Oliver i spółka

Teraz coś ze starszych dzieł studia z Myszką Miki, będący wariacją na temat „Olivera Twista”. Ale zamiast slumsów XIX-wiecznego Londynu, jesteśmy we współczesnym Nowym Jorku. A kim jest Oliver? Bezdomnym kotem, próbującym jakoś żyć po tym mieście. I wtedy poznaje niejakiego Bajera, psiego cwaniaka należącego do gangu, mającego jeden cel: pomóc spłacić dług swojego pana.

oliver_i_ferajna1

Od razu ostrzegam: „Oliver i spółka” jest animacją zrobioną w bardziej staroświecki sposób, jaki znany jest z produkcji lat 70. oraz 80., czyli bardzo prosta kreska, z bardzo niewielkimi szczegółami, jeśli chodzi o tło. Dzisiaj coś takiego może wydawać się bardzo archaiczne, ale to raczej z powodu rozleniwienia dzisiejszymi popisami speców od grafiki komputerowej. Niemniej film George’a Scribnera ma w sobie wiele uroku, a zwierzaki wyglądają bardzo uroczo. O dziwo scen śpiewanych jest bardzo mało i nie są w żaden sposób musicalowe (może poza popisem Bajera), co jest pewnym zaskoczeniem. Ale od razu ostrzegam: to bardzo mroczny film, gdzie nie brakuje przemocy, chociaż krwi oszczędzono nam. Bo mamy szantaż, gangstera z bezwzględnymi dobermanami (ksywy Landryn i Karmel wydają się złośliwym żartem), doki czy podniszczone doki – to nie jest świat, z jakim dzieci zazwyczaj mają do czynienia. I to zderzenie bezwzględnego świata z siła przyjaźni jest najmocniejszą rzeczą tego filmu.

oliver_i_ferajna2

Film jest bardzo króciutki (niecała 80 minut), a intryga nie należy do skomplikowanych. Niby wszystko jest na miejscu, ale poza zakończeniem i odbiciem pewnej dziewczynki, sama historia mnie nie zaangażowała za bardzo. Prawdopodobnie dlatego, że już z takich filmów jak „Oliver i spółka” zwyczajnie wyrosłem, chociaż doceniam mroczniejszą tonację oraz poważniejsze motywy. Tak samo warto pochwalić polski dubbing, w którym najbardziej bryluje wyluzowany Robert Czebotar (Bajer) i urocza Edyta Jungowska w roli głównej. Nie można też nie wspomnieć kradnących każdą scenę Jana Prochyrę (Frankie) oraz Jacka Kawalca (Tino), dodających lekkości.

oliver_i_ferajna3

Gdybym obejrzał ten film w wieku 6-7 lat, byłoby OGROMNE prawdopodobieństwo, że spodobałby mi się o wiele, wiele bardziej niż teraz. Z dzisiejszej perspektywy to prosta historia, gdzie sporo problemów i komplikacji rozwiązywanych jest dość szybko, kreska jest dość skromniutka, muzyka popowa (a piosenki chwytliwe), niemniej jest to na swój sposób urocze. Dla najmłodszych, którzy chcą zacząć przygodę z kinem.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Dinozaur

Era prehistoryczna zawsze pociągała filmowców, także odpowiedzialnych za kino animowane. Wszyscy pamiętamy „Epokę lodowcową” z triem mamut/leniwiec/tygrys. Ale rok wcześniej Disney też postanowił opowiedzieć historię z dinożarłami w rolach głównych pod wielce mówiącym tytułem „Dinozaur” zrealizowaną przez młodych filmowców – Ralpha Zondaga i Erica Leightona.

Punkt wejścia jest prosty – poznajcie Aladara. Jego los bardzo przypomina Mowgliego, bo jego rodzina zginęła, a jak był jajkiem znalazł się pod opieką lemurów, Yara i Pino. Chłopak dobrze sobie radzi, mimo bycia innym. Ale spokojna egzystencja na wysepce nie trwa długo, bo pojawia się deszcz meteorytów, niszczący wszystko dookoła. Poza Aladarem przeżyły tylko cztery lemury i pozbawione domu muszą znaleźć nowe miejsce dla siebie. I tak trafia na stado dinozaurów kierowane przez Krona, rządzącego twardą ręką, co doprowadza do spięć.

dinozaur1

Ten film z 2000 roku jest jednym z najbardziej nieoczywistych filmów Disneya, który wybija się z kilku powodów. Po pierwsze, jest tutaj dość zaskakująca realizacja, gdzie animacja jest komputerowa i były poddane jej wszelkie stwory. Cała reszta, czyli natura wygląda jakby żywcem wzięta z filmu przyrodniczego, do którego animacja została „doklejona”. Z czymś takim jeszcze nie miałem do czynienia, tylko że sama animacja mocno pachnie naftaliną i wygląda troszkę brzydko oraz mało szczegółowo z dzisiejszej perspektywy. Historia też nie należy do skomplikowanych, podział na dobrych i złych jest czytelny, a racje pozornie wydają się równoważne (słabsi odpadają ze zmęczenia, a silniejsi bardziej znoszą to, co się dzieje). Więc kiedy Aladar ma wybór czekać na resztę już dość zmęczonych towarzyszy czy przeć dalej, wtedy film staje się głębszy i ciekawszy, a konsekwencje tej decyzji stają się niezłym morałem.

dinozaur2

Sami twórcy nie boją się pokazywać scen brutalnych, bo przemoc jest częścią naszego życia, ale nie uważają, że jest to jedyny sposób na rozwiązywanie konfliktów. I to jest na pewno zaleta. Tak samo jak przepiękna muzyka Jamesa Newtona Howarda, dodającego wręcz epickiego rozmachu. Podobnie całe tło wygląda przyjemnie, choć dość monotonnie. Z kolei dubbing prezentuje się całkiem nieźle, a najbardziej wybija się mocarny Tadeusz Huk (Kron), rozbrajający Jacek Kawalec (podrywacz Zini) oraz duet dinozaurów staruszek w interpretacji Wiesławy Mazurkiewicz i Zofii Rysiówny (Eema i Baylene).

dinozaur3

Disney w „Dinozaurze” bardzo mocno postanowił odejść od swojej bezpiecznej strefy, co należy pochwalić. Jednak komputerowa animacja nie do końca zniosła próbę czasu, bohaterowie są ledwo zarysowani, a obecność lemurów w tych realiach jest co najmniej zastanawiające. Ale ogląda się to nieźle, postacie potrafią wzbudzić sympatię, zaś dubbing jest wartością dodaną. I są dinozaury, a to może wystarczyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Grobowiec świetlików

Wrzesień 1945. Dla Japończyków wojna jest już przegrana, a sny o niezwyciężonej armii oraz boskości swojego cesarza okazały się zwykła fikcją. A sama historia zaczyna się od śmierci naszego bohatera – młodego chłopca o imieniu Saito. Chłopak umiera z niedożywienia na dworcu nocą, leżąc gdzieś obok innych ledwo dyszących ludzi. I wtedy zaczynamy się cofać, gdy mieszkał razem z matką oraz młodszą siostrą Setsuko. Ojciec walczył jako dowódca okrętu, więc nie było go w domu, a życie toczyło się dość szczęśliwie. Ale bombardowanie wioski zmieniło wszystko, a dzieci wyruszają do ciotki.

grobowiec2

Bardzo rzadko się zapuszczam poza produkcje z Europy i Ameryki, jednak postanowiłem zaryzykować. Anime Isao Takahaty z 1988 roku uważane jest za jedną z bardziej poruszających historii w ogóle. Zderzenie dziecięcego spojrzenia na świat z bardzo brutalną wizją wojny może wywołać bardzo dużą konsternację. Strona plastyczna w żadnym wypadku nie osłabia antywojennego przekazu oraz dramatycznych wydarzeń na ekranie: bombardowania samolotów, kolejne trupy, poczucie obowiązku ważniejsze niż człowieczeństwo oraz duma. Ta ostatnia, zakorzeniona w kulturze Japonii, stanie się źródłem tragedii, gdyż z powodu dumy chłopak decyduje się wprowadzić się do opuszczonego bunkra z siostrą. A im dalej w las, tym beztroska zaczyna się zderzać z brutalnym światem, gdzie coraz trudniej jest zdobyć jedzenie, a głód staje się nierozerwalną częścią życia.

grobowiec1

„Grobowiec” wygląda przepięknie, choć jest to ręcznie rysowana kreska, co w czasach realizacji było po prostu standardem. Czuć „japońską” rękę, ale kompletnie to nie przeszkadza, bo prostota jest najmocniejszą siłą tego małego dzieła, zaś kilka obrazów (zabandażowana matka, pierwsze bombardowanie czy desperacka kradzież żywności z pola) potrafią przerazić i trzymać za gardło. A im bliżej finału, tym ciężej się to ogląda. Widać silną więź między rodzeństwem oraz poświęcenie brata wobec siostry, tylko że ono nie wystarcza.

grobowiec3

W tej relacji z jednej strony widać silną indoktrynację narodu, co najmocniej wydać w postaci ciotki, starającej się wykonywać swoje obowiązki wobec kraju (pomoc w gaszeniu, w pracach domowych) i próbującej namówić do tego Saito, zarzucając mu nieróbstwo oraz to, że woli spędzić czas z siostrą. Także sam chłopak, syn oficera, jest przekonany o sile swojego narodu (wspomniana scena parady i podśpiewywanie pieśni patriotycznych), co też poddane zostaje weryfikacji. Postacie są bardzo wyraziste, zaś zakończenie potrafi doprowadzić do łez.

Mimo 30 lat na karku, „Grobowiec” jest jednym z mocniejszych filmów antywojennych jaki powstał – bez słodkości, lukrowania i naiwności, za to z silną dawką emocji, mieszając piękno z grozą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Atlantyda – zaginiony ląd

Ta mityczna kraina miała być miejscem potężnego rozwoju technologicznego, która zatonęła wskutek naturalnego kataklizmu. Do dzisiaj nie wiadomo, gdzie dokładnie miała się znajdować i co się dokładnie na niej znajdowało, w zamian dając mnóstwo inspiracji dla filmowców. Tak też postanowił zrobić na przełomie wieków Disney. Poznajcie Milo – pracuje w waszyngtońskiej uczelni AD 1914 w kotłowni, chociaż ma znacznie większe ambicje. Wychowywany przez dziadka, marzy o odkryciu Atlantydy, chociaż dla środowiska pozostaje ona mityczną krainą. Ale znajduje się ktoś, kto chciałby zorganizować ekspedycję – Preston Whitmore, który był przyjacielem dziadka Milo. Zebrano sprzęt oraz zebrano ekipę specjalistów pod wodzą kapitana Rourke’a.

atlantyda1

„Atlantyda” to ostatnia animacja zrobiona przez Gary’ego Trousdale’a i Kirka Wise’a, pracujących dla studia od 1991 roku, ale nie tylko dlatego jest taka nietypowa. I to czuć od samego początku, gdzie widzimy upadek Atlantydy. Tutaj trójwymiarowe modele statków nakładają się na ręcznie rysowaną grafikę. Pewnie w dniu premiery robiło to piorunujące wrażenie, ale dziś bardzo zdradza wiek produkcji (zwłaszcza w scenie konfrontacji ze zmechanizowaną bestią). Po drugie (poza napisami końcowymi) nie ma żadnej piosenki, a bohaterowie nie śpiewają, co wtedy było rzadko spotykane. Film ma w sobie ducha kina przygodowego spod znaku Stevena Spielberga, ale wykorzystuje elementy świata znanego z książek Juliusza Verne’a, tworząc bardzo unikatową hybrydę.

atlantyda2

Sama historia może wydawać się prosta, bo mamy młodego naukowca-idealistę, chcącego badać nieznany, zapomniany świat oraz grupę najemników pomagających mu. Tylko, ze kapitan Rourke ma inne plany, związane z kradzieżą oraz sprzedażą potężnego „serca Atlantydy”. Jak na animację Disneya, to kino bardzo mroczne, niepozbawione przemocy i śmierci, co też nie jest oczywiste. Świat Atlantydy też potrafi wciągnąć swoim wyglądem (za animacje odpowiadał m.in. twórca „Hellboya” Mike Magnola), mimo dość silnego ugryzienia przez ząb czasu. Szkoda tylko, że nie poznajemy tej cywilizacji głębiej, bo jest w niej coś tajemniczego i fascynującego. Animacja wygląda nadal ładnie, historia wciąga (mimo pewnych uproszczeń, zwłaszcza w trzecim akcie), za to jest wiele scen akcji – bardzo dynamicznych, pełnych wybuchów oraz podnoszących adrenalinę, w szczególności finałowa potyczka powietrzna. Do tego nadal mamy galerię ciekawych postaci oraz rewelacyjną muzykę Jamesa Newtona Howarda, godną wysokobudżetowej superprodukcji.

atlantyda3

A jak sobie radzi polski dubbing? Reżysersko-dialogowy duet Joanna Wizmur/Bartosz Wierzbięta wstydu nie przynosi, a drobne smaczki (wypowiedzi pani Packard) dodają nutkę humoru. Świetnie wypada Kacper Kuszewski w roli sympatycznego, naiwnego protagonisty, który w decydującym momencie ma więcej charakteru niż ktokolwiek. Solidnie wypada Marek Barbasiewicz (kapitan Rourke) oraz Małgorzata Masalska (Helga Sinclair), ale całość kradnie ciągnący rosyjskim akcentem oraz słownictwem Arkadiusz Jakubik (Vincenzo Santorini ps. Wołodia), czyniąc tę troszkę mroczną postać odrobinę sympatyczniejszą, podobnie jak Monika Kwiatkowska (Audrey Marinez) czy Tadeusz Kwinta (ekscentryczny „Mol” Moliere).

Choć „Atlantyda” poległa w kinach i ma swoje minusy, to pozostaje jedną z bardziej nietypowych produkcji Disneya, który eksperymentował oraz próbował przełamywać swoje standardowe szablony. Nawet zakończenie, w którym bohater decyduje się zostać na Atlantydzie, jest dość nieoczywiste. Aż chciałoby się głębiej eksplorować tą krainę.

8/10

Radosław Ostrowski

Jaskiniowiec

Jak myślicie, kiedy powstała piłka nożna? Stworzyli ją Chińczycy czy Anglicy? Prawda jest jeszcze bardziej szokująca, bo już pierwsze mecze zaczęto grać w czasach prehistorycznych. Gdzieś w okolicach Łodzi, podczas pory obiadu, gdy ludzie i dinozaury się naparzały, na ziemię spadł meteor. Jednak zamiast zmieść wszystko w pył, przyniósł małe, okrągłe coś. Ponieważ było gorące i nie można było dotykać rękoma, zaczęli używać nóg. Tak zaczęto grać w piłkę nożną.

jaskiniowiec1

Jednak nowy film studia Aardman nie jest filmem naukowym, opartym na faktach. Ale właściwa akcja toczy się wiele wieków później. Poznajcie Douga – młodego chłopaka z plemienia jaskiniowców, będących dość prymitywnym stadem. A ich spokojne życie – pełne polowania na króliki –  w dolinie, otoczonej wulkanami, zostaje brutalnie przerwane przez ludzi bardziej rozwiniętych pod wodzą lorda Knuta. Chłopakowi udaje się zwiać, ale przez przypadek trafia na murawę piłkarską. Tam decyduje się zawrzeć umowę w sprawie doliny: jak on wygra z Realem Bronzio, dolina zostaje dla Douga i jego ludzi.

jaskiniowiec2

Sam pomysł na tą opowieść może wydawać się bardzo prosty, bo zrobienie filmu sportowego nie jest niczym trudnym. Mamy walkę drobnej drużyny, bez wsparcia, zaplecza kontra wielkich gwiazdorów pod wodzą prezesa-cwaniaka, który jest bardziej chciwy niż Scrooge. Wynik oczywisty do przewidzenia? Tak, ale kumple z Aardman potrafią zaangażować, a przeszczepienie znanej nam rzeczywistości do kompletnie innej epoki staje się źródłem dowcipu. Każde wejście kurczaka pocztowego (mieszanka poczty głosowej z gołębiem), małe krokodylki jako spinacze czy niekonwencjonalny trening to przykład dowcipu pierwszego sortu. Do tego wszystko zrobione w typowym dla tego studia plastelinowym stylu (odcinając się od „Artura ratuje Gwiazdkę”), wyróżniając go z tłumu innych filmów animowanych. Zderzenie to pokazuje, że nie można się cofnąć przed postępem i jedynie rozwój, korzystanie z nowych wynalazków może dać szansę na przetrwanie.

jaskiniowiec3

Z drugiej strony nie można pozbyć się – przynajmniej na początku – pewnej wtórności wobec poprzednich dokonań studia pod wodzą Nicka Parka. Nadal mamy kluczowego bohatera zwierzęcego (tutaj świnka Maciorek zamiast psa Gromita), młodego idealistę zderzonego z rzeczywistością, drobnego złodziejaszka ekranu na trzecim planie (królik). Ale im dalej w las, tym bardziej „Jaskiniowiec” zaczyna nabierać rumieńców, zabawa jest przyjemniejsza, a żarty coraz lepsze.

jaskiniowiec4

Także polska wersja językowa jest zrobiona porządnie. Nie może jednak być inaczej, jeśli całą akcją kieruje Bartosz Wierzbięta, który nie tylko przetłumaczył dialogi, ale także wyreżyserował całość. I słucha się tego z dużą frajdą. Także głosy są bardzo dobre. Świetnie się sprawdził Paweł Ciołkosz w roli Douga, troszkę przypominając Artura z poprzedniego filmu Aardmana, ale też troszkę bardziej ekspresyjny. Również bez zarzutu spisuje się Krzysztof Dracz w roli lorda Knuta, będącego mieszanką sprytu z lękiem przed żoną oraz niemieckiego akcentu. Nie można nie wspomnieć też o Janie Kulczyckim (wódz Kieromir) czy Marcie Dobeckiej (ambitna Guna, pomagająca Dougowi), tworzącymi bardzo wyraziste kreacje.

„Jaskiniowiec” to zaskakująco dobry film sportowy, mimo grania znaczonymi kartami. Historia wsysa, jest wiele dowcipu (zwłaszcza teksty komentatorów sportowych czy dwuznacznych aluzji w przedstawieniu zawodników Realu Bronzio), a animacja wygląda uroczo, mimo wtrącanych komputerowych efektów w postaci wybuchów wulkanów. Niemniej to smakowita porcja kina, idealnie pasująca do Mundialu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Angry Birds Film

Kiedy po raz pierwszy pojawiły się informacje, że ma powstać film na podstawie gry „Angry Birds”, byłem co najmniej zdumiony. Bo czy da się opowiedzieć historię, gdzie mamy ptaki walczące ze świniami? Animowany dział studia odpowiedzialnego za grę, postanowił udzielić odpowiedzi. Głównym bohaterem jest Czerwony – bardzo impulsywny ptak, zesłany za karę na kursy kontroli gniewu prowadzone przez dość ekscentryczną Matyldę. Tam poznaje szybkiego niczym błyskawicę Chucka oraz bardzo dużego, „eksplodującego” ptaka o ksywie Bomba. Między ptaszyskami zaczyna się tworzyć pewna nić sympatii. Ale w tym samym czasie na wyspę naszych bohaterów trafiają świnie kierowane przez Leonarda, nastawione dość serdecznie. Może poza zniszczeniem domu Czerwonego, co mocno go wkurza. I przy okazji odkrywa, że świnie mają inne zamiary.

angry_birds1

Innymi słowy, scenariusz „Angry Birds” istnieje i proponuje może dość ograną, ale potrafiącą zaangażować opowieścią. Mamy grupkę outsiderów, którzy odkrywają prawdziwe oblicze świniaków, stając się nowymi bohaterami. Ale ta wyspa żyje, ma wiele wyrazistych postaci (nawet na trzecim planie jak ptaka-mima czy dużego, groźnie warczącego Terrance’a), a akcja miejscami wręcz galopuje. Jest nawet powiązanie z grą, czyli strzelanie z procy, co jest istotnym fragmentem fabuły. Powoli zaczynamy odkrywać intencje, a wplecione retrospekcje nie są pozbawione humoru (przebicie się Chucka przez zamek czy pozbycie się strażników w stylu Quicksilvera z „X-Men”). I to nie tylko dla młodszych, bo i zgrabnie wpleciono piosenki (m.in. Black Sabbath, Scorpions), a tłumaczenie nie jest pozbawione dwuznaczności. Także animacja jest zrobiona na bardzo dobrym poziomie – każdy ptak wygląda inaczej, porusza się płynnie (a Chuck nawet ekstra szybko), zaś bohaterów nie da się nie lubić.

angry_birds2

Także polski dubbing trzyma poziom, za co należy pochwalić zwłaszcza odtwórców głównych ról. Jacek Bończyk (Czerwony), Janusz Zadura (Chuck), jak i Piotr Bąk (Bomba) zapadają mocno w pamięć, oddając wyraziste cechy swoich bohaterów: wybuchowość, szybkość i zwinność, a także skłonność do wybuchu pod wpływem stresu. To trio nakręca całość, wsparta przez równie mocne głosy Marty Dubeckiej (lekko hipisowskiej terapeutki Matyldy) oraz jak zawsze solidnego Pawła Szczęsnego (król Leonard).

angry_birds3

„Angry Birds Film” ku mojemu zaskoczeniu to udany film, będący jedną z najlepszych adaptacji gier. Dynamiczna, zabawna, pełna akcji bajka z niegłupim morałem oraz dającym wiele zabawy. Nie tylko dla najmłodszych.

7/10

Radosław Ostrowski

Niedoparki

Ile razy wam się zdarzyło, że brakowało wam jednej skarpetki do pary? Jakby ktoś ją ukradł albo zjadł? Jak się okazuje robią pewne stworki zwane niedoparkami, które jedną skarpetę (z pary) kradną, drugą zostawiają. Tak działa gang pod wodzą Padre’a, w przeciwieństwo do Kudły Dederko, wolącego pary skarpet. Do grupy Padre’a trafia jego siostrzeniec Hihlik, któremu zmarł dziadek. A nasz bohater pakuje się w małe tarapaty, a wszystkich ich szuka pewien ekscentryczny naukowiec.

niedoparki1

Kiedy wydaje się, że już nic nie może zaskoczyć, to okazuje się, że jest coś takiego jak czeska animacja. Czyli coś, co nie trafia się do naszych kin zbyt często. Sama historia oparta jest na popularnych w kraju miłośników piwa książkach dla dzieci. Wiadomo, że technicznie nie można osiągnąć pułapu zza Wielkiej Wody, więc nasi sąsiedzi musieli kombinować. Co z tego wyszło? Dość dziwne kino, które wygląda co najmniej ciekawie, chociaż świat naszych skarpetopodobnych tak mocno przypomina świat ludzi – tylko, ze tutaj mamy dwa gangi walczące ze sobą oraz wiele patologii w postaci „ćpania” śmierdzących skarpet, zaślepienia bogactwem i bezwzględnym okrucieństwem. A w to zostaje wplątany prostoduszny Hihlik, który szuka swojej nowej rodziny. Taka wizja świata to coś bardzo spotykanego w animacjach skierowanych dla dzieci.

niedoparki2

Sama animacja nie wygląda najgorzej, chociaż sceny szybszych przejść z miejsca na miejsce są jakieś takie rozmazane i nieczytelne. Grafika jest uproszczona, chociaż nasi bohaterowie wyglądają dość oryginalnie. Takie troszkę skarpety z ustami, swoimi ubraniami i charakterami, pełnymi ekspresji, zaś ich ruchy balansują między byciem niezdarą a nieszablonowym kombinowaniem. W to wszystko są wplątani bohaterowie nie pozbawieni pozytywnych cech: oddania, lojalności, zdolności do poświęcenia, a ich konfrontacja z resztą otoczenia potrafi poruszyć.

niedoparki3

Jednak „Niedoparki” i sama historia może się wydać dla młodego widza zbyt mroczna i przerażająca, zaś starszego odbiorcę może odrzucić strona wizualna, sprawiając pewien dysonans. Sceny włamań są zrobione całkiem nieźle, kreska nie kłuje mocno w oczy, ale czegoś mi tutaj brakuje i nie wiem za bardzo czego. Sam dubbing jest całkiem niezły (wyróżniają się starzy wyjadacze: Robert Tondera i Jarosław Domin w roli antagonistów, zaś mało znany Maksymilian Michasiów daje radę jako protagonista), chociaż pod koniec dość często pada słowo „Bóg”, ale to kwestia tłumaczenia (solidnego). W ostatecznym rozrachunku to ciekawa odskocznia wobec produkcji z Ameryki.

6/10

Radosław Ostrowski

Iniemamocni

Ktoś może zapytać, czy nadal jest miejsce dla superbohaterów? I nie chodzi mi o trzaskane wręcz taśmowo filmy od Marvela, ale w ogóle. Kiedyś ci goście ratowali świat, pomagali wyciągać koty z drzew czy wspierali policję w swoich akcjach. Wszystko jednak zmieniła biurokracja oraz procesy przeciw superbohaterom, którzy muszą się ukrywać i nie eksponować swoje moce. Taki los spotkał Boba Parra aka pana Iniemamocnego oraz jego żony Elastyny, a także ich dzieci. Zduszony, znudzony szarym życiem Bob nie potrafi się do końca w tym odnaleźć. Więc kiedy dostaje propozycję od tajemniczego zleceniodawcy, zgadza się wziąć udział.

iniemamocni11

Jak wiadomo, ze pojawia się Pixar, to musi być ogromny hit (przynajmniej komercyjny), choćby zamysł wydawał się karkołomny. Realizacji podjął się Brad Bird, wcześniej odpowiedzialny za „Stalowego giganta”. Niby jest to klasyczne kino akcji, gdzie obdarzenie nieprzeciętnymi mocami osoby robią to, co zawsze. Jednak koncepcja posiadana własnej rodziny posiadającej megamoce (elastyczność ciała, niewidzialność, wielka siła, niezwykła szybkość), która nie może się publicznie zaprezentować bardzo odświeża tą konwencję. I to rozdarcie między byciem sobą (superheros), a ukrywaniem się jako szary człowiek (pracownik ubezpieczeń) jest rozegrane bez cienia fałszu, przez co było łatwo mi się identyfikować z Iniemamocnym.

iniemamocni12

Sama intryga jest poprowadzona bardzo solidnie, gdzie nie brakuje kilku niespodzianek oraz zabawy konwencją (monologi łotra, opisującego swój plan, przygotowanie strojów czy problem z pelerynami), co dodaje pewnej lekkości. Ale nie jest to stricte komediowe dzieło, więc żartów jest troszkę malutko. Jednak same sceny akcji, wzięte z kina superhero czy filmów szpiegowskich, są zrobione bardzo dobrze, podkręcając tempo oraz odpowiednio podbijając stawkę. Zarówno akcje na wyspie, jak i finałowa potyczka z robotem, nadal robią wrażenie. Może i bywa troszkę przewidywalne, niemniej przyjemnie się bawiłem.

iniemamocni13

No i polski dubbing, który podtrzymuje wysoki poziom. Klasę potwierdza Piotr Fronczewski jako pan Iniemamocny, znakomicie oddając zarówno zaangażowanie podczas czynów, jak i klincz między tym, co było a rutyną dnia codziennego. W kontraście do niego jest Dorota Segda (Elastyna), będąca bardziej skłonna dostosować się do nowych warunków, jednocześnie tracąc swój zadziorny charakter. Ale pod wpływem pewnych wydarzeń, wraca do dawnego oblicza. Równie łotr z głosem Piotra Adamczyka (Bobby/Syndrome) pasuje bardzo dobrze, nie przekraczając granicy przerysowania. Ale szoł kradnie niejaka Edna, czyli projektantka strojów (niby niziutka, ale wyrazista) z głosem… Kory.

Zanim pójdziecie do kina na nowych „Iniemamocnych”, przypomnijcie sobie, od czego się to wszystko zaczęło. Mimo prawie 15 lat na karku, superbohaterska rodzinka trzyma się mocno, trzyma za kark, siejąc ogromne spustoszenie. Czy teraz dadzą sobie radę?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kumple z dżungli

Dawno, dawno temu w dżungli działał oddział bohaterów zwany Championami, stającymi w obronie przed misiem koala Igorem. Ale podczas jednej z nieudanych prób zginął jeden z wojowników, guziec Fred, ratujący jajko pingwina. Maurycy zostaje wychowany przez tygrysicę Nataszę, ale wbrew jej woli, inspirując się pozostałymi Championami, wyrusza ścieżką wojownika tworząc własną ekipę, zwana Kumplami z dżungli. Ale Igor ucieka z bezludnej wyspy i planuje zemstę.

kumple_z_dzungli1

„Kumple z dżungli” to kinowa wersja francuskiego serialu animowanego z 2011 roku, gdzie Maurycy kierował swoją własną ekipą (rybka Junior, tarsjusz Gilbert, nietoperz Batrycja, goryl Miguel oraz żaby Al i Bob). Niestety, nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie, jak poznał tą grupkę wojowników, jednak działają już od dłuższego czasu. Sama historia jest dość prosta, a jej motywem jest współpraca między dwoma pokoleniami wojowników, co idzie dość opornie. Spięcia między matką a synem są silnie zaznaczone, a konfrontacja z Igorem daje wiele satysfakcji. Twórcy tworzą tutaj kino akcji ze zgrabnym, pozbawionym łopatologii morałem o sile wspólnego działania. Wszelkie potyczki są zrobione w sposób finezyjny, co czuć już na samym początku, pokazując zgranie ekipy, wykorzystujących otoczenie. I to robi robotę.

kumple_z_dzungli2

Sama historia wygląda całkiem nieźle, a animacja jest tylko nieco słabsza od produkcji Disneya czy Pixara. Nie jest aż tak szczegółowa jak w/w, ale jest za to bardzo przyjemna dla oka, kolorowa oraz z pomysłowo zarysowanymi zwierzątkami, co dzieciom na pewno się spodoba. Do tego mamy jeszcze bardzo dobrze współgrającą muzykę oraz inspiracje klasykami kina pokroju „Indiany Jones” (pościg w tunelu), „Rocky’ego” czy „Mission: Impossible”. Także bardzo delikatny humor może spodobać się dzieciom.

kumple_z_dzungli3

No i polski dubbing, który prezentuje się dobrze, chociaż brakuje zapadających w pamięć postaci, a aktorzy dobrze oddają swoich bohaterów. Największe brawa zgarnia Zbigniew Suszyński, czyli pingwin Maurycy, będący charyzmatycznym wodzem, a jednocześnie pragnącym uznania swojej matki dzieckiem. Na drugim planie najbardziej zapadł mi Janusz Wituch (jajogłowy Gilbert) oraz duet Jarosław Domin/Cezary Kwieciński (Al i Bob). Solidnie prezentował się Maciej Maciejewski w roli pyszałkowatego Igora, pełnego megalomańskich zapędów.

„Kumple z dżungli” to bardzo przyzwoita animacja, dająca dużo rozrywki. Przesłanie niegłupie, historia angażuje, mimo pewnej przewidywalności oraz dość prostego poczucia humoru. Lekkie, przyjemne kino przygodowe dla dzieci, ale i starsi znajdą tu coś dla siebie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ernest i Celestyna

Kolejna animacja, tym razem z Francji. Poznajcie dwójkę naszych bohaterów. Ernest jest misiem, który zamiast pełnić poważną profesję (sędzia, sklepikarz), próbuje spełnić się jako artysta. Tylko, że to nie przynosi mu żadnego dochodu. Z kolei Celestyna jest mała myszką, której przyszłość dawno zaplanowano (ma być dentystką i zbierać zęby), a sama woli malować i nie wierzy w historie o złych niedźwiedziach. Ale podczas akcji dochodzi do spotkania tej dwójki, co wywraca życie do góry nogami.

ernest_celestyna2

Sama historia może wydawać się mało zaskakująca, jednak twórcy potrafią zaangażować. Twórcy bardzo uważnie pokazują jak wielką siłę mają uprzedzenia, stereotypy i zwykły strach. A wyjście ponad to dla każdej ze stron jest ogromnym wysiłkiem, tylko czy komuś tak naprawdę chce się go podjąć. Kimś takim wydaje się nasza para – osoby idące mocno pod prąd, uznawane za raczej aberrację, dziwadła, ale nie dający się tak łatwo stłamsić. Ale oboje też początkowo traktują się z pewną nieufnością (oniryczne sceny koszmarów), które jednak udaje się przełamać dzięki… sztuce oraz empatii Celestyny. I te relacja czyni ich nie tylko silniejszymi, mimo ostracyzmu, ale wręcz samowystarczalni, nawzajem się uzupełniają. Może i opowieść jest dość przewidywalna, jednak film po prostu angażuje, wciąga, porusza.

ernest_celestyna1

Za to sama animacja jest zaskakująco archaiczna. Może inaczej, jest to klasyczna, wręcz ręcznie rysowana kreska, jaką wykorzystywano w tym gatunku jakieś 30-40 lat temu. Wykorzystanie tego zabiegu, tworzącego dość oszczędną, wręcz ascetyczną formę, staje się najmocniejszym atutem, wyróżniając ją z tłumu komputerowej animacji. „Ernest i Celestyna” mają dzięki temu swój własny charakter, choć jest to skierowane do zdecydowanie młodego odbiorcy. Nie jest to jednak kino naiwne, infantylne czy głupie, ale bardzo szczere, pełne ciepła oraz empatii. Tak samo jak bardzo „francuska” jest muzyka, budująca klimat.

ernest_celestyna3

Także do polskiego dubbingu nie można mieć zastrzeżeń, a duet Miłogost Reczek (Ernest)/Julia Kołakowska (Celestyna) wznosi całość na wyższy poziom. Pozornie dość oschły i wycofany miś w zderzeniu z bardzo serdeczną myszką, tworzy bardzo intrygujący, kapitalny duet. Tak samo na drugim planie błyszczy grający dwie role Grzegorz Pawlak (szef mysiej kliniki oraz niedźwiedzi sędzia), pokazując swoją wokalną wszechstronność.

Ja jestem zwyczajnie oczarowany „Ernestem i Celestyną”, który jest przykładem szlachetnej animacji dla dzieci w starym, dobrym stylu. Prosty, szczery, szlachetny, poruszający, ciepły – mógłbym wymieniać kolejne przymiotniki, ale miejsca by nie starczyło. Absolutnie godny polecenia.

8/10

Radosław Ostrowski