Gru, Dru i Minionki

Pamiętacie tego bandziora Gru, który później został agentem walczącym z przestępczością? Teraz on z Lucy oraz adoptowanymi dziewczynkami są pełnoprawną rodziną. Ale cała okolicę terroryzuje Balthazar Bratt – aktor dziecięcy znany z roli młodocianego geniusza zbrodni, którego kariera załamała się z powodu… okresu dojrzewania. Jak dorósł naprawdę został geniuszem zbrodni, który ciągle wymyka się Gru z każdej pułapki, przez co nasz prawy bohater zostaje zwolniony razem z Lucy. I wtedy otrzymuje zaproszenie od… swojego brata, o którym nic nie wiedział.

gru_i_dru1

Trzecie spotkanie z Gru i Minionkami (dystrybutor robi wszystko, by utrudnić oglądanie tej serii), czyli flagowe dzieło Illumination Entertainment. Choć wydaje się najsłabsza, to wciąż potrafi dostarczyć całkiem sporo frajdy. Dla mnie największy problem jest w nadmiarze wątków, bo mamy Gru skłóconego z Minionkami (żółciutkie istoty chcą czynić Zło, a Gru nie), Lucy próbującą wejść w rolę matki, najmłodszą córkę wierzącą w jednorożce czy braciszek próbujący swoich sił w zbrodniczym procederze. I jednocześnie próba powrotu do agencji i kradzież skradzionego brylantu. Dzieje się wiele, akcja miejscami wręcz pędzi na złamanie karku (finał), ale cały czas miałem poczucie przesytu, a pewne wątki zostają zaskakująco szybko rozwiązane. Także sam antagonista miał zadatki na wyrazistą postać, a tak to klasyczny villain żądny zemsty jakich było wielu.

gru_i_dru2

A same Minionki? Nie ma ich aż tak często, ale jak już wchodzą, to jest naprawdę zabawnie. I nie ważne czy porównują dokonania Gru, występują w talent show (petarda) czy wieją z więzienia. Za każdym razem rozładowują napięcie, tak samo jak fajnie wykorzystane kawałki Pharella Williamsa oraz hity z lat 80. Animacja wygląda bardzo dobrze, jest tak barwnie jak się da, a postacie wyglądają miejscami wręcz olśniewająco. Zachwyt gwarantowany, a wszystko pozostaje czytelne i wyraziste, bez poczucia chaosu i bałaganu, zaś kilka scen (pierwszy skok do rytmu „Bad” Michaela Jacksona) wprawiają w osłupienie.

gru_i_dru3

Co do dubbingu, to wyszedł dość dobrze. Marek Robaczewski nadal pasuje do Gru, tak jak Izabella Bukowska jako Lucy, chociaż te postacie przechodzą bardzo przekonującą ewolucję. A jak sobie radzą nowe postacie? Przyznaję, że początkowo nie byłem przekonany do falsetowego Dru w wykonaniu Mikołaja Cieślaka. Ale po pewnym czasie przyzwyczaiłem się do niego i odkryłem, ze nawet on pasuje do troszkę ciamajdowatego braciszka, marzącego duże ambicje oraz wypasiony sprzęt. Za to perłą jest Robert Górski w roli Bratta – narcystycznego, zakompleksionego bandziora, niepozbawionego luzu oraz dystansu.

„Gru, Dru i Minionki” (zamiast „Jak ukraść księżyc 3”) może już nie mają takiej świeżości i nie są w stanie czymś dobrym zaskoczyć, niemniej to nadal kawał przyjemnej rozrywki dla rodziny. Lekkie, ale jednocześnie nie będące tylko efekciarską rozwałką.

7/10

Radosław Ostrowski

Ozzy

Tytułowy Ozzy to psiak mieszkający gdzieś na przedmieściach z rodzinką. Ale psiak to rozrabiaka, chociaż nie pozbawiony uroku i inspiracja do komiksu stworzonego przez ojca rodziny. Dzieło jest tak popularne, że familia dostaje propozycję przyjazdu na zlot do Japonii, ale nie można zabrać pieska ze sobą (kwarantanna dwutygodniowa), więc Ozzy trafia do „Pieskiego raju” – specjalnego ośrodka. Hotel, spa, w ogóle full wypas. Tylko, że to wszystko jest pic na wodę, bo gdy rodzinka z ośrodka wyjeżdża, pieski trafiają do pierdla.

ozzy1

Kolejna animacja z Europy, a dokładnie z Hiszpanii. Sam pomysł, by zrobić więzienną historię z psami w roli głównej, wypada naprawdę nieźle. Chociaż sama historia toczy się dość przewidywalnie, bo będzie ucieczka (nawet kilka prób) i nasz zdeterminowany zwierzak nie dający się złamać, mimo szykan, ustawiony wyścig oraz sytuacja między młotem a kowadłem. Wygląda to niczym „Wielka ucieczka”, a kilka postaci jest głębiej zarysowanych niż się to wydaje (ślepy jamnik Fronky, zgorzkniały Chester czy niepozorny, ale bezwzględny Vito). Parę razy potrafi dodać troszkę humoru, chociaż wymowa jest o wiele bardziej serio niż się wydaje na początku i to jest jedna z pozytywnych niespodzianek. Tak jak budująca klimat świetna muzyka Fernando Velazqueza.

ozzy2

Niestety, ale sama animacja to stany średnie. O ile ruchy postaci, ruchy ust  są zrobione bez poważniejszych zastrzeżeń, o tyle same zwierzątka, otoczenie jest tak surowe, wręcz pozbawione detali, że potrafi czasami przyprawić o ból oczu. Wiadomo, że to nie będzie techniczny kolegów zza Wielkiej Wody (nie ten budżet), jednak to można było zrobić lepiej albo bardziej wyraziście.

ozzy3

Za to trudno się przyczepić do polskiego dubbingu, bo ten w przypadku animacji zawsze był na wysokim poziomie. „Ozzy” nie jest wyjątkiem od reguły, chociaż najciekawsze są postacie drugoplanowe. Zarówno zdrowo postrzelony Fronky (świetny Waldemar Barwiński), jak i bardzo stary Chester (niezawodny Miłogost Reczek) zapadają w pamięć, podobnie jak bardzo mrukliwy szef strażników Decker (Grzegorz Pawlak) czy sepleniący Vito (zaskakujący Krzysztof Dracz). A grający Ozzy’ego Krzysztof Szczepaniak? Radzi sobie bardzo przyzwoicie, oddając determinację bohatera i budząc sympatię do niego.

Szkoda tylko, że sam film jest skierowany do bardziej młodego widza. Twórcy pokazują siłę więzi psa z człowiekiem oraz, że nie należy traktować zwierząt źle, ale to wszystko za mało. Sama historia średnio angażuje, wygląda to średnio i można było coś więcej wycisnąć.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

Riko prawie bocian

Riko to bardzo młody wróbelek, który stracił rodziców przed przyjściem na świat. I pewnie nie przeżyłby kolejnego dnia, gdyby nie znalazła go bocianica. Ptak przygarnia go i wychowuje jak własne dziecko. Ale bociany zamierzają wyruszać na migrację do Afryki, a wróbelek całkowicie pewny, że jest bocianem chce dołączyć do wyprawy. Rodzice ze swoim synem jednak podstępem (bo przekonanie Riko do prawdy nie daje rezultatu) zostawia przybranego syna, który jednak się nie zraża i wyrusza na południe. Towarzyszy mu w tym postrzelona sowa Olga oraz marząca o karierze wokalisty disco papugi.

riko1

Dziwaczny pomysł na bajkę z Europy (a dokładnie z Niemiec, Belgii i Luxemburga), gdzie mamy niedobraną ekipę, która powoli zaczyna tworzyć coś więcej. Niby to już znamy, a kolejność zdarzeń dla każdego powyżej sześciu lat nie będzie raczej czymś zaskakującym. Dojdzie do spięć, nie wszyscy mają czyste intencje (papuga Kiki), po drodze dojdzie do dramatycznych pościgów (nietoperze czy finał), bohaterowie zaczną się otwierać. Innymi słowy, klasyka gatunku. Ale ja się niestety troszkę znudziłem przewidywalnością, gdzie wszystko szło jak po sznurku. Oczywiście, happy end i akceptacja przez rodzinę też musi być. Ale po drodze jest parę całkiem niezłych pomysłów (gołębie na drutach elektrycznych podłączone do… Internetu i gadające slangiem komputerowym – perełka), dodających odrobinkę świeżości.

riko2

Sama animacja jest całkiem przyzwoita i twórcy na tym polu nie mają się czego wstydzić. Może widać, że niektóre postacie nie są zbyt szczegółowo zarysowane, jednak nie kłuje to mocno w oczy. Typowa produkcja ze średnim budżetem, gdzie czuć pewien europejski sznyt. Tak samo przyzwoicie prezentuje się polski dubbing, gdzie tłumaczenie jest naprawdę niezłe.

riko3

Za to głosy są bardzo wyraziste i nawet drobne epizody (Mirosław Zbrojewicz jako kruczy mafiozo czy Waldemar Barwiński jako mewa) zapadają w pamięć. Ale główne role też są świetne i wnoszą film na troszkę wyższy poziom. Kapitalna jest Magdalena Boczarska w roli lekko schizofrenicznej sowy Olgi (a ten znaczek a’la Punisher na tułowie) z dość podłamaną przeszłością. Humor wnosi Piotr Gąsowski, czyli Kiki – lekko narcystyczna, napuszona diwa zbyt dramatycznie przeżywająca wiele wydarzeń. Zaś Bernard Lewandowski przy nich wydaje się troszkę blado, ale całkiem nieźle radzi sobie z pokazaniem jego determinacji.

„Riko” to dość pokręcona i miejscami pozwalająca sobie na dość nieoczywiste postacie fabułka skierowana do bardzo młodego odbiorcy. Ja może jestem troszkę za stary na takie cudeńka, ale czas nie był do końca stracony. Ocena lekko podwyższona za dubbing, będącym mocnym wsparciem dla tytułu.

6/10

Radosław Ostrowski

The Breadwinner

Afganistan, kraj islamski jak to tylko możliwe. Tutaj kobieta nie może sama wychodzić z domu, nawet gdy jest to konieczne. Tak jest w rodzinie Parweny – młodej dziewczyny, której ojciec handluje oraz proponuje drobne usługi (czytanie i pisanie). Ale zostaje on aresztowany za drobne naruszenie prawa islamskiego, a w rodzinie same kobiety (jeszcze młody syn, ale niemowlak). Dlatego dziewucha decyduje się na podstęp – ścięcie długich włosów oraz udawanie chłopca, by utrzymać rodzinę.

breadwinner2

Kolejna animacja studia Cartoon Saloon. Jeśli oglądaliście „Sekrety morza” czy „Sekrety księgi z Kelis”, to wiecie, czego należy się spodziewać. Prosta, ręcznie wykonywana kreska, która potrafi oczarować swoim pięknem. Wszystko jest osadzone w świecie, który dla nas – szeroko rozumianych ludzi Zachodu – wydaje się absolutnie niezrozumiały. Świat, gdzie kobieta praktycznie nie może nic zrobić poza domem (zawsze musi być w pobliżu mężczyzna – najlepiej mąż lub syn) jest absolutnie niezrozumiały, absurdalny czy wręcz idiotyczny. Stąd pomysł z maskaradą, a każda decyzja Parweny wydaje się bardzo niebezpieczna, rzekłbym ryzykowna. Próby pracy, drobne kradzieże, ale jednocześnie głowa pełna marzeń i nadziei. Przy tym świecie jeszcze pozwala żyć wyobraźnia i talent opowiadania historii. Ta opowieść (o chłopcu wyruszającym po ziarna zbóż) przeplata się z próbą zebrania informacji o aresztowanym. Mimo braku pokazywania przemocy wprost, jest to mroczna, wręcz brutalna historia.

breadwinner1

Tylko, że mimo wagi oraz ciężaru tematyki, nie chwyciło mnie to za serce (ani za inne organy). Kreska jest śliczna, zwłaszcza w scenach opowieści Parweny, gdzie jest to bardzo poruszające i mające drugie dno. Chociaż im bliżej końca, tym bardziej robi się nerwowo, wręcz dramatycznie. Wręcz życie jest na szali, ale wszystko kończy się (chyba) szczęśliwie, chociaż w stanie zawieszenia.

breadwinner3

„The Breadwinner” miał wszelkie zadatki na pamiętny film, ale wydaje się zaledwie przyzwoitą produkcją z dość nieoczywistą (jak na dzisiejsze czasy) formą. A kwestie zderzenia islamu z feminizmem mocniej prezentował „Persepolis”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

LEGO Ninjago: Film

Jest takie miasto zwane Ninjago, gdzie żyje Lloyd. Chłopak jest nienawidzony przez wszystkich z powodu swojego ojca – demonicznego Garmadona, mającego za swój życiowy cel zdobycie Ninjago City. Nie znaczy to jednak, że Lloyd jest samotnikiem. Jest członkiem paczki, która jest wojownikami ninja kierowanymi przez mistrza Wu. Ale podczas kolejnego ataku Garmadon nie zostaje pokonany, przez co Lloyd wykorzystuje broń ostateczną i sprowadza niebezpieczne monstrum Miauzrę. I jak to odkręcić?

lego_ninjago1

Nowa animacja od Lego, czyli kolejne spotkanie z klockowymi postaciami. Tym razem trafiamy do świata ninja, mechów, Japonii oraz całej tej reszty. I nadal ta strona realizacyjna zachwyca, jest bardzo dopieszczona, włącznie z obecnością Miauzry, czyli… kota. Takiego prawdziwego, z sierścią itp. Ale cała reszta to stare, znane klocuszki, ciągle będące w formie. Ale sama historia – no cóż, nie powala. To klasyczne starcie dobra ze złem, próba pogodzenia rodziny (szczególnie ojca z synem), podbudowanie poczucia swojej wartości, siła przyjaźni. Niby takich wątków i motywów było na pęczki, ale przynajmniej było to napakowane pomysłową inscenizacją potyczek czy dowcipnymi żartami. Niestety, ale „LEGO Ninjago” nie jest w stanie niczego zaoferować z wyżej wymienionych. Humor praktycznie wyparował, całość jest strasznie poważna (w założeniu), zaś sama historia jest bardzo przewidywalna, przez co kompletnie nie angażuje. Nie wiem, czy nawet dzieciom by się spodobała, bo wszystko jest jasne po 25-30 minutach.

lego_ninjago2

„LEGO NINJAGO” broni się – poza stroną wizualną – także polskim dubbingiem, co jest już standardem. Całość kradnie świetny Jakub Wieczorek w roli Garmadona, który nie należy do najmądrzejszych łotrów w historii kina, ale ma wiele charyzmy oraz wyrazisty charakter. Jednocześnie to facet ze skomplikowaną przeszłością. Tak samo dobrze prezentuje się Aleksander Sosiński, czyli Lloyd – żyjący w cieniu ojca wojownik ninja, traktowany jak śmieć przez otoczenie. Cała reszta trzyma swój poziom, ale nie zapada zbyt mocno w pamięć.

lego_ninjago3

Trzecie spotkanie z Lego tym razem zakończyło się niemal zderzeniem z betonem. Nie daje takiej frajdy jak „Przygoda” i „Batman”, a wycięcie tego postmodernistycznego arsenału humoru pozbawiło siły. Dodajmy do tego przewidywalną historię i mamy kandydata na jedno z największych rozczarowań roku. Porzekadło do trzech razy sztuka tym razem się nie sprawdziło.

5/10

Radosław Ostrowski

Dzieciak rządzi

Tim to 7-letni chłopiec, mieszkający razem z rodzicami, którzy pracują dla firmy odpowiedzialnych za szczeniaczkami. Ale pewnego spokojnego dnia, pojawia się jego nowy braciszek. Niby nic dziwnego, tylko że on wygląda jak szef jakiejś korporacji, ma neseser, zegarek. Ale tylko nasz chłopak to dostrzega, bo dla rodziców tak wyglądają dzieci. Nasz bobas jest pracownikiem korporacji Bobas, odpowiedzialnej za… dostarczenia dzieci. Ale los firmy jest zagrożony z powodu szefa firmy Szczeniaczek oraz jego nowego produktu.

dzieciak_rzadzi2

Kolejne nowe dzieło ze studia DreamWorks to historia tak wariacka, jak to tylko możliwe. Tym razem jest to wizja strachu bycia starszym bratem, a że nasz bohater ma tak dziką wyobraźnię, jakiej można sobie pozazdrościć. Problem w tym, że „Dzieciak rządzi” przez pierwsze pół godziny jest bardziej infantylny oraz skierowany do bardzo młodego odbiorcy. Humor jest głównie slapstikowy, ale cała intryga potrafi zaskoczyć. Wielkie wrażenie robią sceny pokazujące jak nasz bohater widzi świat (rzeczywistość zmienia się czy to w statek, w rampę cyrkową albo próbujący działać jako ninja), kompletnie zmieniając stylistykę, co jest ogromną zaletą. Niektóre sceny akcji są zrobione w sposób bardzo imponujący (ucieczka Tima przed resztą bobasów z muzą a’la lata 70.), a odniesienia do popkultury z Indianą Jonesem na czele, zawsze na propsie. Ale to wszystko jest oparte na wręcz absurdalnym poczuciu humoru, co czasami może wprawić w konsternację, a korporacyjne żarty trafiają do dużo starszego widza. Tempo jest dość nierówne, przez co potrafi miejscami znudzić.

dzieciak_rzadzi1

Sama animacja wygląda naprawdę porządnie, a niektóre surrealistyczne scenki wyglądają wręcz fenomenalnie (scenka ninja czy podczas napisów końcowych – perełka), przez co ogląda się to z wielką frajdą. Także polski dubbing zasługuje na wyróżnienie, ze szczególnym wskazaniem na fenomenalnego Krzysztofa Banaszyka (Szef Bobas) oraz Wojciecha Paszkowskiego (szef Szczeniaczka, Francis Francis), co wnosi ten film na troszkę lepszy poziom.

dzieciak_rzadzi3

„Dzieciak rządzi” jest dość dziwnym eksperymentem DreamWorks, który próbuje znaleźć swój własny styl. Próbuje być zarówno dla dzieci, jak i troszkę starszych, ale te elementy nie chcą się w żaden sposób się połączyć w całość. Niemniej wyszła całkiem przyzwoita produkcja, ale to studio stać na więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kacperiada

W Polsce robienie filmów dla dzieci miało długie tradycje, lecz coś ostatnio brakuje tego typu produkcji. Sytuację próbuje zmienić serial „Kacperiada” według opowiadań Grzegorza Kasdepke. Każdy odcinek to osobna historia, a wszystko skupia się wokół Kacpra. A jakie przygody może mieć 6-letni chłopiec, mieszkający z matką – weterynarzem oraz ojcem, pisarzem? O dziwo, jest tego troszkę.

kacperiada1

Pierwszy dzień w szkole, jak mówić prawdę, by nie sprawić przykrości, zgubienie kluczy oraz opanowanie bałaganu, jak naprawić plac zabaw czy znalezienie pewnego skarbu. Wszystkie te opowieści są pokazane w sposób daleki od infantylności, nachalnego dydaktyzmu, ale zrobione z głową, ciepłem oraz bardzo niewymuszonym humorem. Spoiwem łączącym odcinki jest ulubiony bohater naszego protagonisty, czyli Muchomściciel („pół człowiek, pół mucha, pół mściciel”), będący parodią herosów filmów superbohaterskich. A jednocześnie to wszystko jest takie życiowe, problemy takie jak posiadanie nowych rzeczy (kalosze), kwestia listu do św. Mikołaja (tłumaczenie o elfiej poczcie – perełka), przyjaźni z dziewczyną, bycie królem imprezy oraz komunikacji z rodzicami – skąd my to wszystko znamy?

kacperiada2

Sama animacja to mieszanka prostej kreski z trójwymiarowymi postaciami. Wszystko to sprawia wrażenie ręcznie rysowanego tworu, który może spodobać się dzieciom. Nie jest on ani kiczowaty, ani monotonny kolorystycznie. Także muzyka sprawia wrażenie zrobionej przez dziecko, dodając lekkiego klimatu. Zrobione jest to naprawdę miło dla oka oraz ucha.

kacperiada3

Także aktorzy ze swoimi głosami stworzyli wyrazista postaci. Najbardziej w pamięć zapada Matylda Damięcka w roli tytułowej – brzmi ona jak chłopiec, co jest pewnym zaskoczeniem. Bywa zadziorny, uparty i ciekawy świata jak każdy dzieciak. Ale jeszcze lepszy jest Marcin Hycnar jako ojciec, mający w sobie wiele z dziecka, ale próbujący być dla swojego dziecka bardziej kumplem niż surowym ojcem. Jednak całość kradnie Grzegorz Pawlak w roli wszystkich postaci z kreskówki o Muchomścicielu – zarówno jako sympatyczny protagonista z lekko charakterystycznym „ł”, jak i bardzo zblazowany, jakby od niechcenia mówiący Magister ciemności oraz wiele drobnych postaci. Kompletnie nie do poznania.

kacperiada4

Mam nadzieję, że więcej osób zobaczy „Kacperiadę”, bo tak dobrej produkcji dla młodego widza po prostu nie było od dawna. Inteligentna, zabawna, szczera i bez nadmiernego moralizatorstwa. Szkoda, że to tylko 13 odcinków po niecałe 10 minut. Oby powstało więcej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Opowieść wigilijna

Adaptacji powieści Karola Dickensa było setki, jeśli nie tysiące. Z jednej strony to świadczy o ponadczasowości pierwowzoru literackiego, z drugiej wydaje się to pójściem na łatwiznę. Więc kiedy w 2009 roku Robert Zemeckis postanowił zrobić własną wersję tej opowieści, nie było to zaskoczeniem. Ale pójście w stronę animacji 3D z technologią motion capture było czymś zaskakującym. I to mógł być najmocniejszy punkt.

opowiesc_wigilijna1

Reżyser by skupić na sobie uwagę, stawia nie tylko na niesamowite efekty wizualne, ale też bardzo szybką pracę kamery. Najmocniej czuć to w scenach, gdy Scrooge razem z duchami przenosi się z miejsca na miejsce w ekspresowym tempie czy ucieczce bohatera przed ponurą dorożką. Akcja dramatycznie podkręcona, skupiona na detalach (ta animacja błyszczy). Ale najbardziej zaskakuje tutaj takie mroczne tony, gdzie wiele scen jest niemal żywcem wziętych z horroru: pojawienie się Jakuba Marleya czy wychodzące ze stroju Ducha Tegorocznych Świąt dzieci (chłopiec-ciemnota i dziewczynka-nędza). Jest bardziej przerażający niż poprzednie wersje, chociaż próbuje rozładować atmosferę slapstickowymi gagami, co troszkę nie pasują do reszty.

opowiesc_wigilijna2

Sami animacja, gdzie mamy ożywione twarze prawdziwych aktorów, początkowo sprawiają wrażenie niesamowitości. Ale gdy widzimy bliżej twarze, sprawiają wrażenie żywcem wziętych z muzeum figur woskowych, co psuje efekt. Nawet muzyka sprawia wrażenie ogranej i pozbawionej pomysłu. Brakuje jednak w tym wszystkim duszy, zaangażowania, emocji, choć trudno odmówić braku wizji.

Także aktorzy starają się dać z siebie wszystko, a polski dubbing trzyma dobry poziom. Ale nie może być inaczej, jeśli Scrooge (twarz Jima Carreya) mówi głosem Piotra Fronczewskiego, a Bob Crachitt (w oryginale Gary Oldman) ma ciepłe brzmienie Jana Peszka. I co najważniejsze, głos jest dobrze dopasowany do twarzy postaci, bez poczucia zgrzytu oraz żenady.

Zemeckis chciał zrobić własną wersję „Opowieści wigilijna”, ale forma jest dla niej zbyt efekciarska, za bardzo widowiskowa oraz skupiona na technicznych detalach. Na szczęście dla nas wszystkich była to ostatnia animacja w technice motion capture, która była zwyczajnie za droga. Aż chciałoby się aktorską wersję z Carreyem, Oldmanem i Firthem, lecz nie zobaczymy tego.

6/10

Radosław Ostrowski

Artur ratuje Gwiazdkę

Jaki jest św. Mikołaj, to każdy wie. Gruby, stary, z saniami pełnymi reniferów. Ale kiedy to było: dzisiaj Mikołaj zasuwa statkiem kosmicznym o wyglądzie USS Enterprise ze „Star Treka”, elfy są sprawnie wyszkolonymi komandosami do specjalnych zadań, zaś renifery i sanie odstawiono jako relikt przeszłości. Ma też rodzinę: starego ojca, żonę oraz dwóch synów: odważnego, pewnego siebie Steve’a (dowódca) oraz troszkę niezdarnego, lecz wierzącego w Święta Artura (dział listów). I to on musi dokonać niemożliwego, gdyż jeden prezent zaginął. Dla Steve’a to mały błąd, zaś Mikołaj (Malcolm) jest tylko figurantem. Tylko Arturowi zależy na dostarczeniu prezentu małej Gwen z Konrwalii. W misji postanawia pomóc mu dziadek.

artur_christmas1

Studio Aardman kierowane przez Nicka Parka oraz Petera Lorda znane jest z tworzenia animacji za pomocą plasteliny. Jednak nakręcony w 2011 roku „Artur” powstał za pomocą obecnego standardu, czyli animacji komputerowej, która na szczęście nie oznaczała pogorszenia jakości czy zmiany klimatu. Ta wariacka historia to kolejny przykład tego, co tak naprawdę znaczą święta, a wszystko z perspektywy rodziny Mikołaja, która – jak każda zresztą rodzina – ma swoje żale i pretensje, gdzie dochodzi do zderzenia tradycji z nowoczesnością. Czy prezenty powinny być wręczone za pomocą sani czy za pomocą nowoczesnej technologii? Co jest ważniejsze w profesji Mikołaja: techniczna perfekcja oraz sprawna organizacja czy dobre serca i poczucie odpowiedzialności za każde, KAŻDE dziecko na świecie? No i kto przejmie schedę po starym Mikołaju?

artur_christmas2

Sama animacja jest po prostu świetna, chociaż postacie wyglądają bardziej ludzko niż zwykle, a zwierzęta są przeurocze. Sam początek, czyli akcja dostarczania prezentów wygląda niczym rasowy film akcji z Tomem Cruisem, zaś elfy wykonują różne salta i piruety godne prawdziwych twardzieli, by dostarczyć prezent niezauważeni. Także budynki, dość umowny krajobraz oraz szybkie ruchy zasługują na szczególną uwagę. Wszystko jeszcze płynnie zmontowane, podkreślone świetną militarno-świąteczną muzyką oraz trzymającym mocno w napięciu finałem. Twórcy bardzo mocno przypominają na czym ma polegać magia Świąt, która wydaje się w rozpędzonym świecie zanikać. Chodzi o potrzebę bliskości, silnych więzach oraz wspólnym działaniu. Proste przesłanie, ale nie podane w nachalny, wręcz dosadny sposób. Do tego okraszone odrobinę złośliwym humorem (polskie tłumaczenie trzyma fason), miejscami szalonych sytuacji (Artur i sanie wzięte za… UFO przez rednecka oraz pościg sił ONZ) dodaje tylko uroku.

artur_christmas3

Polska wersja językowa cierpi na jeden poważny błąd: brak tłumaczenia angielskich napisów zarówno opisujących czas i miejsce obecnej akcji, jak i finałowych scen. To duże niedopatrzenie, które dla dzieci (i nie tylko) będzie poważnym utrudnieniem. Za to głosy, to już jest naprawdę wysoka półka. Kapitalny jest Paweł Ciołkosz jako Artur, którego energia, naiwność i nieporadność tworzą dziwaczne połączenie uroczego, lecz zdeterminowanego chłopca, ciągle wierzącego w magię Świąt. Nawet chwila zwątpienia oraz (na szczęście chwilowego) załamania odegrana jest bez cienia fałszu. Także Tomasz Borkowski w roli twardego, pełnego technologicznych gadżetów Steve’a, sprawdza się bardzo dobrze. Ale szoł kradnie Tomasz Grochoczyński w roli lekko starego, konserwatywnego dziadka, próbującego na początku udowodnić swoje racje, z czasem staje się istotnym sojusznikiem Artura w jego misji.

artur_christmas4

W ostatnich latach było wiele filmów okołoświątecznych, lecz żaden nie zbliżył się poziomem do „Artura ratującego Gwiazdkę”. Bardzo ciepłego, zabawnego oraz radosnego filmu pokazującego prawdziwą magię oraz siłę Świat Bożego Narodzenia, gdzie prezenty, dania i choinka powinny być tylko dodatkami dla najbliższych. Cudne, poruszające kino.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Czerwony żółw

Wszystko zaczyna się bardzo mocnym hukiem, gdyż widzimy mężczyznę gdzieś podczas sztormu. W końcu trafia do wyspy pełnej drzew, krabów oraz wód. Ale nasz śmiałek próbuje zrobić wszystko, by się stąd wydostać. Kolejne tratwy są jednak coraz bardziej brutalnie niszczone, a każda próba ucieczki kończy się klęską i kolejną, kolejną. A wszystko przez tytułowego czerwonego żółwia.

czerwony_zolw2

Dziwnie brzmi historia w animacji Michaela Dudoka de Wita. Holenderski filmowiec wsparty przez japońskie studio Ghibli, stworzył pod względem technicznym prostą, wręcz ręcznie rysowaną historię, w której nie pada ani jedno słowo. Opowieść pełna tajemnicy, minimalizmu w formie (całość była rysowana na… tablecie) oraz pewnej wolty, która wywraca wszystko do góry nogami. Emocje, poza chrząknięciami są przedstawione za pomocą cudownej muzyki, podkreślającej niezwykłe doświadczenie. Nie ważne czy mówimy o sennych marach bohatera (lot nad drewnianym mostem), próbie ujarzmienia natury (tsunami), będącej obojętnej wobec naszego losu. Reżyser pokazuje losy naszego bohatera, który – wskutek pewnego wydarzenia – zostaje na tej wyspie, pokazując jego drogę aż do śmierci oraz jego relacje z przyrodą. Nawet pojawia się lekki humor w postaci sympatycznych małych krabów.

czerwony_zolw3

Dla mnie największą zagadką pozostaje znaczenie tytułowego żółwia. Czy jest on symbolem Matki Natury, kobiety, partnerki? Nie wiem, a brak jednej odpowiedzi na to pytanie, jest najważniejszym kluczem. Każdy na swój własny sposób może zinterpretować całą historię, co jest zdecydowanie ogromna zaletą.

czerwony_zolw1

Nie jest to jednak film dla dzieci, chociaż tak wygląda, a wszystko zostaje bardzo mocno w głowie. Ten film jest jak tomik wierszy, do którego za jakiś czas się sięgnie, poczyta, a potem zastanowić się nad tekstem. To dzieło daje wiele do myślenia, a każdy sam wyciągnie to, co chce.

Radosław Ostrowski