Marnie. Przyjaciółka ze snów

Anna jest młodą, ale bardzo skrytą dziewczyną z astmą, która ma problemy z akceptacją siebie oraz otoczenia. Ma swoje humory, potrafi bez powodu się wkurzyć i trudno jest nawiązać relacje z kimkolwiek. Jej opiekunowie (rodzice nie żyją) decydują się zaprowadzić dziewczynę do wujostwa na wieś, by się polepszyło. Pewnego dnia trafia na opuszczone domostwo, które ja intryguje i zaczyna je rysować. Wieczorem trafia na młodą, blondwłosą dziewczynkę o imieniu Marnie. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że mieszka w opuszczonym domku. Anna zaczyna się z nią przyjaźnić, ale zaczyna mieć wątpliwości, czy nowo poznana koleżanka istnieje naprawdę.

marnie_11

Rzadko zdarza mi się odwiedzać kino azjatyckie, jednak animację to skośnoocy potrafią zrobić. W końcu to owiane legendą studio Ghibli, z którym nie miałem zbyt wiele do czynienia. I pierwsza, co rzuca się w oczy to piękna, ręcznie rysowana animacja z zachwycającymi krajobrazami. Dom na mokradłach, których woda podnosi się i opada wygląda prześlicznie, twórcy skupiają uwagę na pełnej szczegółach scenografii, wprowadzając na w pociągający i tajemniczy świat. Do tego bardzo delikatna, liryczna muzyka, wpadająca mocno w ucho, tworząca niezwykły klimat całości.

marnie_13

A cała historia skupia się wokół tajemniczej Marnie – twórcy długo wodzą za nos, co do jej tożsamości. Jej obecność w życiu zahukanej i strachliwej Anny działa bardzo pozytywnie. Dziewczyna bardzo stopniowo zaczyna się zmieniać, dostrzegać inaczej świat i mierzyć się z własnymi demonami. Kluczowa wydaje się wspólna wyprawa do podniszczonego silosu podczas burzy – wtedy robi się naprawdę mroczniej i to Anna (ta wyciszona) staje się wsparciem dla wystraszonej Marnie. Stopniowo odkrywamy kolejne elementy układanki, tworząc bardzo spójną, logiczną oraz poruszającą historię z wieloma ślicznymi fragmentami (wspólny taniec dziewczynek, retrospekcje z życia Anny), które dają wiele do myślenia, a także pokazują zagubienie oraz lęk bohaterki przed otworzeniem się.

marnie_14

Przyznam się wam do czegoś: po raz pierwszy odkąd pamiętam, rozkleiłem się w trakcie oglądania filmu, co nie zdarzyło mi się nigdy. Końcówka to prawdziwy emocjonalny rollercoaster, który doprowadzi do łez nawet największego twardziela i poznajemy prawdziwą historię Marnie. To bardzo mocne emocjonalnie, choć bardzo klasycznie zrealizowane kino.

marnie_12

Tym większa szkoda, że ta nominowana do Oscara produkcja nie trafiła do kin, tylko od razu na DVD. I chyba skuszę się, by posmakować japońszczyzny, bo jest bardzo dobra. Takie filmy powinno się pokazywać dzieciom, a następnie porozmawiać z nimi o pewnych sprawach. To już wiecie, co macie robić, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Mały Książę

Kto z nas nie czytał choćby raz „Małego Księcia” Antoine de Saint-Exupery’ego? Historia chłopca z asteroidy B-612 poruszała (i moim skromnym zdaniem) ciągle będzie poruszać kolejne pokolenia. Także filmowcy mierzyli się z tym tematem, a ostatnia wersja (francuska) poszła o krok dalej i dodali do tego coś w rodzaju tła.

may_ksi2

Sama historia Małego Księcia jest tylko fragmentem większej całości, gdyż główną bohaterką jest dziewczynka. Mieszka z matką-pracoholiczką, a jej plan na życie został precyzyjnie zaplanowany, co do minuty. Celem jest dostanie się do prestiżowej uczelni, zajmującej się matematyką. A obok niej w nowym mieszkaniu jej sąsiadem jest pewien bardzo starszy pan. Jak się okazuje jest Pilotem – tym pilotem. Tylko, że w tej zapracowanej wersji naszego świata nikt historii Małego Księcia nie zna. Dziewczynka, mimo początkowych oporów, zaczyna przyjaźnić się z mężczyzną i poznaje historię Małego Księcia.

may_ksi1

Pilotujący całość Mark Osborne (twórca pierwszej „Kung Fu Pandy”) miesza konwencję oraz style animacji. Historia współczesna opowiedziana jest zgodnie z obowiązującymi dzisiejszymi trendami kina animowanego, czyli bardzo wyrazista kreska, trójwymiarowe otoczenie, jak Pixar z DreamWorks przykazał. Sama wizja świata naszej bohaterki przypomina współczesną galop, gdzie tak naprawdę trzeba jak najszybciej dorosnąć. Co to znaczy? Być konkretnym, stojącym mocno na ziemi i pozbawionym wyobraźni automatem. Mocno przypomina o tym (też dodana przez twórców) wizyta w korpoplanecie, która przypomina świat z „Brazil” Terry’ego Gilliama – zapieprzające niczym mrówki ludzie, niczym w zegarku, a dzieci po prostu nie istnieją (mają przyspieszony kurs dojrzewania – bardzo mroczny i nieprzyjemny). To bardzo przygnębiająca wizja świata, który bezwzględnie zmierza w tym kierunku.

may_ksi5

Ale historia Małego Księcia (z ciekawie dopisanym zakończeniem – to sami zobaczcie) jest zrealizowana w klasyczny sposób. Animacja wygląda na ręczną, nie ma zbyt wiele detalów, a niektóre postacie jak Lis wyglądają niczym zrobione z wycinanki. I to wygląda po prostu pięknie, bardziej niż współczesne trendy (czyżby film o sile wyobraźni, gdyż ona czyni nas dziećmi, miała sugerować jaka forma animacji jest odpowiednia? A może tylko ja sobie to dopowiadam). Problem w tym, że ten współczesny wątek jest troszkę na siłę dopowiedziany, przez co większą siłę rażenia będzie miał dla młodego odbiorcy. Nadal ogląda się to nieźle, a kilka scen (ucieczka z korpoplanety) potrafią wziąć za serducho.

may_ksi3

Także polski dubbing zasługuje na pochwałę, co jest zasługą świetnego doboru głosów. Tutaj najbardziej wybija się Włodzimierz Press (lekko postrzelony, ale sympatyczny Pilot) oraz Aleksandra Kowalicka (czarująca, zafascynowana, ale nie przyjmująca bezkrytycznie opowieści Dziewczynka), miedzy którymi zaczyna rozwijać się silna więź. Twórcy postanowili zaangażować też bardziej rozpoznawalnych aktorów jak Andrzej Seweryn (Król), Piotr Adamczyk (Próżny), Adam Ferency (Księgowy) czy Robert Więckiewicz (Wąż), którzy w pełni wykorzystują dany im krótki czas ekranowy, tworząc wyraziste postacie.

may_ksi4

Mimo pewnej łopatologii w wątku współczesnym, „Mały Książę” bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Był zrobiony z sercem, a twórcy chcieli ugryźć go z zupełnie innej strony, za co doceniam wysiłek. Kawał ładnego kina dziecięcego.

7/10

Radosław Ostrowski

Ostatni smok świata

Po przyglądaniu się animacjom zza Wielkiej Wody, tym razem pora na produkcję z Europy. Ukraińska animacja opowiada o małym chłopaku Nika, syn krawca, co wiele lat temu wybił ostatniego smoka. Chłopak nie chce się uczyć fachu, tylko marzy o byciu bohaterem. I będzie miał okazję się wykazać gdyż smok opętał ciało pewnej kobiety, zamierzając swój powrót. Chłopak wplątuje się w walkę, przez gadającego nietoperza Edka, próbującego zostać wielkim czarnoksiężnikiem.

ostatni_wladca_swiata1

Sama historia nie jest może sama w sobie oryginalna, ale przez pewien czas potrafi wciągnąć. Wygląda to całkiem nieźle, co jest zasługą wtopienia do całości elementów kultury słowiańskiej (stroje, wygląd chat, fryzury). Problem jednak w tym, że twórcy pokazują wzorce absolutnie nie do naśladowania. Nasi bohaterowie są zwyczajnie, bezczelni, nieodpowiedzialni i nie wywiązujący się z danego słowa. Zwłaszcza Edek wydaje się bardzo śliskim, nieufnym partnerem, jakiego nie życzyłbym sobie nikomu. Czyżby to miał być przewrotny morał – rób jak chcesz i pewnością siebie podbijesz świat, osiągając swój cel? Wątpliwe moralnie, w dodatku opowiedziane w tak nudny sposób, gdyż z góry wiadomo jak się skończy cała historia. Bohaterowie trafiają do innego świata, trafiają na dziewczynę znającą ten rejon (Rebeka zwana Peszkiem), zaczyna rodzić się przyjaźń (bardziej to przypomina syndrom sztokholmski), po drodze jakieś żarty (niskich lotów).

ostatni_wladca_swiata2

Sytuację próbuje ratować polski dubbing i do aktorów nie mam zastrzeżeń. Udało się zatrudnić takich weteranów jak Piotr Fronczewski, Jarosław Domin, Miłogost Reczek, Adam Baumann i Anna Sroka. Jednak materiał był tak kiepski, że wszelkie próby i starania nie są w stanie wnieść całości na wyższy poziom. Daje się tego słuchać, ale całość jest strasznie wymęczona, nudna i obrzydliwa. Takie filmy, choć nie kopiujące na siłę zachodnich wzorców, wywołują poczucie żenady i wstydu. Absolutnie nie warto.

ostatni_wladca_swiata3

3/10

Radosław Ostrowski

Fistaszki – wersja kinowa

„Fistaszki” to jedna z najpopularniejszych serii komiksowych w historii tego gatunku, zrealizowana przez Charlesa M. Schulza. Bohaterami serii były bardzo wcześnie dojrzałe dzieci, trafnie i celnie komentujące zastaną rzeczywistość, ale najważniejszy był on – Charlie Brown. Chłopiec w żółtym sweterku z czarnymi paskami był klasycznym, szkolnym looserem. Czegokolwiek próbował się podjąć, zawsze kończyło się to porażką. Nieważne czy chodziło o puszczanie latawców, grę w baseball czy kopnięcie piłki futballowej. Charlie opiekujący się psem Snoopym wchodzi w trudny okres i nie dlatego, że chce się wybić, ale zakochał się w nowej koleżance – rudowłosej dziewczynie. Tylko jak zwrócić swoją uwagę? Tymczasem Snoopy znajduje maszynę i zaczyna pisać powieść, w której jest pilotem myśliwca walczącym z Czerwonym Baronem.

fistaszki1

Jak widać z opisu, historia nie jest skomplikowania i jest pretekstem do pokazania gagów, pokazujących determinację naszego chłopca, by zdobyć uwagę Rudej. I trudno nie powstrzymać się od śmiechu, gdy wszelkie próby Charliego kończą się porażką. Ale dlaczego tak się dzieje? Czyżby los był tak podły i złośliwy, że jakakolwiek próba musi skończyć się porażką? Bo zawsze latawiec zahaczy o drzewo, próba tańca na balu kończy się włączeniem zraszacza (mimo, że nasz bohater przeszedł trening), a literackie próby Snoopy’ego są traktowane szyderczo. Niemniej twórcy nie drwią i nie szydzą ze swoich bohaterów, tylko pokazują nieporadność Charliego z życzliwością, a bohater ma wsparcie kilku osób (w tym kujona Linusa). Do tego naprawdę pokręcona wyobraźnia pieska (jego historia to popis animatorów, szalonej wyobraźni i dobrych gagów) i otrzymujemy rozczulającą, czułą komedię.

fistaszki2

Widać, ze twórcy lubią pierwowzór Schulza, więc sama animacja mocno trzyma się pierwowzoru i oddana jest z szacunkiem oraz sercem. Postacie (choć trójwymiarowe) wyglądają niemal żywcem wzięte z komiksu, mimo bardzo niewielu detali w sylwetkach oraz twarzy. To jednak jest najmocniejszy atut filmu, a dowcipne gagi (Snoopy przebijający się do obozu czy taniec Charliego Browna) wywołują uśmiech na twarzy. A polski dubbing wypada całkiem przyzwoicie, choć dzieciaki u nas jakoś na ekranie niespecjalnie sobie radziły.

fistaszki3

Produkcja pozornie skierowana do najmłodszego grona odbiorców jest ciepłym, serdecznym, sympatycznym filmem. Starsi mogą poczuć nutkę nostalgii wobec ferajny: Linusa, Lucy, Patty, Schroedera i nie będzie w tym nic złego, bo przypomną sobie początki znajomości z Charlie Brownem.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Persepolis

Iran wydawał się przez pewien czas krajem spokoju i sporych swobód, jak na państwo monarchiczno-dyktatorskie. Ale rok 1978  oraz rewolucja wywróciły wszystko do góry nogami. To w tych czasach przyszło żyć młodej Marjanne Satrapi – rysowniczce, autorce komiksów oraz reżyserce filmowej. W 2007 roku (w formie filmu) postanowiła opowiedzieć swoją historię, którą wcześniej pokazała w komiksie.

persepolis1

Reżyserka wsparta przez Vincenta Paronnauda miesza jej wspomnienia, historie bliższych, by pokazać jak silne były przemiany społeczno-polityczne w Iranie. Jak kraj posiadający swobody, coraz bardziej idzie w stronę prawa opartego na islamie i Koranie. A prawo to mocno ogranicza prawa kobietom (i nie tylko), a wszystko co zachodnie (muzyka, filmy) są zabronione. Dla nas, tzw. ludzi zachodu wydaje się to czymś nie do pomyślenia. Dodatkowo bardzo surowa, ale piękna kreska oparta na czerni i bieli (więcej nie trzeba).

persepolis2

Samą historię można podzielić na trzy etapy: dzieciństwo, wyjazd do Francji oraz powrót do kraju. Każdy z tych etapów coraz bardziej pozbawia złudzeń naszej bohaterki, która przedwcześnie zaczyna dojrzewać. Bezsensowna wojna, czystki polityczne, wreszcie obowiązkowe prawo nakazujące wszelkiego rodzaju życia towarzyskiego (zakaz alkoholu, spoglądania na kobiety, sama kobieta nie może publicznie chodzić w innym stroju niż zasłaniającym wszelkie wdzięki), przez co każda próba wszelkiego „normalnego” życia staje się formą buntu. Jednak to zachłyśnięcie Zachodem, podczas pobytu we Francji, zaczyna pokazywać swoje mroczniejsze oblicze. Dystans innych ludzi do niej, rozczarowania miłosne, bezdomność, choroba, poczucie alienacji.

persepolis3

I musiało dojść do powrotu, niby normalności, bo wojna się skończyła, ale nie oznaczało to, iż w kraju jest bezpiecznie. Dominacja religii, poczucie przygnębienia, bezsilności – to wszystko przebija się z ekranu, doprowadzając do dziwnej konsternacji. Że w każdym kraju, na każdej szerokości geograficznej, jest potrzeba normalnego życia w zgodzie z własnymi przekonaniami. Czasami jednak takie życie bywa nie do zniesienia w takim państwie opartym na dyktaturze, teokracji czy innej formie indoktrynacji. Historia Marjanne bywa czasem okraszona humorem (jej rozmowy z Bogiem, wyjście z letargu, a w tle „Eye on the Tiger” – pasuje ten kawałek idealnie), jednak trudno wymazać obrazki z wojny (bombardowania, trupy, kości) czy scenę nalotu policji podczas imprezy.

persepolis4

Satrapi uderza, ale nie jest w żaden sposób ani sentymentalna, ani przesadnie okrutna. Próbuje zachować równowagę, portretując wszelkie próby zwykłego życia w Iranie. Wszystko spina się w mocną, silnie angażującą całość, przez co wiele razy nie mogłem wyjść ze zdumienia. „Persepolis” skupiło uwagę widowni na całym świecie potwierdzając, że każdy temat można pokazać w formie animacji, tylko trzeba mieć do tego odpowiedni klucz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ratchet i Clank

Zdarzały się już wcześniej próby przenoszenia na duży ekran bohaterów gier komputerowych, ale o żadnej z nich nie można powiedzieć wiele ciepłych słów. Teraz postanowiono dokonać transferu Ratcheta i Clanka – bohaterów serii gier na konsolę. Jednak filmowa ekranizacja jest prequelem przeznaczonym głównie dla osób nieznających tej marki.

ratchet1

Pierwszy z nich jest lombaxem mieszkającym w małym wygwizdowie, gdzie pracuje jak mechanik. Mierzy jednak znacznie wyżej, gdyż chciałby być kosmicznym strażnikiem (nie mylić ze Strażnikami Galaktyki). Drugi jest niskim robotem, który miał dołączyć do armii paskudnego Draxa, który zaczął niszczyć planety i wybierać pojedyncze fragmenty. Ale podczas budowy coś poszło nie tak (znaczy piorun strzelił w fabrykę produkującą) i zamiast niszczyć oraz siać zamęt, staje po stronie dobra. Duet zaczyna się powoli zgrywać i dzięki obronie miasta bohaterów. Wystarczy teraz tylko pokonać Draxa i wszystko będzie dobrze.

ratchet2

Innymi słowy jest to klasyczne kino przygodowe w otoczce SF. Znamy takich opowieści setki, więc nie ma tutaj mowy o jakimkolwiek zaskoczeniu. Sama kreska przypomina tą z gier, tylko zrobioną dzięki obecnej technologii. Czyli jest całkiem nieźle, kreska wygląda miło, chociaż troszkę koślawo. Tak jednak miało być, twórcom udaje się podrzucić kilka żartów (to akurat zasługa tłumaczenia), a całość jest bardzo lightową i lekką zabawą. Można było troszkę podkręcić gazu, ale to skierowana dla młodego odbiorcy oraz dorosłych zachowujących w sobie dziecko. Efekciarskie, bajeranckie i mocno przewidywalna opowieść o odpowiedzialności i stworzeniu w pełni zgranego kolektywu.

ratchet3

Z kolei polska wersja językowa jest dość nierówna. Tłumaczenie pełne jest żartów i drobnych aluzji do naszego podwórka (afera podsłuchowa), a obecność lektora (Tomasz Knapik) w przeskokach z miejsca na miejsce ma wiele uroku. Co do głosów postaci, to zostało tylko kilkoro aktorów powtarzających swoje role z gier. Mowa tu o dobrym Jerzym Kryszaku (robot Clank), świetnym Mirosławie Wieprzewskim (demoniczny naukowiec, dr Nefarius) oraz wspierających nasz duet Karolinie Kalinie (twardej Elaris) i Annie Sroce (jajogłowa Cora). Zmiany dotknęły Ratcheta oraz szefa strażników, kapitana Quarka. O ile w drugim przypadku, czyli nierozgarniętym i posiadającym wielkie ego kapitanie zmiana ta wyszła na plus (kapitalny Łukasz Nowicki godnie zastąpił Roberta Tonderę), o tyle nasz antagonista w wykonaniu Macieja Musiała jest zaledwie poprawny. Nie mogłem pozbyć się wrażenie bycia na siłę cool oraz wyluzowania. Zdecydowanie warto też pochwalić Waldemara Barwińskiego jako głównego antagonisty.

ratchet4

O ogólnym rozrachunku wychodzi z tego całkiem niezła zabawa, chociaż mało odkrywcza i zaskakująca. Gdyby nie bohaterowie oraz zderzenie ich charakterów, byłoby bardziej nudno niż zwykle. A tak jest fajna i niezobowiązująca rozrywka, głównie dla młodego kinomana.

6/10

Radosław Ostrowski

Kung Fu Panda 3

Wydaje się, że Po już osiągnął najwyższy stopień wtajemniczenia jaki może mieć mistrz kung fu. Ale dostaje kolejne trudne zadanie – Po ma zostać mentorem oraz nauczycielem przyszłych adeptów kung fu. Początki są dość trudne, ale sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdyż z Krainy Duchów uciekł niebezpieczny wojownik Kai, marzący o przejęciu chi (duchowej energii) wszystkich mistrzów sztuk walki. By go powstrzymać, Po musi wrócić do korzeni, w czym ma pomóc jego… biologiczny ojciec, panda Li.

kung_fu_panda_31

Kontynuacja z liczbą trzy zazwyczaj jest przejawem dużego zmęczenia materiału oraz tymi samymi odgrzewanymi pomysłami. Schemat w zasadzie pozostaje niezmieniony – Po musi znowu wnieść się na wyższy stopień wtajemniczenia, po drodze osiągając kolejny stopień równowagi. Znowu pojawia się przeszłość Po i wszystkiego jest więcej. Więcej akcji, więcej pand (w końcu cała wioska – ale nadal są rozczulająco słodkie) oraz ciągle balansowanie między mrokiem a luzem. Nawet jeśli pewne gagi wydają się powtarzalne i związane z nieporadnością Po, to i tak ogląda się całkiem nieźle. Dla mnie najciekawsze sceny dotyczyły pobytu w wiosce pand, gdzie nasz Po poznaje dawne zwyczaje pand. Jest sporo śmiechu, a sam pandowaty wojownik znajduje w sobie potencjał na mentora. I musi dojść do finałowej konfrontacji, dziejącej się w Krainie Duchów – ręcznie rysowanej, prześlicznie wyglądającej, niczym z klasycznej animacji.

kung_fu_panda_32

Strona wizualna konsekwentnie kroczy ścieżką wyznaczoną przez poprzednie części, gdzie jest pełen odniesień do chińskiej mitologii. Stąd cała architektura (Jadeitowy Pałac, proste chatki), jak i zwierzęta pełniące role mistrzów wschodnich sztuk walki. Może i to wszystko jest przewidywalne, a przesłanie czytelne, ale jakimś cudem DreamWorks potrafi kolejny raz oczarować swoją plastycznością. I ciągle to kupuje.

kung_fu_panda_33

Także aktorom dubbingującym, nadal udaje się zachować świeżość i energię. Ciągle podoba mi się Marcin Hycnar w roli Po – czyli misia, który znowu staje przed trudnym zadaniem. Zawsze jednak jest w stanie wyjść cało z każdej opresji. Kolejny raz wybija się czarny charakter, czyli mocarny Kai (mocny Andrzej Blumenfeld z przerażającym głosem) z niezaspokojoną żądzą władzy i kontroli, a z nowych postaci trzeba wyróżnić Li (Szymon Kuśmider) – misiu z ciężarem, próbujący za wszelką cenę utrzymać dawno niewidzianego syna.

kung_fu_panda_34

Trzecia część „Kung Fu Pandy” nadal intryguje i daje sporo frajdy, głównie dla młodego odbiorcy. Dzieje się wiele, ale ciągle ważne są postacie, szukającego swojego miejsca oraz pieczętując przyjaźń między bohaterami. Dla mnie historia Po w tym miejscu dochodzi do końca. Mam nadzieję, że nie będzie ciągu dalszego.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Kung Fu Panda 2

Nasz dzielny Po zrobił to, czego bardzo pragnął. Został wojownikiem kung fu i dołączył do grona Wścieklej Piątki. Ale znowu musi stawić czoło Złu w postaci złego księcia Shen, który posiadł moc zniszczenia za pomocą dział i prochu. Paw wrócił odebrać swoje dziedzictwo oraz przejąć kontrolę nad światem. Po z kumplami musi go powstrzymać.

kung_fu_panda_21

Zgodnie z regułami sequela jest więcej starć, naparzania się oraz więcej mroku. Tutaj Po musi zmierzyć się ze swoją przeszłością (której nie zna) i odkryć swoje pochodzenie. Bo jakim cudem panda wychowywał się przez gąsiora? I nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć, że losy Shena i Po są ze sobą powiązane, gdyż szybko poznajemy odpowiedź. Twórcy pokazują jak nasz Po powoli odkrywa swoje pochodzenie, a jednocześnie godzi się ze swoją mroczną przeszłością (ładnie rysowane animacje dwuwymiarowe w formie retrospekcji). Po drodze dostajemy kolejne pomysłowe sekwencje starć Po i jego kumpli z noszącymi zbroje wilkami (nadal miesza się finezja, ciosy oraz humor), odpowiednio pokręcając tempo, by w paru miejscach pozwolić sobie na wyciszenie.

kung_fu_panda_22

Znowu imponuje strona plastyczna, bardziej skupiona na detalach – pięknie wygląda zarówno scenografia, jak i kostiumy naszych bohaterów, konsekwentnie odtwarzając realia starożytnych Chin. Także muzyka dodaje klimatu, a całość jest mroczniejsza i poruszająca jak w scenach, gdy Po trafia do swojej dawnej wioski. Animacja jest nadal śliczna.

kung_fu_panda_23

Także dubbing w polskiej wersji jest bardzo udany. Ciepły głos Macieja Hycnara idealnie pasuje do troszkę niezdarnego i ciapowatego Po, którego energia wręcz rozsadza. Gdyby jeszcze potrafił czasem pomyśleć (nie tylko o jedzeniu), byłaby to postać kompletna. Ale i tak jest uroczy :). Równie ciekawy jest antagonista – paw Shen (niezawodny Krzysztof Dracz), istota pewna siebie, ale ta pewność maskuje strach przed przeznaczeniem oraz niską samoocenę. I te magnetyzujące piórka. Drugi plan, czyli kumple Po nie zawodzą, godnie trzymając fason (na plus Brygida Turowska jako Tygrysica oraz wnoszący sporo luzu Krzysztof Banaszyk – Modliszka), podobnie jak opanowany mistrz Shifu (Jan Peszek).

kung_fu_panda_24

Druga część „Pandy” to historia o panowaniu nad emocjami, odnajdywaniu wewnętrznej równowagi oraz odkrywaniu swojej własnej tożsamości. Zrobiona z głową, pomysłowa i – owszem, brutalniejsza, ale przemoc ta jest łagodzona humorem, niedopowiedzeniem. Godna kontynuacja legendy, choć zakończenie zapowiada ciąg dalszy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kung Fu Panda

Chiny tak dawne, że mało kto o tym pamięta. Tam żyje nasz bohater – panda Po. Jest bardzo pulchny i ma wielkie gabaryty (jak na pandę przystało), a od dziecka marzył, by zostać wojownikiem kung-fu. Ale jest synem żurawiego mistrza kuchni i tam ciągle pracuje. Aż w końcu wyrusza na turniej podczas którego ma zostać wybrany Smoczy Wojownik przez samego mistrza Oogwaya. I choć trudno w to uwierzyć, zostaje wybrany Po, co wszystkich wprawia w konsternację, nawet doświadczonego mistrza Shifu oraz wyszkoloną przez niego Wściekłą Piątkę. Sprawa jest o tyle poważna, że dawny uczeń Shifu, potężny Tai Lung ucieka z więzienia i planuje swoją zemstę.

kung_fu_panda_11

To, że animacja jest zrozumiała w każdej części świata, jest rzeczą powszechnie wiadomą. Tak samo jak fakt, iż można pokazać koloryt różnych regionów i rejonów. A że na początku XXI wieku modne stały się filmy azjatyckie w stylu wuxia („Przyczajony tygrys, ukryty smok” czy „Hero”) oraz innych cudacznych scen kung-fu. Nie inaczej jest w tej historii o odkrywaniu samego siebie oraz drodze do samoakceptacji. Nie brakuje tutaj pomysłowych i finezyjnych choreografii potyczek (starcie z Tai Lungiem czy szkolenie Po przez mistrza Shifu), gdzie ruch jest tak szybki jak tylko jest to możliwe.

kung_fu_panda_12

Wszystko jest idealnie wyważone między napięciem i humorem, przez co ogląda się z nieprawdopodobnym przejęciem, a parę razy twórcy czerpią ze stylistyki azjatyckich anime (prolog, pokazujący sen Po) z bardzo szybką kreską i efekciarską formą, co jest dużą zaletą. Także muzyka ociera się o Orient, co jest absolutnie zrozumiałe i dodaje klimatu. I wygląda to świetnie, a każda lokalizacja ma swój klimat – mroczne i surowe więzienie, barwna wioska czy sala treningowa mistrza Shifu. Sama animacja postaci robi robotę, a wojownicy są – a jakże by inaczej – zwierzętami z cechami ludzi. I każdy z nich będzie musiał zaakceptować swoje przeznaczenie, gdyż inaczej może być nieprzyjemnie.

kung_fu_panda_13

No i dostajemy fajne, sympatyczne postacie. Trudno zresztą nie polubić troszkę puszystego, choć niezdarnego Po, który może i jest leniwy, a ciosy kung-fu są dla niego zbyt trudne, ale nie można odmówić mu determinacji oraz sprytu. Nawet w chwili załamania, udaje mu się wyjść z sytuacji. Podobnie zbudowany jest mistrz Shifu – mały i niepozorny, ale zacięty i waleczny. Początkowo nieufny wobec Po, ale kiedy udaje się mu odnaleźć odpowiednią metodę szkolenia, wykazuje się pełnią swojej głębokiej mądrości, jakiej wojownik może udzielić wojownikowi.

kung_fu_panda_14

Pierwsze spotkanie z pandą, co chciała poznać metody kung fu była wielkim kasowym hitem, a po ponad 8 latach ogląda się z dziką pasją. To bardzo lekka i przyjemna produkcja opowiadająca o ważnych sprawach w sposób przystępny. Spodobała się dzieciom (co jest bardzo zrozumiałe), a i starsi widzowie znaleźli coś dla siebie. I tak narodziła się legenda Smoczego Wojownika, która musiała być kontynuowana.

8/10

Radosław Ostrowski

Asterix i Obelix: Osiedle bogów

Dawno, dawno temu była sobie mała galijska wioska, która stawiała dzielny opór rzymskiemu najeźdźcy. To było w czasach, gdy Rzymem rządził Juliusz Cezar. Genialny wódz próbował wielu sztuczek, ale wszystko kończyło się klęską. I kiedy wydawałoby się, że sprawa jest już stracona, Cezar wpadł na genialny pomysł – zbudować przy wiosce Galów osiedle dla Rzymian, by za pomocą cywilizacyjnego podstępu „zromanizować” Galów i zniszczyć wioskę.

asterix_i_obelix_1

Ile ja razy oglądałem te stare animacje o Asterixie i Obelixie? Mnóstwo i za każdym razem czułem tą niesamowitą frajdę. Potem powstały filmy o galijskim duecie z Gerardem Depardieu w roli Obelixa, a teraz Galowie wrócili do animacji. Czy Galowie się zmienili? Absolutnie nie, Asterix z Obelixem nadal się przekomarzają i lubią spuszczać łomot Rzymianom, w wiosce nadal się kłócą o świeżość ryb, a druid Panoramix ciągle dzieli się swoją mądrością oraz radami. I tak jak zawsze, Galowie muszą pokonać Rzymian, by na końcu zjeść wielką ucztę. Czyli jakby główne clou całej imprezy pozostało bez zmian. Ale jest jeden drobny myk, czyli interakcję między rzymskimi turystami (w zasadzie nowymi mieszkańcami) a Galami. Powoli zaczyna się budzić w Galach chęć zarobku oraz powolne wykorzenianie. Dochodzi nawet do przyjaźni między Galami a rzymską familią Miniminusa, co jest dodatkowym smaczkiem.

asterix_i_obelix_2

Twórcy pozwalają sobie na żarty oraz aluzje do popkultury (jak to zawsze w tej serii było), ale i tak esencją pozostaje finałowa naparzanka między Galami i Rzymianami (kolejny żelazny gwóźdź repertuaru). Przy okazji panowie szydzą z praw związkowych (strajki legionistów i robotników), obnażają brudną politykę, a walki gladiatorów przypominają zawody wrestlerów. I ta sprawdzona formuła ze zmieszanymi nowymi składnikami nadal smakuje (a może to nostalgia za mną przemawia).

asterix_i_obelix_3

Sama animacja i kreska jest typowo europejska, a jednocześnie wierna komiksowemu pierwowzorowi. Postacie są trójwymiarowe, ale mają swój szorstki urok (Galowie). Przyjemnie się to ogląda i okraszone jest bardzo podniosłą, wręcz epicką muzyką. No i dubbing nie zawodzi, choć łatwo nie było. Bo nie byłem w stanie zapomnieć genialnych interpretacji głównych bohaterów (Asterixa i Obelixa) zarówno w wykonaniu duetu Ryszard Nawrocki/Jan Prochyra, jak i Mieczysław Morański/Wiktor Zborowski. Tym razem w sprytnego Asterixa oraz silnego Obelixa wcielili się Wojciech Mecwaldowski i Arkadiusz Jakubik. Powiem krótko – panowie dali radę. Mocno zaskoczył ten drugi mówiąc bardzo niskim głosem (niższym niż zazwyczaj), ale charakter postaci zachowano. Klasę potwierdzili też Piotr Fronczewski (Julek Cezar) i Miłogost Reczek (wódz Asparanoiks).

asterix_i_obelix_4

Muszę przyznać, że Asterix z Obelixem wrócili do dobrej formy (a czy byli kiedyś w słabszej?) i mimo lat dość zaawansowanego wieku, zachowują młodość i świeżość. A już pojawiły się plany kontynuacji, więc czekam z niecierpliwością. Bo będzie dobrze, prawda?

7/10

Radosław Ostrowski