Mary i kwiat czarownicy

Mary na pierwszy rzut oka wydaje się dość roztrzepaną, rudowłosą dziewczyną prowadzą dość spokojne, monotonne życie. Przyjechała do swojej ciotki przed rozpoczęciem roku szkolnego, ale nie ma zbyt wiele do roboty, zaś wszelka próba zaangażowania się w cokolwiek kończy się dość nie najlepiej. Wszystko jednak zmienia się z powodu pewnych kotów, dzięki którym dziewczyna trafia do lasu. Tam znajduje pewien tajemniczy kwiat oraz zaplątaną wśród pnączy miotłę. Połączenie tych dwóch rzeczy sprawia, że Mary trafia do… szkoły czarownic Endor, co pakuje ją w poważne tarapaty.

mary_i_kwiat1

Kolejna japońska animacja, ale tym razem nie zrealizowana przez studio Ghibli, lecz dopiero raczkujące Ponic. Reżyser Hirosama Yonebayashi wcześniej pracował w studiu Miyazakiego i czuć tutaj wizualny styl legendarnego studia japońskiego. Sama opowieść już od początku przykuwa swoją uwagę od tajemniczego początku z jakąś eksplozją w tle oraz ucieczką z magicznymi kwiatami. Im dalej w las, tym bardziej historia zaczyna odkrywać kolejne tajemnice. Niby znamy te opowieści o dojrzewaniu do odpowiedzialności, osadzonej w estetyce baśni, wręcz fantasy.

mary_i_kwiat2

Ale tutaj magia jest nie tylko kwestią nadprzyrodzonych umiejętności, lecz także wykorzystania naukowych dokonań. I prawdziwa magia to kwestia wypadkowej obydwu umiejętności. Tylko, że jednocześnie trzeba tutaj uważać, bo pewnych mocy nie da się do końca kontrolować. Może i historia czasami kuleje (cała tajemnica wokół uczelni jest dość przewidywalna), jednak realizacja jest wręcz imponująca. Jest tu wiele wykorzystanych rodzajów animacji: od ręcznej kreski tak „japońskiej”, że już się nie da aż po kilka popisów grafiki komputerowej (niektóre „magiczne” efekty) i to się po prostu wchłania. Cieszy to oko, tak jak przywiązanie do wielu szczegółów, a sama szkoła wygląda wręcz rewelacyjnie, osadzona w lekko steampunkowym stylu.

mary_i_kwiat3

Mary jest na tyle sympatyczną postacią, że zwyczajnie chce się jej kibicować. Jej powolna przemiana w dojrzałą, odpowiedzialną dziewczyną, pokazana jest tutaj bez jakiegokolwiek fałszu. Nawet postacie pozornie negatywne jak dyrektorka szkoły oraz genialnego naukowca, dr Dee są pokazani z pewnym zrozumieniem, ale są też ostrzeżeniem przed igraniem z ogniem i próbami opanowania czegoś, co powinno zostać pozostawione naturze. I to ostrzeżenie pozostaje bardzo aktualne na każdej szerokości geograficznej.

„Mary i kwiat czarownicy” to kolejny przykład pięknej (nie tylko wizualnie) japońskiej animacji od studia, które może spokojnie konkurować ze studiem Ghibli. Może czasem fabuła dla bardziej wyrobionego widza wydaje się dość przewidywalna, ale mamy kapitalną wizję świata, sympatycznych bohaterów oraz coś w formie magii.

8/10

Radosław Ostrowski

Życie animowane

Kiedy usłyszałem o tej historii wydawała mi się zwyczajnie nieprawdopodobna. A jednak. Poznajcie Owena – powoli wchodzącego w dorosłe życie faceta z autyzmem. Gdy go poznajemy, kończy studia, ma dziewczynę (Emily) i chce się usamodzielnić. Jednak najbardziej zaskakują jest jego przeszłość, bo w wieku 3 lat zdiagnozowano autyzm po tym, jak chłopiec przestał mówić i zaczął tylko bełkotać.  Po jakimś czasie rodzice odkryli, że kluczem do komunikacji są… bajki Walta Disneya, które – jak się później okazało – znał na pamięć. I zaczęła się próba wyciągnięcia chłopaka do życia.

zycie_animowane2

Film jest oparty na książce ojca Owena, dziennikarza Rona Suskinda. W zasadzie całość można podzielić na dwie części. Pierwsza to momenty z przeszłości, gdzie życie rodziny wywraca się do góry nogami oraz pojawia się choroba. Choroba, która dokonuje regresu (wtedy autyzm był stygmatyzowany), a jednocześnie – co jest pewnym paradoksem – troszkę bardziej zaczyna rodzinę scalać. Drugi wątek to współczesne życie Owena, kiedy kończy studia, chce samodzielnie mieszkać, żyć z dziewczyną oraz znaleźć pracę. Obydwie te historie niejako przeplatają się ze sobą, przez co cały czas trzyma w zainteresowaniu.

zycie_animowane1

Najbardziej w tej całej opowieści jest to, jak pokazany jest wpływ tych bajek na tego chłopca. Że dzięki nim zaczyna poznawać świat, ale też zaczynają go kształtować i uczą go przyjaźni, że nie należy się poddawać i tym podobne. Ale problem w tym, że te opowieści są bardzo czarno-białe, a życie prawdziwe takie nie jest, co może wywołać jeszcze większe zamieszanie (rozstanie z dziewczyną). I co wtedy? A to już możecie się sami przekonać. Same retrospekcje są pokazane w formie… ręcznie rysowanej animacji oraz rysunków, jakby ołówkiem wykonanych na kartce papieru. Te fragmenty nie tylko poruszają, ale pozwalają wejść niejako w skórę samego Owena, gdy poznajemy stworzoną przez niego opowieść. Nie spodziewałem się, że kiedyś się rozkleję, ale tak było.

Nie chcę zdradzać już więcej, ale powiem tylko jedno: „Życie animowane” to niezwykły, pełen empatii oraz ciepła film. Delikatny jak nasz bohater, a jednocześnie pokazujący troszkę perspektywę osoby, nazywaną czasami „inną”, ale nie oznacza to „gorszego”.

8/10 

Radosław Ostrowski

Mała Stopa

Czym jest Yeti – duża, włochata istota mieszkająca gdzieś w Himalajach. Podobno, bo nikt jej na oczy nie widział. Mieszkają w dużej wiosce otoczonej wielką mgłą na samym szczycie góry. Jednym z mieszkańców osady, kierowanej przez wszechwiedzącego Omnigłaza, jest Migo, który chce – tak jak ojciec – walić w dzwon (swoją głową podczas lotu). Problem w tym, że podczas pierwszego lotu, wypadł poza wioskę, a tam trafił na małą stopę, czyli człowieka. A podobno małych stóp nie ma i to może zburzyć pewien porządek. W tym samym czasie pewien podupadający autor programów przyrodniczych słyszy o Yeti i postanawia zorganizować mistyfikację, by wrócić na szczyt. Ale co się stanie, gdy człowiek spotka Yeti?

wielka_stopa1

Nowa animacja od Warner Bros. technicznie i wizualnie przypomina dylogię o „Klopsikach”, zwłaszcza pod względem sylwetek postaci ludzkich (nasz ludzki bohater, Percy nawet troszkę przypomina Flinta Lockwooda) oraz płynnej, choć może nie aż tak szczegółowej jak u konkurencji animacji. Jednak sama historia mocno przypomina klasyczne opowieści o (anty)utopiach, gdzie z góry zostaje narzucony porządek, przyjmowany bezkrytycznie przez całą społeczność. Ale musi się pojawić osobnik, który pod wpływem pewnych wydarzeń zaczyna stawiać pytania. A pytania zmuszają do myślenia, przez co porządek jest mocno zagrożony. Ale nie spodziewajcie się terroru czy groźby permanentnej inwigilacji, lecz motywacje stojące za tymi działaniami są dość zrozumiałe (świetnie wykonana i zaśpiewana scena w pałacu Omnigłaza). Bo czasem wiedza nie zawsze jest bezpieczna.

wielka_stopa3

Ale jednocześnie twórcy nie są pesymistami i serwują dość proste, ale mądre przesłanie. Obcemu może nie zaufamy od razu, jednak przy bliższym poznaniu wróg przestaje być wrogiem. Tylko czy obydwie strony będą w stanie przełamać lęk oraz chęć ślepego zabijania i przełamać mur wrogości? Po drodze dostajemy może troszkę przewidywalną, ale bardzo zgrabnie poprowadzoną opowieść pełną humoru (postać złośliwego Fleema czy scena ucieczki wyglądająca niczym sekwencja z Pac-Mana), ślicznie wyglądającej przyrody oraz postaci. Przyjemnie się to ogląda, zaś zakończenie daję nadzieję, że da się przełamać wrogość wobec innych.

wielka_stopa2

No i jest polski dubbing, do którego przyczepić się zwyczajnie nie potrafię, a co najbardziej mnie zaskoczyło, jest kilka mniej znanych i ogranych głosów. Te dotyczą głównych bohaterów, czyli Migo (Stefan Pawłowski) oraz córki Omnigłaza, Meechee (Małgorzata Kozłowska). Oboje sprawdzają się naprawdę dobrze, brzmią naturalnie i nie wywołują znużenia. Ze starej ekipy najlepiej wypada Jacek Król w roli Omnigłaza, czyniąc tą postać bardziej złożoną niż się to wydaje na pierwszy rzut oraz Sebastian Stankiewicz jako Percy, u którego dokonuje się przemiana z prawdziwego egoisty do sympatycznego, fajnego gościa. Humor jeszcze wnosi zabójcze trio Anna Smołowik/Jakub Wieczorek/Wojciech Mecwaldowski jako pokręceni członkowie grupy zwanej ZUS (nie, składek nie biorą).

O takich filmach kiedyś mówiło się, że uczą bycia tolerancyjnym oraz tego, że czasem trzeba podważyć autorytety. Teraz nazywa się to lewacką propagandą, co w kwestii tolerancji pokazuje, iż jeszcze wiele pozostaje do zrobienia. Dla mnie to ładnie wyglądająca, mądra bajka nie tylko dla dzieci.

7/10 

Radosław Ostrowski

Duża ryba i begonia

Czy zdarzało wam się obejrzeć animację z Dalekiego Wschodu, ale nie było to dzieło studia Ghibli? Tak mi się zdarzyło, bo film „Duża ryba i begonia” to produkcja z potężnych Chin i opiera się na ich mitologii. Dlatego dla takich osób jak ja, seans mógł być nieczytelny, co jednak nie stało się.

Wszystko toczy się w dwóch światach. Pierwszy świat to świat tzw. Innych – istot humanoidalnych, którzy posiadają moc od Matki Natury i jako dzieci przez siedem dni odwiedzają świat ludzi. Problem w tym, że nie można pozwolić sobie na bliższy kontakt ze światem ludzi, bo już się z niego nie wraca. Osobniki te są zamieniane w delfiny. Jedną z takich osób jest Chen – młoda dziewczyna, która wchodzi w ten nowy świat. Ale siódmego dnia nasza delfinica wpada z siatkę, a podczas ratunku mężczyzna wpada w wir. Po powrocie Chen czuje się bardzo winna, więc decyduje się zawrzeć targ ze strażnikiem dusz – dusza chłopaka (pod postacią ryby) w zamian za połowę jej życia. Konsekwencje tego interesu mogą mieć poważne perturbacje.

duza_ryba11

Muszę przyznać, że sama ta historia wydaje się bardziej uniwersalna niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Mamy tutaj miłość, odpowiedzialność za innych oraz poważne zaburzenie dwóch światów. Magia tutaj ma swoją istotną rolę. W ogóle nasi główni bohaterowie (Chin oraz chłopiec Qiu) wydają się zaledwie pionkami, próbującymi zawalczyć o swoje szczęście. Pojawiają się kolejne elementy układanki oraz komplikacje związane z naszą rybką. Natura zaczyna świrować (opady śniegu podczas lata czy bardzo gwałtowne ulewy), kolejne próby ukrywania ryby coraz bardziej wywołują się pętlę na jej szyi. Napięcie coraz bardziej ulega intensywności aż do bardzo smutnego finału.

duza_ryba31

Sama animacja to połączenie klasycznej kreski z komputerowymi efektami, przy różnych niesamowitych obrazach. Wiele z tych scen wygląda zwyczajnie imponująco: żółwie płynące z chmur, gwałtowna ulewa czy wszelkie „efekty specjalne”. I co najciekawsze, to połączenie tworzy bardzo spójną wizję. Zwykła kreska, kojarzona z japońskich animacji, też wygląda pięknie, pełna kolorów oraz pomysłowo wyglądających postaci nadprzyrodzonych (tajemniczy handlarz dusz) i czarów. Niektóre z tych kadrów w pamięci zostaną na bardzo długo.

duza_ryba21

„Duża ryba i begonia” dla fanów animacji azjatyckich jest pozycją obowiązkową. Choć może samo funkcjonowanie tego świata wydaje się dość uproszczone i nie zawsze jasne. Nie mniej bardzo silne wrażenia wizualne, całkiem niezły polski dubbing (z mniej znanymi aktorami) oraz klimatyczna muzyka tworzy bardzo intrygujące doświadczenie. Raczej dla bardziej dojrzałych kinomanów.

7/10

Radosław Ostrowski

Castlevania – seria 1

Filmów opartych na grach komputerowych było wiele, ale żadna nie była do końca udana. Nie odstraszało to jednak filmowców, by w końcu przynajmniej zbliżyć się do zadowalającego efektu („Warcraft: Początek”, pierwszy „Mortal Kombat”) zarówno dla graczy, jak i dla kinomanów. Tym razem jednak do gry postanowił się włączyć Netflix, sięgając po klasykę gier konsolowych, czyli serię „Castlevania”. Cykl opowiadał o rodzie Belmontów, który walczy z Draculą oraz jego armią z zaświatów.

Pierwsza seria to właściwie geneza całego konfliktu. Jest XV wiek i jesteśmy w krainie zwanej Wołoszczyzna, gdzie przebywa Vlad Dracula Tepesz – wampir, posiadający bardzo zaawansowaną wiedzę oraz technologię, jakiej spodziewalibyśmy się w XIX czy początku XX wieku. Wtedy w jego życiu pojawiła się kobieta – Lisa, która chciała leczyć oraz pomagać innym ludziom. Ale 30 lat później pewien duchowny dostrzegł w niej zagrożenie i spalono ją na stosie. Reakcja hrabiego mogła być tylko jedna: dał mieszkańcom rok na pogodzenie się z Bogiem, by potem zebrać armię i wyplenić wszystkich mieszkańców kraju. Jedyną osobą, która może go powstrzymać jest ostatni potomek rodu Belmontów, którzy zostali przeklęci przez Kościół.

castlevania_11

Odpowiedzialny za serial Warren Ellis (scenarzysta) oraz reżyser Sam Deetz ubrali tą historię w konwencji animacji stylizowanej na anime. Kreska jest bardzo charakterystyczna (te oczy), ale tylko w ten sposób można było pokazać brutalność oraz okrucieństwo wielu scen. Twórcy bardzo sugestywnie oddają realia epoki, gdzie Kościół miał wielką pozycję społeczną, lecz zamiast oświecenia oraz miłosierdzia jest terror, indoktrynacja oraz ślepe posłuszeństwo połączone z żądzą władzy. I to doprowadza do rozpanoszenia się zła, które wszystkich potraktuje jednakowo. A Bóg tylko milczy, opuszczając swoich „wyznawców”.

castlevania_12

Pierwsza seria to w zasadzie początek, wprowadzenie do większej opowieści, co sugeruje czas trwania (cztery odcinki po ok. 25 minut), przez co zostawia duży niedosyt. Jednak samo wykonanie robi wielkie wrażenie, ale ostrzegam: to nie jest film dla dzieci, a sceny przemocy są bardzo krwawe i brutalne, co w tego typu stylistyce jest absolutnie naturalne. Same sceny akcji, których nie ma zbyt wiele, wyglądają po prostu świetnie: kamera płynnie pokazuje każdy ruch, cios, uderzenie. I to się bardzo przyjemnie ogląda, zachowując pewien niepokojący klimat.

castlevania_13

Także aktorstwo oraz postacie są bardzo wyraziste. Sam Trevor Belomont (świetny Richard Armitage) ma wszelkie cechy antybohaterów: cynizm, zmęczenie życiem, jednak pod tą maską obojętnego człowieka, mającego w dupie wszystkich dookoła kryje się doświadczony, troszkę arogancki, ale niepozbawiony sprytu i wiedzy wojownik. Może troszkę wyszedł z wprawy, ale nie odpuszcza. Równie wyrazisty jest Dracula (Graham McTavish), chociaż pojawia się stosunkowo rzadko, niemniej budzi majestat swoją posturą oraz fizyczną transformacją. Mocna, wyrazista kreacja, podobnie jak ogarniętego żądzą władzy biskupa (opanowany Matt Flewer) czy tajemniczego Alucarda (James Callis) obecnego w finale.

Jak napisałem, pierwsza seria jest wprawką do mrocznej opowieści o walce dobra ze złem. Czy Belmontowi i jego drobnej ekipie uda się pokonać mrocznego Draculę? Czy może jednak polegną? Jestem strasznie ciekawy ciągu dalszego.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Wyspa Psów

Japonia z perspektywy cudzoziemca może się wydawać dziwacznym krajem, z niesamowicie postępującą technologią, silnie zakorzenioną tradycją (sumo, haiku, sushi) oraz uwielbieniem do wszystkiego, co małe. Ale tym razem Japonii przyjrzy się pewien amerykański ekscentryk o imieniu Wes Anderson, postanowił przyjrzeć się Krajowi Kwitnącej Wiśni.

Idziemy 20 lat w przyszłość, gdzie w mieście Megasaki władzę trzyma rodzina Kobayashi, który nienawidzi psów, wielbiąc za to puszyste czworonogi zwane kotami. W tym samym czasie wybucha wielka epidemia choroby psów. Zwierzęta zarażają, są bardzo agresywne i bardzo niebezpiecznie. Dlatego zostaje wydany dekret, gdzie czworonogi zostają wysłane na Wyspę Śmieci, która jest jednym wielkim wysypiskiem. Tam zwierzaki są zdane na siebie, jednak pewnego dnia dochodzi do dość dziwnej sytuacji, bo na wyspę przylatuje samolot z 12-letnim chłopcem. To adoptowany syn burmistrza, Atari Kobayashi, który wyrusza na poszukiwanie swojego psa-ochroniarza Ciapka – pierwszego psa zesłanego na wyspę. A w wyprawie pomaga mu psia banda: Wódz, Rex, Książę, Król i Szef.

wyspa_psow1

Anderson drugi raz (wcześniej był „Fantastyczny pan Lis”) sięga po animację poklatkową, czyli wykorzystująca pracę kukiełek, które są ręcznie sterowane przez każdą klatkę fabuły. Sama forma jest bardzo typowa dla stylu Andersona – symetryczność kadrów, narrator wiedzący wszystko, zabawa chronologią, skupienie na detalach (nowością jest znany choćby z filmów De Palmy podzielony ekran) oraz bardzo specyficzne poczucie humoru. Sama historia toczy się dwutorowo: z jednej strony mamy poszukiwania psa oraz historia powolnej ewolucji Wodza, z drugiej mamy polityczną intrygę pokazującej drugie dno całej epidemii, którą rozgryza amerykańska studentka. I obydwa te wątki łączą się w mocną historię pokazującą manipulację ludźmi oraz jak bardzo łatwo wywołać psychozę strachu. Tylko, że dla mnie te gierki na szczycie władzy, które mocno przypominają reguły znane z systemów totalitarnych, była nie tyle przewidywalna oraz bardzo czytelna, ale kompletnie nieangażująca i wtórna. Nadal imponuje strona plastyczna, z nasyconymi kolorami oraz bardzo płynnej pracy kamery.

wyspa_psow2

Ale najbardziej świeże – poza miejscem akcji – jest sposób komunikacji, ponieważ Anderson stosuje bardzo sprytny trick. Otóż, ludzie mówią w swoim języku, a wszystko jest po angielsku tłumaczone: czy to za pomocą maszyn, tłumacza czy właśnie studentki. Za to wszystkie psy mówią po angielsku, co tylko wywołuje poczucie obcości, alienacji. To tylko pokazuje, że mimo pewnych komunikacyjnych problemów da się stworzyć silną więź między człowiekiem a zwierzęciem. I jest też źródłem kilku niezłych żartów. Ale duch Japonii jest tutaj mocno obecny: nie tylko z powodu japońskich napisów czy elementów kultury w postaci wierszy haiku (pięknych), walki sumo, teatru czy warstwy muzycznej, ale też niejako estetyki oraz pewnego – nie wiem jak to nazwać – nastroju, co widać w rozmowach Wodza z Nutmeg.

wyspa_psow3

Do tego jest fantastycznie dobrana obsada głosowa. Poza stałą ekipą Andersona – Bill Murray (ciepły Boss), Edward Norton (rozgadany Rex), Jeff Goldblum (zbierający plotki Książę), Harvey Keitel (szef wygnanych Gondo), Tilda Swinton (Wyrocznia) czy Frances McDormand (świetna jako tłumaczka) – pojawia się kilka nowych twarzy, a właściwie głosów. Najbardziej błyszczy kapitalny Bryan Cranston w roli bardzo szorstkiego, wręcz agresywnego Wodza. Pozornie to bardzo silny, twardy pies, naznaczony dość nieprzyjemną przeszłością oraz z uporczywą tendencją do gryzienia innych. Jednak zdarzenia powoli zaczynają go zmieniać i dostrzega, że posiadanie potencjalnego pana wcale nie musi być niczym złym. Równie świetny jest Liev Schreiber w roli poszukiwanego Ciapka, którego lojalność oraz wielka sympatia dla Atariego są wręcz namacalne i wyczuwalne w sposobie wypowiadania się. Troszkę odstaje od reszty Greta Gerwig (Tracy Walker), ale to raczej wynika z niezbyt interesującego wątku tej postaci.

Po raz pierwszy, odkąd oglądam filmy Wesa Andersona, mam bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony „Wyspa Psów” jest świetną technicznie oraz wizualnie bajką w niemal klasycznym stylu, przefiltrowanym przez zwariowany styl reżysera. Z drugiej nie zaangażowało mnie to aż tak bardzo jak powiedzmy „Fantastyczny pan Lis” (ale to była cudowna animacja) czy „Moonrise Kingdom”. Nadal potrafi zachwycić i ogląda się z dużą przyjemnością, jednak po Andersonie liczyłem na coś więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mustang z Dzikiej Doliny

Mustang – dziki koń, będący symbolem nieskrępowanej wolności oraz Dzikiego Zachodu. To niemy bohater XIX-wiecznych przemian w USA, o którym postanowili opowiedzieć animatorzy z DreamWorks. Kiedy poznajemy naszego bohatera dopiero przychodzi na świat, który jest dla niego kompletnie nieznany i tajemniczy. Powoli zaczyna dojrzewać, aż staje się dorosłym koniem oraz wodzem swojego stada, hasającego po nieokiełznanych jeszcze przez człowieka terenach. Jednak nasz koń popełnia błąd i zbliża się do śpiących ludzi, który go schwytali i próbowali go złamać. Tak zaczyna się odyseja naszego bohatera.

mustang1

W dniu premiery „Mustang” robił bardzo duże wrażenie swoich technicznym wykonaniem, zgrabnie łącząc klasyczną animację z trójwymiarowymi wstawkami, co było mocno obecne na początku XXI wieku. Ale dzisiaj takie detale już kłują po oczach jak w scenie ucieczki podczas przewożenia lokomotywy, gdzie nawet eksplozje wyglądają bardzo sztucznie. Z drugiej strony sama animacja nadal wygląda ładnie (nawet bardzo), ze szczególnym uwzględnieniem krajobrazów godnych westernów – od kanionów, pustyni, lasów aż po jesienne błoto. Owszem, jest jedna lekko kiczowata scenka w lesie podczas „pływania” (wygląda wręcz prześlicznie), ale nigdy nie udaje się twórcom przekroczyć granicy przesłodzenia. A perspektywa zwierzęcia na wydarzenia związane z Dzikim Zachodem (próba złamania i ujarzmienia go przez kawalerzystów, pomoc przy budowie kolei) dodaje sporo świeżości do tej prostej opowieści o osiągnięciu wolności. Dialogów jest tu niewiele (zwierzaki odzywają się „swoim” językiem, a ludzie swoim), co jest dość nieoczywistym zabiegiem jak na animację, jednak dodaje to realizmu, zaś wiele scen akcji (w tym finałowa z przeskokiem przez przepaść) nadal imponuje tempem oraz wykonaniem.

mustang2

Jedynym mocnym zgrzytem całości jest muzyka Hansa Zimmera. Nie zrozumcie mnie źle, swoje zadanie na ekranie wykonuje solidnie, jednak mocno kłuje w uszy swoją prostotą, a nawet prostackim brzmieniem, bardziej nadającym się do radia. Za to przygrywane piosenki w tle (w oryginale śpiewane przez Bryana Adamsa) brzmią całkiem nieźle i dobrze komentują stan emocjonalny naszego bohatera.

mustang3

A jak sobie radzi polski dubbing? Tutaj postacie pełnią rolę tła dla naszego Mustanga nazwanego Duchem, ale słucha się ich z niemałą frajdę. Na tym polu najbardziej wybija się Wojciech Machnicki (bardzo twardy pułkownik) oraz Jacek Kopczyński (Wartki Potok), tworząc bardzo wyrazistych bohaterów. Jednak najważniejszy jest Mustang, tutaj mówiący głosem Macieja Balcara, bardziej znanego jako wokalista Dżemu. I daje radę swoim bardzo spokojnym głosem jako nasz bohater, mówiący cały czas z offu, zaś w partiach wokalnych wypada bardzo solidnie.

Z dzisiejszej perspektywy „Mustang” prezentuje się dobrze, a klimat Dzikiego Zachodu jest dobrze zachowany. A i sama historia potrafi wciągnąć, bo o wolności oraz życiu według własnych zasad dla wielu jest wartością identyfikowaną przez masę ludzi. Wiec dajcie się ponieść tej historii, nie będziecie żałować.

7/10

Radosław Ostrowski

Amerykańska opowieść. Feiwel wyrusza na Zachód

Pamiętacie Fiewela Myszkiewicza? Ten rosyjski imigrant mieszkający w Nowym Jorku razem z rodziną nadal jest rozbrykanym dzieckiem. Ale tym razem kręcą go opowieści z Dzikiego Zachodu oraz legendarnym szeryfie Wylie Burpie. Jednak całe to spokojne życie zostaje zniszczone z powodu ataku kotów, niszczących dom, ale nie atakujących małych stworzonek. W zamian otrzymują od pewnego handlarza bilety do Green River – miasteczka na Dzikim Zachodzie, gdzie koty z myszami żyją w symbiozie. To wszystko jednak jest naprawdę pułapką, którą odkrywa Fiewel.

amerykanska_opowiesc21

Sukces pierwszej części „Amerykańskiej opowieści” spowodował, że ciąg dalszy był tylko kwestią czasu. Ale ten przybył dopiero po sześciu latach, już bez Dona Blutha na pokładzie. Pierwsze, co się rzuca w oczy to wtórność. Fabuła idzie szlakiem znanym z poprzednika, czyli przeniesienie się do nowego miejsca, rozdzielenie Feiwela od rodziny, samodzielne dotarcie oraz ostateczna konfrontacja. Niemniej przeniesienie całości do realiów Dzikiego Zachodu dodaje wiele świeżości, a także klimatu. Historia jest bardzo prościutka, postacie prosto zarysowane, a intryga poprowadzona bardzo gładko, przez co nie czuć tak mocno napięcia ani stawki. Jedynie końcowa konfrontacja w formie klasycznego pojedynku zaskakuje kreatywnością, suspensem oraz zaangażowaniem (poza oczywistym finałem). Także sama kreska wygląda nadal pięknie, utrzymując styl poprzednika. Animacja cieszy oko, postacie są dość szczegółowo zarysowane, a cieniowanie i oświetlenie wypada cudnie. Także muzyka Jamesa Hornera ciągle zachowuje poziom, zaś partie wokalne (tutaj zaskakująco dwa utwory pozostały w oryginalnej ścieżce dźwiękowej) nie wywołują irytacji.

amerykanska_opowiesc22

Polski dubbing nadal trzyma poziom, a znani z poprzednich części aktorzy (Krylik, Pawlak, Szydłowski, Sztejner) ciągle sprawiają przyjemność. Z nowych bohaterów najlepiej prezentują się Burp (świetny Sławomir Pacek) oraz pan Kociokwik (potwierdzający klasę Janusz Bukowski). Ten pierwszy jest już zmęczonym stróżem prawa, decydującym się na ostatnią akcję (szkolenie Tygrysa na następcę), ten drugi to klasyczny czarny charakter, ukrywający swoją demoniczność w szaty eleganckiego, dobrodusznego dżentelmena. Obydwaj panowie wznoszą całość na wyższy pułap.

amerykanska_opowiesc23

Druga część przygód Fiewela nadal potrafi sprawić przyjemność. Owszem, to powtórka z rozrywki i jest to przewidywalne, jednak klimat Dzikiego Zachodu potrafi dodać troszkę świeżości, zaś przygoda nie wywołuje znużenia. Czyli da się zrobić udany sequel?

7/10 

Radosław Ostrowski

Amerykańska opowieść

Rok 1885 w carskiej Rosji był bardzo trudny dla wszystkich. Tam też mieszkała mysia rodzina Myszkiewiczów (ojciec, matka, Feiwel, Tania), a tam ciągle jest śnieg, sera tyle, co kot napłakał, zaś koty szaleją i terroryzują okolicę. Ale wskutek pogromu i ataku Kozaków cała rodzina musi emigrować. A gdzie można wyruszyć jak nie do Ameryki – kraju, gdzie ser leży na ulicy, a kotów nie ma. Czyli istny raj na Ziemi, jednak chłopiec oddziela się od rodziny.

amerykanska_opowiesc11

Don Bluth był filmowcem, który w latach 80. podjął dość udaną próbę stanowienia konkurencji dla swoich byłych szefów, czyli Disneya. Po „Dzielnej panie Brisby” reżyser poszedł za ciosem i zrealizował klasyczną historię przybysza trafiającego do nowego dla siebie świata, próbując się w tym wszystkim odnaleźć. Bo Ameryka (a dokładnie Nowy Jork) nie jest takim rajem, jaki Feiwel poznaje z opowieści. Koty terroryzują okolicę, jest spore rozdrobnienie społeczne, panuje bieda i nędza, a imigranci muszą uważać na osoby, jakie spotykają na swojej drodze. Bo nie brakuje zarówno oszustów (Norman Szczur, który okazuje się… szefem kociej mafii), ale też i bardziej życzliwych bohaterów, stanowiących wsparcie jak arystokratka Lola czy zadziorny Tony Toponi.

amerykanska_opowiesc12

Ta całą historia potrafi zaangażować, ale – co najbardziej zaskakuje – jest bardzo mrocznie i dramatycznie. Już atak Kozaków na wioskę wygląda groźnie, jednak dalej też nie brakuje momentów wręcz przerażających (rejs podczas burzy, gdzie fale wyglądają niczym potężni tytani czy Feiwel trafiający do ścieków, będących kryjówką kotów), budujących wręcz niepokojący klimat. Czuć tutaj ducha dawnego Spielberga, będącego producentem tego filmu. I ten emocjonalny rollercoaster jest najmocniejszą siłą. Tak samo jak piękna animacja, broniąca się nawet dziś oraz poruszająca muzyka Jamesa Hornera, okraszona „rosyjskim” duchem. Są też i partie śpiewane, tylko że jest ich bardzo mało (raptem trzy) i są one uzasadnione fabularnie jak podczas rejsu poznajemy przeżycia imigrantów.

amerykanska_opowiesc13

Swoje też robi polski dubbing, co akurat jest standardem w przypadku animacji. Sam Feiwel w wykonaniu Magdy Krylik wypada bardzo dobrze, choć czasami potrafi być irytujący. Nie może to dziwić, bo ten chłopak pierwszy raz widzi świat i wszystko jest dla niego nowe (wchodzenie na statek), ale jego prostoduszność, naiwność są przedstawione przekonująco. Równie wyrazisty jest łotr, czyli Szczur okraszony głosem nieodżałowanego Marka Frąckowiaka – chciwy, podstępny oszust, wykorzystujący myszy do robienia kasy. Fason na drugim planie trzymają Brygida Turowska (Tony), Mieczysław Morański (lekko pijący polityk Prawy John), Wojciech Machnicki (Henri de Gołąb) oraz Jakub Szydłowski (sympatyczny kot Tygrys).

amerykanska_opowiesc14

„Amerykańska opowieść” jest przykładem świetnego kina familijnego, ciągle balansującego między przygodą a mrokiem. Przypomina o sile przyjaźni, więzach rodziny oraz pokazuje, że zawsze z każdej sytuacji jest jakiejś wyjście. No i Ameryka jest miejscem wielkich możliwości, pod warunkiem, że się nie poddasz.

8/10

Radosław Ostrowski

Mój sąsiad Totoro

Gdzieś na wsi z Tokio wprowadza się rodzina Katsukabe, a właściwie jej większość. Bo matka przebywa w szpitalu, zaś dziewczynki (Mai i Setsuke) oraz ojciec – wykładowca akademicki trafiają do podniszczonego domu. Cała trójka próbuje się aklimatyzować w nowej okolicy, co przychodzi zaskakująco łatwo. Cała familia czeka na przyjazd mamy, a Mei przypadkowo trafia do dużego lasu znajdując dużą, kudłatą istotę.

totoro3

Japońskie studio Ghibli w 1988 roku wręcz eksplodowało do emocji. W tym samym roku najpierw wskoczył mroczny „Grobowiec świetlików” oraz „Totoro”, który miał dodać radości po poprzednim dziele. To nadal klasyczna, ręcznie wykonana animacja zrealizowana w prostym, wręcz oszczędnym stylu. Wszystko toczy się bardzo spokojnym rytmem, bez efekciarskich tricków, gdzie widzimy dwa światy żyjące w pełnej symbiozie. Świat nasz, czyli ludzki oraz wiat baśniowy, pełen istot niewidocznych dla wszystkich. I to ten drugi świat reprezentuje Totoro, czyli bardzo duży zwierzak z wyłupiastymi oczami oraz szczerzącymi zębiszczami. Nie jest może za bardzo rozmowny, ale jest w stanie pomóc każdemu, kto go o to poprosi.

totoro1

Sama animacja jest prosta i utrzymana w typowo japońskim stylu, co mocno widać w wyglądzie twarzy czy sylwetkach postaci. A sami bohaterowie (poza siostrami) są bardzo oszczędnie zarysowane. Powoli odkrywamy kolejne fragmenty układanki, włącznie z obecnością samego Totoro – tego kim jest i czym może się zajmować. Miyazaki najbardziej podkreśla relacje miedzy siostrami – bardziej dojrzałej, poważnej Setsuke, a młodszej, ciągle zachowującej swoją dziecięcą wrażliwość Mei. Kiedy obie dziewczynki działają wspólnie, efekty są zachwycające (wykiełkowanie żołędzi czy czekanie na autobus), a proste scenki jak kąpiel potrafią podkręcić napięcie niczym w thrillerze. Tylko, że to wszystko wydawało mi się za proste, za łatwe i zbyt ciepłe. Równie zaskakujący jest tutaj brak czarnego charakteru. Za to warto wspomnieć o kapitalnej muzyce Joe Hisaishiego, tworzącego wręcz bajkowy klimat.

totoro2

Niemniej muszę wspomnieć, że „Totoro” całkiem przyjemnie się ogląda, bo jest ciepłą, bardzo delikatną historią rodzinną. Nadal wygląda przyjemnie, ma kilka ślicznych momentów oraz wyglądu stworków, nad którym unosi się „japoński” duch studia. Dla osób rzadko zwiedzających azjatyckie animacje, może być to porządek ciekawej przygody.

7/10 

Radosław Ostrowski