Twój Vincent

Czy kiedykolwiek mieliście do czynienia z Vincentem van Goghem? Słynny holenderski malarz, który za życia sprzedał tylko jeden obraz, popełnił samobójstwo. Dlaczego tak się stało? To będzie próbował ustalić człowiek, który nie chciał, ale musiał wykonać zadanie. Armand Roulin jest synem naczelnika poczty, chociaż sam chciałby być kowalem. Ojciec, który przyjaźnił się z van Goghem, rok po jego śmierci znajduje ostatni list napisany do brata artysty, Theo. Gdy dociera do Paryża, do osoby sprzedającej artyście narzędzia do pracy, okazuje się, że Theo nie żyje. Adres do wdowy posiada lekarz van Gogha. Armand, chcąc nie chcąc, wyrusza szlakiem ostatnich dni malarza i powoli zaczyna odtwarzać ostatnie dni.

twoj_vincent_2

Historia jak z kryminału? Po części film duet Welchman/Kobiela jest ubranym w animację kryminałem, który zachwyca od pierwszego do ostatniego kadru. Śledztwo jest poprowadzone w sposób klasyczny, czyli rozmowy bohatera z postaciami (sprzedawca olejów, szefowa knajpy, wioślarz, w końcu lekarz) przeplatana czarno-białymi retrospekcjami, z których zaczyna się wyłaniać obraz van Gogha. I próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego szczęśliwy człowiek, już po wyjściu z ośrodka dla obłąkanych po 6 tygodniach popełnia samobójstwo? Bo był szaleńcem? A może to był wypadek? A może… morderstwo? Twórcy bardzo zgrabnie mieszają tropy, prowadzą w maliny, w paru wypadkach wyrabiając zdanie o postaciach, które się jeszcze nie pojawiły. A jednocześnie jest to bardzo przekonujący portret samego van Gogha – człowieka nie do końca pewnego siebie, wycofanego, skupionego na swojej pracy, a także szukającego szczęścia oraz (może nie wprost) pieniędzy, by móc samodzielnie egzystować. Ciekawe, jakie wnioski z tej podróży wyciągnie Roulin – to odkryjecie sami w kinie. Tak samo jak wyjaśnienie całej intrygi.

twoj_vincent_1

A nie wspomniałem o najważniejszym – przepięknej stronie plastycznej. Twórcy postanowili całość ubrać w ten sposób, by wyglądała jak ożywione obrazy samego van Gogha. Stąd cała masa takich białych kresek na wszystkim: twarzach, scenografii, przedmiotach. I nie jest to animacja komputerowa, tylko prawdziwa, ręcznie wykonana robota. To wszystko żyje i oddycha, nawet deszcz jest bardzo efektowny, nie mówiąc o nocy, gdzie gwiazdy biją klaskiem. Tego moje skromne słowa nie są w stanie oddać, także tego jak znakomita jest muzyka Clinta Mansella.

twoj_vincent_3

Postacie intrygują, polski dubbing jest na dobrym poziomie, bez poważniejszych zgrzytów (najbardziej błyszczy Robert Więckiewicz jako dr Gachet oraz Zofia Wichłacz w roli jego córki, solidnie poradził sobie Józef Pawłowicz jako nasz protagonista, a poza tym usłyszymy m.in. Jerzego i Macieja Stuhrów, Danutę Stenkę, Roberta Guralczyka czy Włodzimierza Matuszaka), a całość jest idealną kombinacją oryginalnej formy z wciągającą opowieścią w niemal kryminalnym stylu.

twoj_vincent_4

Jednocześnie jest to pełen emocji i pasji hołd złożony jednemu z największych malarzy wszech czasów, co jest bardzo rzadką kombinacją dzisiaj. Dla mnie jest to kino totalne, gdzie wszystkie klocki pasują do siebie idealnie, bez żadnej zbędnej sceny, dialogu, postaci. Dla takich filmów ludzie idą do kin.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nazywam się Cukinia

Poznajcie Ikara – jest on 9-letnim chłopcem wychowywanym przez matkę-alkoholiczkę. Kobieta zamiast się zajmować się swoim dzieciakiem, woli wypić piwo oraz oglądać telewizję, ewentualnie jeszcze go traktować jak worek treningowy. Pewnego dnia Ikar, zwany przez matkę Cukinią, zabija (nieumyślnie) swoją mamę i trafia do domu dziecka, gdzie poznaje inne dzieciaki.

cukinia1

Ta szwajcarska animacja poklatkowa nie tylko wyróżnia się formą, ale i tematyką. „Cukinia” dotyka bardzo mrocznej strony okresu dzieciństwa, gdzie nasi bohaterowie są pozbawieni kontaktu z rodzicami. Przyczyny tego stanu są różne: deportacja, przemoc, narkotyki, alkohol. Choć całość trwa tylko godzinę, to udaje się twórcom wycisnąć wszystko z tego tematu. Powoli widzimy, jak nasi dziecięcy bohaterowie zaczynają się zaprzyjaźniać, chociaż początek nie należy do prostych. Każde z tych wydarzeń naznaczyło piętno na swoich postaciach, czyniąc z nich albo zgorzkniałych, pełnych drwiny do innych (Simon), samotników reagujących tikami (Alice). Twórcy skracają dystans między bohaterami, a jednocześnie nie sięgają po emocjonalny szantaż, by nas poruszyć.

cukinia2

Mimo dużej ilości goryczy i smutku (obecność ciotki Camille czy oskarżenie o kradzież podczas wycieczki), nie jest to film depresyjny. Twórcy rozładowują atmosferę bardzo delikatnym i subtelnym poczuciem humoru jak podczas bitwy śnieżkowej… w domu, rysunkach Cukinii, w których opowiada o spędzonym czasie czy gdy rozmowy dotyczą relacji damsko-męskich. To dziecięce spojrzenie na świat wygląda i brzmi bardzo naturalnie, nie czuć fałszu, a twórcy przełamują pewne schematy. Widać to mocno w postaci Simona. Rudowłosy chłopak sprawia wrażenie takiego, co dokucza wszystkim, ale z czasem dostrzega się o wiele, wiele więcej. Z kolei zakończenie pokazuje, że jest pewna nadzieja i szansa na normalny dom. Tylko dorośli musieliby bardziej zwracać uwagę na te dzieci i pomóc przełamać ich lęki (poruszająca scena, gdy Cukinia wchodzi do swojego domu po tragedii).

cukinia3

„Cukinia” może i jest prostą opowieścią, dość krótką, to jednak nie miałem poczucia niedosytu. Po prostu było mi żal rozstawać się z tą paczką dzieciaków, dla której jest promyk światła na szczęśliwe życie, mimo mrocznych wydarzeń z przeszłości. Mądry, zabawny, poruszający i refleksyjny. Nie wiem jak wy, ale ja nie potrafiłem przejść obojętnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sing

Bohaterem tego dzieła jest miś koala Buster Moon – właściciel teatru Moona, który najlepsze lata świetności ma za sobą. Obecnie instytucja jest na skraju bankructwa, przynosi straty, masę długów, a przyjaciele zostawili go. W końcu nasz kapitalista wpada na pomysł zorganizowania talent show, obiecując wielką nagrodę (przez pomyłkę zamiast tysiąca dolarów wyszło sto tysięcy), sprowadzając tłumy. I co teraz z tym fantem zrobić?

sing1sing2

Illumination Entertainment drugi raz próbuje pokazać, że jest w stanie zrobić coś więcej niż kolejne spotkania z Minionkami i Gru. I w „Sing” mamy – tak jak w „Zwierzogrodzie” – kalejdoskop zwierząt, które tak naprawdę ilustrują nas samych oraz nasze problemy. By poznać naszych bohaterów wystarczy pierwsze 5-10 minut: goniącego za marzeniami ambitnego Moona, ograniczoną do roli gospodyni domowej Rosity (świnia) – zabieganej przez swoje dzieci, ignorowana przez męża; zbuntowana Ash (jeż), słuchająca i grająca punka ze swoim chłopakiem, kochający jazz Mike (mysz), będący drobnym cwaniakiem z wielkim ego i chęcią zdobycia kasy; Johnny (goryl) – syn gangstera, który chce bardziej wykorzystać swój głos oraz Meena (słonica) – obdarzona poruszającym głosem, lecz strasznie nieśmiała i z wielką tremą. Na nich oraz desperacko walczącym o utrzymanie się Moonowi skupiają się twórcy, unikając jak ognia prostackich dowcipów oraz gagów (poza jedną sceną pierdnięcia), tworząc bardzo wiarygodne portrety tych postaci, mogąc odbić się w nich jak w lustrze. Może i brakuje tutaj większej ilości intertekstualnych dowcipów (chyba, że myślimy o wejściu windykatorki z banku w takt muzyki z „Dawno temu w Ameryce” czy katastrofie na miarę „Titanica”), ale to działa na plus. Może i jest to przewidywalne, ale ogląda się to z zainteresowaniem, kibicując bohaterom do samego końca, nawet mieszając gatunki (musical, komedia obyczajowa, odrobina sensacji).

sing3sing4

„Sing” jest urocze wizualnie i ma kilka fajerwerków wizualnych (scena specjalnego pokazu na szklanej scenie), chociaż wygląda jak troszkę lepsza wersja „Sekretnych zwierząt…”, niepozbawiona szybkiej pracy kamery (ucieczka Mike’a przez misiami-gangsterami), kilku pomysłowych gagów (jak Rosita stworzyła maszynerię, by móc spokojnie wyjść z domu na próby czy jej taniec w supermarkecie podczas zakupów w rytm „Bamboleo”) oraz świetnego zgrania piosenek z ekranem, co jest w pełni zrozumiałe. Sceny castingów (pająki tańczące „Asereje” – perełka), jak i finałowego koncertu robi gigantyczne wrażenie.

sing5sing6

Film trafił w polskiej wersji językowej, ale piosenki zachowano w oryginalnym wykonaniu, co było rozsądnym i trafnym wyborem. Piosenki brzmią znakomicie, sięgając od klasyki (nieśmiertelny Frank Sinatra, Queen czy Elton John) po bardziej współczesne numery („Shake It Off” Taylor Swift czy „Bad Romance” Lady Gagi). A głosy są dobrane dobrze pod wodzą Marcina Dorocińskiego jako Bustera Moona, uzupełniając charakter swoich postaci (zarówno bardziej doświadczeni macherzy pokroju Małgorzaty Sochy, Jarosława Boberka czy kradnąca szoł Anna Apostolakis jako niemal zakonserwowana panna Crawley jak i mniej doświadczonych jak dziennikarz radiowy Krzysztof Jankowski w roli Mike’a czy Ewy Farny jako Ash). Tutaj nie ma słabych punktów i trudno się do kogokolwiek przyczepić.

sing7

Niby nic nowego w „Sing” nie mamy, bo to opowieść o tym, że warto gonić za marzeniami, bo bez nich jesteśmy troszkę puści i niekompletni, ale jest to zrobione ze stylem, elegancko i autentycznie zabawnie. Chwyta za serce, muzyka brzmi po prostu świetnie (także dobór jest nieoczywisty jak na film teoretycznie dla dzieci) i jest to tak zgrabnie poprowadzone, że nawet da się polubić tych bohaterów, a z przesłaniem zgadzam się w 100% procentach. To kto będzie śpiewał i tańczył w trakcie?

8/10

Radosław Ostrowski

LEGO Batman: Film

Nikomu nie trzeba tłumaczyć kim jest Batman, czyli koleś w pelerynie nietoperza, walczący ze złem w zgniłym Gotham City. Było już tyle wariacji i oblicz, że nie było sensu tworzenia nowej twarzy herosa. Jak się okazuje, bohaterowie (zwłaszcza superherosi) są niczym naczynie – można wlać w nie dowolną ilość interpretacji i znaczeń. Dlatego twórcy „Lego Przygody” wcisnęli naszego Gacka w ten świat na drugi plan. Ogromny sukces spowodował, że solowe wejście Batmana było tylko formalnością. I tak pojawił się „LEGO Batman”.

lego_batman1

I ta wizja bohatera w oparach parodii oraz absurdu miała doprowadzić mnie do ekstazy, gigantycznego testu dla przepony, czyli spełnieniem snów fana popkultury. Nasz Bruce Wayne w tym wydaniu to egoistyczny narcyz, skupiony na spuszczaniu łomotu bandziorom oraz zawsze działający w pojedynkę. Przekonujemy się o tym na samym początku, gdy Batek nawija w rytm muzyki, czarnego ekranu oraz pojawiającej się czołówki (rzucając sarkastycznymi komentarzami) i kolejny raz niszcząc genialny plan Jokera. Problem w tym, że nowa komisarz policji – Barbara Gordon ma inną koncepcję działania prawa niż Gacek. A Joker znowu bruździ i zamierza zmieść Gotham z powierzchni ziemi za pomocą… a nie, nie, nie. Nie zdradzę wam więcej, bo dzieje się tu sporo.

lego_batman2

Akcja zasuwa niczym wyścigówka, gdzie nie brakuje strzelania (nawet bohaterowie wydają odgłosy pocisków), wybuchów, rozpadających się budynków, armii łotrów ze wszystkich opowieści o Batmanie (i nie tylko) oraz żartów. Ekipa celuje w stylistykę Christophera Nolana, czyli mrocznie, ciężko i śmiertelnie poważnie. Ale nawet patos jest tutaj wykorzystywany jako pole do kolejnych żartów (kolekcja filmów Batka – bezcenne). Jest jednak jeszcze druga warstwa, czyli przełamywanie strachu spowodowanego próbą stworzenia bliższej relacji z kimkolwiek. Wayne trzyma wszystkich na dystans, nie podporządkowuje się nikomu i uważa, że zawsze ma rację, co też daje pole do ciętych ripost (błaznowęże!!! czy docinanie Supermanowi i innym herosom) na zgrywę. Ostateczne wnioski są może błahe i oczywiste (nie można żyć samemu na tym świecie), to jednak ogląda się to świetnie i ciągle byłem zaskoczony gagami.

lego_batman3

No i sama animacja oparta na klockach Lego, pasuje do tej cyrkowo-jajcarskiej konwencji, gdzie Wayne uwielbia hard (i nie tylko) rockowe kawałki, puszcza muzę podczas spuszczania łomotu, ale najbardziej wygrana jest relacja z adoptowanym synem, Robinem oraz – bardziej toksyczna, ale konieczna – z Jokerem, chociaż naszemu herosowi (jak do wszystkiego) sporo zajmie czasu, by do tego dojrzeć. A polski dubbing wypada naprawdę przyzwoicie, co jest gigantyczną zasługą Krzysztofa Banaszyka jako Batmana (ten niski głos idealnie pasuje do postaci) i trudno się przyczepić do tłumaczenia.

lego_batman4

Co ja będę więcej opowiadał? Batek od LEGO jest fajerwerkiem, pokazującym mniej poważne oblicze największego komiksowego detektywa oraz najpoważniejszego superherosa, jakiego kiedykolwiek stworzono. Niby poważny, ale nie bardzo, widowiskowy i z błyskiem szaleństwa (może troszkę sentymentalny, jednak to jest rozładowane humorem). Wielokrotnie skręcało mnie ze śmiechu, co ostatnio nie zdarzyło się zbyt często.

8/10

Radosław Ostrowski

Trolle

Jak znamy z baśni i legend, trolle to wredne stwory piękne jak noc listopadowa, a inteligencje mają na poziomie ameby. Tak było od czasów Tolkiena, ale panowie z DreamWorks mają własną koncepcję tych istot. W ich animacji trolle są małymi, pozytywnie zakręconymi istotami z bardzo bujnymi włosami oraz wyglądem lalek. Są nośnikiem pozytywnej energii, której brakuje Bergenom – smutnym, brzydkim i bardzo nieszczęśliwym, dużym stworom. By przejąć szczęście i radość, Bergowie postanawiają zjeść trolle, na szczęście udaje im się uciec. I tak sobie w lasku trolle siedzą 20 lat w spokoju, szczęściu i nieustannej radości, kierowani przez przyszłą królową Poppy. Ale pewna impreza okazała się brzemienna w skutki, z powodu obecności nieproszonego gościa, czyli wygnanej Kucharki Bergenów, porywającego kilku jej ziomków. Królowa wyrusza odbić pobratymców razem z kolegą Mrukiem.

trole1

Widać rękę DreamWorks przy realizacji tego filmu, gdyż sylwetki postaci są bardzo wyraziste i charakterystyczne dla nich. „Trolle” to mieszanka kina przygodowego i… musicalu. Całość jest bardzo, bardzo kolorowa. I mówiąc to mam na myśli, że aż uderza tymi barwami po oczach niczym po zażyciu narkotyków (dla wielu ten nadmiar kolorów może wywołać wymioty). Trolle tańczą, wykorzystują swoje długie włosy niczym Indiana Jones bicz, rozsadzając swoją pozytywną energią. Same piosenki są dość ograne, ale brzmią ładnie i współgrają z ekranowymi wydarzeniami, będąc niejako komentarzem (wybierał je i napisał aranżacje Justin Timberlake).

trole2

Sama historia nie jest jakoś oryginalna, ale potrafi wciągnąć. Złośliwości między pozytywnie zakręconą Poppy a zgorzkniałym, samotnym Mrukiem (cały czarny) mają troszkę iskier, ale najładniej poprowadzono wątek nieśmiałej Bergerki (pomocnicy kucharki) o imieniu Bridget, beznadziejnie zakochanej w królu. Poppy próbuje je pomóc, co dodaje troszkę uroku i lekkości. Tak samo zabawne są scenki przypominające wycinanki czy drobne aluzje popkulturowe (początek z pędzącym szkrabem na rowerku po czerwonym dywanie – brzmi znajomo? Czy akcja ze zgubieniem wrotki), co było zawsze znakiem rozpoznawczym studia. Do tego dostajemy kilka spektakularnych scen zarówno akcji (ucieczka przed Bergerami), jak i tanecznych (przygotowania do imprezy czy finał), co wielu może się nie spodobać. Do tego niegłupie przesłanie, że szczęście jest zaraźliwe i nie trzeba nikogo zjadać, by mu je wręczyć.

trole3

Jak zawsze polski dubbing trzyma fason, ale tym razem postanowiono przetłumaczyć piosenki, przez co nie łatwo było je rozpoznać. Rozsadziło mnie wykonanie „Clint Eastwood” oraz bardzo poruszające „Hello”, jednak dwa utwory postanowiono zachować w oryginale. I tej niekonsekwencji nie jestem w stanie rozgryźć, bo albo bierzemy całość na warsztat, albo zostawiamy wszystko w oryginale. Samo śpiewanie brzmi dobrze i mówię to z ręką na sercu, przez aktorów podkładających głosy swoim bohaterom, ze szczególnym wskazaniem na Magdalenę Wasyluk. Aktorka jako Poppy po prostu rozsadza ekran, zaraża swoją energią i niezłomną determinacją, w pełnie uwiarygodniając ją. W opozycji do niej stoi Mruk (Piotr Bajtlik) – pesymista ze złamaną przeszłością, ciągle nieufny i widzący wszystko w czarnych barwach. Drugi plan kradnie wspomniana Bridget (Ewa Konstancja Bułhak) oraz demoniczna Kucharka (Elżbieta Jędrzejewska), będąca typowym czarnym charakterem skupionym na zemście.

trole4

„Trolle” to animacja skierowana dla dzieci i im da wiele frajdy, co jest zrozumiałe i oczywiste. Twórcy serwują takiego pozytywnego kopa, że trudno przejść do tego obojętnie. Fajna, lekka i przyjemna rozrywka ze świetną muzyką.

7/10

Radosław Ostrowski

Balerina

Wszystko zaczyna się gdzieś na prowincji w XIX-wiecznej Bretanii, gdzie znajduje się sierociniec. Tam mieszka Felicja – młoda dziewucha, marząca o jednej rzeczy: zostaniu baletnicą. Ale by trafić do Paryża musi ucieć z przytułku, w czym pomaga przyjaciel Wiktor. Na miejscu drogi naszej pary się rozdzielają. Ona trafia pod opiekę sprzątaczki, pani Odette, a chłopiec do pracownik samego Gustava Eiffla. Dziewczynie – podstępem i pod wpływem złośliwości – podszywa się pod zarozumiałą i bezczelną uczennicę – trafiając do szkoły baletowej, by przygotować się do występu „Dziadka do orzechów”.

balerina1

Po wielu produkcjach spod znaku Pixara, Disneya i całej tej amerykańskiej perfekcji, świeżym oddechem było poznanie produkcji dziecięcej z Francji. Muszę przyznać, ze jest to film skierowany dla młodego odbiorcy, ale nie jest w żaden sposób naiwny i infantylny. Klasyczna opowieść o tym, że ciężką pracą, pasją i determinacją można podbić świat, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Dałem się wpuścić do tego świata, co jest zasługą ładnej animacji, która nie kłuje w oczy. Ale nie tylko – XIX-wieczny Paryż jest barwnym miastem, gdzie wszystko może się udać. Widać, ze twórcy dali z siebie wszystko i włożyli masę serca i pracy. Jestem zachwycony scenami tańca i treningu naszej bohaterki – ruch pokazywany jest z wręcz pietyzmem (spowolnienia wykorzystane z głową), jakbyśmy widzieli prawdziwe postacie, a nie aminowanych ludzików. Widać to zarówno w świetnie poprowadzonej scenie w knajpie bretońskiej jak i finałowej potyczce – te dwie sceny powinny zachęcić.

balerina2

Żeby jednak nie było za słodko, „Balerina” to zdecydowanie kino dla dzieci, wiec humor oparty jest na prostych gagach, samo przygotowanie jest uproszczone, a przebieg fabuły jest przewidywalny. Ja jeszcze dorzuciłbym do zestawu piosenki, które były zbyt plastikowe, ale to raczej kwestia indywidualna. Podoba mi się przesłanie (choć to jak potraktowano kwestię kłamstwa może budzić pewne wątpliwości moralno-etyczne), muzyka – ta instrumentalna – jest dobra i współtworzy klimat, bohaterowie budzą sympatię i czas spędzony nie jest stracony.

balerina3

W zasadzie powinienem dać coś koło 6/10, ale taniec wyglądał prześlicznie i polski dubbing też był dobry. Najważniejsza jest tutaj Felicja (Julia Kamińska znowu błyszczy) i lekko postrzelony, ale uroczy Wiktor (zaskakująco dobry Antoni Królikowski). Czuć zgranie i silne więzy między postaciami, a relacja między nimi ulega dynamice. Drugi plan kradnie madame Odette (Anna Guzik) – kobieta silna, pokorna, z przeszłością, pełniąca na początku rolę mentorki. Z czasem ta kobieta stanie się dla naszej dziewczyny najpierw przyjaciółką, a następnie kimś w rodzaju matki. Tutaj najbardziej surowe postacie jak nauczyciel Merente (Radosław Pazura) skrywają coś więcej.

balerina4

I za te drobiazgi „Balerina” dostaje u mnie:

7/10

Radosław Ostrowski

Bociany

Nie wiem dzieciaczki czy słyszałyście o tym, że dzieci przynosi bocian? Krążyły takie plotki, a wiele osób nadal w to wierzy. Czasy się jednak zmieniły i nasze białopiórne ptaki robią teraz za kurierów. Co dostarczają? Telefony komórkowe, a firma stała się potężną korporacją, wśród której najlepszym pracownikiem jest Junior. By zostać nowym szefem, bociek musi zwolnić kompletnie nieprzydatną sierotę Tulip, nie posiadającą własnej rodziny 18-latki. Ta jednak zostaje przeniesiona do działu korespondencji i przez pomyłkę realizuje list o dziecko. By uratować swoją posadę, Junior decyduje się odstawić dzieciaka do przyszłego domu, w czym będzie mu pomagać Tulip.

bociany1

„Bociany” to wbrew pozorom animacja skierowana do starszego widza. I nie, nie chodzi mi o to, ze są bluzgi, seks oraz bardzo ostro (to nie „Sausage Party”), ale dla młodego będzie to tylko szalona i pokręcona przygoda. Troszkę starzy widz, jeśli lubi absurdalne poczucie humoru, odnajdzie się jak w domu. Niby jest to, co zawsze w animacjach ostatnich lat, czyli pościgi i pędząca na złamanie karku akcja, jednak ciągle jest tu drugie dno. Impulsem działania naszych bohaterów jest potrzeba posiadania rodzeństwa przez Nate’a – chłopaka wychowywanego przez rodziców-pracoholików. Atak w korporacyjne praktyki, gdzie liczy się postępowa praktyka i pogoń za pędem (forsa, forsa, forsa, prestiż, prestiż, prestiż), a tradycja stała się po prostu niedochodowa. No i kto miałby wierzyć w bociany?

bociany2

A największą siła jest niedopasowana para „rodziców”, czyli Junior i Tulip. Niby chodzi tu tylko o dostarczenie bobasa, lecz dla nich to będzie doświadczenie przełomowe. Te przekomarzanki, początkowa wrogość oraz powoli budzący się instynkt macierzyński pokazuje jak zaczynają czuć się odpowiedzialni za kogoś. Sceny, gdy muszą uśpić dzieciaka i bocian musi szkraba objąć (by nie wpaść) są po prostu rozczulające, mieszając trafną obserwację z żartem. Nie sposób też zapomnieć pomysłowej gonitwy z wilkami, które są w stanie (stadnie) zmienić się w cokolwiek jest potrzebne do kontynuowania pościgu (most, statek, cokolwiek chcecie) czy „cichej” (by nie obudzić dziecka) bójce z pingwinami. Dodają one lekkości tej wariackiej komedii, opartej na mocnych kontrastach oraz pełnej ciepła wobec bohaterów.

bociany3

A kolejny raz wartością dodaną jest polski dubbing. Tutaj wybijają się świetne głosy Grzegorza Kwietnia i Dominiki Kluźniak. Pierwszy jako Junior jest spięty, bardzo poważny i nie do końca pewnych swoich umiejętności przywódczych, ona z kolei jest mocno postrzelona, ciągle próbująca zrobić coś dobrze, ale ciągle jej nie wychodzi. Dziwna to para, która przechodzi klasyczną drogę od wrogości do przyjaźni. Drugi plan też jest bardzo ciekawy i bogaty: bezwzględny korposzef Hunter (Jacek Lenartowicz), próbujące ukraść dziecko wilki Alfa i Beta (nieoczywisty duet Adam Ferency/Cezary Żak) czy niewyraźnie mówiący kurdupel Lizus (Dariusz Błażejwski) zapadają mocno w pamięć.

bociany4

„Bociany” zaskoczyły mnie swoją lekkością, ale nie są one w żaden sposób infantylne czy naiwne. To szczere, ciepłe i dowcipne kino, niepozbawione zgrabnego przesłania, unikając łopatologii. Nie wspomniałem też o animacji, która jest ładna i przyjemna dla oka, a dzieciom może dać wiele frajdy.

7/10

Radosław Ostrowski

Sekretne życie zwierzaków domowych

Kto z nas nie lubi zwierzątek? Nawet jeśli nie każdy je posiada, to każdy lubi na nie popatrzeć. Jedną z takich szczęściarek, co ma zwierzątko jest mieszkająca w Nowym Jorku Kate, która przygarnęła do siebie małego pieska Maxa. Jest to zwierzak oddany, lojalny i mocno przywiązany do swojej pani. Więc kiedy pojawia się Kate z nowym psem – dużym, przypakowany i kudłatym Dukem, konfrontacja wydaje się nieunikniona. Obydwa psy pakują się w tarapaty, chcąc jeden pozbyć się drugiego. I tak trafiają do kanałów, kierowani przez mszczącego się na ludziach królika Tuptusia. W tym samym czasie, zakochana w Maxie Gridget organizuje poszukiwania.

sekretne_zycie1

Illumination Entertainmnet chce udowodnić sobie – i także reszcie świata, że nie potrzebują do realizacji swoich kolejnych hitów Minionków, by odnieść sukces. Pierwszą taką próbą jest „Sekretne życie…”, które fabularnie przypomina „Toy Story”, tylko że zamiast zabawek mamy zwierzątka – psy, koty różnej maści. Pomysł prosty – pokażmy, co robią zwierzęta, gdy ich opiekunowie opuszczają dom, by pójść do pracy. Ale wszystko i tak ogranicza się do gonitw, ucieczek oraz powrocie do domu. Oczywiście, nasi antagoniści w końcu zaprzyjaźniają się i zostają kumplami. Do tego jest kilka nieoczywistych pomysłów (pudel uwielbiający ostre, metalowe granie; sokół próbujący walczyć z żądzą zabijania i szukający przyjaciela – najlepsza i najciekawsza postać), ale i tak wszystko to pozostaje pokazany w sposób ograny, przewidywalny i nudny.

sekretne_zycie2

Jeśli chodzi o zwierzaki, twórcy skupiają się przede wszystkim na kotach i psach (ze szczególnym naciskiem na to drugie), bazując na powszechnych stereotypach: pies jest oddany i lojalny, na widok piłki dostaje głupawki, a koty albo są mocno skupionymi na siebie żarłokami, albo podstępnymi cwaniakami. Potrafi to być miejscami zabawne (impreza u Dziadka), ale jest skierowana do zdecydowanie młodszego widza w wieku 6-7 lat. Same gonitwy są zrobione nawet zgrabnie, a kilka scen akcji (skrót do kanału czy bójka Bridget na moście), jednak nie byłem w stanie pozbyć się przewidywalności oraz braku zaangażowania w całą opowieść.

sekretne_zycie3

Animacja wygląda ładnie, a otwierający całość widok na Nowy Jork z przyspieszającą kamerą zapiera dech w piersiach. Także muzyka będąca mieszanką jazzu i dynamicznego, niemal barokowej akcji jest imponująca, świetnie współgrając z wydarzeniami ekranowymi. I złego słowa nie powiem o polskim dubbingu, bo jest on po prostu dobry. Aktorzy (ze szczególnym wskazaniem na Tomasza Borkowskiego i Jakuba Wieczorka) przekonująco pokazali swoje istoty, nadając im lekkiego charakteru.

sekretne_zycie4

Nie chodzi o to, że „Sekretne życie…” jest filmem słabym i nieciekawym. Po prostu to nie jest kino zaadresowane dla mnie, tylko dla początkujących swoją przygodę z kinem. Także poczucie humoru miejscami było niskich lotów (picie… wody ze spłuczki), a samo przesłanie jest wręcz łopatologiczne. Obejrzeć można i nie zaszkodzi, zwłaszcza jak się ma małe dzieci. Ale starszy kinoman poczuje się mocno rozczarowany tą nudną gonitwą. Bezczelnie zmarnowany potencjał.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Dobry dinozaur

Poznajcie Alro – to mały dinozaur (w porównaniu do reszty rodziny), który jest strasznie strachliwy w porównaniu z resztą rodzeństwa. Próbuje jak może pomóc swojej rodzinie, dbającej o swoje pole, jedzenie i siebie. Dinuś próbuje zrobić wszystko, by przełamać swój strach, dlatego dostaje zadanie wytropienia szkodnika kradnącego ich jedzenie. Okazuje się nim być mały człowiek, któremu udaje się uciec z pułapki. Arlo razem z ojcem ruszają w pogoń, ale młodzik skręca nogę, a podczas burzy ojciec ginie od przypływu wody. W końcu nasz dinuś zostaje sam, razem z Bąblem i musi wrócić do domu.

dobry_dinozaur1

Pixar w tym samym roku wydał dwa filmy, z czego „W głowie się nie mieści” podbiło kina i jednocześnie starało się wejść w umysł młodego człowieka. Dlatego niejako w jego cieniu wszedł do kin „Dobry dinozaur” – skromne, niemal klasyczne kino inicjacyjne opowiadające o wchodzeniu w dorosłość i radzeniu sobie z demonami. Arlo będzie musiał zmierzyć się ze swoim strachem oraz ciężkim brzemieniem jakim była śmierć ojca (na jego oczach) oraz duża wrogość wobec Bąbla, którego obwinia za tragedię. Problem z tą historią jest dla mnie w tym, ze jest to kompletnie przewidywalne i prowadzone po sznurku. Ta opowieść po prostu jest skierowana dla najmłodszego odbiorcy, zaczynającego swoją przygodę z kinem. Morał bardzo ładnie i prosto jest opowiedziany, a przygoda dinozaura oraz „wytresowanego” przez niego dzieciaka.

dobry_dinozaur2

Widać, ze to Pixar, bo animacja wygląda zachwycająco. Nie mogłem pozbyć się wrażenia jak pięknie wyglądała przyroda. Zupełnie jakby to było fotografowane, filmowane przez dokumentalistów, a nie animatorów – woda jest tak naturalna, a chmury wręcz olśniewająco. Trudno oderwać od tego oczy i brakuje do szczęścia tylko znaczka National Geographic. Same stworzenia już nie robią tak wielkiego wrażenia – mało szczegółów, uproszczony wygląd, prosta kreska. Nawet w przypadku tyranozaurów pilnujących swojego stada czy paskudnych pterodaktyli nie robią dużego wrażenia. Całość okraszona jest przypominającą western muzyką, która dziwnie pasuje do całości.

dobry_dinozaur3

Polski dubbing do animacji przyzwyczaił mnie do wysokiego poziomu. I potwierdza się tutaj dobre rzemiosło oraz odpowiedni dobór głosów. Tylko problem w tym, że – tak jak cały film – skierowany jest do zdecydowanie młodego (nawet bardzo) widza. Nie mniej trudno nie zapomnieć zwłaszcza postaci drugoplanowych jak paskudny pterodaktyl Gromowładek (Jerzy Kryszak), wystraszonego nosorożca Wawrzyńca (Artur Andrus) czy przywódcy stada bydła, Buźki (Marian Dziędziel). Także wcielający się w Arlo Olaf Marchwicki radzi sobie bardzo przyzwoicie, przekonująco oddając jego zagubienie, bezradność, strach i wolę walki.

dobry_dinozaur4

Największym problemem „Dobrego dinozaura” jest taki, że to po prostu nie jest filmem skierowanym dla mnie. Młodzi widzowie powinni bawić się przednio, ale dla dorosłych nie proponuje tak naprawdę niczego. Niby jest dobrze, ale za stary już jestem na takie mało oryginalne kino.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Walc z Baszirem

War. War never changes. – to zdanie otwierające każdą część z serii gier „Fallout” pasowałoby idealnie do gorzkiego filmu Ari Folmana z 2008 roku. „Walc z Baszirem” to ubrana w formę animacji mieszanka dokumentu i kina wojennego. Wszystko zaczyna się od koszmaru, opowiedzianemu przez przyjaciela Formana w knajpie – ze szczekającymi 26 psami pod domem. To bardzo brutalna i krwawa przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć, a dokładnie zdarzenia z wojny libańskiej w 1982 roku. Wspomnienie to postanawia zweryfikować z dawnymi towarzyszami broni, gdyż Folman nie jest w stanie przypomnieć sobie swojego udziału w masakrze ludności palestyńskiej dokonanej przez libańską milicję po zamordowaniu prezydenta kraju.

walc_z_baszirem1

Oryginalna forma pozwala na sklejenie dwóch pozornie nie pasujących do siebie elementów: klasycznych „gadających głów”, jakie znamy z setki filmów dokumentalnych, gdzie postacie opowiadają o swoich przeżyciach oraz animowane retrospekcje, pokazujące wojnę jako dziwaczny, niemal transowy stan. A jednocześnie (i to dla mnie był najciekawszy wątek) pokazuje jej silny wpływ na psychikę, doprowadzający do balansowania między faktycznymi wydarzeniami, a wytworem ludzkiej wyobraźni. Zarówno scena przypływu statku (wyglądającego jak nowoczesny okręt z basenem i jacuzzi) czy widok wychodzących chłopców z morza w ostrzeliwanym flarami mieście mocno zapadają w pamięć.

walc_z_baszirem2

Ale reżyser nie próbuje oskarżać Izraela, Palestyny, Libanu czy jakiejkolwiek osoby z imienia i nazwiska. Pokazuje jak wojna może wpływać na umysł, bo jak jest możliwe, że pewne wydarzenia zostają wymazane, wręcz wyparte, a inne pamiętamy ze wszystkimi szczegółami. Poczucie nierealności i grozy potęguje kompletnie odjechana, pulsująca muzyka Maxa Richtera i dobrane piosenki (ta o bombardowaniu Libanu jest bardzo mocna).

walc_z_baszirem3

A jeśli nie jesteście w pełni przekonani, to zwróćcie uwagę na ostatnie kadry, gdzie będziemy mieli pokazane prawdziwe zdjęcia z rzezi cywili w kompletnej ciszy. I potem nie będziecie chcieli się więcej odezwać. Zawsze należy przypominać o okrucieństwie wojny, która zwykłych ludzi zmienia w bezwzględnych potworów zdolnych do najgorszego.

7,5/10

Radosław Ostrowski