopak jest synem dyrektora Królewskiej Szkoły Listonoszy, który zwyczajnie robi wszystko, by wylecieć i wrócić do swojego wygodnego życia. Ojciec jednak stawia mu ultimatum, by zmienil się: mianuje go listonoszem i wysyła na prawdziwy wygwizdów zwany Smeerinsburgiem. Ma z niego zostać wysłane 6 tysięcy listów albo zostanie wydziedziczony. Wydaje się sprawą łatwą, prawda? Nic z tego, bo w miasteczku są dwa rody, które nawzajem się nienawidzą, wykorzystując wszelkie możliwe narzędzia: widły, harpuny, włócznie itp. Zadanie wydaje się niemożliwe, ale wszystko zmienia pewien przypadek.

klaus1

Mało miałem styczności z animacjami Netflixa, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. „Klaus” to produkcja hiszpańska od Sergio Pablosa, czyli scenarzysty „Jak ukraść księżyc” i rysownika związanego kiedyś z Disneyem oraz Blue Sky. Sama historia jest wariacją genezy św. Mikołaja oraz idei związanej z prezentami. I jest to prosta historia zderzenia cynicznego listonosza z bezwzględnym miasteczkiem, gdzie wrogość i niechęć są na porządku. Poza Jesperem są tutaj dwie istotne postacie: miejscowa nauczycielka (szkoła przerobiona na sklep z rybami) Alva, która pragnie wyrwać się stąd oraz mieszkający poza miastem drwal Klaus. I ta relacja między tymi bohaterami staje się intrygującym spoiwem dla całego filmu. Intryga idzie w łatwym do przewidzenia kierunku, ale sama droga wciąga jak zaspy nogi. Nie brakuje tutaj humoru (pierwsze spotkanie z mieszkańcami czy próba schwytania reniferów), który dodaje lekkości i pokazuje jak jeden gest może doprowadzić do zmiany mentalności. Co równie ważne, nie jest to ani naiwne, ani wyłożone w sposób łopatologiczny.

klaus2

Jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie sama animacja. Sprawia wrażenie rysowanej ręcznie, choć jedynym elementem trójwymiarowym były budynki, zaś same postacie były dwuwymiarowe, ale bardzo szczegółowe. To bardzo pomaga w budowaniu klimatu, tak samo jak wręcz epicka muzyka czy gra światłem czy wykonane wnętrza (szkoła na początku bardziej by pasowała do świata Tima Burtona), a nawet momenty zmiennego nastroju (pierwsza prezentacja Klausa, skupiona na detalach i ostrych przedmiotach przypominała troszkę horror). Jednocześnie twórcy cały czas balansują między humorem (dostarczanie prezentów), dramatem (powolna przemiana Jaspera) a akcją (finałowy pościg za saniami). Nie brakuje też momentów wzruszenia, a wszystko jest takie ciepłe, że już może stać się gościem wigilijnych seansów.

klaus3

„Klaus” ujmuje i chwyta za serducho już od pierwszych minut, co osiągają tylko nieliczni. Ciepły, mądry, a jednocześnie wierzący w dobrą stronę ludzi. Takie filmy na Święta są idealne. I nie tylko na ten okres.

8/10

Radosław Ostrowski

Emotki. Film

Rzadko się zdarza, by jakaś animacja została uznana za jeden z najgorszych filmów roku. Ale studio Sony w 2017 roku postanowił podnieść rękawicę i zrobiło film o najbardziej absurdalnym pomyśle od czasu „Battleship” (gra w statki). Bo czy można inaczej opisać film, gdzie bohaterami są emotikony? I jeszcze jedno: to nie jest film dla dzieci, tylko dla bardziej nastolatków, ok? Chociaż po seansie nie jestem tego taki pewny.

emotki2

Witajcie w Tekstopolis – mieście, które znajduje się w smartfonie. Tutaj żyją wszystkie emotki, która mają zostać wykorzystane przez użytkownika. A jest nim uczeń liceum, beznadziejnie zakochany w pewnej koleżance. Ale jak ma do niej zagadać, gdy cały czas gapi się w telefon? Dodatkowy każdy pisany SMS ostatecznie trafia do kosza. Od czego są jednak emotikony. Jedną z tych emotek jest szukający swojego miejsca Minek, czyli mem mający prezentować obojętność jak jego rodzice. Pierwszy dzień w jego nowej pracy (wybór emotek podczas pisania wiadomości) kończy się blamażem i chłopak zostaje uznany za anomalię. Dlaczego? Bo wyraża więcej niż jedną emocję, a to jest niedopuszczalne. Jest to do tego stopnia groźne, że właściciel chce skasować pamięć telefonu. Więc szefowa Tekstopolis, czyli Uśmiech nasyła na Minka antywirusy. Nasz bohater decyduje się odnaleźć hakera, by pomógł mu być takim normalnym meh, jak się da. I wyrusza w drogę razem z hakerem Matrix oraz troszkę zapomnianym Piątką.

emotki1

Film Tony’ego Leonidasa na pierwszy rzut oka wydaje się brzmieć dziwnie znajomo. Oglądaliście może „W głowie się nie mieści”? Koncepcja kina drogi oraz wiele scen (głównie ta w koszu) wyglądają dość znajomo, jednak sama jakość animacji od Sony mocno odstaje produkcji Pixara. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że brakuje świeżości. Jeszcze pomysł przenoszenia się po smartfonie jest niezły czy wizja samego Tekstopolis. Ale po drodze mamy product placement (Candy Crush, Just Dance, YouTube), bardzo przewidywalną fabułę oraz w zasadzie bardzo słabiutki humor. Można jeszcze polubić bohaterów, chociaż Piątka (ruchowa dłoń) jest dość irytujący i ciągle pakuje wszystkich w tarapaty. Za to Minek prezentujący całą paletę emocji oraz zbuntowana Matrix, która nie chce się dostosować do norm społecznych – to zupełnie inna para kaloszy.

emotki3

Także sceny dziejące się w realu, gdzie nastolatkowe gapią się w komórki i nie potrafią do siebie zagadać – ech, szkoda gadać. To jest jeszcze nudniejsze i nie angażujące jak podróż Minka do samoakceptacji. Z takim materiałem nawet polski dubbing nie jest w stanie tego uratować. Bartek Wierzbięta dwoi się i troi ze swoim tłumaczeniem, lecz nawet on z gówna bicza nie wykręci. Podobno zatrudniono gwiazdy polskiego YouTube’a, ale ponieważ nie obserwuje go zbyt dobrze, nie zauważyłem nikogo. Ale za to usłyszałem parę znajomych głosów, z których najbardziej wybijały się trzy. Po pierwsze, Paweł Ciołkosz jako nasz Minek budzi sympatię od razu i zachowuje ją do końca. Po drugie, Monika Pikuła w roli zadziornej, zbuntowanej hakerki Matrix. No i na sam deser Wojciech Paszkowski w roli ojca Minka, który tak swoim głosem czaruje, że każdym słowem rozbawić.

emotki4

Czy „Emotki. Film” to najgorsza animacja w historii? Nie, jest na to zbyt nudny i nijaki. Miewa przebłyski, jednak zbyt rzadko, a charakter praktycznie zniknął na początku produkcji. To tylko produkt, który nie wie dla kogo chce być.

4/10

Radosław Ostrowski

Mirai

Kun jest 5-letnim chłopcem, mieszkającym z matką, ojcem oraz piesełem. Cały świat wręcz kręci się wokół niego, a wszyscy wręcz tańczą jak on zagra. Wszystko jednak wywraca się do góry nogami, kiedy do domu pojawia się jego młodsza siostra, świeżo urodzony niemowlak. I to jest dla niego koszmar, bo wszyscy zwracają uwagę na nią, na Mirai, przez co chłopak czuje się odrzucony, niekochany. Wszystko jednak zaczyna się zmieniać, kiedy zaczyna przychodzić do ogrodu, gdzie dzieją się dość zaskakujące rzeczy.

mirai1

Kolejna wyprawa do Kraju Kwitnącej Wiśni, ale tym razem z tematem bardziej uniwersalnym niż się to na pierwszy rzut oka wydaje. „Mirai” to opowieść o dojrzewaniu, której konstrukcją najbliżej jest do „Boyhood” – epizodyczność wydarzeń, pozornie nie powiązanych ze sobą. Jest jednak rzecz bardzo japońska w duchu, czyli sceny mocno zabarwione fantastyką. To w nich nasz chłopak niejako trafia do przeszłości, a nawet przyszłości, gdzie spotyka m.in. ludzką wersję swojego psa czy dorosłą Mirai. Brzmi wariacko, wręcz surrealistycznie? Ale dla reżysera jest to klucz do pokazania drogi naszego dzieciaka do dojrzewania, choć osadzone jest w zasadzie w jednej przestrzeni domu. Może wydaje się dość przewidywalne i proste, lecz kontekst kulturowy dodaje pewnego specyficznego posmaku.

mirai2

Historia wydaje się prosta, lecz elementy fantastyczne mocno wybijają ją z grona innych opowieści o szybkim dojrzewaniu. Nie działa ona jednak w ten sposób, że dzieje się od razu, po jednym wydarzeniu. To proces, gdzie niemal wszyscy wydają się zdezorientowani oraz zagubieni: bardzo apatyczny ojciec, który stara się pomóc, pracująca matka wracająca do domu zmęczona, a także sam Kun. Cała ta trójka musi na nowo się odnaleźć, ale wszystko widzimy z perspektywy dziecka. Jego wyobraźnia jest miejscami bardzo szalona (chłopak po wyrwaniu oraz wsadzeniu sobie ogona staje się psem), a także pomaga mu łatwiej przejść przez ten dość trudny okres. A jednocześnie gdzieś zasłyszane zdarzenia z przeszłości rodziny stają się istotną częścią układanki (wizyta u pradziadka zakończona jazdą na koniu czy spotkanie z matką w jego wieku), co czyni całość bardziej dojrzałym oraz mądrym spojrzeniem na okres, gdy pojawia się nowy członek rodziny.

mirai3

Żeby jednak nie było słodko, nie brakuje tutaj bardzo mrocznych scen, zwłaszcza w finale dzieła. Mocne wrażenie robi cała sekwencja na dworcu, gdzie wszystko idzie wręcz w stronę rasowego horroru (te krzesła w pociągu na Samotną Wyspę) – dla bardzo młodych widzów może być to zbyt mocny obraz. Sama animacja jest zrobiona w sposób klasyczny, wręcz ręcznie rysowany styl. I wygląda przez to bardzo ładnie, ale pojawiają się pewne trójwymiarowe wstawki czy to podczas finału na dworcu, przeskakiwaniu z miejsca na miejsce (niemal widać takie paski) czy cała sekwencja w jakby akwarium. Nie jest to może aż tak widowiskowe jak poprzednie animacje z Japonii jakie widziałem oraz sporych efektów specjalnych, ale w przypadku tej opowieści działa to zdecydowanie na plus.

mirai4

Muszę przyznać, że „Mirai” po raz kolejny pokazuje, co ciekawego dzieje się w Kraju Kwitnącej Wiśni. Nominacje do Oscara oraz Złotego Globu nie są dziełem przypadku, zaś dorośli i dzieci (bardziej w wieku 10+) znajdą tutaj coś dla siebie. Mądre, zabawne, a jednocześnie bardzo uniwersalne kino trafiające pod każdą szerokość geograficzną.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Majtas: Pierwszy wielki film

Animowane kino superbohaterskie nie jest niczym nowym, co pokazali choćby „Młodzi Tytani”. Ten film jednak przeoczyłem z powodu chłodnego odbioru oraz dość dziwacznego zwiastuna. No i tytuł brzmiący niczym z jakiejś bajki dla bardzo młodego widza. Czyżbym był już za stary na pewne rzeczy? Ale po kolei.

Głównymi bohaterami oraz narratorami są George i Harold – dwaj kumple chodzący do podstawówki. Są pozytywnie zakręconymi kawalarzami, tworzą komiks o tytułowym superbohaterze (jego geneza to w zasadzie parodia „Supermana”). I w zasadzie byłoby dobrze, gdyby nie to, że szkoła do jakiej uczęszczają to połączenie kostnicy z obozem, gdzie cały czas jest stypa. Do tego dyrektor, pan Krapp, jest prawdziwym wrzodem na dupie, zaś każda oznaka radości doprowadza go do szału. Kiedy chłopaki podczas dnia, gdzie są prezentowane nowe wynalazki prymusa, wycinają kawał i za karę mają zostać rozdzieleni. Z desperacji wpadają na szalony pomysł, by… zahipnotyzować dyrektora plastikowym pierścieniem, co udaje się. I tak dyrektor zostaje Kapitanem Majtasem, czyli gościem w majtach z niezbyt rozwiniętym IQ. A heros jest potrzebny, bo w szkole pojawia się zagrożenie w postaci nowego matematyka/szalonego naukowca.

kapitan majtas1

Fabuła animacji od DreamWorks zrobiona przez Davida Sorena (reżyser) oraz Nicholasa Stollera (scenariusz) wydaje się brzmieć bardzo prosto i nieskomplikowanie. Akcja w podstawówce, więc raczej należy się spodziewać humoru skierowanego dla zaczynającego swoją przygodę z kinem dziecka. Mamy pierdy, masę slapsticku (głównie zderzenie Majtasa z rzeczywistością – i to bawi), ale jednocześnie jest to pastisz kina superbohaterskiego. Największą siła tego filmu jest zabawa formą, gdzie mamy zarówno sceny ręcznie rysowane (komiksowy wstęp), łamanie czwartej ściany, stopklatki, mocne i pstrokate kolory (wjazd do szkoły w rytm „Oh Yeah”), podzielony ekran niczym komiksowe kadry czy surrealistyczne wstawki (rozmowa dwóch „mózgów”). A i tak nie wymieniłem wszystkiego.

kapitan majtas2

Sama animacja pozornie wydaje się być bardzo uproszczona, troszkę przypominająca mi kinowe „Fistaszki” (sylwetki ludzi) czy „Bociany” (też od Stollera), ale to wszystko tworzy bardzo specyficzny klimat. Troszkę ocierając się o komiks, z bardzo heroiczną muzyką (bardzo pastiszową) w tle – prawie jak „Superman” czy „Indiana Jones” od Johna Williamsa.

kapitan majtas3

Dzieje się tu sporo, nie ma miejsca na nudę, zaś ilość żartów dla dzieci i dorosłych utrzymuje się na poziomie pół na pół. Nawet jeśli wszystko wydaje się przerysowane, głupawe i niedorzeczne (motywacja głównego złola, zachowanie Kapitana Majtasa), jest to absolutnie świadomy zabieg. Może przeszkadzać pewna powtarzalność gagów (hipnotyzowanie i odczarowywanie dyrektora – pstrykniecie i woda), niemniej to wszystko ma masę uroku oraz nawet niegłupi morał, pokazując siłę przyjaźni i wyobraźni. A także bardzo satyrycznie pokazuje szkołę oraz system edukacji, który zmienia uczniów u pozbawionych radości samotników.

kapitan majtas4

Swoją robotę robi też polski dubbing w reżyserii legendarnego Jarosława Boberka. Tym razem jednak zostali obsadzeni mniej znani aktorzy głosowi, co dodaje pewnej świeżości. Jedyny rozpoznawalny głos należy do Jakuba Szydłowskiego, który zagrał profesora Pofajdanka, będącego demonicznym złolem z absurdalną motywacją. Sympatię budzą nasi postrzeleni protagoniści, grani przez Mateusza Narlocha oraz Mateusza Webera, dodając luzu oraz dystansu. Dla mnie jednak odkryciem był Filip Przybylski: z jednej strony wściekły i nabuzowany dyrektor Krapp, z drugiej nie za mądry, pełen optymizmu Kapitan Majtas. W obydwu rolach pozostaje wiarygodny, zaś przejście z jednej w drugą dzieło się niczym za pomocą magicznego przycisku.

Po „Kapitanie Majtasie” spodziewałem się bajki skierowanej głównie dla najmłodszego widza, ale sam film okazał się zaskakująco zabawną, zakręconą opowieścią o sile wyobraźni. Ale jak z każdą siłą, łączy się wielka odpowiedzialność, więc trzeba uważać. Mam nadzieję, że powstanie ciąg dalszy, w końcu to pierwszy wielki film tego herosa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Grinch

Miasteczko Ktosiowo jest znane z tego, że bardzo hucznie obchodzi Boże Narodzenie. Wiadomo, prezenty, panująca wszędzie radość, kolędy, choinka, dekoracje oraz tego typu pierdoły. Jest jednak ktoś, kto wielkim fanem Świąt nie jest –  zielonkawy stworek zwany Grinchem. Troszkę taki gremlin, trochę skrzat oraz wynalazca a’la doktor Brown. Kiedy dowiaduję się, że tegoroczne Święta mają być trzy razy huczniej obchodzone niż zwykle, postanawia dokonać najbardziej szaloną akcję w całym swoim życiu: ukraść Święta Bożego Narodzenia.

grinch2

Studio Illumination Entertainment wydaje się być ekipą kojarzoną z jedną serią animacji: cyklu o Gru i Minionkach. Poza nim poziom był dość nierówny (świetne „Sing”, ale i mocno średnie „Sekretne życie zwierzaków domowych”), więc do adaptacji książki dra Seussa podchodziłem bardzo sceptycznie. Owszem, czuć iż to film skierowany dla młodego widza, nie jest to jednak bardzo infantylne kino. Jest tu klimat klasycznej bajki z czasów Disneya (obecność narratora, komentującego wierszem – wynika to z charakteru literackiego pierwowzoru), opartego na zderzeniu slapsticku oraz charakteru Grincha ze świątecznym klimatem. I to potrafi zadziałać, zwłaszcza iż sam Grinch nie jest wrogiem Świąt jako takich, tylko tego bardziej komercyjnego sposobu obchodzenia, skupieniu się na otocznie, prezentach (jego zdaniem niepotrzebnych przedmiotach), blichtrze. Tylko, czy to jest prawdziwy duch Świąt? To pytanie serwuje drugi wątek, związany z małą dziewczynką o imieniu Cindy Lou, która chce troszkę innego prezentu niż wszyscy inni.

grinch1

Może i fabuła jest przewidywalna oraz prosta niczym konstrukcja cepa, jednak muszę przyznać, że sama animacja oraz forma tej opowieści jest bardzo ładna, wręcz szczegółowa (futerko Grincha i jego jaskinia). Nadal jednak czuć rękę oraz styl studia (piesek Grincha wzięty niemal żywcem z „Sekretnego życia…” czy ludzie o wyglądzie z serii o Minionkach), ale poziomem bliżej jest do „Sing”. Sam wygląd miasta, dekoracji świątecznych robi spore wrażenie, akcja też jest dynamiczna (sceny kradzieży prezentów czy przygotowań). W tle gra muza Danny’ego Elfmana, troszkę klimatem przypominająca… „Miasteczko Halloween” (albo mam coś z uszami), będąca sporym plusem. I sam morał też jest trafny, mądry i pokazany w niezbyt nachalny sposób.

grinch3

Polska wersja językowa realizowana przez Bartka Wierzbiętę jak zawsze trzyma fason. Chociaż jest pewien szczegół (choć nie wiem, czy to wina dystrybutora): wszelkie kolędy i piosenki świąteczne są wykonywane w oryginale. Tylko, że w jednej scenie kolęda jest śpiewana po polsku, co wywołuje poczucie pewnej niekonsekwencji. Najbardziej błyszczą dwie role, czyli narrator oraz tytułowy Grinch. Pierwszy przemawia bardzo ciepłym, delikatnym głosem Marka „Gru” Robaczewskiego, zaś drugi (w oryginale sam Benedict Cumberbatch) przemawia wokalem legendarnego Jarosława Boberka, potwierdzającego wielką klasę. Jego pomruki, szorstki głos buduje charakter zgorzkniałego, samotnego, jednak mimo wszystko budzącego sympatię stworka. No i jeszcze jest przesympatyczna Lila Wassermann jako Cindy Lou Ktoś.

grinch4

Ku mojemu zdumieniu „Grinch” okazał się jednym z najlepszych filmów studia Illumination. W każdym razie na pewno najładniejszą animację ze wszystkich oraz sporo serducha (także tego świątecznego), jakiego po nim się nie spodziewałem. No i zobaczenie śniegu w to gorące lato jest czymś orzeźwiającym, czego bardzo potrzeba.

7/10

Radosław Ostrowski

Młodzi Tytani: Akcja! Film

Słyszeliście kiedyś o Młodych Tytanach? To tacy bardzo młodzi, wręcz dziecięcy superbohaterowie, którzy nie do końca zachowują i traktują się poważnie. Frontmanem grupy jest Robin – podopieczny niejakiego Batmana, zaś wszyscy żyją w Tinsel Town. Tam nawet niepoważni złoczyńcy jak Balonowy Człowiek uważają tą grupę za pajaców. Żeby to zmienić kumple postanawiają… zrobić swój własny film. Tylko, że specjalistka od tego kina nie jest nimi zainteresowana. Do czasu, gdy pojawia się tajemniczy Slade i planuje stworzyć maszynę do manipulowania umysłami.

mlodzi tytani1

Kolejna animacja ze świata DC, ale nie powiązana z kinowym uniwersum, które o mały włos by skończyło żywot. „Młodzi Tytani” zaczynali jako serialowa kreskówka Cartoon Network w latach 2003-07 oraz od 2013, czyli czasów, kiedy już nie odbierałem tego kanału. Kinowa wersja jest tak naprawdę pretekstem do zaserwowania kolejnych żartów i gagów, niczym w „Deadpoolu”. Czyli jeśli spodziewacie się mrocznego, poważnego kina, to pomyliliście adres. Choć animacja i kreska wydaje się niezbyt skomplikowana, mało szczegółowa i bardziej przypominająca produkcję dla telewizji, to jednak ogląda się naprawdę nieźle. Sama historia wydaje się poprowadzona prościutko i skupiona przede wszystkim na Robinie – chłopaku pragnącym być szanowanym przez środowisko superherosów, przez co jego przyjaźń z resztą ekipy (Cyborg, Bestia, Raven, Starfire) zostaje wystawiona na ciężką próbę. Nie oznacza to jednak nudy, bo akcja potrafi przyspieszyć i wciągnąć, intryga całkiem nieźle puentuje współczesne trendy oraz schematy kina, nawet jeśli to wszystko wydaje się znajomo. Balans między powagą a zgrywą nie zostaje zachwiany w żaden sposób.

mlodzi tytani2

Jeśli chodzi o poziom żartów, to jest on bardzo różnorodny: od ironicznego (głównie na dalszym planie) przez postmodernistyczne aluzje (opowieści o filmach, wątek podróży w czasie) aż po taki skierowany do zdecydowanie młodego odbiorcy. Na szczęście tego drugiego nie ma aż tak dużo jak się obawiałem. No i jeszcze wielkie litery niczym w komiksowym stylu. Dla mnie pewnym problemem jest jedna rzecz: z Tytanów najbardziej wybija się Robin, jego dylematy i wątpliwości. Reszta ekipy jest tylko i wyłącznie tłem, bardzo skromnie zarysowanym w jednej piosence, co troszkę boli.

mlodzi tytani3

Jeżeli chcecie obejrzeć „Młodych Tytanów”, to tylko w oryginalnej ścieżce dźwiękowej, bo polska – delikatnie mówiąc – kłuje po uszach i same głosy wypadają tak sobie (zwłaszcza, że są strasznie zdesynchronizowane z kłapami). W oryginale najbardziej błyszczy wcielający się w głównego antagonistę Slade’a – a tak naprawdę Deathstroke’a – Will Arnett (świetnie się bawi tą rolą) oraz Scott Menville jako Robin. Po drodze jest parę ciekawych i wyrazistych ról (cudna Kristen Bell jako reżyserka Jade Wilson, prawy Superman w wykonaniu… Nicolasa Cage’a czy śpiewający Michael Bolton w piosence motywującej jako Tygrys), dodając odrobiny koloru oraz błysku.

Ku mojemu zdumieniu „Młodzi Tytani” okazali się zaskakująco fajnym, sympatycznym kinem postmodernistycznym i przyjemną zgrywą z tego gatunku. Może troszkę ugrzecznioną i bardziej skierowaną dla młodego widza, to jednak dorośli też znajdą sporo dla siebie. I jest też furtka na kontynuację, która – mam nadzieję – powstanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Hotel Transylwania 3

Pamiętacie jeszcze ten hotel prowadzony przez legendarnego hrabiego Draculę? Dwie części animacji od studia Sony oraz reżysera Genndy’ego Tartakovsky’ego były świetną zabawą, stanowiącą dekonstrukcję kina grozy, zmieszana z komedią. Teraz jednak Drakul troszkę męczy się z samotnością – w sensie brakiem partnerki, bo córeczka ma własną rodzinę, hotel też dobrze się trzyma i prowadzi, lecz smutek mu widać na twarzy. Dlatego cała ekipa postanawia wyruszyć na upiorną wycieczkę do… Trójkąta Bermudzkiego. Jednak cały myk polega na tym, że kapitanem całej wyprawy jest prawnuczka Abrahama Van Helsinga, chcącego zatłuc wszystkie monstra.

hotel transylvania3-1

Są pewne serie, które z każdą częścią tracą na jakości i niestety, to tego grona dołącza nowa część „Hotelu Transylwania”. To nadal opowieść o tolerancji wobec inności i przełamywaniu barier, tylko że tutaj brakuje czegoś, co mogłoby utrzymać moją uwagę na dłużej. „Trójka” coraz bardziej próbuje trafić do młodego widza, nie dając starszym zbyt wiele. Slapstickowy humor oparty na prostych i oczywistych gagach typu kamuflowanie zwierzątka, horda siejących spustoszenie dzieci czy – to akurat trafne – hrabia mijający wszystkie świszczące pociski, topory i tym podobne narzędzia zagłady. Cały czas postacie stoją w miejscu: Dracula skrywa i nie mówi niczego wprost, Mavis (córka) martwi się o ojca, zaś jej chłopak wydaje się traktować wszystko na luzie. Pewną świeżością jest nowa lokalizacja, czyli statek oraz Atlantyda czy bardzo pomysłowy pojedynek finałowy z wykorzystaniem broni ostatecznej zagłady. Także linie lotnicze prowadzone przez gremliny potrafią rozbawić, tylko że to wszystko są to bardzo małe drobiażdżki. Dla mnie nie było zbyt wiele, zaś cała historia była strasznie przewidywalna i nudna. Nie bójmy się tego słowa, mimo jakości animacji w stylu znanego dla tego reżysera (ładnie to wygląda) oraz świetnej muzyki troszkę w stylu Danny’ego Elfmana. Czuć tutaj bardzo duże zmęczenie materiału oraz poczucie deja vu, mimo udziału rodziny Van Helsing (nieudane próby neutralizacji to perełki humoru).

hotel transylvania3-2

Sytuację częściowo ratuje polski dubbing kierowany przez Bartka Wierzbiętę. Starzy znajomi nadal trzymają poziom, zwłaszcza Tomasz Borkowski (Dracula) oraz Agnieszka Mrozińska (Mavis), dodając lekkości oraz masę charakteru. Drugi plan wydaje się tutaj bardziej oddalony i zepchnięty do roli tła. Wyjątkiem od tej reguły są nowi bohaterowie, czyli kapitan Ericka (świetna Izabella Bukowska), starszy Van Helsing (niezawodny Jakub Szydłowski) oraz pełniący rolę służącego Śledź (bardzo chłodny Szymon Majewski).

hotel transylvania3-3

Nie wiem jak wam, ale dla mnie „Hotel Transylvania” powinien zakończyć działalność, zanim ostatecznie stanie się nieoglądalny. Ja nie miałem dla siebie zbyt wielu ciekawych rzeczy, poza śladowym absurdem, bo już nie jestem targetem tego dzieła (8-10-latek już we mnie nie siedzi i potrzebuję czegoś więcej od slapsticku), zaś dubbing nie jest w stanie ukryć mielizn fabuły.

5,5/10

Radosław Ostrowski

LEGO Przygoda 2

Pierwsze spotkanie z Emmetem Klockowskim było dla mnie jedną z najlepszych animacji ostatnich lat. Mega optymistyczny, ciepły i fajny korpoludek uratował swoich kolegów z Klockoburga, ratując przed Lordem Biznesem. Tylko, że czas spokoju zniknął wraz z pojawieniem się Duplo, co doprowadza miasto do wręcz postapokaliptycznego klimatu. Tym razem jednak zabawki Duplo z układu Siostar decydują się porwać liderów grupy: Żyletę, Batmana, Stalowobrody’ego oraz Kicię Rożek, zas Emmet wyrusza odbić grupę.

lego przygoda2-1

Pierwsza część rozpoczęła bum na animacje z klocków LEGO od Warner Bros., gdzie w zasadzie oprócz zmiany reżysera w zasadzie mamy to, co zawsze. Czyli zderzenie dwóch światów (świata klocków oraz świata… ludzkiego, a także świata Lego i Duplo), gdzie dochodzi do poważnego spięcia. Fabuła – niczym w „Deadpoolu” – jest pretekstem do wrzucania masy żartów oraz popkulturowych odniesień z „Mad Maxem” czy „Jurassic World” na czele. Ale tak naprawdę to kolejna opowieść o chwale kreatywności oraz dojrzewaniu, a także jakie mogą być tego konsekwencje. Czy dojrzewanie musi oznaczać rezygnację z dawnego wcielenia, przyjaźni oraz bycia tylko poważnym? Te pytania przewijają się przy okazji fabuły, chociaż to wszystko wydaje się być skierowane dla młodego (tak do 10+) odbiorcy. Aczkolwiek na drugim i trzecim planie jest masa miejscami absurdalnych żartów, godnych tria ZAZ (obecność Marii Skłodowskiej-Curie, przeskok do innego świata niczym w „2001: Odysei kosmicznej” czy piosenka królowej Wisimi o niej samej).

lego przygoda2-2

Ale jednocześnie nie mogłem pozbyć się pewnego wrażenia deja vu. Nie chodzi tylko o powtarzalność gagów, lecz także o przewidywalność, masę schematów (tajemniczy Rex, mający być nowym przyjacielem oraz kumplem) i brak czegoś dającego kopa. Do tego środek zwyczajnie rozsypuje się, co jest spowodowane rozdzieleniem postaci, doprowadzając do chaosu i znużenia.

lego przygoda2-3

Sama animacja wygląda tak jak w poprzednich częściach, czyli niemal imitacja poklatkowego stylu, wszystko jest bardzo klockowate i to dodaje masę uroku. Kolorami wali to po oczach (zwłaszcza w układzie Siostar), muzyka miesza orkiestrę z popem, retro elektroniką oraz bardzo chwytliwymi piosenkami. Nadal lubię tych bohaterów (zwłaszcza narcystycznego Batmana – jego nie da się nie lubić), ogląda się to z przyjemnością, a sceny akcji i sama wizja świata pozostaje kreatywna.

lego przygoda2-4

A jak sobie radzi polski dubbing? Więcej niż nieźle. Nadal nie zawodzi Piotr Bajtlik w roli ciepłego, zaczynającego dojrzewać Emmeta oraz tajemniczego, twardego Rexa, mającego statek kosmiczny z… dinozaurami. Równie cudnie się sprawdza Ewa Andruszkiewicz (twardo stąpająca przy ziemi Żyleta), Adam Bauman (pirat Stalowobrody) oraz Marta Dobecka (Kicia Rożek). Dla mnie jednak film kradł fantastyczny Krzysztof Banaszyk (Batman) i absolutnie zaskakująca… Natalia Sikora w roli absolutnie uroczej, chociaż budzącej nieufność królowej Wisimi, potrafiącej zmienić się w cokolwiek. I to jest prawdziwa petarda.

Druga część już nie ma tej świeżości i w zasadzie powtarza błędy poprzedników (chaotyczny środek, lekkie przeładowanie żartów, schematy, przewidywalność), ale nadal potrafi dostarczyć odrobiny frajdy. Animacja też wygląda ładnie, jednak bardziej skierowana jest dla młodszego widza. Starszy troszkę może się wynudzić. Może nie jest cudownie, ale nadal fajnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Asterix i Obelix. Tajemnica magicznego wywaru

Czy ja muszę mówić, jak bardzo uwielbiam dwóch Galów, którzy notorycznie spuszczają łomot Rzymianom? Niski Asterix oraz troszkę przypakowany Obelix to dla mnie najbardziej ikoniczny duet superherosów, ale tym razem mają bardzo poważne zadanie: otóż specjalista od magicznego napoju Panoramix… spada z drzewa i uważa, że powinien znaleźć swojego następcę. Trzeba wyruszyć przez całą Galię i jest też niejaki Sulfurix – stosujący czarną magię druid, pragnący zemsty oraz idący na układ z Cezarem.

magiczny napoj1

Parę lat temu pojawiło się „Osiedle Bogów”, czyli pierwsza animacja o Asterixie i Obelixie zrobiona w trójwymiarze. Twórcy tego dzieła, scenarzysta Alexandre Aster oraz reżyser Louis Clichy tym razem postanowili zrobić oryginalną opowieść, bez korzystania z komiksowego tekstu. Czy oznacza to, że nie ma tego klimatu? To nadal starzy znajomi i sprawdzone elementy wracają. Spuszczanie łomotu Rzymianom przy pomocy magicznego napoju? Jest. Kłótnia między kowalem (Automatix) a handlarzem ryb (Ihigienix) o jakość ryb? Jest. Julek Cezar i legioniści dostający wpierdziel? W poprzedniej części było ich o wiele więcej, ale ten fragment nadal bawi. Piraci, których łajba zawsze tonie? Są. Czyli wszystko gra? No, nie do końca.

magiczny napoj2

Sama intryga wydaje się dość niespiesznie poprowadzona, ale w drugim akcie troszkę brakowało mi kopa, zaś nadmiar potencjalnych wątków nie zostanie rozwinięty. Bo jest bardzo młody i uzdolniony druid, który jest troszkę za bardzo skupiony na sobie, bardzo uzdolniona dziewczynka z wioski, co ma potencjał na druida, wreszcie Sulfurix, pragnący zemsty na druidach oraz Panoramixie (swoim dawnym przyjacielu). Tu wszystko w tym metrażu wydaje się dorzucone i takie wręcz ciasne w ciągu tej półtorej godziny, zaś parę wydarzeń sprawia wrażenie niezrozumiałych (odłączenie się Asterixa od grupy, dość szybkie eliminowanie Obelixa z gry czy pozostawienie wioski pod opieką Kakofonixa). Sytuację ratuje za to bardzo satysfakcjonujący oraz widowiskowy finał, dzięki któremu „You Spin Me Round” zespołu Dead or Alive nie będzie już brzmieć tak samo. Plus jeszcze humor, co jest także zasługą polskiego tłumaczenia oraz spotykanych druidów (Selfix, Netflix, nawet Jezus zwany tu Człowiekiem-Piekarnią).

magiczny napoj3

By jeszcze uatrakcyjnić całość wiele scen jest zrobionych w innej formie (ręcznie rysowana kreska podczas historii o Panoramixie oraz Sulferixie czy mapa Galii niczym z Indiany Jonesa), zaś animacja trzyma poziom poprzednika, a nawet miejscami jest lepsza, bardzo szczegółowa. To bardzo ładnie wygląda, a w tle jest bardzo klimatyczna muzyka oraz parę szalonych pomysłów.

magiczny napoj4

Zdecydowanie mocną zaletą jest polski dubbing, choć nie powracają wszyscy aktorzy z „Osiedla bogów” (m.in. nie ma Piotra Fronczewskiego i Arkadiusza Jakubika). Asterixem znowu jest Wojciech Mecwaldowski i coraz lepiej sobie radzi z tą rolą. Nadal jest dość rozsądnym gościem, chociaż łatwo puszczają mu nerwy. Za to do roli Obelixa powrócił Wiktor Zborowski, potwierdzając wielką klasę, tak samo Miłogost Reczek jako Panoramix, choć na początku troszkę gryzł mi się ten głos. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie… Kuba Wojewódzki w roli głównego antagonisty. Sulfurix z jego niskim, głębokim głosem budzi respekt, bez popadania w karykaturę. Zaś drugi plan zdominował duet Automatix/Ihigienix (Piotr Bąk i Jarosław Boberek), docinając sobie i nawet próbując stworzyć własny magiczny napój – szczególnie ten drugi.

„Tajemnica magicznego wywaru” nie zrobiły tak mocnego wrażenia jak „Osiedle bogów” (dzisiaj oceniłbym wyżej niż teraz), ale to nadal ten fajny, zabawny, a jednocześnie mądry film dla młodego widza. Pod płaszczykiem bijatyki i żartów dotyka kwestii dość poważnych (zderzenia tradycji z nowoczesnością, wierności zasadom czy wyrywania się ze schematów), o jakich by się nie podejrzewano dzielnych Galów.

7/10

Radosław Ostrowski